1. Człowiek cudem
(1)
Jesteśmy odbiciem Boga, Jego dziećmi. Stworzono nas Boskim zawołaniem: „Niech się stanie człowiek!”. I stał się cud, z ziemskiej materii (symbol gliny) i Boskiego poruszenia (Duch – Ruach) powstała nowa żyjąca i świadoma istota. Tak więc jesteśmy Bożym cudem! Tak, jesteśmy z natury, czyli z woli Bożej, cudowni i cudni. Jesteśmy wspaniali, wyrastamy ponad wszystko na świecie. Nie ma drugiej takiej istoty jak człowiek.
Nasze ciała powstają z materii ziemi. Najpierw w ciele mamy, a później z jedzenia, a wszystko to pochodzi z materii ziemi. Tę zaś stworzono z niczego. Dusza z kolei tworzona jest bezpośrednio przez Boga z niczego. To przykład podwójnego cudu. Człowiek jest żywym Bożym cudem.
Wiele kobiet i mężczyzn stroi się i maluje, pielęgnuje itd., żeby ujrzeć w sobie to piękno i niezwykłość, jakby nie wierząc w tę prawdę. Tymczasem każdy z nas stanowi cud, jest cudny i cudowny! Jesteśmy przecież Boskim cudem, szczytem stworzenia, szczytem cudów! Upadłe wraz z całym światem materii ciało nie daje właściwego poglądu na ten temat. Może jeszcze człowiek młody w swoim rozkwicie przywodzi na myśl tę Bożą cudowność i budzi zachwyt. Musimy jednak pamiętać, że ani wiek, ani choroba, ani wrodzone kalectwo nie umniejszają naszych dusz. Są one nieustannie doskonałym cudem Bożym.
Bóg to właśnie stale widzi, patrząc na nas, i ma nieustannie na uwadze. Żaden stan człowieka nie czyni go dla Boga wstrętnym, nawet najgorszy. Bóg widzi przecież duszę, a w niej swoje doskonałe dzieło, swój cud, nawet jeśli jest fizycznie czy moralnie niewydarzony. Bóg kocha każdego człowieka jako swoje najwspanialsze dzieło.
Każdy z nas jest najwspanialszy. Po pierwsze jako człowiek, korona cudu stworzenia, najwspanialsze, a zarazem najdelikatniejsze ze stworzeń. Można je zniszczyć nawet słowem czy spojrzeniem. Po drugie jako osoba. Każda osoba jest inna, ma swoją odmienną naturę (istotę, esencję), a co za tym idzie – nasze drogi, historie życia są różne. Każdy z nas może być mistrzem świata w dyscyplinie własnego życia. Z tego względu nieustannie poprawiamy w tym swoje osiągnięcia. Staramy się być niedościgłymi i najlepszymi, wciąż lepszymi, bez względu na wszystko. Idąc za symbolami sportowymi, możemy posłużyć się następującym zestawieniem. Bóg jest trenerem, który wyciska z nas czasem siódme poty, każe dawać z siebie wszystko w życiu, w tych wielkich zawodach, aby ukształtować nas najwspanialszymi i jak najbardziej Jemu podobnymi.
Żeby tak było, trzeba żyć w zgodzie z duszą. W ciele mamy instynkty zwierzęce: dominacji w stadzie, prokreacji i konsumpcji. Jest to porządek ciała, podobnie jak i u małp czy innych stadnych stworzeń. Takiego modelu nie możemy jednak uznać za prawdziwe pełne życie człowieka, potrzeba czegoś jeszcze – duszy. Można ją zabić, odebrać jej ekspresję, zamknąć w więzieniu zapomnienia i stłamsić cielesnością. Śmierć duszy to piekło, a nienawiść do niej to nienawiść do samego siebie, gdyż to ona nosi doskonały obraz mnie i wskazania, jak go osiągnąć. Nienawidzić swojej duszy to nienawidzić samego siebie. Taki człowiek po zgonie przejdzie w stan piekła, a tak naprawdę, to nie tyle przejdzie, co się w nim utrwali i ukaże. Taka jest istota Sądu – jakim się człowiek sam uczynił żyjąc na ziemi, takim pozostanie na wieczność.
Dlatego trzeba inaczej. Trzeba pozwolić duszy żyć, władać nami, rozwijać się i spełniać. Dać jej możliwość ekspresji. Dusza żyje poprzez cnotę, przez mądrość, myślenie, rozumność, roztropność. Przez nieustraszenie w dobrym, męstwo. Przez stosowną miarę we wszystkim, przez trwanie w dobru bez brnięcia w przesadę i skrajność, przez powściągliwość i umiar, znajomość reguł życia i stosowanie się do nich, przez sprawiedliwość, a także przez wiarę, nadzieję i miłość, czerpanie z Ducha Bożego i łączenie się z Nim w wysiłkach na rzecz dobra. Wtedy właśnie ukazuje się człowiecza cudowność, nasza prawdziwa natura. Prawdziwa realizacja siebie odbywa się więc w świętości, czyli podobieństwie do Boga, który jest święty („świętymi bądźcie…” – poucza nasz Mistrz). Najdoskonalszy cud Boga winien być przenajświętszy wśród świętego świata, świętego świętością swojego Sprawcy. Wtedy stanie się prawdziwie sobą.
Choćbyś był w chwili, kiedy to czytasz, najczarniejszym z żywych ludzkich potworów, pamiętaj: tu i teraz powiedz Bogu „Jezu, wierzę w Ciebie, zaradź mej niewierze!”, a nad śnieg wybielejesz! Całe przekleństwo przepadnie, a łaskawa dobroć Przedwiecznego osłoni Cię nawet przed Twoją własną historią. Już nigdy nie będziesz sam ze swoimi problemem. Wytrwaj w nieustającym, jak najczęstszym przyzywaniu Boga w każdej sprawie i problemie, zawierzaj siebie i wszystko i słuchaj Boga.
(2)
Jesteśmy zaproszeni do wieczności na wieczną niebieską ucztę zaślubin z Bogiem. To wspaniała perspektywa. Nikt nam tej szczęśliwej wieczności nie może odebrać, bo jest nam darowana od Boga. Jedynie my sami możemy się od niej przekornie odwrócić w niewierze i grzechu. Mamy jednak też szansę nawrócić pod Boską opiekę i cieszyć się nią na wieczność.
(3)
W całym swoim życiu potrzebujemy rozpoznawać i uzyskiwać dobro. Utrudnia nam to upadek świata. Głęboko w nas tkwi potrzeba sprawiedliwości, prawdy, kochania. Na skutek upadku cała ludzkość wraz z Praojcem Adamem chowa się przed Bogiem „w krzaki”, ucieka w niewiarę, zwątpienie. Zagłuszamy głos duszy silnymi emocjami, sztucznymi uniesieniami medialnymi, wykrętami, ekscesami, poczuciem winy na przemian z poczuciem krzywdy. Budujemy chwilowe pocieszenia, używając dóbr ziemskich, ale to nie nasyci głodu duszy, tylko go pogłębi. Taka ucieczka przed Bogiem nie ma sensu. Bóg bowiem poszukuje i potrzebuje każdego z nas, ale Jego głos jest najcichszy i najspokojniejszy, dlatego łatwo go zagłuszyć.
Bóg z najwyższą delikatnością i tkliwością zaprasza nas do tego, abyśmy pozwolili Mu nas kochać. Zdaje się mówić: „Błogosławiony mój najdoskonalszy cudzie, powstań i żyj wiecznie!”.
(4)
„Mówił Syjon: Pan mnie opuścił, Pan o mnie zapomniał. Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona? A nawet, gdyby ona zapomniała, Ja nie zapomnę o tobie. Oto wyryłem cię na obu dłoniach, twe mury są ustawicznie przede Mną. Spieszą twoi budowniczowie, a którzy burzyli cię i pustoszyli, odchodzą precz od ciebie. Podnieś oczy wokoło i popatrz: Wszyscy się zebrali, przyszli do ciebie. Na moje życie! – wyrocznia Pana. Tak, w tych wszystkich ustroisz się jakby w klejnoty i jak oblubienica opaszesz się nimi” (z Księgi Izajasza).
Kiedy człowiek, jak Hebrajczycy, ma poczucie bycia zapomnianym przez Boga, niczym Chrystus na Krzyżu? Dzieje się tak, kiedy doznaje krzywdy czy choćby nie czuje się kochany. To ludzie są temu winni, ale nasz żal kierujemy bezpośrednio do Boga, upatrując Jego woli w krzywdzącym działaniu ludzi. Na tym świecie wszyscy mamy takie chwile, po upadku bowiem nie ma ludzi, którzy stale doświadczaliby miłości – taki jest ten świat.
Być niekochanym to oznacza być obdarzanym niechęcią, odrzuceniem, może nienawiścią. Pojęcia te wskazują na to samo tylko w różnym natężeniu. Nienawiść to potrzeba zniszczenia, kwestionowanie zasadności istnienia, to wrzucenie drugiego w otchłań. Opuszczenie, odrzucenie niosą ze sobą ból i cierpienie. Człowiek przyswaja sobie taką postawę wobec samego siebie, kiedy doświadcza odrzucenia. Zaczyna wówczas sam siebie kwestionować, odrzucać. Zaniedbuje siebie, skłóca się wewnętrznie, sam sobie zadaje cierpienie. Przeciwnie wygląda to w przypadku miłości, która oznacza akceptację, afirmację, potwierdzenie dla sensu istnienia, motywuje do dobra. Kochany jest chciany, przyciągany. W przywołanym cytacie Bóg mówi nam wiele rzeczy na temat sytuacji, kiedy czujemy się niechciani i odrzuceni.
