1. Obecność Boga
(1)
Zabić Boga
Kto tak naprawdę w historii świata jest Hiobem? Sam Pan Bóg. Pozbawiono Go bliskich i jakiejkolwiek własności, okradziono Go ze wszystkiego. Stworzył świat, postawił nad nim człowieka, a ten odrzucił Boga i wyrzucił Go poza nawias świata. Człowiek to uosobiona miłość do Boga, tymczasem Boga tej miłości pozbawiono. On, który chciał miłośnie przenikać duszę i ciało człowieka, został odtrącony. Człowiek wybrał cudzołóstwo, oddając się złemu duchowi, który go zniewala aż do opętania. W ten sposób pozbawiono Boga Jego dzieci. Teraz musi patrzeć, jak się marnują, umierają, schodzą na złą drogę. Pozbawiono Go każdego rodzaju miłości. Odrzucony, osamotniony, pozostawiony na rozpacz i nędzę. Lęka się o swoje dzieci, panicznie wręcz przeżywa ich zapomnienie, opętanie materialnością, zepsuciem, poddanie się wpływom demona.
Ludzie mieli zapomnieć o złu, grzechu, mieli go w ogóle nie znać. Zamiast tego zapomnieli o Bogu. Każde zapomnienie o Bogu to mordowanie Go w sobie. Dlatego, gdy Bóg przyszedł na świat, odebrał fizycznie to wszystko, co działo się w człowieczych duszach od pierwszego grzechu. Stanął przed nimi, a oni robili, co mogli, żeby o Nim zapomnieć, żeby Go nie poznać, by zniknął im z oczu w najczarniejszym piekle.
I tak się dzieje do dziś. Jezus zlekceważony, nierozumiany, odrzucony, ścigany, szczuty, oskarżany, nazwany demonem, objęty nagonką jak dzikie zwierzę, wreszcie pojmany, dręczony, wyzywany, potępiony złym sądem, fałszywie oskarżany, posądzany o najgorsze, odarty z godności ludzkiej (z szat), ubezwłasnowolniony (związany, przybity), wyszydzony, osamotniony w bólu, zabity, schowany w ciemne miejsce pod ziemią, gdzie Go nie widać, gdzie już nikomu nie przeszkadza, nie woła o sumienie i cnotę, nie utrudnia grzechu.
Jest w nas ta śmierć – śmierć Boga, a przez to śmierć wiary, nadziei i miłości. To wszystko dzieje się w nas, skamieniałych od tego. Tak Bóg umarł w naszych sercach i stale umiera, kiedy o Nim nie pamiętamy.
Jak bardzo próbujemy „zapomnieć”, nie myśleć. Mnożymy rozrywki, grzeszne upojenia, wszelakie transy, narkotyki i chemiczne znieczulenia, seriale i komedyjki. Byle uciec od samych siebie, od bólu sumienia, od spotkania z Bogiem.
Chowamy Boga do grobu zapomnienia. To w samych sobie mamy uśmiercać zło przez nawrócenie i żal za grzechy, a nie mordować swoje sumienie i pamięć o Bogu. Bóg chce w nas żyć, działać przez nas, być obecny w każdej naszej myśli. Serdeczny, przyjacielski, łaskawy, bezgranicznie obdarowujący, uzdrawiający, starający się o naszą radość, spełnienie, poczucie szczęścia.
Bogu robimy to, co powinniśmy zrobić sobie. Zrzucamy na Niego własne winy i cierpienia, a On je na siebie przyjmuje. Sam siebie krzyżuje i się nie skarży.
(2)
Wywyższenie i uniżenie
Bóg nie jest wobec człowieka obojętny. Czytając Stary Testament, natrafiamy na mnóstwo wypowiedzi proroków, które można podzielić w dwie grupy – błogosławieństw i przekleństw. Błogosławieni to ci, którzy są posłuszni Bogu. Bóg darzy ich miłością, przyciąga do siebie, chwali, wynosi, wywyższa ponad innych. Za dobre czyny obiecuje stukrotną nagrodę. Przeklęci są nieposłuszni. Bóg ostrzega ich przed karami, odrzuca od siebie, gani. Nie ma tam natomiast wypowiedzi beznamiętnych, Pan Bóg wyraża przez proroków ogromne nieraz emocje.
Bóg nie jest obojętny na człowieka. Najpierw uczynił go koroną i panem całego stworzenia. Wywyższył go wobec reszty świata, dał mu królewski piedestał. Uwielbił go swoją miłością i świętą obecnością, miłosnym złączeniem. Niestety, potem człowiek zamiast Boga wybrał sobie w Jego miejsce Szatana – kogo słuchasz, temu służysz. Pierwsi Rodzice stali się sługami diabła. Stracili swoją królewskość. Upadli poniżej zwierząt, do poziomu przedmiotu, narzędzia diabła.
Zostali jednak zaplanowani do życia rajskiego. Nie pasujemy do tego życia na padole łez, pragniemy czegoś innego. Chcemy być wywyższeni, szczególni, wspaniali, wielbieni. Wielu ludzi z całej siły woli udawać, jakoby stan niewinności i doskonałości wobec nich trwał, niż przyznać się do upadku własnego i powszechnego. Wielu ucieka w złe marzenia albo czyni swój wygląd idealnym, wypacykowanym, nieskazitelnym, niemal już niebiańskim. Przybierają oni wyniosłe pozy (kosztem pogardy słabszych). Tak pojawiła się pycha, czyli pozorowanie przed samym sobą doskonałości, co pogłębia upadek. Człowiek wywyższający się zyskuje w swoich oczach, ale jednocześnie siebie zatraca. Traci jakiś fragment siebie, swoich uzdolnień, talentów. To zatracenie jest frustracją, zduszeniem natury, która poszukuje swojego spełnienia. W ten sposób pojawia się cierpienie, a wraz z nim żądza zemsty. Doskonałością zatracenia jest czart, który w pysze dokumentnie się zniszczył i teraz cierpi niewyobrażalne męki z racji swojej konstrukcji, która pragnie spełnienia w dobrym, a jednocześnie z każdym działaniem oddala się od tego pożądanego gdzieś w naturze dobra. Ból niespełnienia rozdziera człowieka i czyni go wściekłym. Stworzono go, by wielbił Boga. Tylko to może dać mu szczęście. On, najdoskonalsze ze stworzeń, wybrał jednak zatracenie w samouwielbieniu.
Na koniec przyszedł Chrystus i otworzył przeklętej dotąd ludzkości Otchłań, z której dusze zbawionych mogły trafić do nieba. On za wiarę w siebie dzięki swojej ofierze daje nam możliwość pójścia do nieba, gdzie dusze spełnią się w szczęściu, do jakiego zostały stworzone. Za sprawą Jezusa otrzymujemy Ducha Świętego, w którym doświadczamy złączenia z samym Bogiem, co nas unosi w niepojęte rejony uwznioślenia, uniesienia, wywyższenia ponad stworzenie. Chrystus w czasie kazania na Górze zostawia nam nowe błogosławieństwa, które w paradoksalny sposób odwracają typowe porządki. Poucza, że na świecie przekleństwa nie ten, kto się czuje wywyższony, tylko ten, który sam się uniży (przed Bogiem), po śmierci będzie wywyższony, zaakceptowany, przyjęty. Kto się zaś wywyższa, będzie poniżony, a być może nawet odrzucony.
(3)
Mistyka codzienności w Duchu
Niektórzy ludzie, kiedy się modlą i zwracają się do Boga, oczekują, że Ten im odpowie, że Go usłyszą, jakoś poczują. Faktycznie, jest to możliwe. Pan Bóg czasem odpowiada modlącym się na różne sposoby, ale nie zawsze. Spotkanie Boga niejako przed sobą, twarzą w twarz, to nie całość duchowości, a nawet nie jej najważniejsza część.
Pismo uczy, że bez Ducha Świętego nie potrafimy nawet powiedzieć, że „Jezus jest Panem”. To ważny zwrot – najkrótsze, złożone z trzech słów wyznanie wiary chrześcijanina. Jednocześnie jest to najkrótsza możliwa modlitwa obrazująca nasz stosunek do Boga opierający się na relacji poddania się Mu. To nam mówi coś ważnego: kiedy się modlimy, wyznajemy wiarę, a także żyjemy w Łasce i spełniamy Wolę Boga, postępujemy według Jego nauki i Prawa, działa przez nas Duch Święty. Trzecia Osoba posłana od Ojca i Syna działa przez człowieka i nakierowuje duszę ludzką w stronę Boga, czyli Wola Boża powraca do Boga. W ten sposób Bóg w pewnym sensie przez człowieka działa sam w swoim kierunku, spotyka się sam ze sobą. To bardzo ważne i nie ma w tym nic dziwnego. Bóg jest bowiem Alfą i Omegą, Początkiem i Końcem, wszystko, co dobre, pochodzi od Niego i do Niego powraca. Bóg jest w Trzech Osobach, a dzięki temu te Osoby mogą pozostawać między sobą w relacji, mogą być oddzielone i działać w stosunku do siebie samodzielnie, jednocześnie nie przestając być jednym Bogiem.
Człowiek, modląc się i czyniąc dobrze, uczestniczy więc w wewnętrznym życiu Trójcy, staje pomiędzy Osobami Trójcy, ma udział w Ich działaniu. To wielkie wyróżnienie, największe z możliwych. Mieć udział w sprawach Bożych – to wielka mistyka i wielki zaszczyt dla ludzi.
Jest także coś jeszcze. Bóg jest uwielbiony, otoczony chwałą. Uczestniczyć w Jego życiu to uczestniczyć w Jego chwale. Dzięki temu postępuje wrastanie duszy człowieka w Bożą chwałę. Teologia mówi nam o przebóstwieniu. Uświadomienie sobie tego procesu bardzo wzmacnia człowieka, buduje w nim siły do dobrego życia.
To jest właśnie największa mistyka, mistyka codzienności, obcowanie w życiu z żywym Bogiem w postaci Ducha Świętego. Chrystus pokazuje nam tego skutki. Na górze Tabor ukazuje się w postaci uwielbionej w otoczeniu dwóch innych osób (Mojżesz i Eliasza), znanych jako najwięksi prorocy, z pewnością przebywający już u Boga w Jego Chwale. Nawet wygląd Chrystusa jest inny – Nauczyciel jaśnieje, tonie w poświacie Bożej chwały.
