CZĘŚĆ II · ROZDZIAŁ 28

Człowiek

KONRAD TOMASZ

1. Człowiek i człowieczeństwo

(1)

Nie bardzo wiemy, czym jest człowiek. Uczymy się siebie od chwili stworzenia, ale odpowiedź na to podstawowe pytanie wciąż pozostaje ledwie zasygnalizowana. Tylko odrobinę rozumiemy ludzką strukturę (części składowe) i tworzywo. Nauka Zachodu świetnie potrafi opisywać wybrane elementy ludzkiej natury, ale nie umie już tego potem poskładać w całość.

(2)

Każdy myśliciel definiujący człowieczeństwo akcentuje jakiś jego jeden aspekt. W Grecji rozpoczynano od stwierdzenia, że człowiek to zwierzę, np. nieopierzone, dwunożne (nie znano kangurów) albo zwierzę polityczne (czyli żyjące w polis). Z kolei nowoczesność lubi mnożyć określenia typu „homo…” akcentujące którąś z cech konstytutywnych dla człowieka. Wymyślono ich bardzo wiele. Dla mnie najważniejsza jest koncepcja homo religiosus, czyli zdolność do wyznawania religii jako podstawa myślenia o człowieku.

(3)

Badanie i opis samych siebie są takie problematyczne zapewne dlatego, że trudno spotkać człowieka o właściwościach autentycznie ludzkich. Diogenes przechadzał się po mieście w jasny dzień z zapaloną lampą w ręce, a pytany o powód takiego zachowania odpowiedział, że szuka człowieka. Definiowanie człowieczeństwa stanowi duże wyzwanie, gdyż nie sposób spotkać modelowego człowieka. Przeszkodą jest nie tylko nasza różnorodność, ale i brak u każdego z nas wielu cech definicyjnych. Jesteśmy po prostu wypaczonymi ludźmi.

„Oto człowiek” – bez wątpliwości powiedziano tak tylko raz w całej naszej historii. U Platona można znaleźć taką przytomną intuicję, że gdyby narodził się człowiek doskonały, to zaraz zostałby zamordowany. To zadziwiająco trafna przepowiednia dotycząca Chrystusa, a zarazem straszna obserwacja na temat usposobienia ludzi.

(4)

Troska o samego siebie to podstawowa powinność człowieka. Żeby ją dobrze uprawiać, trzeba jak najlepiej poznać samego siebie. Cała nauka chrześcijańska obraca się wokół faktu objawienia się Boga i konieczności naprawy człowieka po upadku. Także ta książka wypełnia te dwa zadania – pokazuje Boga i człowieka. Każda jej część skupia się na tych dwóch tematach.

(5)

Czym ostatecznie jest człowiek dla Boga? Bóg zapragnął cieszyć się czyimś towarzystwem w wieczności. Przyjemnie jest mieć przy sobie kogoś bliskiego. Czy jednak człowiek może dodać coś do Absolutu? Nie jesteśmy dla Niego niezbędni, On po prostu chce się nami cieszyć. Ludzie mają w domach przykładowo chomiki, które są pocieszne i przyjemne. Nie chcę czynić zbyt daleko idących porównań, ale ważność człowieka jest właśnie tego rodzaju – uczuciowa. Dlatego człowiek nie powinien w pysze przeceniać siebie, swojego życia, ziemskiego świata. Niezrozumienie tego prowadzi do nieadekwatnego postrzegania swoich zalet i śmierci duchowej w pysze, a także błędnego oceniania życiowych problemów i popadania w rozpacz. Ziemskie bytowanie nie ma aż tak istotnego znaczenia dla Boga i nie powinno go mieć dla nas samych, to uchroni nas przez popadaniem w ponure stany. Poprzez duchowość dorastamy do apathei, nabieramy dystansu wobec samych siebie i doświadczeń z naszego życia. Nie należy się przeceniać ani zadręczać z powodu okoliczności ziemskich, kiedy się jest tylko małą istotką niezdolną nawet do tego, żeby jeden swój włos poczernić lub wybielić. Mamy się oddawać Bogu jako naszemu Panu, a On o nas zadba.

(6)

Skoro Pan Bóg sam jest doskonały, to może być tylko jeden, gdyż wyczerpuje doskonałością sam jeden całość możliwej cnoty. Nas, ludzi, jest z kolei wielu, więc musimy się od siebie różnić, a żeby tak właśnie było, to nie możemy być doskonali i stąd mamy braki. Po prostu różnimy się kolorami swojego głupstwa – „ja jestem osłem i ty jesteś osłem”, jak ktoś napisał.

(7)

Od strony praktycznej można nieco prowokacyjnie powiedzieć, że człowiek to takie samosterujące narzędzie wykorzystywane do udoskonalania świata i jego rozumnego uporządkowania, zamiany lasów i łąk w parki, pola i ogrody.

Patrząc od strony materii, możemy stwierdzić, że to samoprogramujący się biologiczno-duchowy komputer, białkowy interfejs między Duchem a światem. Dziś wymyślamy sztuczną inteligencję na swój wzór, bo sami jesteśmy czymś takim. Te nasze programy, myśli mają zresztą ogromne znaczenie. Co w środku, to wyjdzie na zewnątrz. Jak mówisz, tak myślisz, tak postępujesz. Strzeż myśli, słów, a ustrzeżesz czynów. Zło i dobro pochodzą z wnętrza.

(8)

Druga szalenie ważna cecha człowieka obok intelektu to wolność, czyli własna wola. W ramach zepsucia wdrukowuje się nam przekonanie o bezwolności, o niemocy woli dla naprawy siebie. Zło wmawia nam, że wola nie może działać, że nie jesteśmy w stanie zmienić siebie na lepsze. To nieprawda. Początkiem dobra jest dobra wola, która w miarę postępującej reintegracji wnętrza ludzkiego będzie coraz bardziej oddziaływać na nasze postępowanie.

(9)

Podoba mi się ujęcie P. Tillicha, zgodnie z którym człowiek to samoświadoma część świata. Czasem czujemy tę łączność z całością świata w chwilach uczuciowych uniesień. Kiedy kobieta tańczy, wydaje się, jej jakby cały świat tańczył. Gdy człowiek naprawdę szczerze się śmieje, to ma wrażenie, że cały świat cieszy się razem z nim.

(10)

Człowiek zastępuje Boga na ziemi, czyniąc ją lepszą i kończąc stworzenie. To ogromny zaszczyt i niezmiernie wysoka pozycja, najwyższa z możliwych.

(11)

Każdy z nas jest połączeniem ziemskiej materii i niebieskiej rzeczywistości duchowej. Zwykle funkcję budowania mostów do nieba kojarzymy z kapłanem (pontifex). Okazuje się, że w tym kontekście każdy człowiek jest kapłanem. Pismo określa nas (1 P 2, 9) jako lud kapłański, a tę naszą naturę odświeżył i wydobył Jezus Chrystus.

(12)

Człowiek jest do pewnego stopnia przeciwieństwem Boga, ze Stwórcą tworzymy parę przeciwstawnych zasad. Bóg jest wieczny, a my czasowi; Boga cechuje niezniszczalność, a naszą naturę – kruchość itd.

Ludzkość stanowi także kontekst Boskiego samookreślenia, bez nas Bóg nie ma tożsamości, bo nic Go od niczego nie odróżnia.

Gdy się nad tym zastanowimy, musimy stwierdzić, że to zadziwiające. Bóg był absolutny, pełny, doskonały. Co więc stworzył w postaci człowieka: skończoność, niepełność, niedoskonałość? Będąc doskonałym bytem w swojej Boskiej przestrzeni, uczynił jakby brak siebie, zadał sobie brak (jak ranę), abyśmy mogli powstać. To jest ludzka wolność, poczynania pozostawione nam samym do decyzji. Bóg stworzył coś, co Nim nie jest – człowieka, który bardzo Go pragnie. Działa to także w drugim kierunku – Bóg pragnie ludzi. Ludzka wolność to zdolność do realizacji pragnienia bycia przy Bogu.

(13)

Po co jest człowiek, jaki jest tego cel? Odpowiedź okazuje się bardzo prosta: żeby było kogo kochać; żeby Bóg mógł się samookreślić; żeby mieć co przekazywać pomiędzy Osobami; żeby Osoby miały za co się kochać, być sobie wdzięcznymi, by być pomiędzy nimi darem; żeby było dzieło, w którym można pochwalić samego siebie, być z siebie dumnym. To wszystko wydaje się przedziwne w kontekście pierwotnego Absolutu. Miłość to pragnienie, poczucie braku. W miłości Bogu brakuje człowieka, a to czyni Absolut niepełnym. Bóg, stwarzając, wyzbył się własnej absolutności w tej relacji, zaparł się siebie, stracił coś z siebie, ofiarował nam siebie.

(14)

Podstawową prawdą o człowieku jest to, że stanowi on jedność. W nieskończoność można opisywać ludzi poprzez wyszczególnienie ich części składowych i funkcji. Człowieka jako takiego nie da się jednak „rozmontować” i ponownie złożyć, nie jesteśmy sumą jakichś części, tylko nieredukowalną całością. Oddzielenie jakiegokolwiek elementu to śmierć lub kalectwo.

Można bez końca opisywać ludzi od strony chociażby płaszczyzn funkcjonowania. Wówczas jesteśmy w stanie wyróżnić następujące poziomy:

• fizyczny,

• emocjonalny, motoryczny,

• erotyczny i popędowy,

• ekspresyjny,

• sferę ducha w znaczeniu dążenia do czegoś,

• racjonalny,

• filozoficzny, mądrościowy,

• wolitywny,

• mistyczny,

• transcendentny, ostateczny,

• duchowej miłości agape,

• celu i sensu.

To tylko przykładowe wyliczenie. Od czasu naszego stworzenia nieustannie uczymy się siebie i tworzymy słownictwo oraz pojęcia wyrażające tę wiedzę. Zapewne do końca historii nie zdołamy powiedzieć o sobie wszystkiego, co potrzebne.

(15)

Wszystko ma swój czas: dziecięctwo odkrywa, młodość kwestionuje, dojrzałość buduje, starość utwierdza. Piękno człowieka jest jednak dopiero w przekraczaniu siebie, np. gdy starsi mimo swojego wieku wciąż lubią odkrywać.

(16)

Człowiek stanowi część świata, a sam jeden okazuje się większy niż cała ziemia, bo ma duszę. Ona jest w nas pierwiastkiem nieskończoności i nieśmiertelności. Ten duchowy bezkresny pierwiastek, jakkolwiek go nazwiemy: duszą, dźiwą, atmanem itp., przypomina Absolut, Brahmana, ale Nim nie jest. Istota ludzka z natury patrzy na świat z wysoka (jak wielkie posągi bogów indyjskich), jest większa od całego świata materii. Można w tym zauważyć niewymowny paradoks: dusza sama w sobie jest czymś o wiele większym niż cały świat, a ludzie mimo to zaspokajają niekończące się żądze maleńkiego ciała i materii, a tracą dusze. Powinno być na odwrót – potrzeby duszy, jej głód Boga powinny być na pierwszym miejscu, nawet ze szkodą dla ciała. Nie trzeba atakować spraw ciała ani go przesadnie męczyć ascezą, bo w ten sposób skupiamy się właśnie na nim. Sprawy ciała mamy przekraczać, idąc drogą duchową, tak jak się mija kolejne miejscowości, jadąc samochodem do upatrzonego celu. Dopiero poszcząc, zrozumiałem, co pozwala poznać i opanować ciało. Świat zjawisk materii w całości jest czymś mniejszym niż jedna ludzka dusza. Można go trochę kochać, bo budzi litość, a miłość zawsze jest litościwa, współczująca, miłosierna (caritas). Nie stanowi jednak centrum zdrowej wrażliwości.

(17)

Jako homo sapiens, człowiek myśli i zadaje pytania, zwierzęta zaś ich nie stawiają. Widać to silnie w refleksji P. Tillicha, który doświadcza rzeczywistości poprzez pytania, jakie stawia sobie w jej kontekście. Całość jego nauki są to udzielane samemu sobie odpowiedzi na wspomniane pytania.

(18)

Kiedy widzimy człowieka, to zewnętrznie jest on małpą. Pod względem wyglądu zewnętrznego niewiele różnimy się od szympansa. Człowiek to zwierzę połączone z duszą. Co lubią zwierzęta, choćby takie owce lub cielęta? Ważne, żeby miały dogodzone, żeby były nakarmione, żeby ktoś za nie zdecydował, co mają myśleć i robić. Wielu ludzi tak dziś żyje. Można poznać ich po tym, że są stale obrażeni, ponieważ spoczywają na nich jakieś obowiązki, grymaszą i krzywią się na pracę, na naukę, na wysiłek. Co lubią najbardziej? Bezmyślnie, bezwolnie, nieludzko siedzieć przed telewizorem. Siedzieć jak zwierzę. Nie chodzi o to, że telewizja jest zła, może być używana dobrze, byle robić to z umiarem i rozsądkiem.

Dziś żyje się ludziom jakby za dobrze. Bez większego wysiłku nasza zwierzęca natura żyje w dobrostanie. Mamy w brud jedzenia, nie dotyczą nas poważniejsze problemy ze schronieniem. Ludzie od tego zwierzęcieją – zapominają o duszy. Dusza to też napęd człowieka do działania, do przezwyciężania zwierzęcej ospałości i lenistwa. Zwierzę tym różni się od człowieka, że nie pracuje. Zezwierzęceni ludzie ciągle się krzywią, szukają na zmianę przyjemności i lenistwa. Tymczasem nic tak nie męczy jak lenistwo. Zmęczeni lenistwem jeszcze więcej odpoczywają i jeszcze bardziej się krzywią i narzekają.

Najedzeni ludzie nie szukają Boga, ale o Nim zapominają, a dzisiejszy dobrobyt pochodzi przecież od Boga. Dzięki temu, że ludzie zaczęli szanować pokój i dobro innych, mamy takie spokojne czasy. To Bóg uczy pokoju, szacunku, dobra. Niestety, ludzie pogrążeni w dobrobycie pogrążają się w swojej zwierzęcości. Zażywają tyle pracy i nauki, ile naprawdę muszą. Sprawy duszy wydają się im zbędne. Po co się wysilać, skoro jest dobrze albo przynajmniej chociaż znośnie. Można gnuśnieć i narzekać.

Dusza stale pozostaje w sporze ze zwierzęcością i tak jest dobrze. Trzeba przywyknąć do tego, że nie ma spokoju. Tyle jesteśmy ludźmi, na ile uruchamiamy duszę i jej władzę nad naszą zwierzęcością. Zwierzęcość to też wymagania stawiane wobec innych, żeby żyli, myśleli, za nas działali. Bardzo dużo ludzi rozumuje w ten sposób, czekając na gwiazdki z nieba, stale będąc skwaszonymi, rozczarowanymi, kiedy muszą sami coś zdziałać, wyrwać się z tej ospałej zwierzęcości. W człowieku owa zwierzęca wygoda może brać górę i często tak się dzieje. Dusza z kolei to napęd do pracy, nauki, miłości, mądrości, tworzenia. Trzeba do niej świadomie sięgać, a nie ulegać swojej zwierzęcości.

(19)

Człowiek jest na swój sposób jednak także mniejszy od normalnego zwierzęcia. Patrzymy na zwierzaki z tęsknotą: nie grzeszą, nie doznają cierpienia (tylko bólu), są doskonałe, bez buntu i sprzeciwu wypełniają Boża wolę zapisaną w ich naturze. Nazywamy to instynktem, wrodzoną umiejętnością życia doskonałego. Człowiek też ma instynkty, ale silniejsza od nich jest wola. Służy ona niejako do buntowania się, przezwyciężania siebie i obecnych w sobie uwarunkowań odciągających od dobra. W sumie w głębi siebie chcemy żyć dobrze w uległości i pokorze wobec Boga i Jego Praw. Odnajdując w sobie te naturalne dążenia, z jednej strony poświęcamy swoją wolę na ołtarzu miłości i ustępujemy swojemu Władcy, z drugiej strony dodatkowo powracamy w jakiś sposób do kondycji dobrego, posłusznego zwierzęcia. Pycha unosi człowieka pod niebiosa, podczas gdy realnie nie umie on być nawet na tyle dobry jak zwierzę.