Na wstępie musimy sobie przypomnieć, że Bóg nakazał ludziom płodzić dzieci. Na tej podstawie możemy twierdzić, że życie każdego z nas wynika z Jego woli i jest przez Niego chciane. Rodzice bywają różni. Nie wszyscy potrafią wystarczająco okazywać miłość i nie w każdej sytuacji. Raczej jest tego za mało i nieraz w jakiś sposób czujemy się niechciani. Cierpimy. Bóg jednak nas pociesza, mówi, że stale o nas pamięta. To ważny zwrot. Pamięta, ale nie zawsze tę miłość okazuje. Niestety po grzechu nie mamy stałej relacji z Bogiem i brakuje Jego obecności w świecie. Bóg pamięta, czyli nosi nas w sercu. Jest w tym dla nas nauka, że miłość tę należy odwzajemniać i nigdy nie zapominać o Bogu, pamiętać o Nim. To o wiele ważniejsze, niż się z początku wydaje.
Po drugie, nasze imiona są wyryte na Jego dłoniach – do tego stopnia jesteśmy Mu bliscy! To piękny symbol. Być może oznacza, że dłonie służą do obdarzania, więc przeznaczył nas do swoich darów. Bóg więc nigdy o nas nie zapomina, jesteśmy przez Niego chciani i Mu tak bliscy, że ma nas wyrytych na dłoniach. To wielka pociecha. Pomimo niedociągnięć w miłości ze strony innych, nawet rodziców, a czasem wielkich krzywd doznanych od innych ludzi możemy wciąż czuć się kochani przez Boga. To nie On nas opuścił, ale niewierni Mu ludzie nas zostawili czy skrzywdzili. On sam wciąż czeka ze swoją dobrocią i łaskawością. Być kochanym, chcianym, unoszonym tą miłością to wielki dar sam w sobie.
Na koniec pozostaje nam jeszcze ostatni wers cytatu o ustrojeniu niczym panny młodej. Jest to potwierdzenie tej szczególnej miłości oblubieńczej – Ukochanego do ukochanej duszy. Stanowi to dowód najwyższej miłości i chęci połączenia się na wieki. Bóg kocha nas miłością zakochanego młodzieńca, pełnego pasji, uniesienia, kierującego się miłością gorącą i zazdrosną. Tak właśnie jesteśmy kochani i tak mamy kochać.
Bóg pożąda zachłannie i zazdrośnie każdej duszy, każdego z nas. Każdy z nas jest Jego umiłowaną. Żar tego pragnienia nas pali i woła w naszych sercach. Ten płomień, gdy go akceptujemy, jest największym pocieszeniem. Gdy go jednak odrzucamy, staje się płomieniem wiekuistych piekieł, raniącej niewdzięczności i przeszywającego bólu sumienia. Lepiej uwolnić w sercu tę miłość, dać się porwać tej ostatecznej i najpiękniejszej namiętności, dążeniu do złączenia się z absolutną i ostateczną miłością. Żadna inna namiętność i uniesienie, jakimi się napełniamy, zbożna czy grzeszna, nie może nam przesłonić tej ostatecznej pasji i szaleństwa miłości do Tego, który jest źródłem miłości i mistrzem kochania.
(5)
Trwa w nas cud życia. Miłość do Stwórcy napełnia nas Duchem Bożym, a ten popycha do życia z pasją w kontakcie ze wszechświatem, ludźmi, światem i historią. Chrystianizm to bowiem potężne życie. To moc życia, które zwycięża z fałszem, krzywdą, grzechem, a nawet ze śmiercią. To pasja życia, której nie może powstrzymać nawet i śmierć ziemska, bo odrodzi się i piekła jej nie powstrzymają. Chrystus to zwycięstwo życia i miłości nad wszelkimi sprawkami tego świata, które robiły, co mogły, aby Go powstrzymać. Zmartwychwstał i żyje, a więc i my możemy powstać do nowego życia.
(6)
Bóg stwarza ludzi dla siebie
Zgodnie z tradycją wiary, Bóg ma plan, aby zapełnić swoją siedzibę ludźmi. Potrzeba do tego jakiejś liczby ludzi zdolnych do duchowej miłości. Bóg stopniowo realizuje ten plan. Daje życie kolejnym ludziom, a gdy dany człowiek osiągnie apogeum swojego rozwoju, maksymalnie dojrzeje, Bóg go zabiera ze świata (tak wynika z objawień udzielonych Alicji Lenczewskiej). Niestety, wiele osób ucieka od dobrego losu w bezbożność czy grzech, naśladując Szatana, ojca zła. Tacy nie wzrastają na sposób Boży. Bóg, patrząc na człowieka, chce w nim widzieć swoje odbicie. Jak piszą niektórzy myśliciele (choćby C.S. Lewis za G.W. Heglem w Zaskoczonym radością), Bóg rozpoznaje w człowieku siebie, a to poznanie jest zarazem miłością i pragnieniem.
(7)
Logos zawiera w sobie myśl Boga o przyszłym, stworzonym świecie, szczególnie o człowieku. Możemy to przełożyć na nasze ludzkie pojęcia (myślimy przecież antropomorficznie) jako marzenie Boga. Trzeba dobrze zrozumieć, że Bóg nas sobie wymarzył. Kiedy marzenia się spełniają, to niezwykła, podniosła i radosna chwila. W taki sposób Bóg patrzy na człowieka, jako na cud spełniających się marzeń.
2. Człowiek obrazem Boga
(1)
Człowiek jest stworzony na obraz Boga. Noszę w sobie taką symboliczną wizję, zgodnie z którą Bóg najpierw stworzył wodę, czyli bezkształtną materię. Stwórca na nią spojrzał, a ona odbiła Jego obraz. Całe stworzenie jest procesem ukazywania się tego odbicia. Pierwotna materia dąży do takiego kształtu i organizacji, żeby uzyskać Boski obraz. Dzieje się to stopniowo, najpierw bowiem powstały proste formy mineralne, a dopiero potem istoty ożywione. Jedna po drugiej stawały się coraz bardziej podobne do Boga. Tak kształtowała się historia upodabniania stworzenia do Stwórcy, który chce zobaczyć swoje własne piękno w swoim opus magnum, największym dziele. Człowiek jest zakończeniem stworzenia i jego koroną. To w nas realizuje się w największym stopniu podobieństwo do Boga.
Wszystkie wcześniejsze formy istnienia jako formy przejściowe w dochodzeniu materii do finalnego kształtu noszą podobieństwo do człowieka. Wrażliwi ludzie, np. poeci, chętnie wskazują na podobieństwa świata i człowieka. Poprzez metafory i symbole zaczerpnięte z otaczającej ich rzeczywistości opisują wnętrze ludzkiego serca. Wielbiciele zwierząt często nie mogą się nadziwić, jak wiele ludzkich cech wykazują ich pupile. Świat jest antropomorficzny. Związki Kosmosu (Wszechświata) i mikrokosmosu człowieka wskazywano przez wieki myślicielstwa. Ludzie, patrząc na Kosmos, koili swoje dusze poprzez zachwyt nad jego doskonałym pięknem, ładem i harmonią. Z drugiej strony, gdy coś tworzymy (jakieś wynalazki), to często są one naśladownictwem naszych cech i funkcji. Ostatnio przykładowo wytwarzamy sztuczne pamięci i mózgi elektronowe, naśladujące nasze czynności roboty, maszynową inteligencję. Kiedy nie wiemy, jak coś opisać, to stosujemy odniesienia do samych siebie lub swojego otoczenia. Cały nasz język opiera się na porównaniach do człowieka, czyli jest antropomorficzny (co jest pewną pułapką dla teologii, bo nie mamy adekwatnych słów na opisanie Boga, a opisujemy Go kategoriami ludzkimi).
To patrzenie Wielkiego Wzorca na swoje odbicie oraz odbicia na Pierwowzór polegają na przekraczaniu siebie, zainteresowaniu się czymś poza sobą. Jest to istota kontemplacji wlanej przez Boga w stanie mistycznym. To transcendencja miłości, wzajemne poznanie. W języku biblijnym poznanie i miłosne złączenie są tym samym. Taka miłość jest ostatecznym zainteresowaniem, zaabsorbowaniem, pochłonięciem i zagubieniem w Ukochanym. Prowadzi do zatracenia siebie i zapomnienia o sobie w zachwyceniu Oblubieńcem. Jest to miłosne zapatrzenie wzajemne Boga i Jego odbicia, obustronne zachwycenie i spotkanie będące ukojeniem wszelkiej tęsknoty.
Kontemplacja Boga to poznawanie swojego Prawzorca, dzięki czemu jeszcze niezupełnie uformowane odbicie nabiera powoli kształtu swojego Stwórcy. Z kolei Stworzyciel, kierując świadomość na swoje odbicie, poznaje też siebie samego w tych dobrych przymiotach, które odbijają się w Jego stworzeniu. Cieszy się ukochaną duszą człowieka, otwierającą się na Niego, i samym sobą w jakiś sposób spełnionym wówczas w dziele stworzenia, które staje się doskonałe.
Taki zapatrzony w Boga człowiek stanowi szczyt stworzenia i jego ostateczny cel, a jednocześnie jest to cel życia człowieka, jego ostateczne przeznaczenie, a tym samym także ostateczna samorealizacja. Z kolei człowiek, który wyrzeka się Boga i ucieka od myśli o Nim, który Go nienawidzi, przypomina odbicie w lustrze, które próbuje z niego uciec. Mówimy nieraz o ludziach – w złym tego słowa znaczeniu – zagubionych, poszukujących, tak naprawdę pozbawionych świadomości własnej natury i pokoju wewnętrznego. Taka dusza nie zazna spokoju, póki nie spocznie w Panu, jak to wyraził św. Augustyn.