Szatan – przeciwnie – odmawiając wykonania Bożej Woli, Bożego polecenia, zapatrzony we własną urodę i wielkość, sam siebie uwielbił. Jednocześnie wychwalając sam siebie, zachwycając się sobą, utracił i urodę, i wielkość. Zamknął się, zatrzasnął wewnętrznie, oddzielił od Boga. Dalej pewnie widzi siebie jako najwspanialsze i największe ze stworzeń, ale faktycznie stał się najstraszniejszym i najbrzydszym. Podobnie jest z ludźmi, którzy w duchu uwielbiają sami siebie, mają za najlepszych, najdoskonalszych, wychwalają siebie, a w życiu stają się tak faktycznie źli, niedobrzy, czasem straszni. To są skutki samouwielbienia, trzeba o tym pamiętać.
Bóg sam nas uwielbi, da nam uwielbione ciała. Spełniając Bożą Wolę, uczestniczymy w najdoskonalszej mistyce, w chwale. Wówczas działa przez nas sam Bóg w postaci Ducha Świętego. Stajemy się Jego świątynią, świętym miejscem, mieszkaniem. Dlatego winniśmy dbać o siebie, otaczać troską i szacunkiem swoje wnętrze, uczynki, myśli, przeżycia, bo nie należymy już do siebie, ale stajemy się naczyniem na Bożą chwałę. Nie należy traktować się bezmyślnie, ulegle wobec świata, lekkomyślnie, arogancko czy toksycznie. Owszem, takie są skutki zamknięcia się w sobie, oddzielenia od Łaski (tak nazywamy działanie Boga na człowieka). Samoubóstwienie, samouwielbienie kończy się zawsze zniszczeniem, którego jednak sami nie widzimy, dostrzegają je za to inni ludzie, a także Bóg. Nasz własny obraz, jaki nosimy w sobie, jest chwalebny, chociaż faktycznie bywa szkaradny. Otwierając się na Łaskę, odzyskujemy zdolność autentycznego widzenia siebie, która jest nazywana wolnością, tzn. umiejętnością świadomego kierowania sobą w skutek autorefleksji.
Trzeba cenić tę mistykę codzienności, bo jest dana każdemu, a postępy w niej są postępami w chwale, jaką Bóg podarował człowiekowi. Zostajemy w niej przeniknięci Duchem Świętym, a to znaczy, że zespalamy się z samym Bogiem. W ten sposób na pozór zwykłe pobożne życie polega na byciu wypełnionym Bogiem. Jak wola męża wypełnia żonę i przenika ją oraz kierunkuje, tak Duch Święty przenika wierzącego swoją wolą, obecnością, ukierunkowaniem. To najwyższa forma miłości Boga – dać Mu się zupełnie przeniknąć. Jest to małżeństwo duchowe. Z kolei ten, kto ulega diabłu, pozwala mu w sobie zamieszkać i zarządzać swoją wolą oraz emocjami. Bóg nazywa coś takiego nierządem duchowym, zwłaszcza gdy pojawia się zapłata od Szatana w postaci powodzenia ziemskiego czy nadnaturalnych darów.
(4)
Odkrywanie obecności Boga
Jak stać się światłem dla świata, tym oknem, tą szybą, przez którą prześwieca dobro Boga? Najpierw trzeba samemu Go odkryć, poznać, zrozumieć Jego obecność, złączyć się z Nim. Nazywamy to duchowością. Odwrócić się od grzechów i wrócić do jedności z Bogiem, z Jego wolą – to zadanie duchowości.
Duchowość pozwala poznać i zrozumieć, że to Boża wola nadaje wszystkiemu istnienie. Bez Boga nie ma niczego. Jesteśmy wynikiem Jego nieustannego aktu stwarzania. Gdyby ono ustało, świat przestałby istnieć w jednej chwili. Mówimy, że świat i my jesteśmy bytami zależnymi, a tylko Bóg istnieje bez pomocy, sam z siebie. Ta świadomość i doświadczenie wszystko zmieniają. Bóg nie musi nieustannie stać przed nami i nam się objawiać, gdyż kochające duchowo serce rozpozna Jego dobroć we wszystkim, co jest dobre. On jest w każdym z nas jako moc naszego istnienia, Ruach, który nas ożywia. Znajduje się w naszym każdym dobrym uczynku jako moc do jego uczynienia. Jedynie występki popełniamy bez Jego natchnienia i poruszenia, dlatego są jałowe i przynoszą śmierć.
Duchowe spotkanie z Bogiem to modlitwa i praktyki duchowe. Częścią życia duchowego jest kontemplacja, adoracja – poznanie duchowe Boga. Wstępem do takiej kontemplacji może być kontakt z naturą, która nosi na sobie odbicie Boskiej doskonałości. Poczucie zjednoczenia z przyrodą, Kosmosem bywa pierwszym aktem przemiany duchowej i odwrócenia się od ludzkiego zepsucia. To bardzo ważne zjawisko, w którym człowiek ma możliwość spojrzeć poprzez świat poza niego.
Możemy wskazać także inne doświadczenia zespolenia z Bogiem, które są zależne od charakteru i osobowości danego człowieka:
• zbożne życie i dobre uczynki, a także doznawanie dobra od innych,
• rytuał,
• wiedza – teologia,
• kontemplacja mistyczna indywidualna: modlitwa, rozważanie, śpiew, asceza – pokuta, duchowe wpatrzenie, a także kontemplacja wlana,
• miłość duchowa – doświadczenia ekstatyczne i duchowość charyzmatyczna,
• udzielanie Boga innym.
W tym duchu Paweł z Tarsu pisał do mieszkańców Koryntu: „Przeto czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor 10, 31). Wszystko może nas do Boga prowadzić, gdy to czynimy z intencją pomnażania Jego chwały.
Rozbudzanie się życia duchowego człowieka – czy związane z kontemplacją, czy bez niej – zawsze odwraca człowieka od samozniszczenia w grzechu. Człowiek, adorując Boga, sam też doświadcza uniesienia, jest akceptowany jako dobre, posłuszne dziecko. Co za tym idzie, Ojciec Niebieski udziela mu wszystkiego, co sam posiada.
Coraz żywsze zainteresowanie Bogiem i Jego sprawami, rozbudzane duchowością i nawróceniem, przeradza się w stałe poczucie Jego obecności i bliskości, w mistykę. To jeden proces – od chwil uwagi skierowanej na Boga w pierwszych aktach wiary do mistyki. To jedno i to samo zjawisko w różnym natężeniu. Kontakt z Bogiem jest zawsze wejściem we wspólnotę z Nim i na ucztę.
Jednoczenie człowieka z Bogiem to wiara. Obecność Boga przeczuwamy sercem i duszą. Serce pragnie Boga, w przeciwnym razie cierpi. Wiara jest rozbudzaniem duchowej radości, pogody. Ludzie od zawsze spajali się duchowo z wyższym, prawdziwszym porządkiem, a jego przeczucie było udziałem dusz w każdym zakątku świata. Ta nadludzka doskonałość i ład udziela się każdemu, kto tego pragnie. Bóg, który stwarza nieustannie świat i każdego człowieka, mówi do duszy od chwili jej poczęcia. Wrażliwość duchowa umożliwia człowiekowi odbiór tego przesłania. Ubodzy w duchu, cisi, czystego serca mają szanse doświadczyć Boga, co jest w swoim wyrazie różne zależnie od natury człowieka, jego kondycji duchowej i moralnej oraz możliwości zrozumienia.
Wiara polega na wychodzeniu z siebie, przekraczaniu swojej niemożności i warunków ogólnych. Jest czymś ponad ludzkie siły, ale i na nich się nie opiera. Oczy wiary widzą rzeczy niepojęte, chociażby to, że każdy atom jest stale podtrzymywany przez Boski akt stwarzania, który bierze swój początek w wieczności, a aktualizuje się tu i teraz, że ten najodleglejszy i niepojmowalny Stworzyciel jest bliżej mnie i zna mnie lepiej niż ja sam. On jest dla mnie niedosięgły, ale ja dla Niego pozostaję wciąż lepioną poprzez szósty dzień stworzenia gliną.
Bóg, chociaż niedosięgły dla człowieka, to jednak sam udziela mu siebie w doświadczeniu duchowym. To dane nam doświadczenie działania Boskiego jest dla nas czymś niewyobrażalnie pięknym. Z tej ciemności dociera do nas Boskie działanie, ruch, który pochodzi od Poruszyciela. Jego działanie nazywane jest pobożnie Łaską, w prawosławiu – energiami, a w Piśmie – Mocą. Tak naprawdę doświadczyć możemy tylko i aż właśnie tego – działania Bożego. Jest Boże, więc niestworzone i Boskie, a jednocześnie nie jest Bogiem obecnym we własnej istocie. Jak poruszenia od innych osób w ciuciubabce, tak my doświadczamy popchnięć, ale w pełni nie widzimy Poruszyciela. Bóg oddziałuje na świat poprzez swoją wszechmoc, nieustannie go stwarza odwiecznym wezwaniem i zawołaniem: „Niech się stanie!”. Można rzec, że to Boskie działanie jest światem i nami. Świat nie jest Bogiem, ale nie może bez Niego istnieć. Świat jest nieustannie wykonywany, działany, czyniony. W istocie jest niczym więcej i niczym mniej, jak Boskim, stale trwającym zdziałaniem. Chrześcijanie jako pewien symbol powtarzają czasem podanie indyjskie, według którego Bóg świat wytańczył, więc świat jest odwiecznym tańcem Boga. Ten obraz wydaje się bliski właściwemu pojęciu, choć chodziłoby raczej o bardziej intencjonalną twórczość, która kojarzy się z pracą ręczną. To doświadczenie trudno wyrazić słowami. To tak, jakby myśl przekształcała się w ruch, działanie, siłę, która im dalej od Boga, tym bardziej „tężeje” i nabiera formy oraz substancjalności, a jednocześnie właśnie wtedy musi przeminąć. To też trochę niczym muzyka, która zaczyna się w sercu artysty i jego tęsknocie, później zaś poprzez poruszenia ciała (choćby trębacza) zbliża się do powstania, konkretyzuje się w ostatecznym pragnieniu, w końcu wydobywa się z instrumentu i jest, a jednocześnie bez śladu ginie. Nasze istnienie to ten krótki moment wybrzmiewania. Powstajemy z pragnienia. Jesteśmy wszechmocą, która absolutnie się realizując w doskonałym dziele, jakim jest człowiek, staje się niejako bezsilnością. Z tego bierze się nasza wolność, z tej Boskiej bezsilności w absolutnym spełnieniu twórczym. Jesteśmy tak doskonałym dziełem o idealnej proporcji między różnymi skrajnościami. Bóg, stwarzając nas, ponosi wielką ofiarę z samego siebie, nie mówiąc już o odtworzeniu (zbawieniu), odrodzeniu, które jest nie mniejszą ofiarą składaną przez Boga na ołtarzu miłości do nas.