Do kierowania wolną wolą służy rozum, którego zadaniem jest zastąpienie braków instynktu i ogólne zarządzanie postępowaniem. Rozum służy więc do wyrzekania się wolności woli i poddania się posłuszeństwu Bogu. Wolność niesie ze sobą zdolność do zepsucia się poprzez wybór nieograniczoności, nieokiełznania i chaosu. Posłuszeństwo to z kolei odnalezienie się w torach dobra. Nie trzeba tego mylić z ustępliwością wobec ludzi, którzy pyszniąc się, przypisują sobie majestat Boży. Ustępliwi mamy być wobec Bożych praw, a wobec ludzi nie musimy być ani służalczy, ani przesadnie ulegli. Cezarowi oddajemy to, co cesarskie, ale nie Boskie.

Czy więc ideałem życia ludzkiego jest powrót do natury zwierzęcej w dobrym tego słowa znaczeniu? Rozbudzenie pierwotnych instynktów wspólnoty, rodziny, stada, które wciąż w nas są i czynią nas wrażliwymi na innych? Do pewnego stopnia właśnie tak. Wszak człowiek to zwierzę. Kiedy oczyści swoją zwierzęcość i nada jej zbożny kształt, wtedy też bez trudu sięgnie do zasobów swojej drugiej natury – anielskiej. Jakimś rodzajem powrotu do harmonii przyrody i Kosmosu jest duchowość pierwotna, bardzo bliska zarówno przyrodzie, jak i sferze sacrum.

Oczywiście zwierzęcy wymiar człowieka można też zanieczyścić, uczynić z człowieka bestię na kształt diabła. Dzieje się tak, gdy wybieramy zwierzęcość nie zbożną, która jest oparta na wspólnocie z Bogiem, co wymaga pewnego samoograniczenia i harmonii, lecz szatańską: rozpasaną, pazerną, nieposkromioną, drapieżną i chciwą wszystkiego tylko dla siebie. Nie pozbędziemy się naszej zwierzęcej części. Zawsze i w każdym wymiarze naszego życia mamy dwie opcje – Boską i diabelską. Także i w naszej zwierzęcości wybieramy pomiędzy tymi dwiema drogami.

Jest w tym zakresie także drugi fałsz, bo fałsze są zawsze co najmniej dwa. Jeden to przyjęcie aktywnej opcji diabelskiej, grzechu, czynnego zła. Drugi, który podpowiada także demon, polega w ogóle na rezygnacji z wyboru, odsunięciu tej części natury, dokonaniu swego rodzaju samobójstwa, wyparcia, na udawaniu, że ten problem nas nie dotyczy, wyrzuceniu go ze świadomości w obronie przed naporem zła. Niestety, to także nie pomaga, tylko utrwala stojące przed nami trudności. Możemy udawać, że kwestie cielesne, takie jak biologia bądź sprawy wspólnoty, w ogóle nas nie dotyczą. Z takiej postawy wyrasta dualna gnoza kwestionująca wartość ciała. Współcześnie ludzie podświadomie wyprawiają najdziwniejsze i najgłupsze rzeczy ze swoimi ciałami, nie umiejąc odnaleźć właściwego do nich stosunku. Kaleczą, tatuują, skaryfikują, przekłuwają je w piercingu, zachowują się jak dzikusi. Huśtawka szaleństwa dzisiejszych ludzi nosi ich od całkowitej uległości wobec ciała do jego niszczenia. Nieco lżejszą tego odmianą jest tzw. idealizm, przesadne wymagania od innych i od samego siebie, brak akceptacji faktu, że nasze ciała bywają zawodne mimo nawet najszczerszych chęci, zapominanie, że w życiu pomiędzy ludźmi konieczna jest pewna wyrozumiałość i akceptacja naszej ułomności.

To zadziwiające, że chrystianizm, pozostając przecież w sporze ze światem i materią, musi bronić ciała ludzkiego przed jego pohańbieniem, niszczeniem, lekceważeniem. Zachód Europy, dotknięty niegdyś silnie wrogim ciału kataryzmem (odmiana gnozy), wprowadził nawet święto Bożego Ciała, a z czasem procesje z Nim odbywające się ulicami miast. Ma to przypominać o szacunku także dla ludzkiego ciała, ale bez ulegania jego słabościom.

(20)

W swojej wolności człowiek to jedyne zwierzę, które potrafi się pomylić, zbłądzić, wypaczyć.

(21)

Dusza jest duchem, ma coś z anioła. Człowiek to jedność przeciwnych zasad – anioła i zwierzęcia, to najdziwniejsze, ale i najpiękniejsze ze stworzeń. Jego uroda przypomina piękno małego dziecka, które jest nieporadne i głupiutkie, ale się bardzo stara, żeby mu wychodziło jak najlepiej. Jako ładne w nas jawi się właśnie to staranie, dlatego trzeba się starać i nie martwić nieporadnością.

Obecny w nas anioł ma rozum, myśli, wybiera dążenia. Jego towarzysz – zwierzak – cechuje się siłą potrzebną do tego, by coś na świecie zmienić, wykonać pracę. Zwierzę ma swoje potrzeby, lubi szaleć, balować, błyszczeć, rozmnażać się, najeść się i chrapać. Anioł szuka z kolei ascezy, uduchowienia. Wszystko jest dobrze, jeśli pomiędzy tymi zasadami panuje pokój i miłość, co jest możliwe tylko przy Bogu, w którym jednoczą się przeciwieństwa.

Gorzej, jeśli zasady się rozrywają i każda ciągnie w swoją stronę albo jedna zupełnie dominuje. Powstaje wówczas dezintegracja człowieka, ontyczne zranienie. Przykładowo, gdy człowiek popadł w cielesny grzech, anioł urażony zwierzęcym uczynkiem ucieka w krainę marzeń i fantazji, dorabia sobie jakieś chore filozofie na uzasadnienie zła. Pozbawiony prowadzenia zwierzak wiedzie prosięcy żywot, może nawet stać się spuszczoną z uwięzi bestią. Trzeba schodzić z chmur, powracać do realiów, zobaczyć siebie w prawdzie, jakim się faktycznie jest. Anioł, czyli rozum i wola, musi troszczyć się o zwierzaka – ciało, ale nie może mu ulegać. Posługując się rozumem i słowem, musimy mówić do samych siebie, powoli wychowywać swoje ciała. Ustępują one przed dobrym słowem, a bronią się przed autoagresją, złym słowem, samoudręczeniem, które powodują wynikowo jeszcze silniejsze osadzenie w złu. Życie wewnętrzne człowieka jest bardzo interesującą sferą i trzeba się jej jak wszystkiego uczyć.

Dobry Bóg stworzył duchy czyste, które są zupełnie wolne, latają w górę do nieba i na dół ku ziemi, a nawet do otchłani. Duchami są także nasze dusze. Duchy nie mają jednak rąk, żeby nimi zmieniać ziemię, tworzyć czy pracować, tak jak robił to Bóg. Nie przypominają w pełni Stwórcy. Zwierzęta są niemądre, nie potrafią wywyższać Boga w pieśniach, co z kolei umieją anioły. Widzą tylko materię, nie cechują się zmyślnością, nie mówią. Same ciała też nie są w pełni jak Bóg.

Mądre, bezkresne i nieśmiertelne, ale bezradne duchy i niezbyt mądre, lecz zdolne do działania zwierzęta – gdyby stały się jednym, byłyby podobne do Boga. Tak powstał człowiek, który musiał się stać, skoro stało się cokolwiek. Jego dusza zdolna jest wznosić się w górę do nieba i patrzeć sama na siebie. Ciało potrafi zaś działać i poruszać się po ziemi, chodzić na prawo i lewo. Jego znakiem są złączone linie: jedna prowadząca w górę i w dół, a druga na boki, na prawo i lewo – to znak człowieka.

(22)

Życie ma trzy główne wymiary: mineralny, biologiczny i ludzki. Minerały, gwiazdy, gazy, ciecze, planety – wszystko to nieustannie się zmienia, ale wyłącznie pod wpływem sił na to działających, samo nie generuje siły. Życie biologiczne drobnoustrojów, roślin i zwierząt możemy podzielić na wegetatywne (wzrastające) roślinne i animalne, czyli samodzielnie poruszające się życie zwierząt. Te ostatnie zmieniają się i ruszają dzięki własnej sile. Nie mają jednak własnego wyboru co do kierunku zmian i ruchu. Żyją według zapisu genetycznego oraz bodźców środowiskowych.

Życie człowieka jest wewnątrzsterowne. Może on planować i działać niezależnie od środowiska, często wbrew niemu. Jest w stanie również uniezależnić się od wewnętrznych motywacji i oddziaływań. Jako jedyna istota korzysta z wolności, która obejmuje także wolność od uwarunkowań wewnętrznych.

Niestety Pierwsi Rodzice posłuchali węża, czyli zwierzęcia, i pozwolili mu nad sobą zapanować. To było zgubne, gdyż wcześniej dano im zwierzęta pod panowanie (a także całą zwierzęcość w nich samych). Wraz z grzechem ten porządek został odwrócony. Wszyscy czujemy taką rajską tęsknotę, aby zwierzęta nas słuchały, a tymczasem one nas zabijają (także te najmniejsze – drobnoustroje). Człowiek uczynił zwierzę swoim panem. Odbija się to na życiu duchowym, kiedy doznajemy pokusy życia jak zwierzę, skupione na tym, żeby względnie łatwo się najeść i odpoczywać. Znamy wielu ludzi, którzy najchętniej robiliby tylko to. Pokusa degradacji idzie dalej, stajemy się podobni minerałom, kiedy oczekujemy, że ktoś będzie za nas żył. Minerały podlegają bowiem siłom zewnętrznym.

Ważne jest także to, że w człowieku stale są dwie siły – chęci do dobra i niechęci. Stanowi to skutek wolności, w której mamy nawet moc odstąpienia od dobra i dokonania złego wyboru. Upadek uczynił tę moc jeszcze potężniejszą. Niemniej jest to znamię człowieczeństwa, że dobro wymaga uporu i przezwyciężania siebie w jakimś stopniu. Nie znają tego zwierzęta, miłe, ale jednak automaty. Pojawia się w nas pokusa, żeby nasze życie było właśnie takie automatyczne, byśmy nie musieli zmagać się z samym sobą, odpowiadać za siebie. Niestety jest to oznaka naszego upadku, świadcząca o tym, że oczekujemy, aby było łatwo. Człowiek w swoim człowieczeństwie musi się zmagać z oporem, także własnym, co należy uznać za realność naszej wolności. Mówimy o heroizmie dobrego życia, bo wymaga ono dzielności i przezwyciężania zewnętrznych i wewnętrznych uwarunkowań, przeciwności.

(23)

Kiedy porównuje się propozycje różnych religii, okazuje się, że wizja Boga pomiędzy nimi daje się w jakimś zakresie uzgodnić. Taki proces duchowy i intelektualny zawarłem w rozdziałach dotyczących Boga. Coś innego odróżnia religie od siebie, a szczególnie chrystianizm od wierzeń naturalnych. Tym czymś jest wizja człowieka. Chrystus jako prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek (a nie wcielenie w pozorne chwilowe ciało) stał się czymś zupełnie niepojmowalnym dla ludzi innych religii. Indie są niedaleko od prawdy w wielu sprawach teologicznych, a jednocześnie w sumie bardzo daleko. Chrystus przyniósł ludzkości szacunek dla człowieka wobec umniejszających wagę ludzi wierzeń naturalnych, co jest największą i niepojętą rzeczą. Bóg przecież umarł za człowieka. To zupełne antypody dla ludów o wierzeniach naturalnych, gdzie to ludzie marli za bogów, w trakcie wojen, jako ofiary, w oddaniu.

Nie tyle Bóg jest w centrum sporu chrystianizmu ze światem naturalnych wiar, tylko człowiek. Szatan wierzy w Boga, a ludzi nienawidzi. Właśnie tutaj żadne inne wierzenia nie dadzą się uzgodnić z chrześcijaństwem. Filozofie Boga w teologii chrześcijańskiej mogą być podobne do helleńskich, indyjskich, chińskich i dowolnie innych. Antropologia Chrystusowa to jest zupełnie nowa jakość, rewolucja bez precedensu, prawdziwy przełom, który otworzył ludziom drogę do duchowego, moralnego odrodzenia. Zło i grzech, a co za tym idzie – śmierć – spotkały się w nas ze zmartwychwstaniem do nowego duchowego życia. Zbawienie to skandal bez porównania z niczym innym. Ktoś przyjął za nas odpłatę, złą karmę, poświecił się, żebyśmy na powrót żyli, cieszyli się, zakładali rodziny, wielbili Boga.

(24)

Pierwszy z aniołów razem ze sporą ich grupą zbuntował się, gdy Bóg mu zdradził, że będzie służył człowiekowi, chodziło oczywiście o Syna Bożego. Anioł, mając na uwadze, czym jest człowiek, ta biedna galareta w worku ze skóry podparta kośćmi, zohydził go sobie dokumentnie i odmówił. Rzucił pyszne „Non serviam!” („Nie będę służył!”). Na to pozostałe anioły pod wodzą Michała ruszyły do walki i strąciły złe duchy z nieba. Imię „Michał” pochodzi z jego okrzyku bojowego, który znaczył „Któż jak Bóg!”. Zły duch poczuł się równym Bogu, skoro odmówił posłuszeństwa, a Michał czynnie wyjaśnił mu jego pomyłkę.

Jak widzimy, osią kosmicznego sporu Księcia Ciemności z Bogiem jest człowiek. To się nie zmienia mimo upływu czasu. Szatan przede wszystkim nienawidzi ludzi. Jeżeli chodzi o Boga, to pozostaje On poza zasięgiem jakiegokolwiek ducha i żadna agresja w Jego stronę nie ma sensu. Demon ogniskuje więc swoją złość na ludziach.

Zły duch jest duchowym ojcem ludzkości po grzechu. Z tego powodu agresja skierowana przeciw ludziom została wpojona jego duchowym dzieciom, czyli nam wszystkim. Pycha i złość na innych ludzi to rys obecny u każdego człowieka, choć objawiają się na różne sposoby zależnie od temperamentu. U niektórych będzie to tylko pasywna kontestacja, u innych żądza mordu wprowadzana w czyn. Motyw zemsty na innych za urojone krzywdy jest niestety uniwersalnym przeżyciem całej ludzkości. Zło tego typu czynimy nawet bezwolnie i nieświadomie, tak jesteśmy przesiąknięci tym klimatem. Każdy grzech niesie w sobie krzywdę człowieka, co najmniej samego siebie.

Uświadomił nam to dopiero Chrystus, który przyniósł to światło całej ludzkości. Podstawą Jego przesłania jest pokój, czyli zakończenie walki narodów, rodów, jednostek, a nawet agresji wewnętrznej.

Trwa straszna bitwa duchowa o człowieka. Upiór próbuje ustanawiać na świecie swój nienawistny dla ludzi porządek. Bóg przeciwstawia tym usiłowaniom swoją troskę o człowieka i miłość do ludzi. Dodatkowo wokół człowieka wznoszą się okopy Trójcy Świętej. Dziś jest atakowany nawet biologiczny byt ludzkości poprzez apoteozę zboczeń i niezdolność do rodzenia dzieci, mordowanie synów i córek przed urodzeniem, zabijanie starszych i chorych. Wszystkie religie w jakiś sposób wskazują na Boga. Tylko chrześcijaństwo wskazuje na człowieka jako na swój drugi cel.