(2)
Człowiek koroną stworzenia
Człowiek stanowi cel i uniwersalny wzór stworzenia. Każdy z nas jest mikrokosmosem – światem w miniaturze. Według porządku stworzenia z Księgi Rodzaju nosi w sobie:
• niebo i ziemię, czyli ducha i materię,
• wodę i ląd (suchą materię), zawieramy je w sobie.
Z początku człowiek jako jednokomórkowiec prowadzi życie wegetatywne jak roślina, potem staje się coraz bardziej złożony niczym zwierzątko, a w końcu kształtuje się w pełni wykształcony człowiek. Człowieczeństwo ogarnia wszystkie wymiary istnienia. Wszystko nosi podobieństwo do człowieka, czego potężnie doświadczamy, obcując z przyrodą (czyli resztą stworzenia). Jest to wręcz obezwładniające doświadczenie wspólnoty, a nawet jedności z nią. To, że człowiek stanowi szczyt stworzenia, widzimy m.in. w tym, że jest najbardziej uniwersalną istotą, potrafi najwięcej, odnajduje się w każdym środowisku (także dzięki swoim narzędziom) i posiada najwięcej funkcji ze wszystkich stworzeń. Każde inne stworzenie posiada dostępne także jemu cechy i funkcje.
Również kultura (wytwórczość) ludzka zmierza do podobieństwa do człowieka. Ostatnio wymyślamy podobny naszemu umysł (sztuczną inteligencję), a wcześniej wiele maszyn naśladowało nasze zdolności. Wszystko, co tworzymy, nosi nasze podobieństwo.
Antropocentryczny jest także nasz język, a co za tym idzie – umysłowość. Nasze pojęcia zawsze opierają się na kategoriach ludzkich, dlatego nie potrafimy pomyśleć o Bogu we właściwy sposób. Wszystkie nasze znaki – symbole, pojęcia, słowa – odnoszone do Boga osadzają się na podobieństwie lub stosunku do spraw ludzkich.
Człowiek jest dla świata jakby małym bogiem, wszechświat ma mu służy, choć nie potrafimy właściwie ogarnąć tego związku po jego rozkładzie, jakiego dokonał grzech. Silna wewnętrzna wiara jest w stanie wiele zdziałać na tym świecie. Można by rzec, że zagina ona czasoprzestrzeń w naszym kierunku. Z tego także bierze się niekiedy powodzenie w zamiarach grzeszników, to ich wiara w siebie potrafi spowodować nieraz dziwną pomyślność w złu. Nie jest to jednak, jak to się czasem poczytuje, sprzyjanie im Opatrzności, ale skutki wiary we własne zamiary, która potrafi do pewnego stopnia kształtować Wszechświat. Moc człowieka w stosunku do Wszechświata okazuje się niewiarygodna, co widać choćby w skutkach naszego upadku, gdy wraz z nami degeneracji uległa przyroda, która podobnie do swojego pana, człowieka, zamiast być miłosną harmonią, zamieniła się w dżunglę opanowaną prawem siły i krwiożerczości. Grzech rozdarł jedność człowieka i świata, uczynił nas ofiarami naszych własnych poddanych – zwierząt, mikrobów. Wciąż uczymy się przed nimi bronić, bo już nie umiemy nad nimi zapanować. Nasza agresywna upiorność zmieniała przyrodę w piekło ze śladami raju.
(3)
Ewolucyjna drabina stworzenia ukoronowana człowiekiem jest skutkiem procesu coraz wyższej organizacji materii. Dzieje się to także w życiu każdego człowieka, kiedy przechodzimy ze stadium jednej komórki, potem jakby kijanki czy rybki, później ssaka podobnego do małpy, aż rodzimy się ludzkim dzieckiem. Następnie w procesie życia winniśmy nabierać pełni człowieczeństwa już świadomie i rozumnie. Dzieje się tak, gdy poznajemy Boga jako pierwowzór wszystkiego, co dobre w byciu człowiekiem. Im bardziej wchodzimy w kontakt z Bogiem poprzez modlitwę, naukę i kontemplację, tym lepiej. Wraz z postępami w sferze duchowości (ugruntowania siebie w Bogu, Jego woli i mocy) ten obraz wygładza się nawet w sposób widzialny. Rozluźniają się różne stężałe wcześniej przykurcze mięśni i twarz człowieka, znika z niej grymas, prostuje się nasza postawa, łagodnieją nasze rysy, przez co pogodniejemy, wygładza się nasze oblicze, oczy – zwierciadło duszy – zaczynają świecić nowym płomieniem dobra. Bezkształt i co gorsza podobieństwo do demona ustępują harmonii odnalezienia swojej natury w Bogu.
(4)
Niekiedy twierdzi się, że obrazem Boga jest jedyny Syn, z kolei człowiek to stworzenie ukształtowane na ten obraz Boży. Doskonałe odbicie Boga stanowi Logos. Także Wcielony Logos był nieskalanym odzwierciedleniem Ojca i idealnym człowiekiem.
(5)
1013. – Podczas Mszy Świętej – „Zachowaj swoją suknię bez skazy. To znaczy – bez plam dobrowolnych. Gdybyś spacerowała na wsi i jakaś jeżyna lub zielona trawa splamiłaby twoją białą suknię, byłoby do drobnostką. Ale gdybyś w niej wycinała nożyczkami dziury lub robiła atramentem ordynarne rysunki, co za niedbalstwo!… Jakie wzgardzenie pięknem. A przecież dusza to poważniejsza sprawa, ponieważ jest ona moim obrazem” (Jezus Chrystus do G. Bossis; G. Bossis, On i ja).
(6)
„Według babilońskich i innych mitów (Enuma Elisz) człowiek jest ze swojej natury zły, ponieważ jest stworzony z krwi boga Kingu, który był bogiem buntownikiem. On jako pierwszy wprowadził rozłam w świat bogów. Paru z nich nawet zakatrupił. Wytworzyła się wojna między bogami. Boga Kingu ujarzmił bóg Marduk.
Później zwołano naradę bogów, aby zadecydować, co zrobić z tym gagatkiem. Zapadła decyzja, aby zabić boga Kingu i z jego krwi zmieszanej z gliną stworzyć człowieka. I w tej koncepcji człowiek jest jakby tym zlepkiem, w którym bogowie skanalizowali zło w nich tkwiące. Człowiek ma naturę z istoty swej złą. Taka była nauka starożytności.
Z tym polemizuje Biblia, mówiąc, że człowiek wyszedł z ręki Boga doskonały, jako istota zharmonizowana. Nic mu nie brakowało. To jest to, co mówi Pismo w Ps 8: «Otoczyłeś go chwałą i czcią». Człowiek był królem stworzenia.
Ta prawda jest treścią Ks. Rodzaju «Stworzył go na obraz i podobieństwo swoje» (Rdz 1,27). «Obraz i podobieństwo» jest używane w literaturze egipskiej i babilońskiej tylko w odniesieniu do króla. Mówi się o królach panujących, zgodnie z teologią wschodnią, że król jest obrazem i podobieństwem boga Marduka czy podobieństwem boga Rew w Egipcie itp. Obraz i podobieństwo boga znaczy, że bóg jest obecny dla poddanych w królu. On go reprezentuje, przedstawia jakby w widzialny sposób dla poddanych.
Przeniesienie tego teologumenu przez Biblię na człowieka jako takiego chce powiedzieć, że każdy człowiek posiada godność królewską w odniesieniu do całego świata, że jest widzialnym reprezentantem Boga, Jego obrazem dla całego stworzenia. Jak król w imieniu Boga rządzi swymi poddanymi, tak Pismo Św. mówi do człowieka: «Ty masz rządzić całym światem».
To prawo rządzenia jest wypowiedziane w sposób dość drastyczny. Jest tu użyty wyraz hebrajski, który znaczy: «Ty możesz deptać po stworzeniach, one są na twoje usługi». Władza królewska była tak absolutna, że deptanie po ludziach było czymś normalnym. Zwłaszcza w czasie wojny, względem wrogów” (A. Cholewiński, ABC chrześcijaństwa).
(7)
Człowiek jako odbicie Boga to nie tylko rzeczywistość chwili stworzenia i nadania nam natury. Jest to relacja dynamiczna i funkcjonująca przez całe życie człowieka. O jednym jej aspekcie już pisałem, tłumacząc, że człowiek w zależności od tego, jaki obraz Boga nosi w sobie, taki sam się staje. Gdy uznaje dobrotliwego Boga, sam taki jest. Kto oskarża Boga o zło, sam będzie zły.
Druga relacja z tego obszaru jest jeszcze ważniejsza. Człowiek ma możliwość oddziaływania na Boga w tym, jak traktuje Logos, czyli Boży Porządek. Gdy człowiek szanuje Przykazania, szanuje samego Boga. Kiedy je łamie, grzeszy, krzyżuje Chrystusa. Znowu w człowieku odbija się to, jak jest traktowany przez niego Bóg. Skoro Adam i Ewa wyrzucili Boga ze świadomości, sami zostali wyrzuceni z Bożego Ogrodu. Nędzna sytuacja człowieka to odzwierciedlenie nędznej sytuacji Boga wynikającej ze złego traktowania Go przez człowieka. Z racji tej symetrii w istocie okazuje się to bardzo proste. Skutki każdego czynu zdziałanego przez człowieka wracają do niego. Po części widać to już za życia, gdy człowiek niszczący w swoim działaniu dobre zasady sam podlega zniszczeniu, degeneracji.
Te sprawy są dość straszne, gdy uświadomimy sobie, jak wiele zła jest teraz na świecie. Wystarczy spojrzeć na historię Jezusa na ziemi, która była realną ilustracją tego, jak Bóg jest traktowany w naszych sercach. Niszcząc Go w sercach, niszczymy samych siebie.