Doznanie obecności Boga jest doświadczaniem pogłębiającego się zjednoczenia. Sens zjednoczenia z Bogiem polega na pozwoleniu Bogu na unoszenie siebie jakby na fali Jego miłości i pracy – jest to zatem aktywne uczestniczenie w ruchu tej fali, współpraca z łaską, jak to ładnie określa Kościół. To własna ciężka praca: zdyscyplinowana, planowa, profesjonalna, wpisująca się w zamiary i Moc Boga stwarzającego i odtwarzającego. To spełnianie wraz z Nim Jego pragnień, Jego woli, planów. Człowiek, dając życie, jest jakby bogiem. Bóg nieustannie daje i podtrzymuje życie. Aktywnie w tym uczestnicząc, włączamy się w Jego działanie, stajemy się tym działaniem, a że w sumie sami też jesteśmy takim działaniem, aktualizujemy siebie jako ludzi i przebóstwiamy się, gdyż łączymy się z Bogiem poprzez uczestnictwo w Nim. Ulegając Jego woli (nie własnej) łączymy swoje istnienie ze źródłem wszelkiego istnienia, a jednocześnie nadajemy istnienie wraz z Nim, dobrze żyjąc (bo pracujemy, pocieszamy, wspieramy, wychowujemy dzieci).
(5)
Wewnętrzne poruszania od Boga
Święty Paweł pisał: „Nosimy nieustannie w ciele naszym konanie Jezusa, aby życie Jezusa objawiało się w naszym ciele. Ciągle bowiem jesteśmy wydawani na śmierć z powodu Jezusa, aby życie Jezusa objawiło się w naszym śmiertelnym ciele” (2 Kor 4, 10–11). Kiedy trwamy w jedności z Bogiem, Chrystus żyje poprzez nas, skoro jesteśmy kończynami Jego Ciała.
Można to też porównać do pacynek, czyli lalek, którymi rusza się włożonym w nie palcem. Ludzie mają własną zdolność życia, a jednocześnie Bóg jest jakby tym palcem w pacynce, który porusza nią we właściwym kierunku. Ludzie jednak różnie się odnoszą to tych wewnętrznych poruszeń płynących od Boga. Jedni są do Niego dostosowani, z Nim zjednoczeni, zgodni. Inni przywykli buntować się i szukać natchnień w swoich społecznościach i w ich grzechach, pustocie. Niektórzy sami siebie uważają za źródło poruszeń i obrastają pychą.
(6)
Możemy przyjmować Boga w siebie na wiele sposobów, tak jak On do nas przychodzi:
• w Słowie, w Ewangelii, pobożnej nauce,
• w Ciele i Krwi poprzez sakramenty,
• w Jego woli i działaniu poprzez pokorę, zasłuchanie i zapatrzenie w Nim.
Potrzeba dać Mu się przenikać, zatracić się w Nim.
(7)
Jesteśmy tym, co jemy, co duchowo jemy. Składamy się z myśli, więc naszym chlebem jest dobre pouczenie. Gdy spożywamy Chrystusa w Jego Słowie, to stajemy się Nim. Następuje przemienienie człowieka na obraz Boga. Zjadamy Jego naturę, Jego przymioty wraz z tym chlebem. Przyjmujemy w siebie Jego życie, wypierając życie demoniczne. Chleb daje siłę, a siła to życie. Kto nie je Ciała i Krwi (chleba i nektaru wina), ten nie będzie miał w sobie życia.
(8)
Jak się dostać do nieba
Niebo to nasze marzenie. Miejsce, gdzie człowiek otoczony jest miłością, akceptacją, uznaniem, ciepłem. Gdy cokolwiek robimy, skupiamy się na każdym szczególe pracy; gdy kończymy pracę, bierzemy rzecz do ręki i z uśmiechem stwierdzamy, że jest w porządku, że już lepiej nie można. Dokładnie tak samo Bóg patrzy na człowieka, o czym wiemy z Księgi Genesis. Stać przed Bogiem w niebie to doświadczać tego uznania, tej budującej akceptacji, afirmacji, zachwytu. To najpiękniejsze, co może się przytrafić człowiekowi.
Jak trafić do nieba tak w tej chwili? To żaden problem. Niebo jest przecież wokół nas. Gdy stoimy na ziemi, jest ona pod nami, pod naszymi stopami, a niebo jest wokół nas. Po prostu jesteśmy w niebie, o ile chcemy to zauważyć. To alegoria zapisana w przyrodzie, ale też stan naszej duszy. Nie jest trudno dostać się do nieba, wystarczy zrozumieć, że już w nim jesteśmy, gdy chcemy w nim być.
Jak więc trafić do nieba, które opromienia nas szczęściem i miłującą uwagą Boga? Wystarczy uczynić akt skierowania swojej uwagi na Boga, co zwykle wyraża się modlitwą. Jak mówią uczeni: dokonać aktualizacji wiary poprzez stosowny czyn.
W jakiś sposób odnoszą się do tego praktyki pogańskich „medytacji” (w istocie kontemplacji naturalnej), gdzie człowiek kieruje uwagę w stronę wieczności i doznaje pocieszenia w tym doświadczeniu. Niestety, przypomina to pasożytnictwo – dostawać i niczego od siebie nie dawać. Musimy pamiętać, że miłość powinna być wzajemna. Pozwalając kochać siebie i mając świadomość bycia kochanym przez Boga, budujemy w sobie miłość do Niego. To On jest tym doskonałym Twórcą czyniącym doskonałe dzieło. Chrześcijanie znają tę miłosną relację z Bogiem z objawienia danego Izraelitom i ukończonego przez Wcielonego Boga. Nie musimy się domyślać, pouczono nas o tej relacji. Dlatego chrześcijanin nie skupia się w życiu duchowym na pochłanianiu doświadczeń uszczęśliwiających tylko dla siebie, lecz winien dzielić się nimi z innymi ludźmi oraz uwielbiać Boga za Jego dary.
2. Zbawienie – wyzwolenie
(1)
Właściwie całą doktrynę chrystianizmu można by streścić w dwu słowach – stworzenie i zbawienie. Stworzenie to akt powołania do istnienia świata wraz z człowiekiem jako jego panem. Świat powstał z myślą o ludziach, jako miejsce dla naszego dorastania do miłości, zbierania zasług, kształtowania samych siebie.
Zło ludzkie sprawiło, że wszystko to przepadło. Bóg jednak nie pozostawia swojego ukochanego dzieła w zniszczeniu. Pierwsze stworzenie przeznaczono dla człowieka. Bóg używa metafory ludzi jako dzierżawców winnicy. Dawniej wielcy właściciele ziemscy powierzali swoje majątki dzierżawcom, którzy zobowiązani byli o nie dbać i płacić czynsz. Na czas pierwszego stworzenia dano ludziom pod panowanie świat, czego skutki są opłakane. Nasze panowanie nad światem dobiega końca. Wystarczająco wielu ludzi urodziło się, ukształtowało i samookreśliło w stosunku do Boga. Okres wzrostu i sądu nad ludźmi (testu) powoli się kończy. Prawdziwy Władca wszechrzeczy powróci do swojej posiadłości i doprowadzi ją do porządku. Powstanie Nowy Świat, Nowa Era powszechnego dobra, szczęścia i pokoju. Materia zostanie odtworzona i doprowadzona do właściwego stanu, a ludzie żyjący w zgodzie z Bogiem, będą dalej z Nim żyć. Nieszczęśnicy, którzy wybrali pyszny egoizm i nienawidzą Boga, dostaną to, co chcieli – istnienie bez Niego.
Rodzaj ludzki w całości przepadłby z powodu śmierci ściągniętej na nas przez Adama i Ewę. Łaska Boga ochraniała przynajmniej namiastki życia ludzi przez millenia, żeby Boski plan wypełnienia nieba świętymi osobami się ziścił. Ta Łaska, ukazana w Protoewangelii w Genesis, tuż po pierwszym grzechu czerpała z mocy zbawienia. Zbawienie to cofnięcie skutków grzechu i śmierci z niego płynącej. Grzech z kolei to odwrócenie się i oddzielenie od Boga w stronę swojego egoizmu i jego ojca demona. Śmierć to każdy niedobór życia, bezczynność, dysfunkcja, zaburzenie, wreszcie zgon. Grzech polega na szerzeniu śmierci zamiast życia.
(2)
Kiedy mowa jest o zbawieniu, to pod tym pojęciem rozumiemy zazwyczaj także jego skutki, np.:
• duchowy ratunek,
• uwolnienie, wyzwolenie,
• oczyszczenie,
• odrodzenie do nowego życia, duchowej i życiowej regeneracji,
• szczęście wieczne.
Wszystko to wyraża tę samą myśl.