(25)

Człowiek dostał władzę nad krainą Boga, przez co zastąpił w tej sferze Stwórcę. Stał się jakby małym bogiem z ogromem majestatu i władzy w stosunku do ziemi. Po grzechu spadło na nas jednak odium śmierci. Staliśmy się jak martwa materia, jak obornik zjadany przez mikroby, rozkładający się pomału aż do zgonu, jakby żywy kompost z człowieka, a nie człowiek, jakim powinien być. Spadliśmy na dno hierarchii, a Bóg litościwie uratował nas od natychmiastowej śmierci, nauczył pracy, abyśmy mogli zdobyć pożywienie, dał nam ubranie, byśmy chronili się przed środowiskiem i własnymi chorymi emocjami. Mimo to ogólna kondycja człowieka przypomina ciągle kompost z odroczonym terminem rozkładu, jeśli porównać nasze ciała do ciała pierwotnego, doskonałego, władczego, świętego, nietykalnego dla świata. Dziś świat niższy – przyroda – ingeruje w człowieka na wiele sposobów: mikroby, substancje trujące, a ponad wszystko czas będący właściwością materii, jej zmienności. Jesteśmy jak żywe trupy w początkach rozkładu moralnego i fizycznego. Kalectwa i choroby to symptomy tego stanu.

(26)

Człowiek zjednoczony z Bogiem w duchowej miłości rozkwita, doświadcza siebie w łączności z samym sobą, światem i jego Stwórcą, z całą rzeczywistością. Przeciwnie dzieje się w grzechu, kiedy to zamykamy się w sobie, tracimy duchowe odniesienia, karlejemy, zanikamy. Człowiek zanurzony w grzechu jest nikim, a w dobru – wszystkim.

(27)

„†* Każdy ma takie same szanse odnalezienia Mnie i oddania Mi siebie, choć każdy może osiągnąć to swoim sposobem. Każdego prowadzę w sposób najlepszy dla niego.

Każdego zabieram z tego świata w chwili największego zbliżenia do Mnie. Troszczę się, aby każdy przyszedł do Mnie z największym bogactwem, jakie dla niego jest możliwe” (Jezus Chrystus do Alicji Lenczewskiej; A. Lenczewska, Świadectwo, 193, n. 31 VIII 86, g. 22:30).

2. Osoba

(1)

Pan Bóg czasem jest nazywany osobą, co okazuje się jednak nieścisłe, gdyż jest On Trzema Osobami, a nie jedną. Już samo to pokazuje, że osoba może być postrzegana jedynie w otoczeniu innych osób. Zwykle tego nie dostrzegamy, ale godność osoby realizuje się we wspólnocie. Osoba to nie jest po prostu wyalienowane indywiduum, ale jednostka wśród innych i tylko w tym kontekście może być osobą.

(2)

Często używamy terminu „osoba”, choć trudno znaleźć jego dobrą definicję. Nie jest to zjawisko teologiczne ani z zakresu filozofii bytu, a nawet świadomości, jak to się czasem przedstawia (definiując osobę jako istotę rozumną). Pojęcie to pochodzi z obszaru prawnego i moralnego. Osoba to taka jednostka, która posiada pełnię praw, dlatego jako taka istnieje tylko we wspólnocie, która szanuje i chroni jej prawa. Łatwo to zrozumieć na przykładzie ludzi, których nie traktowano jak osób. Byli to historycznie przede wszystkim niewolnicy, ale także kobiety, którym nie przyznawano wszystkich praw.

Osoba to po prostu człowiek w ujęciu prawnym, a więc przez pryzmat swoich cech naturalnych, których pozostałe osoby zobowiązane są nie odbierać. Do tych cech należy samo istnienie, czyli życie jako wartość chroniona, a także inne przymioty naturalne: wolność, posiadanie, prawo do rodziny, schronienia oraz wiele innych.

Istnieją teorie i przepisy prawnonaturalne wyrażane także w dokumentach międzynarodowych. Regulacje te nie uzasadniają swojej treści, nic bowiem nie uzasadnia godności ludzkiej jak tylko podobieństwo człowieka do Boga. Generalnie prawo nie daje się redukować do bardziej podstawowych zjawisk z zakresu filozofii bytu, świadomości. Jest to coś podstawowego, czego nie wywodzi się z innych sfer filozofii. Dobre prawa się rozpoznaje, odkrywa – na tym polega ewolucja świadomości moralnej. Można je uznawać i szanować albo nie. Nie ma jednak potrzeby ich uzasadniać, bo niekiedy potrafimy podać to uzasadnienie, a czasem nie. Niezależnie od tego Prawa Boskie trzeba zawsze szanować. Sens wszystkich Przykazań zna tylko Bóg, bo On stworzył świat i tylko On go ogarnia swoimi pojęciami. Dotyczy to także tej instytucji prawnej, jaką jest osoba. Najpierw trzeba szanować związane z nią prawa i obowiązki, a potem może przyjść ich zrozumienie. Patologią jest kwestionowanie rzeczywistości prawno-moralnych i podważanie ich sensu. Prawa Boże się wykonuje, a nie samodzielnie ustanawia. Nadmierne żądanie uzasadnień bierze się z naszej maniery kwestionowania Praw Bożych i samodzielnego ustanawiania praw, co samo w sobie jest złem.

(3)

Zespół cech przynależnych osobie jest zbiorczo nazywany jej godnością. Czasem próbuje się wywodzić prawa człowieka jako osoby z jej godności, nie definiując, czym ona jest, a jedynie zdając się na intuicyjne postrzeganie tych spraw. Jest to definicja ignotum per ignotum czy nawet idem per idem. Zrozumienie, czym jest osoba i jej godność, okazuje się możliwe tylko w oparciu o uznanie woli Boga, który zapragnął uczynić człowieka istotą samodzielną (wolną) i rozumną (samoświadomą) oraz otoczyć go ochroną (miłością) w tym kształcie.

(4)

Można zapytać, jaka jest ta godność człowieka. Otóż to godność dzieci Bożych porównywalna na świecie z godnością dzieci królewskich. Jesteśmy dziedzicami Królestwa w niebie.

Niegdyś, aby król mógł być królem, wszyscy inni musieli zrzec się na jego rzecz części swojej godności (wolności) i poddać się jego władzy. W państwie tylko król był w pełni tego znaczenia wolny (miał władzę), a poddani musieli go słuchać. Tym sposobem osoba królewska okazała się typem człowieczeństwa w ogóle. Królom przypisywano metafizyczny majestat wzięty z sakralizacji jego władzy i osoby, jako tego, kto ma bezpośrednią łączność z bogami i niebem (np. w Chinach). Władcy przysługiwała nieograniczona autonomia działania. Dodatkowo osoba królewska była dla ludzi nietykalna. To ciekawe, że dzięki Chrystusowi odkryliśmy, że wszyscy jesteśmy królewskimi dziećmi, mamy naturę sakralną i łączność z Bogiem, a także samodzielność działania (wolność). Ponadto nie wolno nam naruszać ludzkiej integralności (fizycznej i psychicznej, np. poprzez znęcanie, ranienie, mord). W ten sposób przymioty władców ziemskich okazały się cechami wszystkich ludzi, czego wyrazem jest demokracja i egalitaryzm.

(5)

Osoba to po łacinie persona. W polszczyźnie ten termin kojarzy się z kimś ważnym. To dobry trop, ponieważ osoba jest rzeczywiście kimś ważnym – dla Boga. Posiada ona pełnię praw, swoją niepowtarzalną tożsamość, nie jest atomem w masie. Może zawiadywać sama sobą i nikomu nie wolno jej odbierać tej wolności. Z tego względu zakazane są groźby pod jej adresem, porwania, uwięzienie itp. Osoba może mieć majątek, czyli wykonywać władzę wobec rzeczy.

Ma zdolność do samodecydowania, tj. prowadzenia swoich spraw i reprezentowania siebie na zewnątrz. Ogólnie osoba i jej integralność są przedmiotem prawnej ochrony, stanowią wartości chronione. Istnieje też coś takiego jak dobra osobiste, czyli zagadnienia związane z podmiotowością i byciem osobą, które są prawnie chronione.

Człowiek stanowi wartość przede wszystkim w oczach pragnącego go Boga, dlatego mówienie o osobie w pełni możliwe jest właściwie tylko w kontekście chrześcijańskim. Obecne zanikanie rozumienia świata po chrześcijańsku sprawia, że upada szacunek dla osoby, a my żyjemy w erze najróżniejszych manipulacji, zniewolenia emocjonalnego, nawrotu monizmu w odrodzonym światopoglądzie magicznym i gnostyckim. Te zjawiska są wrogie osobie jako specyficznemu i najdojrzalszemu postrzeganiu człowieka. Dziś stajemy się, jak to mówią filozofowie, środkiem, a nie celem. Człowieka postrzega się jako przedmiot inżynierii społecznej, odzierany z godności przez ogłupiający marketing. Obecnie karierę robią szkolenia z manipulacji. Do tego propaguje się zezwierzęcenie poprzez perwersyjny seksoholizm. Długo by wyliczać wszystkie toksyny odbierające współczesnym ludziom godność.

(6)

Czerpiąc od stoika Panaitiosa, Cyceron wprowadził pojęcie postaci (persona). Pierwsze znaczenie tego terminu to maska teatralna, przez którą rozbrzmiewa (personare) głos aktora, a stąd „rola sceniczna”. Cyceron opisuje nim „role’’ życiowe człowieka. Jego – oraz wcześniej Panaitiosa – celem było prawdopodobnie uniknięcie trudności wiążącej się z platońskim określeniem tożsamości człowieka jako duszy rozumnej. Gdyby tak było, cóż odróżniałoby jednego człowieka od innego – wszyscy wszakże ludzie są rozumni! Pierwszą rolą jest nadal bycie rozumnym. Drugą rolę zadaje każdemu jego swoisty charakter. Teoria ta ma pewne skutki etyczne. Skoro jedynie cały „ja” jest podmiotem etycznym, dopiero moje swoiste cechy charakteru określają moje obowiązki: w tej samej sytuacji inne zachowanie może być właściwe dla jednego, inne zaś dla drugiego człowieka. Pojęcie „persona” zostało przejęte przez myślicieli chrześcijańskich, którzy ukuli na jego kanwie pojęcie osoby – ludzkiej i boskiej.

Grecy być może nie zdołali ostatecznie ustalić, co odpowiada za tożsamość człowieka. Jednak wierni bogu delfickiemu niestrudzenie jej szukali, a stawiając trafnie pytania, rozwinęli terminologię, która zasila do dzisiaj filozoficzne poszukiwania odpowiedzi na pytanie: kim jesteśmy? (cytat z artykułu Michała Bizonia).

(7)

Każdy jest niezwykły, niepowtarzalny, jedyny. Takimi widzi nas Bóg. Osoba to ktoś szczególny, inny niż wszyscy pozostali. To ciekawe, że w mniej nowoczesnych, a bardziej pierwotnych i prostszych społecznościach ludzie wyjątkowo niezwykli, tacy jak kalecy czy upośledzeni, bywali uważani za dotkniętych przez Boga i traktowani z pewnym szacunkiem, a nawet zalęknieniem.

(8)

Paul Tillich poucza, że moralność ziemska polega na postrzeganiu drugiego jako osoby. Pan Jezus używa prostszego i dobitniejszego sformułowania. Zgodnie z Jego nauką, mamy traktować drugiego jak siebie samego (miłować bliźniego jak siebie samego). Pycha sprawia, że człowiek traktuje siebie jak pępek świata. Miłość rozrywa ten kokon samouwielbienia i każe nie tylko spojrzeć poza siebie, ale także uznać siebie za jedną z wielu osób godnych szacunku i troski, a dodatkowo odnosić się do innych tak, jak tego oczekujemy względem siebie. Z pięciu słów przykazania miłości do ludzi można wyprowadzić tyle sensów, że wystarczyłoby tego na całe tomy nauczania. Tylko Chrystus potrafił tak formułować swoje myśli.

(9)

Być osobą to posiadać podmiotowość, samodzielnie uczestniczyć w biegu zdarzeń. Podmiotu nie wolno traktować jak przedmiot, jak rzecz. Trzeba się liczyć z jego decyzjami. Nawet Bóg tak postępuje.

(10)

Ale ten społeczny wymiar osoby, to jeszcze nie wszystko. Jest jeszcze drugi wymiar – historyczny. Po łacinie osoba znaczy „persona”. Etymologia wywodzi to słowo od personare – rozbrzmiewać, wzmacniać dźwięk. „Persona” to była maska aktora w antycznym teatrze, która wzmacniała głos, by był słyszany w całym amfiteatrze. Ale ta maska przedstawiała także postać sztuki, stąd przesunięcie znaczenia słowa persona na role, stąd dramatis persona. Tak, właśnie o dramat chodzi. Dramat, o którym mówiliśmy, historyczny dramat całej ludzkości, rozgrywany w theatrum mundi, w którym każda osoba ludzka ma swoją rolę i do odegrania tej roli została powołana.

Od tego, czy człowiek swoją rolę należycie odczyta, czy ją sobie uświadomi i zrozumie i jak ją odegra, zależy przebieg całego dramatu, a może nawet czas jego trwania. Mówi się – człowiek mija, dzieła jego zostają. To nieprawda. Człowiek nie mija, człowiek także zostaje. Kończy się życie ludzkie, ale to czym człowiek był, czym się stał, każdy jego czyn pozostaje w continuum historii, kształtuje tę historię. I tu jest źródło owej olbrzymiej odpowiedzialności, tak wielkiej, że człowiek nie mógłby znieść jej ciężaru, gdyby nie pomoc łaski. Odpowiedzialności, czy ściślej współodpowiedzialności za całą historię. Co znaczy dla katolika – odpowiedzialności za zwycięstwo prawdy i za wzrost Kościoła. Bo istotny sens historii leży w zlaniu się całego przyrodzonego organizmu ludzkości z nadprzyrodzonym organizmem Kościoła (cytat z Jerzego Turowicza, „Znak” nr 1).

(11)

Równość

Współcześnie pod jakże zacnym hasłem „równości” głosi się jej zaprzeczenie, czyli jednakowość. Ludzie są i mają być różni. Prawdziwa równość została uwzględniona w życiu społecznym, kiedy zniesiono odmienne prawa dla poszczególnych stanów społecznych, np. inne kary dla szlachty, inne dla chłopów. To była nierówność nieznajdująca uzasadnienia. Równość wynika z rozumienia, że wszyscy mamy dusze, które są najistotniejszym składnikiem człowieka, przez co powierzchowne cielesne różnice nie powinny nam tego przesłaniać. Tak naprawdę to równi jesteśmy dopiero w oczach Boga, który widzi nas w całej ludzkiej postaci z ciałem i duszą.

Ludzie na ziemi są różni, co nie znaczy, że gorsi lub lepsi. Każdy ma jakiś rodzaj przewagi nad innymi, a jednocześnie typowe dla siebie ułomności. Ludzi wybitnie inteligentnych często cechują niedobory wyczucia i empatii. Z kolei osobom uczuciowym brakuje przemyślności, sprytnym – skrupułów, wrażliwym – tupetu, brawurowym – wyobraźni, a ostrożni niewiele działają. Z pewnością można powiedzieć, że podobnymi czyni nas to, że mamy jakieś braki. Boża dobroć jest fascynująca. Ile bowiem wybijam się w jednej cnocie czy cesze, tyle mi brakuje w innych obszarach. Bóg jest sprawiedliwy.