(8)
Spotkałem się z prostą nauką judaizmu, zgodnie z którą jesteśmy stworzeni na obraz Boga, ale to odwzorowanie straciliśmy w naszych duszach. Kiedy się modlimy, to wizerunek ten jest w nas odbudowywany. To proste streszczenie istoty problemu. Do świętości czasem wystarczy zapatrzenie w Boga, a wtedy odradza się w nas własna prawdziwa natura.
(9)
Niektóre doświadczenia mistyczne obejmują jakiś rodzaj ukazania się Boga w duszy i umyśle człowieka w postaci jakby Jego wizji. Obejmuje ona zawsze tylko pewien aspekt, niewielki wycinek natury Boga. To, jak postrzegamy Stwórcę, warunkuje sposób kształtowania siebie. Co widzi fotografia, kiedy patrzymy na swój pierwowzór? Wydaje się, że samą siebie, tyle że większą, lepszą, trójwymiarową. Trudno się dziwić, że mistycy różnych tradycji zauważają, że to samo oko, którym patrzą na Boga, patrzy też na nich. Kiedy dusza jest oczyszczona z naleciałości światowych, uzyskuje w swoich przymiotach wielkie podobieństwo, niemal identyczność z Bogiem. Mistyk może to bardzo silnie przeżywać. Zdjęcie patrzy na pierwowzór. Trudno nawet sobie wyobrazić, co taki ktoś czuje, ale są to potężne emocje. W takiej mistyce można się nawet zagubić, co się przytrafia tym, którzy interpretują ją jedynie monistycznie.
Pokorny mistyk wie, że każda wizja duchowa stanowi dla niego dar. Jej treść okazuje się oczywiście istotna, ale najważniejszy jest sam fakt, że była. Ktoś ją podarował. Dobra mistyka miłości nie skupia się na oglądaniu samego siebie, nawet gdy mówimy o potężnych doświadczeniach duchowych, ale na przekraczaniu tych sytuacji. Taką transcendencją jest kierowanie uwagi na Drugiego, na Boga, wdzięczność za duchowe prowadzenie i obdarowanie. Każdy dar zobowiązuje do rewanżu. Człowiek w podzięce może ofiarować jedynie samego siebie. „Nie pomyl księżyca z jego odbiciem w stawie” – mówi stare przysłowie. Niestety człowiek często myli siebie z Bogiem.
(10)
Człowiek w swoim zepsuciu wadliwie przeżywa stosunki wynikające z bycia obrazem Boga. Traktuje siebie samego jako kosmiczny wzorzec. Oczekuje, że Bóg będzie mu posłuszny z racji naśladownictwa. Skoro także inni ludzie są odbiciami Bożymi, więc pyszałek oczekuje, że cała ludzkość będzie w zgodzie z nim samym przeżywała i oceniała rzeczywistość. Nawet zło ludzkie nie jest w stanie zniszczyć przyrodzonych mechanizmów duchowych, a jedynie je wypacza. Na skutek tego dobry człowiek wszędzie widzi dobro, zły zaś we wszystkim dopatruje się zła. Głuptas rozprawia o głupstwie innych. Złodziej krzyczy, że kradną. Mędrzec u drugiego człowieka poszukuje mądrości, a poczciwy wierzy w poczciwość ludzką. Warto się w tym kontekście przyjrzeć samemu sobie. To ciekawe ćwiczenie duchowe – krytycznie spojrzeć na to, co mnie porusza u innych.
Innym przejawem zasady odbicia jest to, że człowiek nieustannie poszukuje potwierdzenia swoich myśli i przeżyć. Czeka, że ktoś obok niego je powtórzy. Stanowi to dla nas znak, że to, co mamy w sercu, jest dobre i pochodzi od Boga, który udziela tego też innym ludziom. Skoro wszyscy naśladujemy naturę Bożą, to jesteśmy podobni również między sobą.
(11)
Spotkałem się z ciekawym rozróżnieniem wziętym od Palamasa na to, co w człowieku jest na obraz Boga, i to, co jest na Jego podobieństwo. To, co stanowi obraz Boga, znajduje się w umyśle człowieka sytuowanym w duszy ludzkiej. Jej natura wykazuje doskonałość wynikającą z bycia obrazem Boga. Nie dotyczy to jednak jej funkcjonowania. Z kolei bycie na podobieństwo Boga traktowane było tylko jako potencjalna zdolność dana człowiekowi. Od niego samego bowiem zależy, na ile to zrealizuje, na ile żyje moralnie i duchowo. Jest wiele interpretacji tej biblijnej frazy, a wszystkie ciekawe.
(12)
Twórca, gdy skończy tworzenie, doznaje zachwytu. W utworze odbija się natura jego autora. Nawet gdy różni artyści tworzą coś podobnego, to ich dzieła się różnią. Dzieło jest ekspresją twórcy, wyraża go na różne sposoby – jego intencję, naturę, wnętrze, przeżycia, dążenia. Dla twórcy stanowi też wypełnienie jego potencjałów – jest zatem spełnieniem. Znajdziemy tu również poczucie ogromnego potwierdzenia, wielką energię. Takie doskonałe spełnienie ma wymiar nawet ekstatyczny, dobrze znany każdemu twórcy. Ekstaza doskonałego tworzenia z pewnością jest też udziałem Boga. Ekstaza to poczucie wyjścia z siebie, obecność w czymś innym. Ekstatyczne jest też doświadczenie płodzenia. Bóg w swoim odpoczynku dnia siódmego pozostaje w takim właśnie zachwyceniu.
Dzieło przenosi charakter twórcy. Horacy pisał, że nie cały umrze, bo pozostawi swoje wiersze. Podobnie jest z Bogiem i człowiekiem, Boskie piętno i Boska obecność są w ten sposób w nas, nie poprzez istotę Boga, ale przez Jego przymioty. Samo tworzenie człowieka miało dla Pana Boga w sobie coś ekstatycznego, gdy stworzył swój twór doskonały – nas. Było spełnieniem marzenia, materializacją snu. Nasze powstawanie trwało długo, polegało na przechodzeniu poprzez wszystkie stadia tworzenia.
Czy potrafimy docenić wartość, jaką mamy dla naszego Stwórcy? Docenić i pokochać samych siebie, patrząc na siebie Jego oczami pełnymi rodzicielskiego szczęścia? Czy jesteśmy w stanie także i innych ludzi zobaczyć w tym świetle? Poczuć tę Bożą dumę z doskonałości człowieka?
(13)
Bóg, patrząc na nas, chce widzieć siebie. Postrzega to, co sam w nas umieścił. Obce elementy nie mieszczą się w Jego poznaniu. To normalne, także i my poznajemy poprzez znane sobie pojęcia. Nie potrafimy zaakceptować obcego i wrogiego. Niektórzy ludzie cierpią wręcz na chorobliwą niechęć do inności czy nowości, co jest już przesadą. Poznanie opiera się na wcześniejszych miarach i znanych formach. Pan Bóg, patrząc na nas, również widzi tylko to, co sam zna, a na dodatek to akceptuje. To, co z Niego nie pochodzi, nie może się przy Nim ostać, jest to bowiem stan obcości, separacji, piekło.
(14)
Gdy Bóg widzi w nas ten swój ślad, swoją obecność, doznaje zachwytu. Potrafi uwielbić takie swoje dzieło. Pięknie opisano to w micie o Pigmalionie. Bóg chce nas do siebie na powrót przyłączyć niczym cząstkę, która odbiegła, a teraz powinna powrócić. Zła moc działa przeciwnie, chce Mu odebrać Jego umiłowane dzieci.
Także ludzkie dziecko jest uwolnioną cząstką rodziców. Wkładamy w nie swoje DNA, a więc informację o nas, swoją naturę. Nabiera ona ciała, rośnie i się usamodzielnia. Wcześniej przez jakiś czas przebywa w swojej mamie, gdzie jest z nią fizycznie połączona, a potem się rodzi. Rodzice bardzo się cieszą, gdy dziecko później do nich wraca i ich odwiedza.
3. Dzieci Boże
(1)
Ludzie są dziećmi, a jednocześnie obrazem Boga. Wynika z tego, że Pan Bóg też ma w sobie coś z dziecka. Wskazuje na to nie tylko duchowe dziecięctwo człowieka, ale też to, że przecież na początku każdy z nas po prostu jest dzieckiem. Bóg ma w sobie coś z dziecka, tę bezbrzeżną miłość aż „niemądrze”, nieracjonalnie, absolutnie i zupełnie ufną i dobrą. Słońce wszystkim świeci, a Bóg kocha bezwarunkowo. Dziecko żyje całym sobą, nie waha się, totalnie się angażuje. Podobny jest Bóg – nie ma w Nim niezrealizowanych potencjałów, całkowicie oddaje się dobru, nie oszczędza siebie w swoim działaniu, co znakomicie widać w historii Mesjasza. Adam i Ewa także przypominali w swojej pierwotnej niewinności bezrefleksyjnie dobre dzieci, posłuszne Ojcu, szczere, piękne, poczciwe, naturalne, spontaniczne.
(2)
Pan Bóg jest tak wszechmocny, że każde swoje dziecko kocha najbardziej. Córki i synowie Boga to Jego małe szczęścia.
(3)
Dziecko Boga to najwyższa godność. Żadne tytuły ani funkcje ziemskie nie mogą się z nią równać, nawet tytuły królewskie na ziemi są niczym przy tym wyniesieniu. Kto jest dzieckiem, ten jest też i dziedzicem. Być synem Bożym to posiadać niebo wespół z Ojcem.
(4)
Człowiek może być synem lub córką Boga dzięki adopcji przez Ojca za sprawą Chrystusa.