(3)
Uwolnienie w hinduizmie
„Istota stanu wyzwolenia
Wartości natury soteriologicznej, jakie osiąga się wraz przezwyciężeniem niewiedzy (awidja) oraz uwikłania w świat (inkarnacja) i nadejściem wyzwolenia, systemy indyjskie wskazują tak różne – jak różnorodne nurty hinduizm w sobie objął poprzez wielowiekową ciągłość i rozwój coraz to nowych nurtów:
• uwolnienie od cierpień i wszelkich negatywności, napełnienie spokojem i błogością – dzięki mokszy (njaja)
• przebudzenie do realnego życia ze snu, którym omamiły jednostkę maja i karman (upaniszady)
• oddzielenie puruszy od świata materialnego i pozostałych tattw – ewolutów prakryti (według systemu sankhja)
• osiągnięcie prawdziwej postaci (swarupa) duszy (dźiwa) i wolności (kaiwalja) (Jogasutry)
• nierozróżnialne jakościowo (abhibhāga) zjednoczenie i zrównanie atmana z Brahmanem (adwajtawedanta)
• nawiązanie relacji miłosnej z Bogiem, służenie przez duszę (dźiwa) jego Osobie i pragnienie miłosnego zadowolenia Bhagawana wypełniające całe pole świadomości aż do zniweczenia nawet pragnienia jakiegokolwiek innego wyzwolenia (Bhagawatapurana)
• osiągnięcie miłości o jakości boskiej (bhakti), ponad rozkoszami zmysłowymi (bhukti) i pragnieniem wyzwolenia (mukti), awansując do stanu wiecznego obcowania (w funkcji sługi, przyjaciela, rodzica lub kochanka) z Kryszną (wisznuizm Ćajtanji)” (Wikipedia, Wyzwolenie w hinduizmie).
Nie zamierzam snuć rozważań nad istotą wyzwolenia w hinduizmie, tamtejszych koncepcji jest dość wiele. Chciałbym rozważyć intuicje tej najbardziej pojemnej religii naturalnej i odnieść je do chrześcijaństwa. Hinduizm, a przynajmniej jego namiastki, został rozpropagowany wraz z New Age i stał się przeciwwagą dla chrześcijaństwa w dzisiejszym życiu duchowym.
(4)
Niewiedza
Ludzie niepobożni tkwią w swojej zawinionej niewiedzy. Grzech zakorzeniony w nich jako moc w sercu ogranicza ich percepcję, przez co nie widzą Boga ani rzeczywistości z Nim związanych. Chrystus modlił się z krzyża za swoich oprawców, aby Ojciec im przebaczył, bo nie wiedzą, co czynią. W rozdziale o owocach duchowości pisałem o rozumieniu jako czymś, co płynie z poznań mistycznych. Oczyszczenie serca i nawiązanie więzi z Bogiem sprawia, że człowiek przestaje być ślepy na Jego obecność. Ta ślepota to straszny efekt afirmacji zła w sercu.
Właściwa wiedza duchowa nie musi oznaczać wizji czy ekstatycznych uniesień do nieba, jak to było u Szawła i wielu innych mistyków. Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli. Wraz z postępami w duchowości zmienia się sposób patrzenia na rzeczywistość, wytwarza się nowy zbożny paradygmat, światopogląd. To tak, jakby spadły z oczu klapki wcześniej zawężające pole widzenia do wybranych zagadnień, dzięki czemu rozwija się zdolność dostrzegania i rozumienie w znacznie szerszej perspektywie.
Trzeba jednak podkreślić jedną ważną sprawę. Ludzie z kultur innowierczych często łączą swoje postępy w doświadczeniach duchowych z uwolnieniem od więzów karmicznych, obciążeń moralnych. Utożsamiają poznania duchowe ze zbawieniem. Niestety tak to nie działa. Świat duchowy jest niezwykle skomplikowany i zróżnicowany. Samo jego poznawanie nie oznacza lepszego rozliczenia z Bogiem czy też zbawienia. Mistyka jest procesem poznawczym, a nie zbawczym. Świat duchowy ma swoje dobre pierwiastki i złe. Doświadczenia mistyczne nie mówią niczego o człowieku ani o jego szansach na zbawienie. Mistyka nie zbawia ani nie jest rezultatem uzyskania zbawienia. Zbawia jedynie Bóg.
Nawet jeśliby ktoś oglądał niebo i Boga, to trzeba pamiętać, że zobaczyć rzeczywistość zbawczą nie jest równoznaczne z przynależeniem do niej. Wiara to proces egzystencjalny, a nie poznawczy. Mieć wgląd to jak wejść do sklepu z patelniami, co jeszcze nie jest jednoznaczne ze zjedzeniem naleśnika. Wiedza duchowa może czynić mądrzejszym, ale nie zbawionym. Pisałem już o dwu interpretacjach doświadczeń niedualnych: dla jednych będzie to powód do pokory i uległości wobec Absolutu, a dla drugich – przyczyna ich samoubóstwienia i upadku w pysze.
Świadomość Boga, Jego obecności jest, ogólnie rzecz biorąc, podstawowym elementem wiary. Tu, na ziemi, narasta ona wraz z oczyszczeniem serca, a w niebie jest doskonała. Wzrastając w tej świadomości, wznosimy się do nieba.
Pełnia wiedzy i pełnia istnienia przychodzą jednocześnie. Aniołowie, według niektórych nauk, są światłem (wiedzą, myślą), a ich stworzenie to jednocześnie iluminacja, napełnienie poznaniem. Coś podobnego dotyczy ludzi – uzyskanie oświecenia stanowi postęp w stwarzaniu, rozbudowę świadomości. Niekoniecznie oznacza to zbawienie. Ludzie Orientu łączą iluminację ze zbawieniem, tymczasem jest to raczej postęp w stworzeniu, ukształtowaniu.
(5)
Uwikłanie w świat doczesny, materialny
Nie ma więcej wcieleń w doczesności niż to jedno. Dlatego wyzwolenie od kołowrotu wcieleń w religiach dharmicznych jest nadzieją, która z pewnością się spełni. Takie uwolnienie to fałszywa obietnica nagrody, którą wszyscy już mamy. To tak, jakby ludziom obiecać, że za zasługi dla głosiciela takich nagród dostaniemy uszy. Tylko ojciec fałszu może wmawiać nam takie rzeczy, żeby nas wykorzystywać. Dostarczanie do umysłów ludzkich myśli, doznań, wrażeń to nieustanna praca wrogich mocy. Gdyby nie to, na świecie nie byłoby zła. Dlatego dostarczenie wizji i przeżyć z „poprzednich wcieleń” do zgadzającego się na to umysłu nie stanowi żadnego problemu, stąd ludzie mają takie doświadczenia.
Druga część uwolnienia w religiach dharmicznych podobna jest do chrześcijaństwa, oznacza niezależność od innych ludzi, od złudzeń doczesności, żądz ciała. Ten rodzaj poszukiwania szlachetności obecny jest w całej duchowej kulturze ludzkości. Życie duchowe polega na przezwyciężaniu pragnień, przywiązań, relacji ze światem materialnym.
Deifikacja rozumiana jest jako szczyt życia duchowego, staje się możliwa dzięki uwolnieniu od win (długów karmicznych) i innych przywiązań do doczesności (materii), co następuje poprzez scalenie z Jednią. Deifikacja jest obecna w chrystianizmie. Najlepiej opracowaną teologię przebóstwienia (gr. theosis) mają prawosławni.
Asceza to droga uwolnienia od ziemskich relacji i uwarunkowań. Ogranicza ona ciało jako siedlisko zależności od świata, uwalniając je przykładowo od:
• skutków grzechów w postaci win doczesnych,
• emocji, namiętności, uzależnień, nawyków, nałogów, żądz,
• zwyczajów wspólnotowych, kulturowych wynikających z potrzeby przynależności do jakiejś społeczności, rodziny czy innej zbiorowości.
Chrystianizm uczy, żeby zaprzeć się siebie w miłości, zapomnieć o sobie, uniezależnić się od samego siebie m.in. w ten sposób, aby:
• przebaczyć sobie, przyjąć przebaczenie Boga, naprawić winy i przebaczyć innym,
• zrelatywizować fakty, sytuacje i potrzeby tego świata – tej wielkiej macierzy, z której wychodząc, rodzimy się w bólach do właściwego życia i pełni istnienia,
• przyjąć bez różnicy ból i rozkosz, na równi je oddając wraz z całym sobą Bogu jako dary nieba na drodze do pełni życia, uszanować je i próbować docenić.
Patrząc na Boga i odpowiadając na Jego potrzeby, w ostateczny sposób zaprzeczamy swojemu reaktywnemu egoizmowi. Nie ma większej ascezy. W tym jest zawarte również zauważanie drugiego człowieka i wspomaganie go na drodze do nieba, abyśmy wszyscy jak najspokojniej tam się dostali.
Kto potrafi się uniezależnić od samego siebie (swojego ego), ten doznaje ostatecznego uwolnienia ku niebu. Wtedy nic nas już nie wiąże z tym przedświatem, a nasza dusza swobodnie unosi się do Boga jak skrzydlate anioły. Miłość duchowa (agape) to ostateczna niezależność od siebie (ciała) i świata. To zjednoczenie z Ciałem Boga.
Niestety, zamiast tego ludzie zamykają się w kokonach samouwielbienia, tworząc własne piekła. Przechwalają się swoimi talentami, zaletami, ubraniami, samochodami, urodą, majętnościami, a tak naprawdę szukają nieba, nie rozumiejąc, że droga do niego nie tędy prowadzi. Jest nią uznanie tych spraw za chwilowe i nieistotne, raczej za scenografię, na tle której odbywa się podróży naszej duszy. W żadnym wypadku nie stanowi to istoty naszej wędrówki. Niebo jest przecież w niebie, nie na ziemi.
Uwolnienie to zniesienie skutków zniewolenia przez grzech, władzy demona. Jako doświadczenie wewnętrzne odczuwalne przez wiernego jest łaską od Boga, ale nie można go traktować jako tożsame z ostatecznym zbawieniem. Zbawienia doświadczymy na sądzie ostatecznym, a uwolnienia już dzisiaj. Polega ono na uwolnieniu woli i psychiki, aby mogły czcić Pana Boga. Jest to wolność do wiary, nadziei i miłości. Nie można go traktować jako zjawiska tylko psychicznego, ma bowiem charakter oczyszczenia z działania złych światowych mocy, w które wszyscy ludzie są uwikłani, przez co stają się im poddani.
Oczyszczenie to część duchowości, kiedy człowiek stara się o uwolnienie. Ostatecznie jednak jest ono łaską, czyli darmowym darem, którego nie można samodzielnie sobie sprawić. Zdarza się uwolnienie cudowne, czyli bez wstępnego udziału człowieka i jego pracy na polu duchowości, pokuty oraz oczyszczenia. Są to jednak wypadki rzadkie, które ilustrują jednak władzę Pana Boga nad człowiekiem w tej dziedzinie.