Praca nad sobą w ramach praktyki duchowości i oczyszczenie swojej natury pokazuje nam nas samych odnowionych. Przywraca ogląd siebie ze swoimi przewagami nad innymi, ale i ułomnościami wobec nich. Prawda o nas jest piękna i trudna zarazem. Bóg jednak nie pozostawia nas samych z tym poznaniem. Budząca się świadomość własnych ułomności pozwala rozumnie użyć swojej wolności w celu poskromienia tych władz, których przesadna afirmacja wprowadziła nas w przesadę i pychę. Przykładowo inteligentny człowiek skupia się jedynie na swojej przemyślności i gardzi osobami mniej wyposażonymi w tej sferze. Taki ktoś, rosnąc duchowo, zaczyna rozumieć, jak wiele mu brakuje w stosunku do bliźnich w innych sferach, i dostrzega, że musi świadomie nadrabiać te braki oraz przestać popisywać się swoją przewagą. Właściwie pojmując własne niedostatki, możemy świadomie uczyć się pewnych postaw i zachowań, które nie są nam tak naturalnie bliskie, np. człowiek silny powinien pogłębiać swoją wrażliwość. Człowiek uczuciowy porządkuje swój sentymentalizm i nabywa poczucia sprawiedliwości. Z kolei sprawiedliwy, prawy poskramia swoją surowość, jednocześnie robiąc postępy w dobroduszności. Uczony uczy się spontaniczności, a żywiołowy – rozsądku. Nie zatracamy swoich naturalnych cech ani cnót, ale je oczyszczamy, sublimujemy. Nie tracimy swojej wyjątkowości, lecz dodajemy sobie nowych przymiotów. Równamy w górę, wzrastając w stronę doskonałości Boga.

W ten sposób, nie tracąc niczego z siebie, stale możemy podziwiać też innych w ich niezwykłościach. Nikt z natury nie jest lepszy ani gorszy – Bóg jest sprawiedliwy. Nie mamy podstaw, żeby się wynosić nad innych i pysznić, ponieważ wszyscy jesteśmy jakoś wybitni i marni. W tym, czego dostaliśmy dużo, możemy być podziwiani przez innych i podpatrywani w ich drodze rozwoju. Z kolei w tym, czego nam w pewnym stopniu brakuje, sami zazdrościmy innym naturalności i lekkości, niemrawo i koślawo przydając sobie brakujących umiejętności. Zdajemy sobie sprawę, że w Bogu te przeciwieństwa – niezwykłość i zwyczajność – odnajdują zgodę i harmonię.

Można to też rozpatrywać na przykładzie Boga, który jest zróżnicowany. Na ikonie A. Rublowa widzimy trzy takie same postaci, co ukazuje ich równość. Jednocześnie wiemy, że są to trzy różne osoby: Ojciec, Syn i Duch, z których każda ma swoją specjalną funkcję. Ojciec stworzył świat i ofiarował go Synowi. Ten z kolei zanosi odkupiony świat do Ojca, a wszystko to dzieje się w Duchu. Chociaż pozostają jednym, to nie są tacy sami. Ogromnie się od siebie różnią. Następuje między nimi relacja właśnie dlatego, że są różni i wyjątkowi. To dla nas przykład, który nam pokazuje, że choć przypisano nam odmienne role do odegrania, to każdy z nas otrzymał inną funkcję do wypełnienia. Jednocześnie musimy pamiętać, że jesteśmy równi przed Bogiem.

Szatan – przeciwnie – pozbawia ludzi różnorodności, wyjątkowości, bycia ciekawym i pociągającym. Ujednolica, uniformizuje, wprowadza modne wzorce. Kształtuje swoje dzieci na własny obraz i podobieństwo, a on przecież nie ma żadnych pozytywnych właściwości, które by go wyróżniały, żadnych cnót naturalnie silniejszych i słabszych, żadnych takich cech, bo je zatracił, co nazywamy upadkiem. Pod względem swoich pozytywnych właściwości demony są tak samo żadne.

Doskonale równa jest tylko nicość wobec nicości. Właśnie taka „równość” jest nam proponowana przez złego ducha tych czasów. Jak zbój Madej przycina za długich do wzorca swojego łoża, a za krótkich naciąga. Jednakowość, bezpłciowość, sztampowość, koncesjonowane posłuszeństwo i buntowniczość, ale nigdy samodzielność. Socjalny, polityczny dyktat myślenia, wartościowania. Ponad wszystko wartością jest konformizm – przystosowanie za cenę własnej godności.

Jednakowa jest tylko nicość: brak cnót, szarość, obłość, nijakość, brak wyraźnej płci, charakteru, osobowości. W tym kontekście dostosowanie społeczne oznacza pozbawienie się samodzielnego myślenia, swoich zalet, byle nie odróżniać się, nie sprzeciwiać, nie zwracać na siebie uwagi. „Sumieniem Niemca jest drugi Niemiec” – pisała Z. Nałkowska. Jeden boi się odróżnić od szarego ogółu, bo drugi go skarci. Równanie następuje w dół. Nawet religię pozbawia się tożsamości, tworzone są modne humbuki, newage’owe, bezmyślne mieszanki oparte na nieznajomości żadnej religii. Kultura zamienia się w bezkształtną, homogeniczną papkę, pełną powielanych tych samych uśmiechów nad byle czym. Promuje się samozaprzeczenia: sztuka zaprzecza samej sobie, swojej pozytywnej roli, kultura niszczy samą siebie, filozofia dokonuje samobójstwa w promocji idei antyfilozoficznych, przewrotne zło, samodestrukcja uchodzą za krzyk mody. Pospolitość, przeciętność, średniactwo, w większym natężeniu przechodzące w wulgarność, to dzieło demona. Dzisiaj odbiera się ludziom nawet tożsamość płciową. W imię apoteozy zaburzeń popędowych wymyślono dowolność w tej biologicznej materii. Skutkiem tego są ludzie kastrowani chirurgicznie lub psychicznie, bezpłciowi, bezpłodni.

Dopóki mamy twarze – tak C.S. Lewis nazwał swoją książkę. Bóg dał nam twarze i wezwał nas po imieniu. Każdy z nas jest drogocenny i niepowtarzalny. Dzisiejsi ludzie nierzadko zamieniają swoje twarze w modne maski, choćby przy użyciu skalpelów. W masie zamieniamy się w numery statystyczne, przestajemy być ludźmi. Człowiek zatraca się w masie – tak działa psychologia tłumu. Narasta masowość. Nowoczesne środki komunikowania sprawiają, że przestajemy wychodzić z tłumu. Ludzie uzależniają się, dają się pochłonąć masie, zanikają w niej. Ortega y Gasset w znakomity sposób opisał tryumf człowieka masowego, czyli nijakiego.

Przed Bogiem staniemy każdy z osobna. Dlatego diaboliczna „równość”, czyli letnia nijakość, zrównana w dół, nie ma żadnej wartości, jest wadą, z którą trzeba walczyć poprzez poznanie własnej wyjątkowości oraz wyjątkowości drugiego człowieka.

(12)

Zaprzeczeniem osoby jest osobnik, będący jak u zwierząt tylko jednostką w ramach gatunku. Zezwierzęcenie ludzi wywołuje skutki w postaci takiego właśnie traktowania człowieka, także siebie. Osobnik chce się roztopić w kolektywie, społeczeństwie, subkulturze, korporacji itp. Jest bezwolny, pragnie, aby mu podać, jak ma myśleć, wartościować, w co wierzyć. Złości go odmienność, woli unimorfizację. Nie widzi wartości w człowieku jako takim, nie traktuje go jako chronionego moralnie i prawnie, zwierzęta nie znają bowiem takich reguł. W jego mniemaniu stosunkami międzyludzkimi rządzi prawo siły (prawo pięści). Ochrony doznaje tylko ten, kto się o nią potrafi upomnieć. Gorzej, gdy jest na to za malutki, jak dzieje się to w przypadku dzieci w łonie matki – kogoś takiego traktuje się jak rzecz.

(13)

Samoświadomość ma znaczenie związane z odpowiedzialnością. Jeśli odrzuca się istnienie sfery prawa i powinności, traci się przy tym poczucie bycia osobą. Zanika więc też potrzeba samoświadomości. Bycie jaźnią i używanie rozumu wobec siebie to jest ten sam zespół zjawisk, to nierozłączne. Osoba nie boi się refleksji nad samą sobą, swoimi powinnościami, używa sumienia. Niektóre kultury duchowe podkreślają jaźń jako konstytutywny element człowieka. Oczyszczenie percepcji siebie i wyostrzenie tej sfery postrzegania i myślenia wiąże się z aspektem moralnym i osobowym istoty ludzkiej.

(14)

Osoba ceni sobie swoją odrębność, inność, bycie kimś szczególnym. Cieszy się, że jest, jaka jest, i samym faktem istnienia; raduje się, że może w życiu zdziałać coś dobrego. Osobnika – przeciwnie – boli bycie sobą, woli on rozpuścić się w nicości kolektywu. Z tego powodu nosi w sobie ogólny żal z powodu istnienia, smutek, że w ogóle żyje i jest. Męczy się sam ze sobą.

(15)

Osoba wchodzi w interakcje z innymi osobami, reaguje żywo i w duchu dobra. Osobnik czeka, że jakiś odgórny wpływ zmusi do działania jego i innych, zadziała jak instynkt u zwierząt. Z tego powodu dobrze się odnajduje pod władzą totalitarną, która okazuje się mu bardzo wygodna.

(16)

Osoba to pojęcie prawne. Kto czuje się osobą, szanuje prawa innych, prawo w ogóle. Prawo, rozum i wola należą do jednego kompleksu zjawisk razem z odpowiedzialnością. Osoba odpowiada, ponosi skutki swoich poczynań, co jest związane z cnotą nadziei, patrzenia w przyszłość z uzasadnionym optymizmem.

(17)

Człowiek ma osobowość, czyli zespół cech umysłu i emocjonalności. Dziś możemy spotkać postawy z grupy psychologizmów, zgodnie z którymi człowiek jest osobowością i niczym innym. To jest myślenie deterministyczne i zmierzające do manipulowania innymi. Faktycznie posiadamy wiele wewnętrznych mechanizmów myślenia i odczuwania, każdy nieco inne. Da się je opisać metodami diagnozy psychologicznej. Można je wykorzystać w relacji z człowiekiem; umiejętnie „naciskając na guziki”, jesteśmy w stanie wywołać emocjonalne reakcje. Obecnie zjawisko to staje się masowe, odnosi się także do grup „targetowych”. Przy wykorzystaniu takich technik manipuluje się, zwłaszcza poprzez media i internet, całymi społecznościami, działając na emocje. Człowiek nie umie w pełni panować nad emocjami, wstrząsają one nami od środka, dlatego taka manipulacja okazuje się bardzo skuteczna. Zasadę przeciwną do emocji jest w nas rozum, który przy pomocy myśli i słowa potrafi odnieść się do reakcji emocjonalnych, reflektować się. Niestety, dziś ludzi już nie uczy się myśleć i mówić, tylko reagować na bodźce emocjonalne, obrazki, emotki. Na Zachodzie rozumność została zamordowana, dlatego społeczności są obecnie niezwykle podatne na manipulacje inżynierii społecznej.

Osobowość to nie osoba. Człowiek potrafi być niezależny nawet od własnych odruchów emocjonalnych, o ile kształci swój rozum i go używa. Z tego względu zawiodły wszystkie podejmowane w historii próby totalnego sprowadzenia ludzi do deterministycznego, czyli bezwolnego, mechanizmu. Niestety w skali statystycznej takie usiłowania jednak na wielu działają, a oni sami zgadzają się na bycie osobnikami podatnymi na wpływ z góry, ze strony autorytetów społecznych i manipulacyjnych działań.

(18)

Tym, co wyróżnia osobę, jest jej godność. Jesteśmy dziećmi Bożymi, a nasza królewska godność pochodzi od związku z samym Bogiem. Z drugiej strony zanikanie tego związku skutkuje też pomniejszaniem się poczucia własnej godności (i drugich osób). Jest to więc zjawisko ze sfery transcendencji, a nie materii. Godność obejmuje też swego rodzaju wiarę w człowieka, w jego zdolność podniesienia się nawet z ciężkiego upadku. Godność to też prawo do bycia traktowanym podmiotowo, a nie przedmiotowo.

(19)

Godność ludzka, bycie osobą to zobowiązanie – szlachectwo przecież zobowiązuje. Trzeba pozytywnie odróżniać się od zwierząt i przyjmować na siebie płynące z tego tytułu powinności.

(20)

Kiedy patrzymy na drugą osobę przez pryzmat jej godności, to otaczamy ją ochroną i troską. Bóg odnosi się do nas troskliwie, co rozumiemy, gdy w ogóle Go zauważamy. Człowiek jest istotą ze wszech miar słabą, delikatną i kruchą. Szacunek dla ludzkiej godności obejmuje odpowiednie dla tej kondycji traktowanie.

(21)

Integralność osoby ludzkiej jest jako zasada wyróżnikiem chrześcijaństwa. Człowiek powstał jako jedność i całość i tak też powinien być szanowany. Nie wolno popierać destrukcji psychicznej, moralnej i fizycznej. Pokój, harmonia ludzkiego wnętrza i części składowych (np. ciało i dusza) są celem rozwoju duchowego i wartością samą w sobie. O człowieku mówimy wtedy, gdy jest on zintegrowany na dobru, szczególnie na Bogu, o czym poucza nas przykazanie miłości. Każde rozdarcie w człowieku to jego śmierć, kalectwo, zranienie lub rozkład.

Chronić i szanować osobę to tyle, co nie narażać jej integralności, nie zmieniać jej na siłę, bo to jest agresja. Bóg szanuje ludzi pomimo swojej wszechmocy, którą przecież posiada.

(22)

Od kiedy homo sapiens uznał się w swojej pysze za boga, powstał problem, gdyż natura nie znosi próżni. Powstało zatem pytanie, kogóż by tu uznać za człowieka, za osobę. Trwają w tej sprawie poszukiwania. Bolesny brak ludzi na ziemi wypełniono, stawiając w ich miejsce psy, koty i delfiny, a nawet rzeki (w Indiach).

(23)

Doświadczenie bycia osobą związane jest z jakimś rodzajem poczucia samotności. To normalne, że człowiek świadomy swojej osobności czuje się nieco osamotniony. Drogą do przezwyciężenia tego jest przyjazne spotkanie z drugą osobą oraz z Bogiem.

(24)

Jeden z błędów ludzi Zachodu polega na nadużywaniu nauki. Nauka powstała z filozofii, a ta z kolei z zachwytu nad światem i z potrzeby jego wyjaśnienia, czyli zrozumienia, skąd się wziął, czym jest i dokąd zmierza. Nauka opiera się na badaniu i opisywaniu.

Pojawia się jednak wielkie niebezpieczeństwo (pokusa), gdy metody badawcze kieruje się na ludzi. Samo w sobie wydaje się to jakoś logiczne, ale czyni pokusę traktowania ludzi jak obserwowane zwierzątka. Zagrożeniem jest mechanicyzm, przedmiotowe postrzeganie ludzi jak w pełni przewidywalne i opisywalne automaty. Ludzi się nie bada, ale poznaje, a przede wszystkim spotyka. Można nas opisywać w zakresie zasad i mechanizmów postępowania z tym jednak zastrzeżeniem, że gdzieś na końcu tego wszystkiego zakładamy wolność. Socjologia, psychologia, cybernetyka (w pierwotnym rozumieniu), a obecnie neurologia (neuronauki, kognitywizm) próbują sprowadzić człowieka do maszyny skazanej na te same ruchy psychiczne i behawioralne. Częściowo jesteśmy maszyną biologiczną, ale mamy też wolnego ducha. Sztuka polega na tym, aby właściwie rozumieć proporcje między tymi przeciwnymi zasadami.

Faktem jest, że człowiek podległy prawom grzechu staje się jego niewolnikiem, wtedy w ramach zezwierzęcania zachowuje się jak maszyna, traci wolność, działa jednowymiarowo. Posunięć człowieka niezniewolonego nie sposób przewidzieć – działa on w myśl zasady „wiatr wieje, gdzie sam chce”.