(5)
Ludzka kultura nauczyła ludzi na miliard sposobów szkodzić jeden drugiemu, prowadzić głupie wojny, wynosić się jeden nad drugiego, zdobywać pustą chwałę czy władzę (też w postaci pieniędzy), ogłupiać się zabobonami, narkotykami, używkami, sztucznymi przeżyciami z filmideł i czytadeł. To są dzieła człowieka. Do tego dochodzą doktryny gloryfikujące własne narody, klasy społeczne i wszystko to, co ziemskie. Rodzimy się dziećmi diabła dumnymi z tego, jak kto drugiemu zaszkodził, dokuczył, wyniósł się nad drugiego. Jesteśmy zadufani w sobie z powodu zdobyczy ziemskich. Tworzymy grupy, środowiska podobnej sobie złośliwości i diabelskości, które potem konkurują ze sobą i wojują. Kto będzie bardziej zadufany w sobie i z większą pogardą odniesie się do reszty: Francuz, Niemiec czy Polak? To są światowe diabelskie zawody. Wciąż żyjemy jak dzikie plemiona łaknące raczej śmierci innych niż własnego szczęścia. Rodzimy się jako dzieci diabła, ale Bóg chce nas adoptować, na powrót do siebie przyjąć.
(6)
Bóg Ojcem
Dziecko jest kontynuacją życia rodzica. Dziś słabo to widać, ale dawniej zasadą było, że dziecko uczyło się życia od ojca i naśladowało go niemal we wszystkim, to bardzo naturalne. Małe dzieci w ogóle nie odróżniają psychicznie Boga od ludzkiego ojca. Doświadczają ojca jako Boga i z tym doświadczeniem później żyją. Bóg przestrzega, że te ludzkie doświadczenia okazują się zwodnicze, gdyż ojcowie ludzcy nie są Jego doskonałymi obrazami. Uczy, żeby nikogo na ziemi nie nazywać ojcem, a tylko samego Boga. Nie chodzi oczywiście o wyrzekanie się rodziców, których mamy czcić, ale o realne uznanie faktu, że i oni są grzesznikami na zepsutym świecie i nie mogą być ostatecznym wzorem życia.
W istocie to nie ojciec ziemski uczy nas o Bogu, ale to Bóg jest jedynym prawdziwym Ojcem: opiekunem, dawcą życia, zasad i kształtu dla człowieka. Ojcowie ziemscy są tylko Jego bladym odbiciem w tych działaniach.
(7)
Relacja ojciec–dziecko ma wiele wspólnego z relacją pierwowzór–odbicie. Dziecko dziedziczy cechy rodzica.
(8)
Więź między Ojcem i dzieckiem oparta na podobieństwie okazuje się znamienna, nie przypadkiem jesteśmy na obraz i podobieństwo Boga, to typowe dla dzieci. Prawdziwe podobieństwo do Boga odkrywamy w tym, że stworzono nas w oparciu o wizję świata zawartą w Logosie, który jest duchowym DNA całego stworzenia i każdego z nas. Filozofowie nazywali to światem idei (myśli kształtujących świat), form (kształtów dla poszczególnych rodzajów stworzeń), istoty (esencji, idei opisującej danego człowieka lub rzecz). W Bogu znajduje się wzór każdego z nas zapisany jak projekt budowlany dla budynku.
W filozofiach wschodnich są podobne intuicje, np. w oparciu o pojęcie Tao jako wielkiej matki świata czy Brahmana jako posiadającego najgłębsze podobieństwo z atmanem (duszą człowieka), przy czym nieprawdą jest tożsamość atmana i Brahmana. Kształt każdego atmana jest jednak niejako odbiciem cząstki Brahmana (Logosu). U świętego człowieka dusza zespala się we wzajemnej miłości duchowej z Bogiem, która jest obopólnym uwielbieniem. Ta miłość prowadzi do ekstazy duchowej i przeżycia jedności jako wzajemnego przenikania. Owo przeżycie jest prawdziwe od strony miłości, ale nieco mylące, gdy interpretuje się je monistycznie, substancjalnie. Ekstatyczna miłość prowadzi o zatracenia własnego „ja” i uczucia przenikania ukochanego, jego serca i pragnień. To absolutne otwarcie na potrzeby drugiego, prowadzące do zatraty samego siebie. Tak kocha człowieka Bóg i święty człowiek Boga. Faktycznie jednak nie ma zatraty i pełnego istotowego złączenia, są to bowiem przeżycia w porządku miłości.
(9)
W Ewangelii Bóg każe modlić się „Ojcze nasz”. Oznacza to, że stajemy przed Nim przede wszystkim w pozycji dziecka. Jezus nazywa Go „Abba”, czyli „Tatusiu”, co wskazuje na wielką zażyłość, do której musimy dorastać, paradoksalnie umniejszając samych siebie.
(10)
Żeby zrozumieć tę prostą prawdę, że Bóg jest naszym Tatą (Abba), trzeba najpierw powrócić do świadomości, że człowiek jest do końca życia dzieckiem. Ludzie nigdy ostatecznie nie dorastają. Zwierzęta osiągają dojrzałość i później już się specjalnie nie zmieniają w sferze swojego postępowania. Człowiek, nawet żyjąc 119 lat, wciąż może się zmieniać, czegoś nauczyć, w czymś poprawiać, dorosnąć, zmądrzeć, spoważnieć. Jesteśmy wiecznymi dziećmi, a najlepiej wie o tym nasz Tata. Dlatego Bóg nakazał w modlitwie zaczynać od „Ojcze nasz”.
Będąc zawsze dziećmi, nosimy w sobie oczekiwanie rodzicielstwa, opieki, wspomożenia, opatrzności. Obdarzeni wolnością lękamy się związanej z nią odpowiedzialności. Staliśmy się wypaczeni, w związku z czym oczekujemy, że Bóg będzie podobny do naszego ego, że będzie temu ego wręcz posłuszny. Budujemy sobie wewnątrz fałszywy obraz Boga. Żeby dojrzeć Go takim, jakim faktycznie jest, trzeba unicestwić i pogrzebać swoje ego. Wtedy właśnie otwierają się duchowe oczy i widzimy w prawdzie Niebieskiego Tatę.
(11)
Instynktownie chcemy być dumni z ojca. Małe dzieci w ogóle nie rozumieją pojęcia „Bóg”, bo odbierają wszystko, co czyni ich ziemski tata, jako czynione przez Boga. Dorastając, winniśmy zauważyć różnicę i bez czynienia szkody ziemskiemu ojcu rozszerzyć dziecięce uczucia na Tatę w niebie.
(12)
Podobieństwo do ojca w życiu realizuje się poprzez naśladowanie jego zachowań. To naturalne, że dzieci ludzkie naśladują w większości bardzo wiernie styl i sposób życia swojej rodziny. Dzieci Boże winny naśladować styl życia Boga. Powinniśmy powtarzać po Tacie. Gdy najpierw Bóg coś wobec nas czyni, my Go naśladujemy. To bardzo dziecięce.
(13)
Dzieci naśladują rodziców. Podobnie jest z Ojcem Niebieskim i nami.
„Najmilsi:
My miłujemy Boga, ponieważ Bóg sam pierwszy nas umiłował. Jeśliby ktoś mówił: «Miłuję Boga», a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi. Takie zaś mamy od Niego przykazanie, aby ten, kto miłuje Boga, miłował też i brata swego.
Każdy, kto wierzy, że Jezus jest Mesjaszem, z Boga się narodził; i każdy miłujący Tego, który dał życie, miłuje również tego, który życie od Niego otrzymał. Po tym poznajemy, że miłujemy dzieci Boże, gdy miłujemy Boga i wypełniamy Jego przykazania, albowiem miłość względem Boga polega na spełnianiu Jego przykazań, a przykazania Jego nie są ciężkie. Wszystko bowiem, co z Boga zrodzone, zwycięża świat; tym właśnie zwycięstwem, które zwyciężyło świat, jest nasza wiara” (1 J 4, 19–5, 4).
Człowiek niczego dobrego nie robi sam z siebie, we wszystkim naśladujemy jedynie Ojca. W relacji z nami Bóg jest zawsze pierwszy, a my Go naśladujemy w dobrym życiu. Zależność tę próbowałem kiedyś opisać w poniższym utworze:
Najpierw
Najpierw to Pan Bóg:
Uwierzył we mnie
i chce mnie do życia odrodzić
choć w mojej śmierci to wbrew rozsądkowi
wbrew widocznym realiom
mojego chorego sumienia
wbrew temu, czego się można po mnie słusznie spodziewać
wbrew beznadziei, rozpaczy
abym i ja mógł uwierzyć w Niego
wbrew wszystkim i wszystkiemu
Obwinił Sam Siebie
– stanął ze złoczyńcami
i dał się stracić i zrzucić do piekieł
abym i ja uznał winnym siebie
i odkrył piekło, które jest we mnie
bo je stworzyłem swym grzechem
Zdruzgotał Siebie
i takim ukazał się dla mnie
abym i ja przed Nim stawał
skruszony po przewinieniach
Zaparł się Siebie
wyparł się pragnień
abym i ja to potrafił
Poświęcił się dla mnie
wszystkie swe chęci,
słuszne roszczenia
i tron Króla Królów nawet
abym i ja swe zachcianki zaniedbał
– pracował przy Jego potrzebach
Oddał mi wszystko, co miał, cały świat
abym i ja oddawał Mu ziemię
i zlepionego z niej siebie
Przyjął mnie do serca
nie żałował ciepła
abym i ja był pociechą dla Niego
i opieką, gdy Mu jej potrzeba
Zatroszczył się o moje sprawy
abym i ja wybudował
dla Niego na ziemi Królestwo
pokoju, miłości i wiary
Wziął mnie w obronę przed oskarżeniem
przed diabła klątwami i potępieniem
abym i ja bronił czci Jego oraz dobrego Imienia
stałością serca
Wywyższył mnie ponad stworzenie
abym i ja mógł tak wywyższać Jego
nad wszystko, co daje świat, ciało
nad dumę, szczęście, spełnienie
w Nim wartość ostateczna
Klęczał przede mną i mył mi nogi
abym i ja przed Nim klęczał
stawszy się sługą dla mnie
na wieki mnie do swej służby zjednał
Uczy, że gdy czegoś chcemy
to sami dajmy to najpierw
uczy tak własnym przykładem
powtarza przez Ewangelię
W Jego miłości ciągle spóźnieni
niezgrabnie naśladujemy
wciąż ślamazarnie
wciąż w tyle za Nim
Prowadzi nas jakby za rękę
niepewnych, małych i niedojrzałych
jak przedszkolaków miłości
Cały świat jest tak zbudowany
że wciąż nam daje okazje
byśmy Go kochać mogli tak właśnie
jak On ukochał nas najpierw
Dzieci mają taką konstrukcję, że nawet bezwiednie naśladują swoich rodziców. To zjawisko ze stosunków międzyludzkich jest ziemską figurą rzeczywistości duchowej. Stawać się podobnym Bogu to znaczy postępować jak On.