Uwolnienie jest potrzebne człowiekowi, bo stał się własnością demona, władcy świata. Podobnie niewolnicy byli własnością swoich panów i nie mogli mieć własnej woli, ale wykonywali cudze rozkazy. Tak też dzieje się z nami rodzącymi się we własności złej mocy. Nie jest łatwo z niej się uwolnić, gdyż przypomina ona zasłonę szczelnie otaczającą rozum, serce i wolę.
Występek przeciw własnej naturze i naturze rzeczywistości to grzech. Kojarzy się z długiem, z czymś, co zobowiązuje człowieka, czyni go związanym ze sobą, czyli niewolnikiem. Wyzwolenie, zwolnienie z zaciągniętych długów i złych przywiązań to zagadnienie poruszane przez religie naturalne. Zazwyczaj procesy te opierają się na własnym wysiłku człowieka w celu uwolnienia od przywiązania do materialnego świata przez długi moralne. Chrystus ofiarowuje nam dar uwolnienia od długów i przywiązań w stosunku do świata. Pozwala nam za darmo wznieść się ponad ziemskie relacje i odnaleźć drogę wzwyż. Spłaca nasze długi.
Grzech przywiązuje człowieka do cierpienia, śmierci. Zbawienie to także ostateczne uwolnienie od cierpienia. Wszystkie ideologie i utopie, w tym scjentystyczna, bazują na tym pojęciu i obiecują „nowy wspaniały świat” przyszłości pozbawiony trosk i bólu. Chrystianizm uwalnia nas spod wpływu tych twierdzeń, odkrywając, że rzeczywistość doczesna nie jest w stanie usunąć zła ze swego obszaru. Dopiero Boska interwencja może zmienić oblicze ziemi.
Nowy sposób istnienia płynący z odrodzenia świata i wyrzucenia zła oraz złych skłonności, nowy sposób bycia, Nowy Byt (P. Tillich) jest istotą życia chrześcijańskiego. Życie uwznioślone, doskonałe, pełne i bezgrzeszne to dar od Boga dla wiernych. Na wzór tego ludzkie utopie filozoficzne mamią podobnymi obietnicami, ale realnie prowadzą do zbrodni i zatracenia. Duchowo żyjący chrześcijanin jest już sercem i duszą w tej nowej rzeczywistości, chociaż ciałem jeszcze tkwi na ziemi.
Nieczystość to inny sposób nazwania stanu ściągnięcia na siebie śmierci i cierpienia oraz trwania w nim. Z nieczystością nie należy się łączyć ani do niej zbliżać. Ewangelia ukazuje, co naprawdę jest nieczystością, bo spotkamy w tej sprawie wiele mylnych poglądów (np. u Żydów, muzułmanów, hinduistów). Prawdziwa nieczystość na duszy to grzech i skłonności do niego. Pochodzi od samego człowieka, a nie z sytuacji, w jakiej się on znalazł. Od nieczystych dążeń, które są konsekwencją nieczystych uczynków (własnych i cudzych), mamy się uwalniać poprzez ćwiczenia duchowe i stosowne oczyszczenie. Z nieczystości wiecznej może obmyć nas tylko Zbawiciel.
Więzy z systemem rzeczywistości mają postać długu. Przypominają kajdany, przez co czynią życie człowieka więźniem przeszłości. Uwolnienie z tych więzów i długów stanowi sens religii. Kto przez wrogi uczynek czy zaniedbanie poczynił szkodę w rzeczywistości, powinien ją naprawić. Tego wymaga Sprawiedliwość. Służą temu warunki dobrej spowiedzi. Samodzielnie człowiek jest w stanie naprawić szkody światowe, jakie spowodował. Może powrócić do harmonii ze światem. Człowiek sam nie da rady zmienić swojego położenia w wieczności wobec Sprawiedliwości Bożej. Długi zaciągnięte w doczesności możemy samemu naprawić bądź pokryć, ale długów w wieczności nie jesteśmy zdolni spłacić, gdyż wynagrodzić Bogu może tylko Bóg.
Prawdziwe wyzwolenie pochodzące od Chrystusa to moc, która sprawia, że człowiek nie musi już być podobny do demonów. Zbawienie polega na uwolnieniu spod władzy grzechu. Już nie musimy podobać się temu światu z jego ślepymi władcami i autorytetami żyjącymi pod dyktando Księcia Ciemności oraz głoszącymi jego naukę. Jezus „stał się grzechem”, czyli dał się potraktować tak, jak na to zasługują grzesznicy, aby Jego wyznawca mógł być Bożą sprawiedliwością, odrodzonym dobrem.
Tu, na ziemi, człowiek to biologiczna maszyna, zbuntowany robot. Ktoś nas zrobił, nie istniejemy sami przez się. Tak istnieje tylko Bóg. Gdy hinduiści poszukują nieuwarunkowania, to idą w tym procesie za daleko. Człowiek, wzorując się na Bogu, powinien wyzwalać się z uwarunkowań ziemskich, przestać być niewolnikiem cudzego zdania, własnych żądz i długów moralnych. Hinduista idzie dalej (adwaita), uznając siebie samego za Absolut („Atman jest Brahmanem”), za ostateczną samoistną rzeczywistość, którą nie jest. Owszem, mamy dusze, nasz wymiar jest nieograniczony i podobny do Boga, ale nie ma tu tożsamości. Stosunek z Absolutem przypomina małą kałużę na asfalcie wobec oceanu – są podobne, ale ona nie jest oceanem, chociaż tak to sobie wyobraża. Co więcej, nawet jeśli jest to kałuża, do której sięgają fale pobliskiego oceanu, to jednak nie jest ona całym oceanem. Może się z nim scalać, jednoczyć, ale skoro posiada jaźń, to ma też swoją tożsamość i granice.
Człowiek wewnętrznie wyzwolony nie żyje już według bodźców ze świata, wydobywa się z uwarunkowań i ciągłych reakcji na coś czy na kogoś. Żyje swoim życiem, nie zważając na chwilowe emocje (apatheia) wywoływane przez świat.
(6)
Kres cierpienia, doświadczenie błogości
Religie dharmiczne oferują coś w rodzaju znieczulenia na cierpienie. Surowa asceza pomaga wyćwiczyć nieidentyfikowanie się z bólem, jednak go nie usuwa. Z kolei doświadczenia mistyki naturalnej przynoszą poczucie błogości (ananda) oraz ogólnego pocieszenia duszy. Zespolenie tych dwu zjawisk czyni tamte tradycje bardzo potężnymi psychicznie.
Chrześcijańska mistyka zna zjawisko pocieszenia i słodyczy duchowej, choć obecnie nie jest to szczególnie podkreślane w naukach duchowych. Dystansowanie się od swojego ego oznacza bowiem nabycie pokoju wewnętrznego także wobec tych doświadczeń. Bóg może nas obdarzać raz słodyczą, raz krzyżem, a my mamy umieć się uwalniać od wrażeń płynących z obu tych doświadczeń jako czegoś mniej ważnego niż sama obecność Boga w naszym życiu.
Na tym świecie nie można wyeliminować cierpienia. Chrystianizm niesie raczej teologię krzyża jako jednego z doświadczeń, które trzeba godnie przeżyć i oddawać Bogu. Kresem cierpień będzie doskonały Nowy Świat odtworzony po powrocie Jezusa na ziemię.
(7)
Przebudzenie do realnego życia
Wszystko na świecie jest ulotne. Prawdziwa trwałość istnienia staje się dostępna dopiero przy Bogu. Sat, czyli wieczny byt, jako przymiot Absolutu jest zupełnie zrozumiały dla chrześcijaństwa. W swojej nauce mówimy o wieczności będącej zaprzeczeniem tutejszego ziemskiego przemijania oraz o kruchości, a także zależności (uwarunkowania) świata wraz z ludźmi. Doświadczenie realności rzeczywistości Bożych, znacznie przekraczającej ziemską realność, dostępne jest w mistyce chrześcijańskiej. Obcowanie z rzeczywistościami o znacznie większej trwałości i realności niż tutejsza sprawia, że wierny przejmuje coś z tej odporności i mocy. Poza tym realne życie oznacza także realizację siebie w rozumieniu zbliżania swojej egzystencji do zadanej nam esencji, zapisanej w duszy i w Logosie, o czym już pisałem.
(8)
Osiągnięcie prawdziwej postaci i wolności
Jak już była mowa, zbawienie daje regenerację sił życiowych, czyli wolności czynienia dobra. Prawdziwa postać człowieka to ta zapisana w jego duszy, w jego esencji. Różne moce duchowe mogą oferować w drodze mistyki naturalnej własne tożsamości jako propozycje dla człowieka. Duchy potrafią udzielać swojej natury tym, którzy pozostają na to otwarci. Ich poddany może poczuć się kimś nowym i żyć w nieswojej osobowości (do pewnego stopnia), tak jak ktoś ubrany w cudze ubranie. Może to być przykładowo fałszywa tożsamość okultysty wykorzystującego „swoje” moce lub też osobowość z „wcześniejszych wcieleń”. Duchy potrafią zrobić z umysłem człowieka wszystko, o ile on się na to zgadza. W sprawach metafizycznych trzeba bardzo uważać, w co się angażujemy, bo łatwo dać się uwieść tamtejszym bytom, które skorzystają z każdej okazji, żeby się wśliznąć i osadzić wewnątrz człowieka. To jest zaprzeczenie uwolnienia, spętanie, stłamszenie prawdziwego „ja” przez sztuczną osobowość nadaną przez duchy. Uprawiając dyscypliny energetyczne z New Age, doświadczyłem takiego przekształcenia osobowości. Wówczas to wewnątrz czułem się szczęśliwy jako terapeuta energiami z powołaniem, rodzajem misji, silnymi doświadczeniami ezoterycznymi i okultystycznymi, jednak ludzie z mojego otoczenia martwili się o mnie jako o osobę wyraźnie fanatyczną i tracącą kontakt z samym sobą oraz ogólnie z rzeczywistością. Było to przełożenie percepcji na sferę metafizyczną, niestety nie tę, z którą człowiek powinien się łączyć. Rodzi się więc pytanie: Co jest moim prawdziwym „ja”? Na poszczególnych drogach duchowych można bowiem w tej sprawie odkrywać różne rzeczy, niekoniecznie faktycznie siebie takim, jakim się być powinno.