Nauki humanistyczne przyniosły wielu ludziom Zachodu nawyk opisywania ludzkości jakby z boku, bez zaangażowania. Przykładowo, bywają religioznawcy niewyznający żadnej religii albo psychologowie, którzy miewają poważne zaburzenia emocjonalne. Tacy ludzie uczą się swoich dziedzin tak, jakby ich samych nie dotyczyły. To zgubna postawa związana z postępami w uczoności, popadanie w teoretyzowanie. Dotyka to nie tylko ludzi autentycznie uczonych, ale stanowi odium całej zachodniej cywilizacji. Ktoś tym dotknięty stawia siebie ponad resztą ludzi i zapomina, że nie jest wcale inny. Zadowala się perspektywą badawczą i niszczy w ten sposób samego siebie, gdyż staje z boku rzeczywistości, nie potrafiąc już wrócić do naturalności i spontaniczności. Zjawisko to dotyka wielu ludzi, którzy zaczerpnęli odrobiny wykształcenia czy choćby możliwości jego zdobycia. Ktoś taki zachowuje się jak baza danych, które są zupełnie bezużyteczne dla niego samego. Umiera w relatywizmie i pluralizmie, których nie potrafi przezwyciężyć.

W sprawach religii skutkiem tych procesów jest postępujący faktyczny politeizm albo ateizm, wynikające z niezdolności wyjścia poza relatywizm myślenia. Stoi za tą postawą strach przed wyborem i odpowiedzialnością za niego. Łatwiej jest być bowiem niczym – miksem, niezdecydowaniem, niż za czymś się opowiedzieć, a coś odrzucić. To jednak wymaga aktywnego poszukiwania prawdy, odwagi w jej wyznawaniu, rozumu i tej mocy, której słabe pokolenie współczesnych ludzi Zachodu nie posiada. Z punktu widzenia kanapy przed telewizorem wszystkie religie wydają się jednakowo folklorystycznie kolorowe i ciekawe, a zarazem tak samo odległe i nieosiągalne.

3. Szlachetność

(1)

Przez wiele lat z uporem poszukiwacza skarbów szukałem właściwego słowa na oddanie jednej z ważniejszych treści chrystianizmu. Chodzi o powiązanie doskonałości Boga z odpowiednią i korelatywną postawą człowieka. Jak to nazwać u człowieka, który wzrasta duchowo i powoli upodabnia się do wielkości i doskonałości Boga?

Jak się nazywa to coś, gdy człowiek zbliża się do swojego Boskiego wzorca w Logosie odbitego w duszy? Narzuca się tu pojęcie najbardziej pradawnie rozumianej cnoty. „Te” taoistów (słusznie tłumaczone jako cnota) to taka postawa człowieka, który czerpie z Tao (Logosu). Problem w tym, że dziś używanie słowa „cnota” nie wywołuje najlepszych skojarzeń. My po prostu nie rozumiemy już tego terminu właściwie, a uczenie się go od starożytnych taoistów lub Greków wiele nam nie daje. To już nie ten język, nie te skojarzenia, to po prostu nie porusza. Potrzebne jest duszy inne słowo, które oddaje zgodność człowieka w jego postępowaniu z jego naturą pochodzącą od Boga, a zapisaną w duszy.

W pewnym stopniu na właściwy trop naprowadzają nas buddyści, którzy wiele mówią o szlachetności. Często używają tego pojęcia, ale odnoszą je raczej do poszczególnych czynów, a nie człowieka jako takiego. W niektórych ich naukach wspomina się o oczyszczeniu swojej natury, tego wewnętrznego wzorca, i dojściu do stanu wewnętrznego diamentu czy raczej brylantu, kiedy to człowieczeństwo rozbłyska nieskażone naleciałościami światowej ułudy (że tak to zinterpretuję). Trop był dobry. Szlachetność odnoszona do człowieka to odpowiednie słowo. Jeśli można zwięźle opisać właściwość Boga, to będzie to absolutna szlachetność; życzliwość i chęć obdarzania bez żądania wzajemności, choć z takim oczekiwaniem; doskonała godność nieskażona nawet cieniem obłudy czy niskości; godność przechodząca w absolutny królewski majestat – naturalny, niewymuszony, oczywiście widoczny; szlachetność posunięta do ostatecznego stopnia – królewskości. To są oczywiście pojęcia antropomorficzne, ale nasz język zna tylko takie i Objawienie jest takimi pojęciami przekazywane. Szlachetność to przyrodzona, niewzruszona dobroć w działaniu, wypełniona nieustannym obdarzaniem nawet za darmo, płynącym z samego wewnętrznego poczucia powinności. Szlachetność przebaczenia i umiłowania, w tym nieprzyjaciela, w celu przekonania drugiego człowieka do swojej wartości i włączenia go w królewską rodzinę.

Postępująca szlachetność to właściwa droga chrześcijanina. Prowadzi nas na powrót do domu naszego Ojca, Króla Królów. Królewskie dzieci muszą zważać na każdym kroku, jak i gdzie chadzają, co i w jaki sposób mówią i czy są, zgodnie z Dobrą Nowiną, sługami wszystkich. Szlachetność polega bowiem na nieustającej służbie i powinności. Jest też sama w sobie największym darem i nagrodą, nie ma większej. To odnowienie królewskiej, ludzkiej godności władcy Uniwersum, który pochyla się nad swoim dominium z czułością, zachwytem i współczuciem. W objawieniach prywatnych mowa jest czasem o koronie świętości, czyli o świętości (cnocie), która jawi się jako szlachetność sięgająca dostojeństwu królewskiemu. O ile nawiązanie do królowania wydaje się w Piśmie oczywiste, to brakowało mi określenia na ten proces dochodzenia do niej, a zatem postępów w szlachetności.

Trzeba przywrócić chrystianizmowi polor szlachetności, bo tylko taki ma wartość. Dziś poszukuje jej wielu ludzi, zazwyczaj znudzonych konsumpcją i po omacku szukających w sprawach duchowych, niezaznających jej nierzadko od chrześcijan, którzy o niej zapomnieli. Na szczęście po trosze przypominają nam o niej buddyści.

(2)

Wydaje się, że natura szlachetności łączy w sobie wyróżnienie z poświęceniem. Kiedyś oglądałem film dokumentalny o jakimś ważnym arystokracie żyjącym w Polsce z początku XX w. Nie pamiętam szczegółów, ale utkwiło mi w pamięci, że ten człowiek ogromnej kultury i wykształcenia został zapamiętany jako tytan pracy, oddany wysiłkom podejmowanym m.in. na rzecz okolicznego ludu. Przyznam, że to mną poruszyło i dało mi do myślenia.

Chrystus z właściwą sobie precyzją definiuje: „Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich!”. To chyba jest istota królewskości i szlachetności.

Podobnie Laozi w Dodejing we fragmencie 66 pisze (moja wersja powstała na podstawie kilku tłumaczeń):

„Jak morze staje się królem stu rzek i strumieni?

Będąc niżej niż one.

Tak właśnie morze staje się królem stu rzek i strumieni.

Kto uniża siebie, w ten sposób może służyć wszystkim ludziom. W ten też sposób, będąc ponad ludem, nie staje się dlań ciężarem, a będąc na przedzie, nie staje się utrudnieniem. Dlatego świat podąża za nim z radością

i nigdy nie jest nim zmęczony. Jako że mędrzec nie rywalizuje z nikim, nikt także nie rywalizuje z nim”.

(3)

Szlachetny metal to taki, który nie podlega zmianom. Złoto w przyrodzie nie koroduje, nie psuje się. W odniesieniu do człowieka jest to odporność na zepsucie, niewzruszoność w dobru. Czymś podobnym jest apatheia. To ona pokonuje ciemne moce. Skupienie na dobru Boga i zaangażowanie w nie stanowi jej sedno, a niewzruszoność jest tylko tego objawem.

(4)

Prawdziwy Król Królów to w tym świecie Król – Włóczęga i Żebrak. To jest z jakiegoś powodu nierozłączne. Towarzyszy temu intuicja wielu baśni, które oczekiwały, że dobry król będzie się przynajmniej przebierał za biedaka i słuchał ludu. Prawdziwy Król po prostu stał się biedakiem, tym „ostatnim” od Laozi. Paradoksalnie najwięcej życiowej szlachetności można znaleźć u ludzi prostych i biednych, a dobrych.

(5)

Szlachetność i cnota to jest to samo. Oznacza bycie człowiekiem w wyższym stopniu, człowiekiem „wysokiej jakości”. Jest to zresztą słownikowa treść tego pojęcia, tyle że odnoszona do koni. Szlachetne stworzenie to takie, które posiada wyłącznie cechy danego rodzaju, bez domieszek i braków. Posiada cechy właściwe danemu stworzeniu w szczególnie dużym stopniu. Idąc za tomistami, powiemy, że jakość to właśnie zgodność z definicją, czyli owym wyliczeniem cech konstytutywnych dla danej kategorii. Sumując, szlachetność to wyższe nasycenie człowieczeństwem w człowieku.

Dlatego z drugiej strony człowiek nieszlachetny to eufemizm, który taktownie wyraża osąd, że dany człowiek jest niezbyt dobry, niezbyt ludzki. Wyraża się to w relacjach z innymi ludźmi, w postępowaniu danej osoby. Zarówno szlachetność, jak i nieszlachetność znajdują swoją ekspresję w stosunku do Drugiego (Boga), a także do drugiego (człowieka).

Mówimy więc o nasyceniu cechy „człowieczeństwa”, czyli definiujemy szlachetność poprzez człowieczeństwo. Bycie bardziej człowiekiem, uczłowieczanie siebie wymaga:

• wglądu we własną duszę, poznania siebie, swojej esencji i dorastania do niej w egzystencji,

• poznania Chrystusa, który jest absolutnym wzorcem człowieczeństwa.

(6)

Szlachetność i „wysoka jakość” człowieka to jest to samo. Bóg sprawdzi wartość swojego stworzenia na Sądzie Ostatecznym – to będzie kontrola szlachetności człowieka. Zapowiedź Boga oczekującego od ludzi szlachetności w dobru i bezinteresowności jest nam znana, mamy przecież pomagać słabszym, chorym, głodnym i spragnionym. To są widome skutki wewnętrznej ludzkiej szlachetności, która naprawdę istnieje dopiero wtedy, gdy doznaje ekspresji w realiach życia.

(7)

Człowiek szlachetny nie robi rzeczy niegodnych. Przypominają mi się przy tym akademicy platońscy, którzy „nie robili rzeczy niegodnych filozofa”, nawet w obliczu tortur. Filozofia była kiedyś nauczycielką cnoty i szlachetności.

(8)

W naszych czasach spotkać szlachetność to rzadkość. Niestety zalewa nas raczej jej zaprzeczenie: pospolitość, wulgarność, prymitywizm. Mam czasem do czynienia z cyfrowymi tubylcami w sieciowych dyskusjach. To może brzydkie określenie, ale adekwatne, zważywszy na to, co ci ludzi piszą i w jakim tonie. Utarło się, że im bardziej prymitywne, obrzydliwe i niskie są te wypowiedzi, tym bardziej cieszą takich ludzi. Siłą cyfrowych tubylców jest rechot, którym witają każdy trudniejszy albo sensowniejszy pogląd. Rechot ten przechodzi we wściekłą nienawiść, wręcz jej skowyt. Kto nie wierzy w Szatana, niech posłucha tego skowytu. Dzięki niemu szybko odzyskuje się zdrową wiarę. Patrząc na to, przypomina się nam L. Kołakowski, który mawiał, że może jakoś zrozumieć niewiarę w Boga, ale niewiara w szatana przekracza jego pojętność…

Czy ta stężona czartowska nienawiść smuci? Tak, przynajmniej z początku. Potem przychodzi refleksja od Laozi: „Człowiek prymitywny, gdy usłyszy nowinę, będzie się śmiał do rozpuku. A jeśli nie będzie się naigrywał, znaczy, że przekaz był fałszywy”. Chrystus był bardziej zasadniczy, ostrzegając uczniów przed ryzykiem: „Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami, i obróciwszy się, was nie poszarpały”. Potem biedny sam chodził między faryzeuszy, celników, nierządnice, choć z pewnością moderował swój przekaz w tych sytuacjach. Czyżby to Duch Boży podszepnął Laozi także i to: „Człowiek dobry powinien być troskliwym nauczycielem złego”? Na to wygląda.

W Księdze Mądrości opisano sytuację dzisiejszych nieprzyjaciół Boga, jakby od tysiącleci nic się w tych sprawach nie zmieniało:

„Czas nasz jak cień przemija, śmierć nasza nie zna odwrotu: pieczęć przyłożono, i nikt nie powraca. Nuże więc! Korzystajmy z tego, co dobre, skwapliwie używajmy świata w młodości! Upijmy się winem wybornym i wonnościami i niech nam nie ujdą wiosenne kwiaty: uwijmy sobie wieniec z róż, zanim zwiędną. Nikogo z nas braknąć nie może w swawoli, wszędzie zostawmy ślady uciechy: bo to nasz dział, nasze dziedzictwo! Udręczmy sprawiedliwego biedaka, nie oszczędźmy wdowy ani wiekowej siwizny starca nie uczcijmy! Nasza siła będzie nam prawem sprawiedliwości, bo to, co słabe, gani się jako nieprzydatne. Zróbmy zasadzkę na sprawiedliwego, bo nam niewygodny: sprzeciwia się naszym sprawom, zarzuca nam łamanie prawa, wypomina nam błędy naszych obyczajów. Chełpi się, że zna Boga, zwie siebie dzieckiem Pańskim. Jest potępieniem naszych zamysłów, sam widok jego jest dla nas przykry, bo życie jego niepodobne do innych i drogi jego odmienne. Uznał nas za coś fałszywego i stroni od dróg naszych jak od nieczystości. Kres sprawiedliwych ogłasza za szczęśliwy i chełpi się Bogiem jako ojcem. Zobaczmyż, czy prawdziwe są jego słowa, wybadajmy, co będzie przy jego zejściu. Bo jeśli sprawiedliwy jest synem Bożym, Bóg ujmie się za nim i wyrwie go z ręki przeciwników. Dotknijmy go obelgą i katuszą, by poznać jego łagodność i doświadczyć jego cierpliwości. Zasądźmy go na śmierć haniebną, bo – jak mówił – będzie ocalony” (Mdr 2, 5–20).

Dzisiejsi bezbożnicy, wojujący ateiści, hedoniści, libertyni myślą, że są bardzo odkrywczy, podczas gdy stanowią dokładną kalkę tego samego starego zła, jakie opisano tysiące lat temu. Wydaje im się, że są w jakiś sposób niezwykli, tymczasem okazują się sztampowi i nudni. Zło czyni ludzi prymitywnymi. Dla porządku dodajmy, że tak samo może działać samozachwycenie wierzących. Niestety taka patologia wywołuje podobne skutki.

„Szlachectwo zobowiązuje” – powiadano dawniej. Dziś o szlachetności nikt już nie wspomina, takiego słowa po prostu nie ma.

Królewskie dziecko, choćby urodziło się jak brzydkie kaczątko w kurniku, choćby wychowało się wśród najgorszego brudu, powracając do swej godności winno odnaleźć prostotę, elegancję, a nawet pewną wytworność myśli i postaw. Wyszukanie wcale nie musi być odejściem od prostoty. Styl, smak, elegancja myśli i postaw – tego wszystkiego poszukujemy, jeśli faktycznie szukamy Boga. Czytałem gdzieś, że dobre równania w fizyce teoretycznej powinny mieć przymiot elegancji, wtedy są najbardziej przekonujące, uwidacznia się ich prawdziwość.