(14)
Życie człowieka przypomina piaskownicę. Możemy klepać na wyścigi te swoje babki: kariery, majątki, ideologie, systemy, to nie jest aż takie ważne. Istotne, żeby się nie bić, nie okradać, nie panoszyć, no i nigdy nie zapominać, że Tata na nas patrzy. To, co zdziałamy na świecie, jest mniej ważne niż sposób, w jaki traktujemy Ojca i siebie nawzajem. Życie polega na dorastaniu do miłości duchowej, wszystko inne powstaje tylko przy okazji.
(15)
Bóg jest naszym opiekunem i lekarzem. Jak ziemski ojciec opatrujący guzy i skaleczenia dzieci, tak Niebieski Tata chce przynosić ulgę naszym duszom w ich zranieniach. Trzeba odkryć przed Nim swoje wrzody, duchowy trąd, wypaczenia, zwyrodnienia, odstępstwa od przeznaczonej nam natury (esencji), nasze rany, braki, aby On je wszystkie leczył. Pycha każe nam uważać się jednak za doskonałych i nienagannych, maskując nasz stan faktyczny i oddzielając nas od Dobrego Ojca, opiekuna i lekarza.
Gdy Bóg chce nas objąć swoją ojcowską miłością, swoimi ramionami (otoczyć Prawem i związać pobożnością), chory człowiek krzyczy, że jest uciskany, niewolony, i wyrywa się „na wolność”, a w rzeczywistości na śmierć i zatracenie.
(16)
Bóg jak każdy dobry rodzic kocha dziecko nad życie. Człowiek jest Jego zagubionym skarbem, największym ze skarbów świata. Jego dzieci są dla Niego tak ważne, że jest On w stanie pójść nawet w ogień. I idzie! Widać to w historii Jezusa Chrystusa, który dla ludzkości poświęcił swoje życie zarówno to fizyczne, wydając się na Krzyż, jak i duchowe, zstępując dla ludzi do piekieł.
(17)
Po wielu latach medytacji rozumiem z całą pewnością, że Bóg jako dobry Rodzic chce naszego szczęścia na tyle, na ile na tym biednym świecie jest to możliwe. Czasem życie przynosi nam trudne doświadczenia, ale należy je znosić z godnością, bo widać to najlepsze, co z racji mojego kiepskiego stanu rzeczywistość ma mi do zaoferowania.
Według Starego Testamentu zasługi miały zapewniać lepsze życie doczesne. Zgodnie z obietnicą Bożą dobry człowiek miał stokrotnie odbierać dobro za życia. Tak też nierzadko się dzieje, ten pierwotny rajski porządek nie został bowiem zniesiony. Nie jest jedynym uwarunkowaniem naszych losów, bo na świecie jednocześnie zachodzą procesy wynikające z władzy Księcia Ciemności oraz wpływu Chrystusa jako budowniczego Nowego Stworzenia, co ma skutki dla wszystkich ludzi. Chrześcijaństwo czasem jest postrzegane jako zawężone w stosunku do Ewangelii, przez co wypacza się w jakieś dziwne „tylko cierpienie”, gdyż w takim ujęciu akcentuje się Krzyż. Tymczasem to nie tak. Na całość ludzkiej sytuacji mają wpływ aż trzy celowe ciągi zdarzeń. Bóg w tej nieprostej sytuacji uszczęśliwia człowieka na tyle, na ile okazuje się to możliwe. Niestety katastrofalna sytuacja ludzkości nie daje Mu wiele możliwości w tym zakresie. Problem też w tym, że Bóg ofiaruje człowiekowi szczęście poprzez ręce innych ludzi. Obecne w sercach zło powstrzymuje ludzi od posłuszeństwa w tym procesie. Bóg nam przypomina, że mamy dawać szczęście innym, a to ożywia łańcuch dobra. Wynikowo prędzej czy później wraca ono do człowieka.
(18)
Bóg stał się nawet ludzkim dzieckiem, najbardziej niewinnym i bezradnym, aby nam pokazać, jak dobrze dorastać. Wcielony Bóg do końca swojego krótkiego życia na ziemi nazywał siebie „Synem”. Często zwracając się do Ojca, nieustannie akcentował swoje dziecięctwo ze świętym posłuszeństwem i uległością. Ta dziecięca uległość to inaczej pokora.
(19)
Bóg wielokrotnie przypomina, że trzeba się urodzić drugi raz – duchowo. Drugie narodziny, nierzadko połączone z przeżyciem śmierci, końca dotychczasowego życia, to stały motyw wielu religii, które czyniły także specjalne rytuały na tę okoliczność. Żydzi, symbolicznie ścinając napletek jako dar z życia dziecka, składali Bogu synów w ofierze. W wielu kulturach takie odrodzenie związane było z wejściem do jakiejś jamy, ciasnego, ciemnego miejsca na wzór łona matki. Niekiedy bywało to zanurzenie we krwi w taurobolium. Dwukrotnie narodzonymi są Indusi z niektórych warn.
Chrześcijanie w ponownych narodzinach zanurzają człowieka w wodzie jak w wodach płodowych nowego życia. Odrodzony do nowego życia dostaje nowe imię i nową szatę (nową godność) drugi raz zrodzonego do życia z Boga, jako dziecko Boga, a nie świata. W Prologu do Ewangelii św. Jana czytamy:
„Wszystkim tym jednak, którzy Je przyjęli, dało moc, aby się stali dziećmi Bożymi, tym, którzy wierzą w imię Jego – którzy ani z krwi, ani z żądzy ciała, ani z woli męża, ale z Boga się narodzili”.
To przedziwna, paradoksalna moc, która czyni dzieckiem, czyli małym i słabym. Spodziewamy się raczej po mocy, że udzielając jej komuś, czyni się go mocnym. Z mocą Boga jest przeciwnie, czyni słabym. Jednak czy dziecko Boga to faktycznie ktoś zupełnie słaby, bezbronny, bezradny? Niezupełnie tak to wygląda. W realnym świecie rządzi przecież siła i przemoc. Prawa grzechu zawładnęły światem, a z nimi prawo pięści. Być dzieckiem Boga w takim świecie, oddać Bogu pomstę, wymierzanie sprawiedliwości, oddać siebie – na takim świecie to heroizm, rzecz nadludzka. Pojawia się więc kolejny paradoks: żeby być słabym jak dziecko, cichym i pokornego serca, trzeba być potężnym mocą od Boga. Jest to potęga wierności dobru, potęga przetrwania w nim, będąc zanurzonym w nurcie przemocy, walki między ludźmi, niszczenia. Ta siła trwania w dobru pochodzi sponad tego chorego świata.
(20)
Bóg chce naszego dobra jako dobry rodzic. Niestety, człowiek sam wybiera swoje zło, szkodzenie samemu sobie, radując tym upiory, które same siebie zniszczyły i życzą tego samego każdemu. Bóg jest dobrotliwy, tzn. potężny i groźny, ale w głębi zawsze życzliwy. Człowiek, odwracając się od Bożej życzliwości w grzechu, odrzuca ją i sprowadza na siebie nieszczęścia.
(21)
Rodzicielstwo Boga, ojcostwo i macierzyństwo zarazem, czynią Boże niebo, a kiedyś w przyszłości wprowadzą Królestwo Boże na ziemi, nasz ostateczny dom. U Boga stworzono nasze dusze, na ziemi jedynie ubrano je w ciała z miłości ludzkich rodziców. Każdy jeden dom ziemski i rodzice to tylko blady refleks domu i rodzicielstwa Boga. Chcemy wracać do naszego domu, do naszej ojczyzny, a ona jest przy Bogu. Chcemy żyć dla tej ojczyzny, bronić jej, służyć, wrócić do niej. Kochamy więc Boga, nasz dom, naszego Rodzica, nasze wszystko – ponad wszystko. Stanowimy część tej Bożej ojczyzny, którą tu na ziemi jest zgromadzenie wiernych, doznających Obecności Boga w swoim duchu i życiu. Ziemski dom i ojczyzna, rodzina – ród – naród, są rzeczywistościami ziemskimi, poprzez które objawia się rzeczywistość wieczna. Rodzicom ziemskim winniśmy cześć zgodnie z Przykazaniem. Jak cały świat, nasi rodzice mogą być postrzegani w aspekcie realnym, symbolicznym, wskazującym na sprawy niebieskie, a nawet hierofanicznym, gdy dom i rodzina stają się świątynią miłości Boga i miejscem Jego objawienia.