W kwestii uwolnienia do pełni życia warto przywołać cytat z Katechizmu Kościoła katolickiego: „2000 Łaska uświęcająca jest darem habitualnym, stałą i nadprzyrodzoną dyspozycją udoskonalającą samą duszę, by uzdolnić ją do życia z Bogiem i do działania mocą Jego miłości. Rozróżnia się łaskę habitualną, czyli trwałe uzdolnienie do życia i działania zgodnego z Bożym wezwaniem, oraz łaski aktualne, które oznaczają interwencję Bożą bądź na początku nawrócenia, bądź podczas dzieła uświęcania”.
Poza harmonijnym systemem życia i miłości we wszechświecie istnieje także opcja nienawiści, wrogości, żalu wobec Boga, innych, samego siebie, funkcjonowania bez poczucia satysfakcji i spełnienia. Ktoś taki stawia siebie ponad miłością Boga i poza nią, odrzuca ją. Staje się wyrzutkiem, banitą, człowiekiem poza Prawem, a ono daje przecież ochronę i konstytuuje wspólnotę. Banita (potępiony) nie jest chroniony przez Prawo, doświadcza wyobcowania z porządku Kosmosu, pogrąża się w samotności i cierpieniu. Nazywamy ten stan Otchłanią, gdyż jest niekończącą się przepaścią i bezgranicznym upadkiem. To nieustające umieranie, ale bez odradzania się. Następuje w wyniku nieszanowania praw Podstawy istnienia (Absolutu), a co za tym idzie – odłączenia od niej. Winne są uczynki wyrwane z systemu, nauki, podstawy, wrogie Bogu i ludziom, wypaczenia natury, oddzielenia i zaburzenia harmonii, czyli grzechy. Wszyscy są dziedzicznie obciążeni złą nauką i skłonnością do grzesznych uczynków. Te one oddzielają nas od szczęśliwej wieczności życia. Wiążą nas emocjonalnie i duchowo z wciąż umierającą doczesnością, ulotnością i jej śmiercią. Potrzeba z tych więzów uwolnienia, a zatem powrotu do pełnej samoekspresji i samorealizacji, czyli do życia. Wyzwolenie to wyjście ze stanu śmierci duchowej, bezsilności w martwej potencjalności, która nie staje się realnością pomimo obiektywnej możności. Śmierć duchowa, która zabija, jest niezdolnością do życia, miłości i szczęścia w wieczności. Mówiąc najprościej, polega na odmowie dobrego, prawego życia. Ocalenie, powrót do naturalnej dla człowieka wieczności to uwolnienie od śmierci.
(9)
Zjednoczenie z Bogiem
Zbawienie można przedstawić w duchu wschodnim jako przywrócenie świadomości jedności człowieka i Boga nie tylko na płaszczyźnie istnienia (czego nawet grzech nie może zmienić), ale na płaszczyźnie funkcjonalnej – jak ręka, która pracuje razem z całym ciałem, a nie, jak to bywa w grzechu, na przekór reszcie.
Na Wschodzie mówią o człowieku jako fali na oceanie, która nie wie, czy jest falą, czy oceanem. To plan bardzo pierwotny, rozpatrywanie, czym jest istnienie. Można je ukazać jako brak własnej substancji, gdyż wszystko istnieje tylko w Bogu – jedynym istnieniu. W tym planie rozwój duchowy można opisać jako uświadomienie fali, że jej tak naprawdę nie ma i że powinna skupić się na Absolucie, a nie na sobie, skoro jej istnienie to swego rodzaju pozory. Na tej płaszczyźnie filozoficznej można też przedstawić chrześcijaństwo. Ta fala ma twarz i kierunek, w którym ją posłano, a jej ruch jest nieskończony, już nie zaniknie, więc nie powinna opierać się swojemu powołaniu i płynąć w radości do swojego celu. Niewiedza człowieka w tym planie to złudzenie samodzielnego istnienia, niezależnego, nieuwarunkowanego, tak siebie postrzegają niewierzący. Tymczasem stanowi ono wyraz separacji grzechowej w planie egzystencjalnym, którą powinniśmy zastępować zjednoczeniem woli i działania.
Zbawienie to przywrócenie możności jedności z Bogiem. Dla ludzi pobożnych jest ono czymś poszukiwanym od zarania ludzkości. Pobożny Abel żył w zgodzie z Bogiem i składał miłe Mu ofiary jako owoce swojej pracy. Człowiek pracował na swoje zbawienie, choć wtedy jeszcze nikt nie używał takiego słowa. Coś podobnego okazuje się możliwe u ludzi każdego narodu i kultury, choć wcale nie jest powszechne.
Zjednoczenie oznacza miłość. Miłość i zjednoczenie to jedno i to samo. To, co rozdzielone, pragnie wrócić do jedności. Człowiek funkcjonalnie odseparowany od Boga pragnie powrócić do pełnej z Nim łączności. Pragnienie to jest miłością duchową. Obejmuje ono także innych ludzi, którzy w duszach poszukują złączenia z Bogiem, dzięki czemu możemy być także z nimi w komunii. Bóg i wszyscy ludzie w doskonałym zjednoczeniu to obraz pełnego szczęścia, pokoju i końca poszukiwań. Dlatego nasza miłość kieruje się w czynieniu dobra ku złączeniu zarówno z Bogiem, jak i z innymi ludźmi. Miłość i pokój stanowią to samo; przyniesie je w pełni ostateczne zjednoczenie.
Zjednoczenie to zanikanie. Jeśli zbliżymy do siebie pyłek i słońce, co będziemy widzieć? Pyłek na naszych oczach zaniknie obok słońca. Z człowiekiem jest podobnie. Różne religie znają to uczucie, poczucie pustki, przezroczystego diamentu, rozpłynięcia się kropli w oceanie. Nie jest to jednak kres osobowego istnienia tylko wieczne poczucie zaniknięcia w ramionach Ojca.
(10)
Wieczna miłość z Bogiem
Nowa Era świata, Nowe Stworzenie to jest coś, co powszechnie nastąpi już niedługo. Chrześcijanin zaczątkowo doświadcza tego stanu już w tym życiu. Chodzi po ziemi, ale jest obywatelem Królestwa Bożego i to z nim pozostaje uczuciowo związany jako swoją ojczyzną. To Królestwo musi odpierać atak wrogiego mu królestwa zła, co jednak kiedyś się skończy.
Nowa Era miłości duchowej (agape) dostępna jest każdemu, kto zechce w to uwierzyć i pójść z nauką Ewangelii. Stanowi sedno chrześcijaństwa. Żadna inna religia nie jest oparta na takiej miłości, gdzie to Bóg kocha ludzi nad życie (dosłownie). „Jestem kochany” – to odkrycie, które wewnętrznie przeżyte wszystko zmienia. Za niczym tak nie tęsknimy, jak za tą miłością, która jest racją i tworzywem naszego istnienia. Miłość nas tworzy, miłość Boga nas odradza, naprawia, regeneruje. Człowiek nie tyle sam kocha, bo przecież nasza miłość do Boga pochodzi od Ducha Świętego, co raczej stale kontempluje i zachwyca się miłością swojego Narzeczonego duchowego, który robi, co może, żeby zwrócić na siebie uwagę opornej i zarozumiałej narzeczonej (duszy), a ta wciąż wybrzydza i Go odpycha. Dopiero oczyszczone serce widzi i czuje, jak nieustannie Boski Narzeczony zabiega o duszę, jaki jest oddany, pracowity, hojny. Daje wszystko, co posiada, cały świat, nawet swoje życie, za ukochaną duszę. Wystarczy to dostrzec i docenić, aby wszystko się zmieniło.
(11)
Droga do zbawienia
W chrześcijaństwie inaczej niż w tradycjach indyjskich typu gnostyckiego, które podkreślają samodzielną zdolność do osiągnięcia zbawienia, cała moc zbawcza wynika z ofiary i Łaski Chrystusa. Zbawienie jest aktem Boga. Pisałem już o dyskusjach między kierunkiem augustiańskim i pelagiańskim, akcentującym ludzkie staranie przebóstwienia. Duchowość prawosławna niezbyt dobrze przyjęła pesymizm Augustyna dotyczący ludzi i ma bardziej optymistyczny charakter. W niej człowiek zbliża się do Boga raczej z radością (mimo krzyży i wyrzeczeń) niż w rozpaczy. Nie jest to gnostyckie zarozumialstwo, zgodnie z którym człowiek sam się jednoczy z Bogiem o własnych siłach. Jest to radość dziecka wyciągającego ręce do Ojca, aby Ten je wziął na swoje ręce i podniósł na swoją wysokość, skąd razem oglądają świat. Miłość zawsze ma dwie strony, a tym dobrem, jakie dajemy Bogu, powinniśmy się cieszyć jak maluchy rysujące rodzicom laurki.
Zbawienie jest aktem Boga. Należy nie tyle popadać w rozpacz z tego powodu, co wystrzelić płomienną radością człowieka obdarowanego nowym życiem. Jak bardzo jesteśmy wdzięczni chirurgom ratującym nam życie podczas operacji, przywracającym nam siły i zdrowie. Chrystus jest kimś o wiele większym – lekarzem duszy i wieczności.
Człowiek to samoświadoma istota, więc jego wybory są autonomiczne i stanowią o jego życiu. To życie służy czasem wyrażeniu więzi z Bogiem, a niekiedy polega na uciekaniu od Niego. Śmierć kończy proces tworzenia człowieka. Po nim następuje konsumpcja własnych wyborów z Bogiem albo bez Niego. Dlatego zbawienie poznawczo dostępne jest po śmierci, ale jego skutki poznajemy już za życia, co widać przez silniejszą więź z Bogiem, niekiedy mistykę czy zrozumienie prawd wiary – każdy to przeżywa na swój sposób. W chrześcijaństwie jest obecna szczególna powaga, której nie ma gdzie indziej. To powaga ludzkiej godności i jej mocy samostanowienia w ramach jednego, jedynego życia, które – jak widać – ma wielkie znaczenie.
(12)
Próbując zrozumieć różnicę między uwolnieniem indyjskim i przyjęciem zbawienia w chrystianizmie, trzeba przyjrzeć się ich celowi. W praktyce celem w Indiach jest tzw. zrealizowany człowiek, np. guru. Ktoś taki wykazuje się specyficznymi przymiotami:
• praktyka jogi,
• moce magiczne (siddhi), transy samadhi,
• przenikliwa filozofia, ale zamykająca się w kręgu myślenia indyjskiego; jeśli jest skłonna do uniwersalizmu, to tylko jako upodobnienie całego świata do Indii, połączona z segregacją ludzi na warny, skłonnością do gnostyckiej jogi i magii siddhi, kierowania się astrologią.