Wygnany Król świata nigdy nie zatracił swojej królewskiej godności, w konfrontacji z którą zepsuci dostojnicy rzymscy i żydowscy popadali w mordercze obłąkanie. Nawet wyszydzony przez nałożenie korony cierniowej i purpurowej szmaty na ramiona nie zatracił swojej wewnętrznej godności i dobra. Do końca tłumaczył, że nie wiedzą, co czynią. Jest w tym godność wewnętrzna, przy której popękały skały i zadrżały góry. Ta godność na co dzień wyraża się spokojem, elegancją, czymś nieuchwytnym, słowami i stanowi dla nas wyzwanie.

(9)

Szlachetność jest rzadka. To, co lepsze, musi być rzadsze w stosunku do byle jakiego. Grawitacja ciąży ku dołowi, mało kto ma chęć wyrywać się spod władzy powszechnego upadania. Dobro musi być trudniejsze, niepowszechne, szczególne. Dla myślących pospolicie to oczywiście wstyd być szlachetnym, bo to narusza wulgarną normę, jest więc nieakceptowane. Tak po prostu musi być. Biada pospolitości, choć uchodzi za normę.

(10)

Bóg jest Królem, ideałem szlachetności. U Chrystusa widzimy delikatność, elegancję, dobrotliwość. On nie podnosi głosu, nie łamie gałązki nadłamanej. Jest bezinteresowny i przynosi ludziom jedynie dobro.

4. Ciało

(1)

Bóg uczynił świat z zamysłem wcielenia. Absolut chciał stać się małym, przekroczyć siebie, zaprzeczyć sobie. Bóg w ciele człowieka to wręcz nieprawdopodobne, a jednak się wydarzyło.

(2)

Ciało to nieustanna potrzeba – trzeba je karmić, dopieszczać, poić, zabawiać. Tam, gdzie potrzeba, istnieje też możliwość wzajemnego obdarzania się i dobroci. Gdy pojawia się niesamodzielność, bezradność, tam powstaje miłość, która stanowi wyraz wzajemnej troski. Gdzie czuć ograniczenie, jest i transcendencja, przekraczanie siebie. Gdzie widzimy określoność, tam może zrodzić się zaparcie się siebie. Ciało to genialny, doskonały wynalazek Boga dla Jego umniejszenia się. W Bogoczłowieku (Chrystusie) jednoczą się kosmiczne przeciwieństwa: małości i kruchości człowieka oraz absolutności i wieczności Boga.

(3)

W Redemptor hominis Jan Paweł II Wielki pisze o ciele jako o narzędziu wyrażania woli, zamysłu człowieka. Wyróżnia ono osobę z otoczenia, daje jej wyjątkowy, niepowtarzalny charakter.

(4)

Ciało jest chwilowe, ulotne. Stanowi jedną z postaci materii, a ta podlega zmianom. Absolut z kolei nie podlega zmianie. Niektórzy piszą wręcz, że materia jest zasadą zmiany, a co za tym idzie – ulega rozkładowi, przemijaniu.

(5)

Jest ona ziemską drugą połową człowieka obok bytu duchowego. Ciało przypomina pionek szachowy, a dusza – gracza.

(6)

Filozofia Tomasza z Akwinu podkreśla ścisły związek materii ciała i formy, jaką jest dla niej dusza. Ciało ma dorastać do esencji zapisanej w duszy. Z drugiej strony jest ono jej narzędziem. Ogólnie zasługuje na podstawowy szacunek, gdyż także ono jest przeznaczone do wieczności po zmartwychwstaniu. Chrześcijaństwo nie przeciwstawia ciała i duszy w człowieku i nie powoduje ich rozdarcia. Zauważa się, że ten dramatyczny podział jest spowodowany grzechem. Trzeba jednak wiedzieć, że nie tylko ciało zatraciło swój pierwotny doskonały stan, dotyczy to także duszy.

(7)

Demony nie mają ciał, dlatego zazdroszczą ich ludziom i nienawidzą cielesności. Chętnie opanowują ludzi i posługują się nimi, działając poprzez ciała w celu zniszczenia ludzkości i jej świata.

(8)

W Nowym Testamencie mamy silną opozycję pomiędzy ciałem a Duchem. Paweł napisał do Galatów:

„Oto, czego uczę: postępujcie według Ducha, a nie spełnicie pożądania ciała. Ciało bowiem do czego innego dąży niż Duch, a Duch do czego innego niż ciało, i stąd nie ma między nimi zgody, tak że nie czynicie tego, co chcecie. Jeśli jednak pozwolicie się prowadzić Duchowi, nie znajdziecie się w niewoli Prawa.

Jest zaś rzeczą wiadomą, jakie uczynki rodzą się z ciała: nierząd, nieczystość, wyuzdanie, uprawianie bałwochwalstwa, czary, nienawiść, spór, zawiść, wzburzenie, niewłaściwa pogoń za zaszczytami, niezgoda, rozłamy, zazdrość, pijaństwo, hulanki i tym podobne. Co do nich zapowiadam wam, jak to już zapowiedziałem: ci, którzy się takich rzeczy dopuszczają, królestwa Bożego nie odziedziczą.

Owocem zaś Ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim [cnotom] nie ma Prawa.

A ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje z jego namiętnościami i pożądaniami. Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy. Nie szukajmy próżnej chwały, jedni drugich drażniąc i wzajemnie sobie zazdroszcząc”.

Jak widać, „ciało” w tym znaczeniu nie oznacza po prostu naszej materii, ale żądze, które w nas działają w związku z życiem na zepsutym ziemskim świecie. Jest to po prostu skrót myślowy i zabieg literacki. Ukrzyżować swoje ciało to znaczy je uświęcić, poddać je w całości Duchowi Świętemu, pozbawić żądze władzy.

(9)

Należy z całą mocą podkreślić, że w chrześcijaństwie nie ma walki sfery duchowej z cielesną, nie wyznajemy dualnej gnozy, w której wszystko, co metafizyczne, uchodzi w praktyce za dobre. Chrześcijanin nie dowierza ciału i tak samo nie dowierza swojej duszy. Jesteśmy tak zepsuci, że nie możemy zaufać samym sobie! Ratunkiem jest prowadzenie przez samego Boga, który udziela nam się jako Duch Święty. Istnieje więc w człowieku zmaganie między dążeniem do grzechu a prowadzeniem przez Ducha Świętego.

Dusza też podlega zepsuciu, jej rozumność zatraca się do irracjonalizmu i fanatyzmu, miłość zakrzywia się w miłość wyłącznie własną.

(10)

Cielesność ma jeszcze jedną zaletę niedostępną duchom, umożliwia bowiem rodzenie dzieci. Posiadanie dzieci lub chęć tego generuje kolejne potrzeby materialne. Ważne staje się pożycie cielesne, praca i pieniądze, pozycja społeczna itd.

To dziwne, ale ludzie przed grzechem przypominali małe, niewinne dzieci, choć i wtedy mieli być płodni i zaludniać ziemię. Ponury dualizm antymaterialny wrogo odnosił się w historii do rodzenia dzieci. Chrześcijaństwo nie zna takiej postawy. Zauważa się jednak, że pod wpływem grzechu ludzie poczuli nienaturalne, nadmierne żądze, także seksualne. Jakąś pomocą w tym problemie są ubrania, które nosimy. Sfera seksualna w ogromnym stopniu się wypaczyła jako jedno z mocniejszych przeżyć.

To ciekawe, że ludzie po grzechu stali się bardzo „dorośli”, co nie musi być zaletą, gdy oznacza nieuznawanie nad sobą Niebieskiego Ojca. Chrystus odnawia w nas dziecięctwo duchowe. Całe to zagadnienie ma jeszcze i drugie dno. W którymś objawieniu prywatnym była mowa, że Ewa chciała koniecznie być matką. Bóg nakazał pierwszym ludziom być płodnymi, więc nie chodziło tu o samo rodzenie i wychowanie dzieci. Kobieta zapragnęła być matką bez Boga, samodzielną i samowładną, nie dzielić się dzieckiem z nikim, mieć je tylko dla siebie. Do dziś ta uczuciowa żarłoczność wielu matek działa destrukcyjnie na rodziny, rozbija małżeństwa i niszczy psychikę dzieci.

(11)

Ciało w jakiś sposób przedłuża swoje istnienie poprzez przekazywane geny, przez podobne do siebie dziecko. Na tym punkcie powstało wiele żądz. To dążenie do zapewnienia sobie pewnego rodzaju nieśmiertelności, przedłużenia trwania poprzez ciało. Żądze w ogóle mają w sobie jakiś element zwierzęcej ciągoty niezależnej od rozsądku.

(12)

Ciała organizują się we wspólnoty, z czym wiążą się potrzeby przynależności i akceptacji. Może to być dobre, ale może też się wyrodzić. Pojawia się m.in. plemienność (trybalizm), czyli absolutna akceptacja swoich przy jednoczesnym traktowaniu innych jako niezupełnie ludzi i wrogów. Trybalizm dotyka różnych grup, począwszy od rzeczywistych plemion, także narodów, kultur, subkultur, kościołów, nawet rodów. To zakamuflowany egoizm, w ramach którego pracujemy na wzajemną bezwarunkową obronę i uwielbienie.

Na tym gruncie pojawia się też żądza władzy, dominacji nad innymi. Od tego już krok do wojny. Historia ludzkości jest historią wojen, mordów, rabunku i gwałtu.

(13)

Ciało jest materialne i lubi otaczać się przynależną sobie materią, zgromadzonymi dobrami. Posiadanie daje poczucie powiększania siebie, swojej fizyczności. To chora forma przekraczania siebie. Wynikowo prowadzi to do zagarnięcia ziemi i wyrzucenia z niej Boga, jak mogliśmy to zaobserwować w przypowieści o złych dzierżawcach winnicy. To naśladowanie duchowego ojca zepsutej ludzkości, demona, którego zamiarem jest zawładnięcie światem zamiast Boga. Jego posłuszne duchowe dzieci wprowadzają w czyn kierujące nim zamiary, nie rozumiejąc, że działają dla siebie, tylko dla jego interesu. Materia i jej sprawy przypominają ser w pułapce na szczury, który nęci, oszałamia i zabija.

(14)

Powiedzmy sobie szczerze, ciało separujące się od spraw Ducha, od uznania zwierzchności Bożej, zamienia się w zwierzę. Niestety, dusza poddana ciału w tym układzie dodaje swoją nieskończoność. Pojawia się nieograniczona, niewyczerpana żądza. Człowiek znajdujący się w tej kondycji staje się mniej lub bardziej ewangelicznym „wieprzem”.

(15)

Zmaganie Ducha z ciałem można przedstawić też w nieco inny sposób. Zgodnie z nim ewangeliczne „ciało” to siła naszego oporu wobec Ducha wynikająca z absolutyzowania chwilowych potrzeb materii i psychiki (ciała sensu stricte).

(16)

Uwielbienie ciała

Rozbuchana lubieżność, tak drastycznie manifestowana w życiu społecznym i we wszelkich mediach, to arogancki grzech i degeneracja. Długo można wyliczać zło z tego płynące. Przede wszystkim wynikowo prowadzi ona do samotności człowieka bez rodziny i do wymierania społeczeństw, staje się bowiem niezdolnością do życia małżeńskiego i intymnego.

Uwielbienie ciała odbywa się w miłości cielesnej przeznaczonej małżonkom. Ciało odbiera w niej wszelkie formy rozkoszy. W normalnych warunkach ta miłość posiada swoją wartość i cenę, służy wynagrodzeniu małżonkom niedogodności i trudów wspólnego życia i troski o dzieci. Wyrwana z tego kontekstu, jak dzieje się to w dzisiejszym rozpustnym stylu życia Zachodu, traci sens i wartość.

Za tym nadużyciem stoi naturalna potrzeba uwielbienia ciała. To niezrozumiałe dla gnostyków potępiających materialność, z kolei zupełnie zrozumiałe dla chrześcijan, gdyż wiemy, że ciało może być uwielbione w Nowym Świecie. Chrystus po zmartwychwstaniu ukazuje się w ciele właśnie uwielbionym, czyli wpisanym w rozkosz zespolenia z Bogiem i absolutnej Bożej miłości. To ciało doświadcza doskonałego kochania przez Boga, nie zna żadnego braku, choroby ani przemijania. Wraz z duszą doznaje wieczności, uzyskując w ten sposób cechy pierwotnie właściwe Bogu – wieczność, nieprzemijalność. Drogą do tego jest jednak nie opętanie grzechami cielesnymi, tylko świętość. Jedynie Bóg może otoczyć człowieka z ciałem i duszą nieprzemijającym nimbem uwielbienia, glorii świętości.

(17)

Baal i Isztar zawsze w modzie

Baal to bóg bliskowschodni, pan, władca. Bogowie w mitach tamtego obszaru cechowali się okrucieństwem, dzierżyli władzę bezwzględną, człowiek przed nimi był bardziej jak robak. Traktowali ludzi z pogardą, wyręczali się nimi w pracy, której sami nie chcieli wykonywać, denerwowali się na nich, że hałasują i zsyłali za to potop. W tym przypadku władza łączyła się z pogardą. Hebrajczycy po kryjomu składali Baalowi ofiary z ludzi, wykonywali rytualne mordy w Dolinie Ge Hinnon (Gehenna), na śmietniku, gdzie palono śmieci, a czasem ciała zamordowanych dzieci. Przypuszcza się, że Moloch Kartagińskich Fenicjan to inna nazwa (a raczej tytuł) dla tego samego biblijnego Baala. Jego obrazem był młody piękny byk, jakiego zrobili sobie nawet Izraelici pod Synajem. Męski wigor, bezmyślna siła, duma ze swej mocy i urody – to jego cechy.

Aszera to Isztar, prastara Inanna Sumerów. W nieco łagodniejszej wersji kultu znamy ją jako Wenus, uosobienie pożądania i rozpusty. Każda kobieta w Babilonie, osiągnąwszy dorosłość, musiała złożyć ofiarę Isztar przez oddanie się za pieniądze pielgrzymowi przybywającemu do jej świątyni. Następnie zdobyte w ten sposób środki finansowe zanoszono do bogini. Składano w ten sposób ofiarę z siebie. Mniej urodziwe kobiety niekiedy traciły całe lata na to, kręcąc się wokół świątyni i czekając na sposobność. Widać w tym poniżenie każdej z nich chucią i rozpustą, a także kobiecą władzę płynącą z pociągu płciowego, połączoną z pogardą dla samców.

Ta para reprezentuje wigor biologiczny, cielesny. Byk to symbol samczy, męska cielesna moc. Inana, Isztar, Aszera, Afrodyta, Wenus to z kolei figury symboliczne cielesnego żywiołu żeńskiego. On to męskie zło, czyli przemoc, bezwzględność, siła, tyrania. Ona to kobiece zło – rozpusta, rozwiązłość, rządzenie poprzez urodę i pożądanie. Mówi się, że światem rządzą pieniądze i seks. Pieniądze to władza, wpływy, pochodzą bowiem od władców, którzy je emitują.

Ta para była w dziejach Izraelitów alternatywą dla kultu Boga. Kto przechodził na stronę zła, czcił te popularne na Bliskim Wschodzie postaci bogów. Bóg Izraela wyrzucał z krainy stele tych fałszywych bóstw, a ich złe natchnienia wyrywał z serc ludzkich. Baal i Isztar zawsze są w modzie, także dziś, choć już nie w swoich mitycznych wizerunkach. Nieśmiertelne pozostają niestety zasady rządzące ludźmi, których byli upostaciowaniem. Kiedyś ten kult, ubrany w formy religijne, obejmował ciało i jego sprawy. Dzisiaj trwa on nadal, tyle że nie potrzebuje już świątyń, ale odbywa się w sanktuariach serc ludzkich. Nadal wyznawcy siły i seksu są alternatywną wspólnotą wiary w stosunku do prawdziwej religii Jedynego Boga.