Żyjemy dla Boga jako Ojca i Matki, aby był z nas dumny i zadowolony. Więź z Ojcem Niebieskim to najgłębsza naturalna relacja na świecie. Bóg to ktoś, kogo całym sobą kocham i bronię, za kogo walczę. To ktoś, kto wypełnia moje serce.
Służą Mu moje przeżycia i moje emocje. Ta miłość jest dla mnie napędem, źródłem życia, motorem działania. Stanowi dla mnie również pociechę, źródło zadowolenia, kiedy dobrze się przysłużyłem. Bóg jako Ojciec do mnie podobny zna mnie najlepiej i moją naturę. On jest moim Panem, którego gniewu się lękam i który zleca mi prace potrzebne dla naszego wspólnego domu.
Dobre dziecko jest dumą i chwałą rodziców i Rodzica. Prawdziwą chwałę przynosimy więc Bogu, żyjąc jak najlepiej i czcząc Jego Imię. Staramy się o Jego dobre Imię wśród ludzi. Jako dzieci uczestniczymy w życiu naszego Rodzica, jesteśmy jego częścią, jednak nie w pełnym tego słowa znaczeniu, ale częścią Jego życia, jak rodzina uczestnicząca i towarzysząca ojcu w jego pracy i wysiłku.
(22)
Każdy człowiek to u Boga dziecko najbardziej chciane, upragnione i oczekiwane. Ludzie żyją na świecie bez znajomości tych tematów, ale w sercach atawistycznie wciąż szukają sposobu, aby czuć się przedmiotem pragnienia. Zazwyczaj kończy się to erotomanią. W miłości fizycznej występuje bardzo silny element pragnienia, pożądania. Ludzie wchodzą w niej w przesadę, żeby choć trochę doznać bycia upragnionym. Niestety, nie jest to pragnienie, którego doświadczenie daje szczęście. Tym sposobem pojawia się spirala niezaspokojenia, przez co potrzebne stają się coraz silniejsze bodźce. Tak postępuje perwersja. Pragnienie żony przez męża i męża przez żonę nie jest niczym złym, ponieważ cementuje małżeństwo, zbliżenie miłosne wynagradza wiele rodzinnych trudów. Jednak nadużywanie tej sfery nie daje niczego poza chwilową chorą ekscytacją, którą bez końca się powtarza, podczas gdy w sercu narasta smutek.
Żadne cielesne surogaty nie zastąpią świadomości bycia ukochanym, upragnionym przez Boga. Nikt tak nie pragnie, nie pożąda człowieka całkowicie i absolutnie jak Bóg. W tej relacji człowiek odnajduje ukojenie i trwałe zadowolenie. Nie szuka już żadnych ziemskich namiastek. Rodzic stale pragnie przy sobie dziecka i niepokoi się jego nieobecnością. Jako Boska Matka chce nieustannie mieć w sobie człowieka. Być przy Bogu to duchowo adorować Jego Obecność, modlić się, spełniać obowiązki i szanować Przykazania.
(23)
Bóg nas desperacko kocha, co przeczuwa każda dusza. Grzesznikowi wydaje się, że karze Boga swoją odmową miłości. Tymczasem nie poznał Go i nie wie, że Bóg pragnie bez cierpienia – inaczej niż człowiek. Owszem Bóg obecny w historii i Logos – w tych aspektach Stwórca doznaje cierpienia, co widzimy w ziemskim życiu Chrystusa. Cierpienie zadawane Bogu zawsze jednak wraca „okrężną drogą” do człowieka, który się go dopuszcza. Absolut nie doznaje niczego takiego, ostatecznie jest wolny od naszego wpływu i wynikowo ludzka złość wraca, skąd przyszła.
(24)
Narodziliśmy się z Boga, bo stworzył ludzką duszę i ciało. To ostatnie poprzez ziemskich rodziców. Rodzenie się to oddzielanie jednego organizmu od drugiego. Z kolei rodzenie się duchowe to przemiana świadomości, czego efektem jest dogłębne przeżycie swojej odrębności od Boga. Człowiek jeszcze nienarodzony duchowo nosi w sobie egoistyczne przeświadczenie o własnej boskości i absolutności, nieukształtowany chaos. Krystalizujący się wzrok duchowy dostrzega własną odrębność, swoje człowieczeństwo. Poznać Boga, poznać siebie, zrozumieć różnicę i w końcu umieć przezwyciężyć dystans poprzez miłość – oto istota duchowości.
Pycha polega na trwaniu na przedpolu własnego osobowego istnienia. Jest przeciwna duchowemu narodzeniu, przejawia się przez przypisywanie sobie boskiej natury i boskich przymiotów: ostatecznej racji własnych myśli, najwyższej wartości, ostatecznej mądrości (poszukiwanie dobrej wiedzy i ochota do nauki pochodzą z kolei z pokory), samowystarczalności. Niedorozwój osobowy to rodzaj specyficznego półsnu spowodowanego życiem niejako poza realiami.
Wzięcie się do pracy, zamiast czekania na cud w swoim życiu i gwiazdkę z nieba, to dojrzałość, uznanie własnej doczesności, małości. To dojrzały realizm. Niektórzy nazywają to przebudzeniem. Klęczę przed Bogiem, bo wiem, że Nim nie jestem. Kto ma się za Boga, nie klęka, ale ubóstwia siebie.
Paul Tillich pytał: Bogoczłowiek czy człowiekobóg? Ten pierwszy to Chrystus i udział w Nim, ten drugi to ubóstwiający siebie pyszałek. Możemy na powrót stać się cząstką w Logosie poprzez Ducha Świętego, uczestnicząc w Jego zbawczym dziele. Bóg wciela się w człowieka, gdy Duch Święty przyłącza posłuszną duszę do Krzewu Winnego.
Do czego jest podobne nasze dziecięce usposobienie? Może na tym etapie przypominamy larwy motyla, te biedne gąsienice uparcie pożerające swoje otoczenie. Dopiero przebudzenie duchowe otwiera nową perspektywę – przynosi śmierć larwy i rozpoczyna trudny proces przepoczwarzenia w motyla. Człowiek musi się przepoczwarzyć z ludzkiej larwy w ucieleśnionego anioła, jakim go zamyślił Bóg.
(25)
Sztukę dobrego życia można opisać jako pogłębiającą się zgodę na bycie obrazem Dobrego Boga i wyrzekanie się podobieństwa do sił i istot Mu wrogich. Pogłębianie podobieństwa do Ojca Niebieskiego to przyjmowanie szczerej i miłej postawy dziecięctwa Bożego, pełnej ufności, miłości, dobroduszności i wdzięczności do Boga.
(26)
Mamy być dziećmi Bożymi, ale jak to zrobić? Jak wejść do Bożej Rodziny? Chyba w każdej kulturze ojciec musi uznać dziecko. Pamiętamy z filmów historycznych uroczyste wzięcie przez ojca w ręce niemowlęcia i jego uniesienie, wywyższenie, któremu towarzyszy okrzyk „Mój syn!”. W naszej urzędowej kulturze taki gest znajduje swój wyraz choćby w jakimś podpisie czy nawet milczącym przyznaniu oświadczenia matki. Aby stać się dzieckiem Bożym, także musimy być rozpoznani i uznani przez Ojca Niebieskiego, co wiąże się z rodzajem wywyższenia.
„Jezus przyszedł z Galilei nad Jordan do Jana, żeby przyjąć od niego chrzest. Lecz Jan powstrzymywał Go, mówiąc: «To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?»
Jezus mu odpowiedział: «Ustąp teraz, bo tak godzi się nam wypełnić wszystko, co sprawiedliwe». Wtedy Mu ustąpił.
A gdy Jezus został ochrzczony, natychmiast wyszedł z wody. A oto otworzyły się nad Nim niebiosa i ujrzał ducha Bożego zstępującego jak gołębica i przychodzącego nad Niego. A oto głos z nieba mówił: «Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie»” (Mt 3, 13–17).
Chrzest przez zanurzenie w wodzie był praktykowany wśród Żydów tamtego czasu wobec pogan nawracających się na wiarę w Jedynego Boga. Obmywanie przez Jana Żydów musiało być dla nich czymś bardzo upokarzającym, gdyż stawiało ich w jednym szeregu z nieczystymi poganami. Żydzi mieli (i mają) ogromne poczucie wyższości z racji swojej religii i bycia Narodem Wybranym. Tymczasem Jan kazał im się obmywać jak jakimś nieczystym poganom. Było to ogromne poniżenie, ale niektórzy przyjmowali je w pokorze.
Jezus zakończył zwykłe, choć święte życie rodzinne w Nazarecie. Przeszedł też przez post na pustyni, co było wielkim wyrzeczeniem, krańcową ascezą. To jednak nie poruszyło Jego Ojcem. Poszedł więc do Jana i w nieprawdopodobnym stopniu się upokorzył. Chociaż był bez grzechu, to jednak dał się obmyć jak nieczysty poganin. Zrobił to nie dla siebie, bo Jemu chrzest nie był potrzebny. Uczynił to więc dla nas. To jego podwójne upokorzenie miało wymiar zbawczy, tym gestem rozpoczęło się bowiem dzieło zadośćuczynienia Ojcu za nas. Dzieło to zakończy się na Krzyżu. Jak to ktoś ładnie powiedział, Chrystus zanurzył się w wodzie nie po to, by obmyć się z grzechów, ale aby wziąć na siebie winy grzeszników, które w tej wodzie zostawili, a potem zaniósł je na Krzyż, by wraz z Nim umarły. Ta absolutna wręcz pokora i uniżenie oraz pierwsze wynagrodzenie za grzeszników poruszyły Ojca. Niebo otwarło się pierwszy i ostatni raz w historii i nastąpiło objawienie się Boga w całości, we wszystkich Trzech Osobach. Było to zdarzenie bez precedensu. Ojciec po raz pierwszy publicznie wobec ludzi nazwał Jezusa swoim Synem. Bardzo przypomina to gest uznania dziecka przez ludzkiego ojca. Ojciec Niebieski rozpoznał w Jezusie samego siebie w miłosiernej świętości i pokorze.