Jeżeli chodzi o te cechy, to pojawia się tu duże zróżnicowanie wśród poszczególnych ludzi uznawanych za już uwolnionych, zrealizowanych. W zasadzie jednak ich postawy zamykają w się w wyżej wymienionych.
Ogólnie obraz człowieka doświadczającego uwolnienia indyjskiego jest niejasny, może nawet nierzeczywisty. Trudno to zrozumieć i wskazać ten hinduski ideał. Znany hinduski nauczyciel, Ramakrishna, spędzał bardzo dużo czasu w stanie samadhi, czyli w transie. Jogini doświadczają także mokszy, czyli samego poczucia uwolnienia. Wygląda na to, że stanowi ono ideał bardzo zaawansowanego szamanizmu i ascezy, w sumie niezbyt zachęcający. W Indiach ludzi uznawanych za „zrealizowanych”, uwolnionych nazywa się nierzadko „boskimi” bądź „bogami”. Właściwie to spośród uchwytnych elementów uwolnienia indyjskiego wyraźne są tylko dwa – długotrwałe transy oraz uznanie płynące od innych ludzi. Prawdę mówiąc, nie chciałbym marnować życia na dążenie to transu. Nie chciałbym też, aby ktokolwiek traktował mnie tak, jak się traktuje guru w Indiach, czyli jako boga obwieszonego przez wyznawców girlandami i wożonego na ozdobnym wozie w procesji, co można zaobserwować u bhaktów. Dyskusja na te tematy jest trudna, gdyż tam tak naprawdę nie wiadomo, co jest szczytowym efektem wiary poza uznaniem na tym świecie od współwyznawców. W każdym razie taki model rzuca się w oczy.
Ideałem chrześcijaństwa jest świętość Chrystusa. Przeszedł życie, dobrze czyniąc. Jeśli działał cuda, to poprzez modlitwę do Boga Ojca; nie przypisywał sobie żadnej mocy, choć ta od Niego wręcz emanowała. Niemal wszystkie te cuda miały na celu dobro ludzi albo pouczenie ich. Poza tym łagodnie nauczał i pozostał wierny swojej nauce, nawet gdy źli ludzie postanowili go za nią zamordować. To obraz świętości jako uwolnienia od zła i wyzwolenia w człowieku dobra. To zupełnie inny obraz niż ten u hinduskich guru najróżniejszych obyczajowości, niekoniecznie zachęcających.
Nauka Chrystusa jest czytelna, choć nieprosta. Trzeba wiele pracy duchowej i oczyszczenia, żeby zrozumieć swoją osobistą drogę do świętości.
(13)
Jak jest możliwe zbawienie? Dyrektor odpowiada za wszystko w firmie, król – za sprawy państwa, a Król Królów – za cały świat. Nie musi tego brać na siebie, może wskazać każdego z nas jako winnego. On jednak jest dobrym pasterzem, który nie wini owiec, że zeszły z dobrej drogi, tylko je ratuje. Bierze winę na siebie, ale potrzeba, aby każdy oddał Mu swoje winy.
(14)
Usprawiedliwienie – istota zbawienia
Istotą zbawienia jest zmiana złej opowieści o życiu i postępowaniu przeciwko Bogu w dobrą. Nazywa się to usprawiedliwieniem, czyli nadaniem naszym złym uczynkom wymiaru dobra. Skoro Bóg jest w każdym człowieku i współodczuwa, a grzech to ból zadawany sobie i innym ludziom, to grzech jest też bólem zadawanym Bogu. To istota grzechu i upadku. Bóg nie pozwolił nam grzeszyć, wpisał w nasze serca prawa moralne dobrego życia i unikania zła, jednak ludzie Go nie posłuchali. W ten sposób – wbrew woli Boga – powstała krzywda ludzka i krzywda Boga.
Aby tę koszmarną sytuację uleczyć, Bóg zgadza się cierpieć, przyjmuje krzyż fizyczny i duchowy (już w Getsemani). Ta zgoda na cierpienie Boga, wola Boga akceptująca złamanie Jego woli wyrażonej Prawem, jest objęciem przez Boga akceptacją także grzesznika z jego złymi uczynkami. To nie zgoda na grzechy ludzi; ból z nich wynikający pozostaje bólem i stratą. To jest pogodzenie się Boga ze stanem rzeczy. Felix culpa – mówi Apostoł Narodów. Szczęśliwa wina, która znalazła takiego Odkupiciela!
Jednak zbawienie nie może się dziać bez woli człowieka, a taką wolą jest wiara w Chrystusa i łaskę zbawienia.
Chrystusowa ofiara za ludzi przemienia dzieje ludzkości z historii samozniszczenia się ludzi w grzechach w historię Boga, który przynosi nam ratunek. Zbawienie, oczyszczenie jest darem darmo danym, łaską. Człowiek nie może zrobić niczego, żeby samemu się oczyścić z win, zbawić. Jednak duchowość i nawrócenie oraz pokuta są potrzebne, bo po łaskę trzeba sięgać. Praca duchowa człowieka jest takim właśnie sięganiem, ale sama nie zbawia. To wyciąganie przez człowieka ręki po łaskę otwiera Panu Bogu drogę do dawania większych darów, pomnażania zasług. Bóg wpisuje nas w nową historię, historię Nowego Stworzenia.
W Chrystusowej opowieści ludzki grzech staje się tylko tłem, okolicznością towarzyszącą apoteozie Zbawiciela.
(15)
Grzech ludzki obraża Boga. Człowiek zaciąga wobec Boga dług równy Bożej naturze, czyli nieskończony. Człowiek jest mały i skończony, choćby całe życie strawił na zadośćuczynieniu, nie zmieni skutków swojego zła. Konieczne jest nieskończone zadośćuczynienie, a takie może pochodzić tylko od Boga. Syn Boży przyjął na siebie złożenie takiej ofiary, miała ona miejsce na krzyżu. Jezus jest także człowiekiem, więc złożył ofiarę w zastępstwie wszystkich ludzi.
Ludzie zaprzedali się Szatanowi, którego wybrali na swojego boga, pana i wyzwoliciela. Wskutek tego stali się demonami, własnością Szatana i niewolnikami zła. Chrystus spłacił dług za rodzaj ludzki, kupił nas na powrót za cenę swojej ofiary. W ten sposób może być dla każdego z nas Panem i Zbawicielem, czyni nas na powrót wolnymi, tzn. zdolnymi do dobra, życia, realizacji siebie.
(16)
Skutki doczesne grzechu to długi, jakie odnoszą się do innych stworzeń, w tym do całego Kosmosu. Sam dług polega na tym, że gdy zadaliśmy komuś krzywdę, to sprawiedliwość odpłaty domaga się, abyśmy w zamian dostali taką samą albo większą. Póki tego nie odbierzemy, pozostajemy w długu. Dlatego ascetyczna pokuta w umartwieniu jest ważna, a ludzie duchowi, praktykujący ją, powściągają pragnienia przyjemności życia, co także stanowi rodzaj cierpienia. Niektórzy idą dalej, ale z zadawaniem sobie bólu trzeba być ostrożnym, gdyż łatwo stracić w tym równowagę i wewnętrzną harmonię. Nie przypadkiem Kościół w średniowieczu odcinał się od pochodów publicznych biczowników, którzy w jakiś sposób teatralizowali wiarę. Chrystus przestrzega przed takimi przedstawieniami, ludzie w nich uczestniczący odbierają już swoją nagrodę na ziemi w postaci sławy i podziwu od innych.
Mamy więc wieczne skutki grzechu, które może zmienić tylko sam Bóg, oraz skutki doczesne, które powinniśmy samodzielnie kompensować poprzez naprawę uczynionego zła, pokutę i zadośćuczynienie duchowe.
(17)
Pewność zbawienia
Świadome przyjęcie Jezusa za swojego Pana i Zbawiciela, zgodnie z Dobrą Nowiną, pociąga za sobą ważne skutki. Osadza w duszy i sercu pewność, że Chrystus już za nas umarł, odkupił nasze winy. Nie chodzi o przekonanie, że ja sam na pewno zostanę zbawiony, lecz o pewność, że Chrystus otworzył bramy nieba także dla mnie, zapłacił już za mnie swoją Krwią. Płynące z tego wnioski są proste: Chrystus kupił mnie dla siebie, zapłacił za moje winy, stałem się Jego własnością. Już nie należymy jak niewolnicy do świata z jego porządkiem grzechu, nie jesteśmy takiemu światu nic winni, nie jesteśmy też nic winni swojemu ciału z jego ciągotami do zła, nie musimy już im ulegać, służyć. Nie zależymy nawet od swojego ego – własnej opinii, zdania, potrzeb.
Chrystus oddziela nas od mocy grzechu i uwalnia od zła. Grzeszny porządek świata wraz z jego stróżem w postaci prawa nie przestaje istnieć, ale dusza pewna zbawienia Chrystusowego oddala się od takich zjawisk wzwyż, tak daleko, że sprawy grzechu i prawa przestają być istotne. Liczy się prowadzenie przez Ducha ku większemu Dobru, prawo Ducha, sama miłość do Boga.
Świętość u katolików rozumiana jest jako takie oddzielenie. U prawosławnych nazywa się ją przebóstwieniem, zaangażowaniem człowieka w życie Świętej Trójcy. Okazuje się, że klucz do tego jako silnie akcentowaną pewność zbawienia najwyżej w górze trzymają protestanci.
Czym się różni nauczanie protestanckie od katolickiego? Katolicka nauka jest doskonała, w każdym calu nienaganna, przechowana i wycyzelowana przez tysiące lat obróbki i przemyśleń. Niestety brakuje nam jej dobrego podawania, została pozbawiona ważnej cechy – nie jest opowieścią. To doskonała encyklopedia, pełna skarbów, ale nieruchawa. Inaczej wygląda to u protestantów. U nich w tych sprawach panuje bałagan ideowy, ale obecne jest też szaleństwo wiary przy doskonale poprowadzonej narracji, która pomaga tę pewność zbawienia przyjmować do wnętrza.