(18)

Ciało to siedlisko żądz, nad którym trzeba zapanować jak nad buntowniczym zwierzęciem. To wyzwanie wymaga czujności i stałego przeciwdziałania problemom. Taki jest sens ascezy.

(19)

Opisane już rozdarcie ciała i duszy sprawia, że ciało może być postrzegane absolutnie, jako ostateczny i najwyższy byt rzeczywistości. To perspektywa materializmu. Faktem jest, że nie ma na ziemi niczego wspanialszego od ludzkiego ciała.

(20)

Zachód jest rozchwiany. Z jednej strony rozwija się na nim kult ciała w tylu przejawach, że nawet nie warto ich wymieniać, co otacza nas obecnie z każdej strony. Z drugiej strony ciało jest coraz częściej traktowane przedmiotowo, jak coś obcego, nie-ja. Ludzie się tatuują, okaleczają, trują używkami, nawet kastrują, psują hormonalnie i obchodzą się ze sobą obrzydliwie (gender, dewiacje). Na koniec nie stronią od zabójstw dokonywanych na samych sobie (tzw. eutanazja). Ciało stało się na zmiany bogiem i wrogiem – to typowa huśtawka neurotyczna chorych umysłów. Jest to obraz niezwykle ciężkich zaburzeń emocjonalnych i nieudolności życiowej.

Wcześniejszy uprawiany pod szyldem chrześcijaństwa purytanizm, zakazujący ludziom przeżywać szczęście i czerpać z życia satysfakcję, też miał niewiele wspólnego z Ewangelią. Zaprawiony był żółcią dualizmu manichejskiego. Współczesny materializm i dawniejszy skrajny purytanizm to są dwa chorobliwe ekstrema, z których żadne nie jest chrystianizmem. Te zasady trzeba umieć wzajemnie moderować i jednoczyć. Wystarczy być posłusznym Bogu i nie grzeszyć, a kiedy jest czas na radość, to się cieszyć, gdy zaś przychodzi czas na pokutę, pokutować. Katolicki rok liturgiczny zawiera rozkład wszystkich ludzkich przeżyć i nastrojów. Jest czas wesołego świętowania, ale też okres skupienia i bicia się w piersi. Jeśli człowiek nie grzeszy i zachowuje posłuszeństwo Bogu, może być prowadzony przez wszystkie ludzkie doświadczenia, z wyjątkiem występku. Niezależnie od tego, czy jest zimny, czy gorący, ważne, żeby był święty.

(21)

Krysznaici głoszą, że jeśli taka będzie wola Kryszny, to będą go chwalić nawet w piekle (przy czym rozumieją to bardziej jako czyściec – czasowe przebywanie). Wola Kryszny dominuje absolutnie nad człowiekiem i zdaje się z nim nie liczyć.

Z kolei chrystianizm uczy nas, że Bóg nas kocha i dlatego mamy też kochać samych siebie. Istotę teologii, czyli wysiłku poznawania Boga, stanowi troska o siebie. Jednocześnie ta miłość własna jest przekraczana nieustannie w miłości Boga i bliźniego. Paweł pisze nawet, że chętnie przyjąłby piekło za innych ludzi dla ich zbawienia, tyle ma w sobie miłości. Jednocześnie wie, że to niemożliwe.

Hinduizm i buddyzm nie cenią ciała i materii. Hinduizm traktuje ją co prawda jako wytwór boga, ale będący ułudą i miejscem zwodzenia, który trzeba porzucić. Z takiego podejścia w obu tradycjach wynika bardzo drastyczna asceza. Na Zachodzie podobny do hinduskich wierzeń był popularny w końcu antyku neoplatonizm, który w zbliżony sposób ujmował materię. Plotyn ponoć niemal się wstydził, że ma ciało, ale jednocześnie krytykował gnostyków za jego zupełne potępienie i uznanie za ostateczne zło. Gnostycyzm był wówczas bardzo popularny. W jego głównym nurcie traktowano materię i życie cielesne z taką odrazą, że późniejsi jego wyznawcy – katarzy – pochwalali samobójstwa i zniechęcali do posiadania dzieci.

Znalezienie balansu pomiędzy zasadą akceptacji swojego ciała i życia w nim z jakąś choćby podstawową miłością a potrzebą jego okiełznania okazuje się bardzo trudne. Chyba żadna tradycja nie wytworzyła w tej materii doskonałych mechanizmów. Ludzie duchowi żyją w ciałach, ale już nie dla nich. Każdy musi znaleźć własną drogę i równowagę między skrajnymi postawami.

(22)

Niektórzy ludzie potrafią przyjąć postawę obserwatora samych siebie i swoich ciał. Polega to na dystansie do swojej historii i stanu. W ten sposób jaźń się jakby wyostrza i dojrzewa, zmniejsza się siła przeżyć związanych z kolejami losu. Ciało żyjące na zepsutej ziemi podlega różnym zwodniczym doświadczeniom. Jaźń wznosi się ponad chwilowe smutki i radości, ale nie wyrzeka się ich, tylko rozumie ich relatywnie niewielką doniosłość. Ciało jako instrument do wyrażania duszy nie dominuje u takiego człowieka, co stanowi ważną perspektywę dla ludzi duchowych. Jest ona obecna zarówno w uduchowionym Oriencie, jak i choćby u Koheleta.

(23)

Duchowość ciała

Duchowość ciała… Chociaż brzmi to paradoksalnie, to daje się łatwo zrozumieć. Wstępem do teologii duchowości jest Góra Przemienienia. Widzimy tam Chrystusa z ciałem uwielbionym w promieniach Boskiej chwały. Poddanie się uwielbieniu Bożemu z ciałem to jeden z aspektów duchowości. Likwidacja barier pomiędzy sobą a Bogiem sprawia, że następuje powolne przemienienie. Widzimy to w żywotach świętych, gdy ich ciała doznają pewnych sytuacji fenomenalnych, takich jak znajomość spraw odległych czy bilokacja. Takie doświadczenie stało się udziałem choćby o. Pio. To jest wstęp do wydarzenia, które przedstawiono w Biblii, gdy Chrystus przychodzi z ciałem po zmartwychwstaniu. Ciało uległe duchowości nabiera cech duchowych. Przestrzeń i materia przestają mieć znaczenie. Fenomeny okultystów i ezoteryków są tylko zwodniczą namiastką spraw świętych, a oparte na przymierzu z upadłymi duchami prowadzą wprost w przeciwną stronę – nie do nieba.

Nasz mały brat – ciało – w duchowości służy sprawom duchowym, a przez to uwzniośla się i radośnie realizuje swoje przeznaczenie. Nie ma tu żadnego holizmu rozumianego jako równowartość pierwiastków duchowych i cielesnych. Ciało, jako przejściowy doczesny instrument duszy, nie może rządzić sytuacją, tak jak młotek nie decyduje o pracy. Z kolei umysł zawarty w duszy liczy się z konstrukcją młotka, czyli dusza z mechanizmami rządzącymi ciałem, nie może go psuć czy lekceważyć. Na tym polega właściwe chrystianizmowi podejście integralne do osoby ludzkiej, które m.in. zakazuje szkodzenia sobie i swoim elementom. To szacunek dla własnej natury, dążenie do jej stałego oczyszczania z upadku i wznoszenie do Boga.

W sprawach Bożych panuje porządek oparty na hierarchiach. Ciało i Duch Święty (bo o tym Duchu mówimy w pojęciu „duchowości”) nie mogą być rozpatrywane równowartościowo, a Ewangelia wiele razy przestrzega przed rządami cielesności. Integralna, nienaruszalna osoba ludzka poszukuje z duszą i ciałem Boga, a względy zarówno ludzkiego ciała, jak i duszy muszą przed tym przeznaczeniem ustępować. Sednem duchowości jest bowiem Pan Bóg, Jego sprawy i współdziałanie z Nim wszelkimi siłami, tymi cielesnymi i duchowymi (rozum, miłość).

Samo więc rozważanie, co jest ważniejsze – sprawy duszy czy ciała – jest na gruncie nauk duchowych nieporozumieniem, które przytrafia się niektórym teoretykom. Przenosi to bowiem myślenie w obszar szkodliwego antropocentryzmu i w pułapkę bez wyjścia. Wszak dusza także może realizować swoje racje w spaczony sposób, będąc skażoną złymi ideami czy złym myśleniem. Chory idealizm bądź chory spirytualizm także są złem. W zdrowej duchowości ważny jest po prostu Pan Bóg i to na Nim się skupiamy, a nie na swoich władzach czy elementach.

(24)

Święty Paweł pisze: „Nie toczymy bowiem walki przeciw krwi i ciału, lecz przeciw Zwierzchnościom, przeciw Władzom, przeciw rządcom świata tych ciemności, przeciw pierwiastkom duchowym zła na wyżynach niebieskich” (Ef 6, 12). Nie koncentrujemy się w walce duchowej na swoich ciałach, choćby poprzez ich ascetyczne dręczenie, jak to się przytrafia w niektórych tradycjach. Byłoby to dalsze skupienie na samym sobie. Chrześcijanin wie, że źródło zła tkwi we władzy nad światem i po trosze też nad naszymi ciałami upadłych mocy duchowych, które na nas nastają i na wszelkie sposoby odciągają uwagę od Boga i służby Jemu.

(25)

Chrześcijaństwo zgodnie z tradycją starotestamentową głosi świętość, choć nie boskość materii i ciała. Świętość ta wyraża się szacunkiem dla ich integralności, a wynika ze świadomości, że stworzył je Święty Bóg. Tym różnimy się także od niektórych wyznań i religii, zwłaszcza indyjskich, gdzie bywa podnoszony silny antymaterializm. Inna sprawa, że historycznie stosunkowo szczęśliwy ląd indyjski wykształcił w ludziach szczególną miłość do przyrody i natury, w Europie dawno już zapomnianą. Ślady myślenia animistycznego czynią przyrodę duchowo żywą albo wręcz boską i wypełnioną bogami. Chrześcijanin nie podziela ani kultu sił, ani elementów przyrody (takich jak zwierzęta, rzeki, kamienie, drzewa itp.). W treści objawienia Chrystusowego znajduje się przekaz o tym, że ziemia jest winnicą Boga, a my mamy ją szanować, gdyż nosi na sobie piętno świętości swojego Stwórcy. Niestety, chciwy Zachód zapomniał takich uczuć, koncentrując się na zagarnianiu świata, ścinaniu drzew i wybijaniu zwierząt. Dobrze, że jeszcze z innych kultur można zaczerpnąć pierwotnych uczuć dla ziemi, zwierząt i roślin jako braci w istnieniu pochodzących od tego samego Stwórcy, co my sami.

(26)

W katolickiej kulturze najzdrowsze podejście do ciała jako po prostu materii człowieka głosi oczywiście franciszkanizm. Zgodnie z nim „małego brata ciało” trzeba wychować, nauczyć, należy się nim opiekować, a jego sprawy oddać Bogu.

(27)

Człowiek z ciałem i duszą jest przedmiotem kosmicznego sporu między Bogiem i mocami zła. Materia została stworzona jako dobra i powinna taką być – świętą i oddaną Bogu. Skażenie naszych ciał musimy oczyszczać dobrem, nawróceniem, dobrą pracą, naprawą. To zadanie na całe życie człowieka. W jego ramach jesteśmy zobowiązani odpierać ataki złych mocy w sobie wyborem i determinacją w świętości, miłości, prawdzie i dobru.

5. Kobiety i mężczyźni

(1)

On i Ona w Księdze Rodzaju

„Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę. (…) wtedy to Pan Bóg ulepił człowieka z prochu ziemi i tchnął w jego nozdrza tchnienie życia, wskutek czego stał się człowiek istotą żywą. (…) Wtedy to Pan sprawił, że mężczyzna pogrążył się w głębokim śnie, i gdy spał, wyjął jedno z jego żeber, a miejsce to zapełnił ciałem. Po czym Pan Bóg z żebra, które wyjął z mężczyzny, zbudował niewiastę. A gdy ją przyprowadził do mężczyzny, mężczyzna powiedział: Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego ciała! Ta będzie się zwała niewiastą, bo ta z mężczyzny została wzięta. Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i matkę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem”.

Fakty historii biblijnej poprzez ich symboliczne odczytanie odnosimy jako naukę dla naszego życia. Język mitu przedstawia teologię i protofilozofie za pomocą obrazów. Odnosi się to zwłaszcza do najstarszych tekstów, poprzez które dawni ludzie przekazywali swoje poglądy na świat, choć nie wytworzyli jeszcze języka abstrakcji. Mit przeżywa w naszych czasach pewne odrodzenie i ponownie znajduje zrozumienie.

Spróbuję przyjrzeć się więc protofilozofii zapisanej w opisie stworzenia mężczyzny i kobiety. Stwarzanie przez Boga w ogóle to proces formowania bezkształtnej materii świata w coraz doskonalsze formy. Stwarzana kobieta powstaje z żebra, z substancji mężczyzny. Mężczyzna rozpoznaje w kobiecie część samego siebie. To bardzo ważne: nie są to różne materie, tylko ta sama. Przybrała ona dwie formy ze zróżnicowanymi niektórymi cechami. Oznacza to, że w kobiecości z racji pierwotnej jednorodności są aspekty męskie, a w męskości – aspekty kobiece, nie ma zaś zasadniczej silnej różnicy. To niezwykłe – kobiecość i męskość nie są aż tak odległe od siebie. Mężczyzna musi mieć w sobie coś z kobiety, skoro jego żebro stało się jej początkiem. Kobieta z kolei musi mieć w sobie coś z mężczyzny, gdyż pochodzi z substancji mężczyzny. Kobiety nie są z Wenus a mężczyźni z Marsa. Pochodzimy z Ziemi (i ziemi), a reprezentujemy po prostu dwa różne aspekty człowieczeństwa. Przede wszystkim jesteśmy ludźmi, On i Ona są Onymi przed Bogiem. Widać to w języku hebrajskim, gdzie on to „isz”, a ona „iszsza”. Pierwotna jedność została z chwilą stworzenia kobiety niejako podzielona na dwie natury, które pokrewne sobie jednak się odróżniają. Kobieta jest kobietą, mężczyzna – mężczyzną. Mamy więc znowu dwie zasady – jedności i separacji, które zmagają się ze sobą.

Z opisu biblijnego możemy więc wysnuć wnioski łączące harmonijnie oczywisty fakt rozróżnienia płciowego ludzi z posiadaniem w jednej osobie (stereotypowych) cech obu płci z racji jednej substancji. W życiu (i psychologii) widzimy to bardzo jasno, że cechy stereotypowo męskie i żeńskie rozkładają się u różnych osób rozmaicie i – jak się okazuje w Biblii – nie ma w tym nic dziwnego. Nasza ludzka substancja jest jedna. Ciekawie do tego zagadnienia podchodzą taoiści, którzy zauważają, że mężczyzna jest męski na zewnątrz, a kobiecy w środku, kobieta zaś na odwrót.

Separacja osób różnych płci jest stanem, który oboje próbują przezwyciężać, powracając do jedności, powrotnie się łącząc. Ich jednolita substancja jest bliższa sobie niż więzi krwi. Opuszczają domy rodzinne, żeby się ze sobą związać. Czyż to nie piękne? To nam ukazuje małżeństwo jako związek o charakterze wręcz mistycznym, zatopionym w micie początku i w jego najgłębszej mądrości.

Zasady męska i żeńska obecne są w każdym człowieku. Problem pojawia się, gdy ktoś popada w skrajność i absolutyzuje w sobie swoje wiodące cechy. Wówczas pojawia się:

• maczo – u mężczyzn, arcymęskość,

• arcykobiecość u kobiet – różne postaci, np. wyuczonej, przesadnej bezradności, kobiecość wojująca i inne.

Są to błędy, które zaprzeczają potrzebie harmonii zasad oraz wspólnej człowieczej substancji.