Jest to dla nas, jak sądzę, także nauką, jak dać się usynowić przez Ojca Niebieskiego, jak stać się Jego dzieckiem. Należy przyjmować głęboką pokorę i jeden za drugiego brać ciężary i krzyże. Pięknie o takiej drodze napisał R. Tichy w swoim artykule:
„Ale ten radykalizm świętych, ta ich obyczajowa transgresja szokująca humanistów wszelkich czasów, stanowi przecież sam rdzeń Ewangelii opowiadającej o wcielonym Logosie. Czym innym bowiem jest osiem błogosławieństw i droga doskonałości, którą wskazał Chrystus w Kazaniu na Górze? Ukazał w nim nowego człowieka, takiego, który wkracza już w sferę przebóstwienia, który staje się doskonały niczym Bóg. Dlatego ten człowiek w swoim zachowaniu nie ogranicza się już tylko do prawa naturalnego wypisanego w jego sercu. Jest błogosławiony, bo nie tylko nie kradnie, ale pozwala się okraść, nie tylko nie zabija, ale też pozwala się zabić. W czym tkwiłaby tu doskonałość? I to ta podobna Boskiej? W miłości, o której mówiliśmy, czyli w darze z siebie, w całkowitym otwarciu na drugiego, możliwym tylko dzięki przekroczeniu siebie. Jednak na tym padole łez, w miejscu upadku, gdzie panuje walka, taka transgresja, taki dar z siebie, nieuchronnie łączy się z ofiarą, ze zdolnością do poniesienia ofiary za drugiego, za tego, o kogo się walczy. A tym samym wiąże się z wyrzeczeniem przenikającego nas, a odziedziczonego po starym Adamie, samouwielbienia i pragnienia mocy. Innymi słowy, droga doskonałości w czasie pielgrzymowania wiąże się z ukrzyżowaniem swoich pragnień, swojego umysłu, swojego ciała” (R. Tichy, Gwiazdy naszym przeznaczeniem).
Gdy tak żyjemy, stajemy się dziećmi Bożymi, a Ojciec może nas uznać za podobne sobie istoty i swoich dziedziców.
Warto dodać, że Żydzi podczas chrztu (tuż po zanurzeniu) publicznie wyznawali swoje grzechy. To musiało być niezwykle dramatyczne przeżycie, pogłębiające upokorzenie. Co ciekawe, jakąś pamiątkę tamtego rytuału stanowi dziś to, że odnowieniem łask chrzcielnych jest obecnie sakrament pojednania, w którym także wyznajemy publicznie swoje grzechy. Dzieje się to w jakże w komfortowych warunkach, po cichu, do ucha księdza. Tamci mieli znacznie ciężej.
(27)
Twórca, żeby coś stworzyć, musi najpierw mieć w umyśle wyobrażenie dzieła. Ono jest w nim, jest nim (u Boga to Logos). Tworzenie to rodzenie. Wyobrażenie zyskuje własną substancję i oddziela się od twórcy w miarę rodzenia („wychodzi” stopniowo z twórcy). Jednocześnie wraz z kształtowaniem siebie staje się coraz bardziej podobne do pierwotnego zamysłu. Ledwo utoczona bryłka gliny ma jeszcze mało z ostatecznego kształtu, ale jest też najbliżej twórcy, spędzi przy nim jeszcze sporo czasu. Gotowa figura oddala się od twórcy, uzyskuje własny, indywidualny los (a człowiek swoje życie) już z dala od twórcy. Wtedy właśnie jest już skończona, najbliższa projektowi twórcy.
Duchowość to proces rodzenia się człowieka. „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” – wyraża całe życie wiary. Nawracamy się, poznając siebie, widząc coraz wyraźniej prawdę o sobie, z której wynika, że nie jestem Bogiem, że Bóg znajduje się gdzieś indziej – to łagodzenie pychy i wyniosłości. Z kolei wiara w Ewangelię to poznawanie Boga, o którym jest ta opowieść. Rodzenie się jest zatem procesem dorastania świadomości siebie i Boga. Narodziny to oderwanie, stąd boli obie strony. Im lepiej jestem ukształtowany w tym procesie, tym nieraz widzę większą przepaść między Bogiem a sobą, która czasami wydaje mi się dla mnie nie do przebycia. To jest ten ból separacji od Twórcy dojrzewającego dzieła, stawanie się osobą, kimś osobnym. Mistyce często towarzyszy przeżycie duchowej nocy, jakby oddalenia, bycia odsuniętym od Boga. Jednocześnie wtedy właśnie ma miejsce wzrastanie. Nie wolno tego mylić z grzechem, który też jest separowaniem od Boga, ale bez relacji z Nim. Dobra dusza doświadczająca wzrostu i towarzyszącego temu poczucia osamotnienia, przeżywa palącą tęsknotę.
(28)
Człowiek jest cudem, o czym Bóg wie najlepiej. Miłości Boga nie są w stanie zilustrować nawet wszystkie ludzkie miłości razem wzięte: ojca, matki, narzeczonego, brata, siostry, małego dziecka, babci. Wszystkie one są nikłym echem tego, jak kocha Bóg.
Ojciec na nas liczy, obserwuje, jak sobie radzimy w życiowych zawodach. Mocą Jego Ducha jest porywać nas do życia, jakiego sami byśmy sobie nie wymyślili. Doświadczyłem tego szaleństwa, wichru zdarzeń. Bóg jest jak najlepszy ojciec, trener i dopingujący kibic razem wzięci. Afirmuje w człowieku każde dobro, dostrzega je i docenia. On chce nas chwalić, pocieszać, być największym natchnieniem. W Bogu jest tylko afirmacja, radość i chwała przeznaczona do każdego z nas. Trzeba to zrozumieć i żyć tak, żeby się w tej sytuacji odnaleźć. Mam stać się przyczyną Ojca radości, pochwały, nagrody. Bóg na to czeka i liczy. Wszystko inne, całe zło, jest bezbożnością, odwróceniem się od Niego.
Człowiek u Boga przypomina zagubioną perłę, której nie przestaje szukać, najbiedniejszą, niemądrą owieczkę, której szuka. Każdy z nas jest najwspanialszy w Jego oczach, bo nie ma dwóch takich samych, jawi się jako jedyny i niezwykły.
Bóg nas uwielbia, ubóstwia, gdy żyjemy po bożemu, dobrze. Na tym polega przebóstwienie, żeby zyskiwać w Bożych oczach, żeby przybliżać się do naszego Ojca.
Zabrzmi to na pozór dziwnie, ale Bóg jest jak fanklub każdego człowieka, nieustannie czujnie czeka na nasze każde poruszenie, śledzi je, chce się nim zachwycić. Cieszy Go każde ludzkie dobro. Wystarczy odpowiedzieć na to Boskie oczekiwanie i pragnienie dobrym życiem, oczyszczaniem się z grzechu. Wtedy Bóg uczyni to życie jeszcze piękniejszym i potężniejszym. Jest niczym nasz wielbiciel. Chce na koniec powiedzieć o każdym z nas, że to, co stworzył, faktycznie okazało się bardzo dobre. Pragnie się zachwycić.
(29)
Bóg jest też najczulszą matką. Człowiek w swoim zagubieniu chowa się przed Nim, potężnym, dostojnym. Z tego względu Bóg dał nam emisariuszkę swojej miłości macierzyńskiej w postaci Matki Bożej, która stała się duchową matką ludzkości. Możemy medytować nad Jej dobrym i skromnym życiem, uczyć się od Niej duchowości. Przykładowo w modlitwie różańcowej lub litanijnej prosimy Ją o pomoc i pojednanie z Ojcem Niebieskim. Wszystko może człowieka zawieść na ziemi i na niebie, ale Maria nigdy nie zapomni o żadnym swoim przysposobionym dziecku. Nikt nie mógł sobie wymarzyć tak czułej i cierpliwej opiekunki. Nie przypadkiem katolicy mają tak ogromna cześć dla Marii i często najznamienitsze kościoły, katedry są pod Jej wezwaniem. Ona reprezentuje Boga i jest w stanie uzyskać dla proszącego Ją człowieka każdą łaskę, a jednocześnie nie budzi takiej trwogi jak sam Stwórca.
(30)
Być dzieckiem Boga to stać się dziedzicem nieba i jego obywatelem na wygnaniu. Ofiarowano nam pozycję niebian. W mitach ludzie marzyli o tym, żeby wejść na Olimp. Jest to dla nas dostępne. Zamieszkać na Olimpie to doznać przebóstwienia, zyskać godność podobną do Boskiej, a także obcować z Bogiem i kosztować szczęśliwą nieskończoność. Niebianie są chrześcijanami, bo w niebie jest Chrystus, który nimi włada. Bycie niebianinem polega na życiu według zasad nieba: wiary, nadziei i miłości. Ojczyzną chrześcijan jest niebo, bo tam przebywa nasz Ojciec. Żadna doczesna rzeczywistość nie może nam tego przysłaniać.
(31)
W wielu baśniach (które są umniejszonymi mitami) królewicz lub królewna wzrastają zagubieni w dziczy, po czym dowiadują się o swojej niezwykłej godności i dorastają do niej swoimi czynami. To jest opowieść o każdym z nas. Tu na ziemi pozostajemy tylko chwilowymi gośćmi.