Wiele jest także błędów opartych na zaprzeczeniu odrębności. Są to postawy androgyniczne:

• postawy feministyczne, kobiety przesadnie męskie,

• metroseksualni mężczyźni, przesadnie kobiecy.

Istnieje też zaprzeczenie potrzebie związania, powrotu do zespolenia, wyrażające się przez singielstwo, bezżeństwo, aseksualność. Wynika to z mylnego poczucia samowystarczalności życiowej, czyli postrzegania samego siebie w kategoriach zupełności. To powoduje zaprzeczanie naturalnej potrzebie więzi i dopełnienia siebie drugą osobą, czasem związane z przesadnym wykształceniem w sobie cech płci przeciwnej, co wypiera potrzebę dopełnienia przez drugiego. Silne, męskie, zaradne kobiety mają problem z nawiązaniem relacji, podobnie jak wrażliwi, nieśmiali mężczyźni.

Na gruncie płci wśród wszystkich błędów i pomyłek obecnie króluje woluntaryzm. Chodzi o ustalanie sobie roli płciowej wedle oderwanych od natury irracjonalnych decyzji i zboczonych gustów lub ideologii, np. gender, sodomia z wyboru.

Wracając do opisu stworzenia kobiety i mężczyzny, widzimy, ile głębi jest w treściach biblijnych będących dla nas nieustannym wyzwaniem do ich coraz lepszego zrozumienia. Zauważamy, jak subtelny i wyrafinowany jest przekaz Pisma, choćby w porównaniu do mitów innych religii, które podobne prawdy próbują przenosić, przez co są one daleko mniej trafione w realia, a bardziej bajkowe. Przykładem może być pojawiający się u Platona mit pierwotnego człowieka androgynicznego, podwójnego i rozkrajanego w toku stwórczej separacji.

Gdyby odnieść całe zagadnienie jednolitej substancji człowieczeństwa do własnego życia, pewnie doszlibyśmy do wniosku, że naszym zadaniem jest zadbanie o zachowanie naturalnej harmonii cech męskich i żeńskich zarówno w samych sobie, jak i naszych związkach. Dla każdej osoby i dla każdego związku ta harmonia będzie wyglądać nieco inaczej.

Nie odrzucając własnej płciowości, ale wychodząc ponad jej ograniczenia, wchodzimy zarazem w obszar szlachetnej metafizyki i duchowości. Czerpiąc potrzebną do tego siłę z opowieści o początku, stajemy się częścią przepięknego kosmicznego procesu nieustannej separacji przeciwstawień i ich dążenia do powrotnego złączenia w instytucji małżeństwa, instytucji mistycznej i mitycznej. To złączenie następuje powrotnie przed Bogiem i w Bogu, którego obecność i istnienie jako Istoty Najwyższej pozwala nam przekraczać siebie i swoje ograniczenie, gdy za punkt odniesienia bierzemy Jego spojrzenie skierowane właśnie na nas.

(2)

Płeć jest cechą ciał. Dusze nie mają płci. Człowiek jest więc istotą płciową cieleśnie i niejako dziecięcą duchowo.

(3)

Współczesny gender i jego bezpłciowość to ugryzienie chaosu i powrót do bycia bez wyrazu, natury, kształtu.

(4)

Pomijam tutaj wszelkie zaburzenia fizyczności związane z płciowością, gdyż omawiam zasady, a nie problemy z ich realizacją występujące w każdej sferze cielesności. Choroby, kalectwo i zaburzenia towarzyszą każdemu człowiekowi. Zaburzenia płciowości są szczególnie perfidne, bo wydaje się, że człowiek jest zdrowy, a w jego psychice rozgrywa się dramat. Jak każde upośledzenie, także te zasługują na współczucie. W wielu przypadkach dają się też leczyć, o ile ich podłoże jest neurotyczne i znajdzie się mądrego terapeutę. Kłamstwem jest jednak nazywanie normą czegoś, co nią nie jest, a takie myślenie wymusza na współczesnych ludziach ideologia gender. Ludzie kalecy popędowo bywają szczególnie obdarzeni w sferze zawodowej lub artystycznej. Bywają artystami swojego fachu. Jak wszyscy ludzie doświadczają swoich krzyży, ale i przewag nad innymi. Cierpi każdy z nas, ale ze swojego okaleczenia nie należy robić ideologii.

Niestety, ideologie wyrosłe wokół zaburzeń popędowych prowadzą do strasznych wynaturzeń. Bóg jest pełnią, jednoczy przymioty z naszego antropomorficznego punktu widzenia męskie i żeńskie. Zło, w tym zły człowiek, zazdrości Bogu tej pełni. Nikt z nas jednak nie potrafi w doskonały sposób zespolić w sobie przeciwnych zasad. Człowiek jest skończony, ukonkretniony, także w odniesieniu do płci. Pełne zjednoczenie opozycji stanowi cechę Absolutu.

Na gruncie płci ludzie nieświadomie usiłują przybrać absolutną postać łączącą obie płci. Nie jest to przypadek. Na starych obrazach widzimy czarta, niekiedy ukazywanego jako mężczyznę z kobiecymi piersiami. To diabla karykatura Boskiej pełni. Musimy spojrzeć na nasze biedne czasy. Co zobaczymy? Mężczyzn z wyhodowanymi biustami niczym w dawnym wyobrażeniu demona. Zobaczymy też całe pokolenie onanistów obu płci napędzanych pornografią. Czyż samozaspokojenie też nie jest formą poszukiwania pełni? Te i jeszcze inne współczesne, w tym genderowe, hybrydyzacje w rezultacie pozbawiają człowieka w ogóle płci. Człowiek „obupłciowy” staje się w istocie bezpłciowy. Zatraca się pewna istotna jego wartość, bo płciowość czy jakakolwiek inna cecha wyróżniająca człowieka ma dla nas duże znaczenie – wyróżnia osobę, oddziela ją od reszty świata, pozwala odnaleźć swoje miejsce w życiu. Umożliwia przez to bycie spełnionym i szczęśliwym. Przeciwnie, pozbawianie człowieka jego cech, wyróżników, spycha go w stan pozbawiony swoich zalet i zdolności życiotwórczej. Bezpłciowy i jałowy człowiek upodabnia się do demona, zwłaszcza gdy czegoś takiego dopuszcza się z wyboru. Kiedy jest to ludzkim krzyżem i kalectwem, musi ten ciężar przyjąć, ale zbrodnią jest czynienie kalectwu jakichś apoteoz.

Widzimy więc doskonałego pełnego Boga i człowieka usiłującego na wiele dziwacznych sposobów dorównać Boskiej pełności, zapominającego, że może tę pełność naśladować w złączeniu z drugim człowiekiem w kochającej wspólnocie.

(5)

Długo można wyliczać ludzkie grzechy, nie jest to jednak celem tej książki. Mówiąc o kobietach, nie sposób nie zauważyć, że lubią czuć się jak boginie. Pierwsza kobieta poczuła się bóstwem, gdy postanowiła dawać życie samowładnie, zaborczo, o czym pisałem już wcześniej. Do dziś kobietom pozostał ten pyszny rys kreowania siebie na bóstwo i oczekiwania, że cały ludzki świat będzie wpatrywał się w nie, adorował je i ubóstwiał. W świetle Biblii jest to zrozumiałe co do przyczyn i oczywiście negatywnie oceniane.

Maria jako nowa Ewa, Matka ludzi Nowego Stworzenia, faktycznie jest kobietą otoczoną adoracją wiernych. Jej drogą do tego była jednak świętość, a nie pyszne samouwielbienie.

(6)

Płcie i różnice między nimi to ciekawy temat, lecz ta książka jest o chrystianizmie, a nie o antropologii. Przykładowo, mężczyzna powstał z ziemi, więc zajmuje się głównie rzeczami, przemienia materię. Kobieta powstała z człowieka, dlatego bardziej koncentruje się na ludziach (dzieciach, rodzinie). Zrozumieć człowieka można jedynie w oparciu o Ewangelię.

(7)

Chrześcijaństwo było w antyku rewolucją, gdy pouczało, że kobieta i mężczyzna są równi przed Bogiem i że mają takie same dusze. Ludy Zachodu niechętnie poddawały się Ewangelii. Przez tysiąclecia konserwowano segregację na lepszą i gorszą płeć. Dziś mamy tego efekty w reakcji z początku emancypantek, potem feministek, wreszcie ideologii gender, czyli wojny płci, a nawet wojny z płcią. Jednak wszystko to ma niewiele wspólnego z chrystianizmem.

Za Chrystusem chodziły także kobiety. Tą, która jako pierwsza ogłosiła światu Jego powstanie z martwych, była nawrócona jawnogrzesznica, Maria Magdalena. Jak w każdej kulturze, kobiety w Kościele są spokojniejsze, mądrzejsze i bardziej religijne. To ciekawe, że na swoją apostołkę w Indiach Chrystus wybrał kobietę, Matkę Teresę. Może nie nawróciła ona wielkich rzesz, ale była żywym obrazem Boga w Jego miłości szczególnie skierowanej do najciężej doświadczonych, którzy w społeczeństwie indyjskim bywają nieludzko traktowani. Ci po prostu najbardziej potrzebowali Boga.

(8)

Katolicyzm ma pewien unikalny rys, jeśli chodzi o religie na świecie. W Kościele rzymskim są bowiem kobiety, które zalicza się do doktorów Kościoła. Przypisuje się im zatem najwyższych autorytet religijny i doktrynalny.

(9)

Przedziwne jest to, że w najbardziej archaicznej części Biblii, w Księdze Genesis, w opisie stworzenia mowa jest o tym, że to kobieta pokona zło tego świata. Brzmiało to niemal absurdalnie w czasach, gdy na kobiety nikt specjalnie nie zwracał uwagi, a już na pewno nie widziano w nich zdolności wygrywania wojen. Ten tekst ma, sądząc po mitycznej budowie i śladach bardzo archaicznego rodowodu, tysiące lat. Ludzie w tamtym czasie nie wymyśliliby tego sami.

Do tej zapowiedzi powraca Apokalipsa, czyli ostatnie dzieje świata. W Księdze tej w sposób alegoryczny ukazano kobietę jako uczestniczkę kosmicznego zmagania ze złymi mocami. Kiedy Jan spisywał swoje objawienie, pozycja kobiety w społeczeństwie nadal nie nastrajała do takich skojarzeń. Patrząc oczami ludzi, zwłaszcza z tamtych czasów, brzmi to niemal absurdalnie. Co takiego jest w kobiecie, że może ona pokonać całe zło? Wszak kobieta to zło wpuściła na ziemię. Jej rolą jest zatem też je pokonać? Kobieta jako pogromczyni zła – to nadal jest jakoś niepojmowalne. Jest to tak nieprzekonujące, że żaden fantasta ani oszust tego by nie wymyślił. To po prostu prawda!

Kobieta jest przed Bogiem symbolicznym przedstawieniem ludu Bożego, wiernych, Kościoła. Ludzkość reprezentuje w relacji z Bogiem zasadę żeńską, uległą, posłuszną i bezgranicznie kochającą, oddaną. Bóg z kolei jawi się jako Narzeczony ludzkości, a Nowy Świat to niekończąca się uczta weselna. Z tego względu alegoryczna kobieta to wspólnota wiernych.

Kobiecie przewodzi kobieta i to ona jest wzorcem dla wszystkich wiernych. Takie zadanie pełni właśnie Maria. W symbolice biblijnej kobieta jako Kościół i kobieta jako jego pierwotny wzorzec w postaci pierwszej wierzącej w Chrystusa, czyli Jego Matki, zlewają się w jedno. Kto wierzy w Chrystusa, naśladuje Marię, a przez to staje się Jej duchowym dzieckiem. Zło pokonujemy wiarą, nadzieją i miłością.

(10)

W Indiach panuje dziwne rozchwianie w stosunku do kobiety i kobiecości. Właśnie tam jest wyjątkowo wiele bogiń, które odbierają powszechną cześć. Bogowie niejako z definicji i obowiązku muszą mieć małżonki. Niektórzy nawet twierdzą, że jednym z wyróżników hinduizmu jest żeńska odmiana bóstwa. Bogini Matka przybiera tam wiele różnych postaci i jest powszechnie czczona.

Widać w tym jakąś bardzo archaiczną niekonsekwencję, gdyż prawdziwe kobiety w Indiach doświadczają bardzo złego traktowania. Przede wszystkim dziewczynki są masowo mordowane w trakcie aborcji, traktuje się je jako gorszy rodzaj dziecka. Wyjątkowo straszny był i jest nadal los wdów, które kosztem życia w poniżeniu przez wieki nieraz wybierały śmierć w płomieniach stosu pogrzebowego męża, zachęcane do tego przez zwyczaje. Dodatkowo dochodzi do wielu gwałtów, a gdy to dotyczy kobiety z niższej warny, ofiary nierzadko nie otrzymują od policji nawet pomocy w dochodzeniu sprawiedliwości. Obyczajowość indyjska w tej sferze jest wyjątkowo archaiczna. Nawet muzułmanki mają więcej praw niż kobiety indyjskie.

Chinki są bardziej asertywne, ale także doświadczają aborcyjnego ludobójstwa z uwagi na swoją płeć.

(11)

„Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa. Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie” (Ga 2, 27–8).

Chrześcijaństwo podkreśla nasze dziecięctwo wobec Boga, a nie cechy naszych ciał. Przed Bogiem każdy człowiek jest taki, jak jego dusza, a nie ciało. To była rewolucja dla antyku helleńskiego i rzymskiego, która na dodatek trwa do dziś. Wciąż pomiędzy płciami panuje chaotyczna sytuacja, różne opresyjne nienaturalne stosunki. Pokój przynosi dopiero świętość i życie w Duchu Świętym.

W bliskim mi katolicyzmie mamy wiele świętych kobiet, utrwalonych w pamięci poprzez kanonizacje. Żeńskie klasztory wszechstronnie kształciły zakonnice w oparciu o różne charyzmaty i umożliwiały im zyskiwanie wysokiej pozycji społecznej. W krajach katolickich, pomimo panującej przecież dominacji mężczyzn, zdarzały się niezwykle charyzmatyczne postaci kobiece. Wystarczy wspomnieć Katarzynę ze Sieny, Joannę d’Arc, Teresę Wielką, które wywarły ogromny wpływ na swoje czasy i historię w ogóle. Dużym poważaniem cieszyły się święte władczynie, takie jak św. Kinga czy św. Jadwiga w Polsce. Chrześcijaństwo od początku łagodziło różnice społeczne, wprowadzając wzajemną miłość i życzliwość. Nie namawiano do przewrotów społecznych ani rewolucji, ale do wzajemnego poszanowania bez względu na miejsce w hierarchii społecznej. Słabszy miał być chroniony i obdarzany wsparciem, a nie traktowany z pozycji siły. Dlatego nie ma aż takiego znaczenia, jaki jest faktycznie ustrój społeczny i jak są sformułowane role obu płci, ważne, żeby nikt nie był krzywdzony, a ludzie w potrzebie doznawali pomocy. Spojrzenie oczami wiary to spojrzenie oczami Boga, który pochyla się najpierw ku temu, kto jest najsłabszy i najbardziej w potrzebie – na tym polega Jego hierarchia ważności. Podobnie chrześcijanin ma zdolność do przekraczania ograniczenia obyczajowości i przesycania wszystkich relacji duchową miłością, na przekór nieraz nieludzkim przyzwyczajeniom i zwyczajom.

(12)

Religia i religijność to w skali ogólnoludzkiej zajęcie głównie kobiece, tak jest i u katolików. Kapłanami z kolei zasadniczo są mężczyźni, u katolików wyłącznie oni. Kościoły wypełniają kobiety, ale księżmi zostają tylko mężczyźni. Jest w tym jakaś dziejowa równowaga. Bóg jest sprawiedliwy i wielki.