(18)
Człowiek może osiągnąć wyzwolenie, składając z siebie ofiarę Bogu, oddając się Mu w całości. Wtedy moje życie już nie jest moim, tylko Chrystusa, to sens tej ofiary. Nie należę już do siebie, własnych chęci i opinii, do swojego ciała z jego żądzami, do świata jako organizmu zła. Mam żyć na sposób Chrystusowy i żaden inny.
(19)
Im dłużej myślę o zbawieniu, tym bardziej mnie ono zadziwia. Dusze ludzkie w wyniku grzechu pierworodnego trafiały do piekła (Szeol). Piekło to z definicji miejsce bez Boga, bez Jego przyjaznej obecności. Bóg przekroczył jednak nawet definicyjne ograniczenie i znalazł sposób, żeby tam się dostać, a to dzięki wcieleniu i przyjęciu całej historii człowieka. Wszedł do miejsca bez Boga, na skutek czego Szeol przestał istnieć. Dusze poddano sądowi i teraz po śmierci spędzają czas u Boga w niebie, pokutują za lżejsze winy w czyśćcu (czyli czasowym lekkim piekle), a niektóre, niestety, odnalazły swoje miejsce w najgorszym z miejsc, między demonami.
(20)
Wieczność Boża jest samym dobrem i może zaakceptować przy sobie tylko dobre istoty z dobrą historią. Ludzie, którzy tego zapragną i stale wyrażają to pragnienie, mogą być usprawiedliwieni, czyli nawet ich szkodliwe uczynki mogą być włączone w dobrą historię i w dobrą wieczność, obudowane czymś większym i lepszym. Ich dawne zło staje się przejściowym etapem do większego dobra. Jest to ocalenie, czyli zbawienie, jakie przyniósł wcielony Bóg Człowiek. Ocalony podlega od tej pory Wybawcy i Jego panowaniu. Wybawca przejmuje takiego człowieka od Sprawiedliwości Boskiej i otacza Bożym miłosierdziem. Przyjęcie ocalenia oznacza wejście pod panowanie Wybawcy i poddanie się Mu, uległe naśladowanie Go i posłuszną z Nim współpracę. To także nawrót do życia w Chrystusie, w systemie miłości, współpracy i współzależności.
(21)
„Przez jednego człowieka grzech wszedł na świat, a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich ludzi, ponieważ wszyscy zgrzeszyli (…). Jeżeli bowiem przez przestępstwo jednego śmierć zakrólowała z powodu jego jednego, o ileż bardziej ci, którzy otrzymują obfitość łaski i daru sprawiedliwości, królować będą w życiu z powodu Jednego – Jezusa Chrystusa. A zatem, jak przestępstwo jednego sprowadziło na wszystkich ludzi wyrok potępiający, tak czyn sprawiedliwy Jednego sprowadza na wszystkich ludzi usprawiedliwienie dające życie. Albowiem jak przez nieposłuszeństwo jednego człowieka wszyscy stali się grzesznikami, tak przez posłuszeństwo Jednego wszyscy staną się sprawiedliwymi” (Rz 5, 12, 17–19).
(22)
„†*Każdy ma takie same szanse odnalezienia Mnie i oddania Mi siebie, choć każdy może osiągnąć to swoim sposobem. Każdego prowadzę w sposób najlepszy dla niego.
Każdego zabieram z tego świata w chwili największego zbliżenia do Mnie. Troszczę się, aby każdy przyszedł do Mnie z największym bogactwem, jakie dla niego jest możliwe” (Jezus Chrystus do Alicji Lenczewskiej, A. Lenczewska, Świadectwo, 193, n. 31 VIII 86, g. 22:30).
(23)
Chrystus oddał nam życie. Nam, śmiertelnie chorym na grzech, przekazał moc swojego życia, gdy dobrowolnie przyjął śmierć. Jego życiem żyjemy, gdy korzystamy ze zbawienia, czyli odrodzenia do nowego życia.
3. Deifikacja
(1)
Problem deifikacji to istota religii z ich bogatymi dorobkami literaturowymi. Nie porywam się na całościową analizę tego zjawiska, bo chyba nie jest to nawet możliwe. Próby i usiłowania w tej materii prowadzone są od pierwszego na świecie religioznawcy, Rudolfa Otto, który napisał na ten temat książkę. Bardzo powierzchownie porównuje w niej wizję tego problemu u Eckharta i Śankary. Nieco o tym problemie wspominałem przy okazji innych zagadnień, szczególnie w zakresie relacji Boga i świata. Tutaj chciałby zamieścić tylko dopowiedzenia.
Teologia katolicka jest ostrożna w sformułowaniach i nie poświęca tym zagadnieniom zbyt wiele uwagi. Mówi się raczej o zjednoczeniu z Bogiem bądź przylgnięciu do Niego. Bardziej wyrafinowana jest twórczość św. G. Palamasa i nauka prawosławia o theosis. Dziś katolicy chętnie czytają i uczą się z prawosławia. Mistycy katoliccy niezbyt jasno opisują tego typu doświadczenia, jednak wzmiankują na tyle dużo z treści swoich przeżyć, że można je odnieść do będących obecnie wyzwaniem dla chrześcijan nauk orientalnych. Tak mniej więcej powstały przemyślenia, jakie tu przedstawiam.
Jednym z pojęć istotnych dla homo religiosus jest cel życia człowieka – jego deifikacja. Chodzi tu o wzniesienie swojego istnienia do sfery boskości, czyli wiecznego szczęścia (lub przynajmniej braku cierpienia), wyższej formy istnienia, wiecznego życia, chwały, uzyskania pewnych Bożych przymiotów. Od zawsze religie zmierzały do tego celu, choć na różne sposoby. Przykładowo Grecy szczególną czcią darzyli bohaterów wojennych. Podobną sławą i czcią cieszyli się także założyciele miast. Niektórym szczególnie dobrym jednostkom przypisywano wieczność wśród gwiazd na niebie. Z kolei herosi wstępowali na Olimp pomiędzy bogów.
Co ciekawe, symbolika gwiezdna w tym kontekście obecna jest także w Biblii, choć jedynie jako metafora: „W owych czasach wystąpi Michał, wielki książę, który jest opiekunem dzieci twojego narodu. Wtedy nastąpi okres ucisku, jakiego nie było, odkąd narody powstały, aż do chwili obecnej. W tym czasie naród twój dostąpi zbawienia, każdy, kto się okaże zapisany w księdze. Wielu zaś, co posnęli w prochu ziemi, zbudzi się: jedni do wiecznego życia, drudzy ku hańbie, ku wiecznej odrazie. Mądrzy będą świecić jak blask sklepienia, a ci, którzy nauczyli wielu sprawiedliwości, jak gwiazdy przez wieki i na zawsze” (Dn 12, 1–3).
(2)
Boskość według świata
Każdy człowiek oczekuje dla siebie podziwu, adoracji, co przysługuje Bogu. Zamożniejsi chcą być wiecznie młodzi jak bogowie. Piękności „robią się na bóstwo”. Grzesząc, czujemy się wręcz wyżsi od Boga, wynosimy siebie ponad niebiosa, ale tylko we własnym mniemaniu. Monistyczny ruch New Age głosi boskość człowieka, który musi jedynie rozbudzić w sobie stosowną świadomość. Dawne gnozy odnajdywały na dnie duszy człowieka boską iskrę wymagającą uświadomienia. Tak bardzo chcemy być boscy…
Jak sobie zapewnić boskie życie? Czy luksusami, szampanem, Hiltonem, rollsem i rolexem? A może to kokaina i niekończący się clubbing, adoracja ze strony płci przeciwnej? Może uczestnictwo emocjonalne w niebiańskim życiu celebrytów nie tykających ziemi i stale uwielbianych przez „Insta”? Albo ucieczka sercem w świat seriali, powieści, co pozwala nam poczuć się jak bóg patrzący z góry na innych…
(3)
Najprostszy sposób, żeby się poczuć bogiem to zgrzeszyć – to daje nam na chwilę boskie samopoczucie, satysfakcję z siebie jako jakby absolutu, tyle że fałszywą. Jestem bogiem, wszystko mogę, nikogo nade mną nie ma, nikt mi niczego nie zabroni.
(4)
Naturalne formy boskości
Człowiek jest dla świata małym bogiem. Bóg oddał nam władztwo nad światem, a my go zatruliśmy, zniszczyliśmy i stale pracujemy na ostateczną apokalipsę.
(5)
Rodzice – bogowie dla dzieci
Jesteśmy bogami, bo inni postrzegają nasze zachowanie jako przekaz od Boga. Jesteśmy bogami przykładowo dla swoich dzieci. Ojciec i matka są jak bogowie, dziecko do pewnego wieku tak ich właśnie odbiera i nie widzi tutaj różnicy. Ojciec i matka to figury Boga na ziemi. Może dlatego jest przykazanie „Czcij ojca swego i matkę swoją”. Choć rozumnie rzecz ujmując, jest to inna cześć niż dla Boga, to rodzic staje się dla dziecka jakby „małym bogiem”, posiada cechy boskie, ale we fragmentarycznym wydaniu. Nasze życie aż do śmierci znajduje się w jakimś odniesieniu do rodziców i ich doświadczenia, jakiego nabyliśmy w dzieciństwie.
(6)
Żywy znak Boga dla innych
Człowiek z natury miał wykonywać wolę Boga, a więc być widocznym wykonawcą i znakiem Jego działania. Trudno jest nam zrozumieć, że wraz z grzechem na świat przyszła pewna nowość – od tej pory Bóg nie panuje nad tym, co się dzieje na świecie. Dlatego uczynki ludzkie zdziczały.
Gdy jestem boski dla innych (po prostu dobry), to jednoczę się z Bogiem i staję się faktycznie Jego żywym obrazem w oczach innych. Bóg jest szczodry, łaskawy, życzliwy ludziom, pomocny, ocala nas. Boskość jako zespół cech budujących obraz Boga udziela się mnie samemu, a także odbiorcom; to jak karmienie dobrem, obecnością działania Bożego. Obraz Boga i wizja po bożemu żyjącego człowieka zlewają się w jedno. Kto widział Chrystusa chodzącego po ziemi, poznawał zarazem Jego Ojca. Zjednoczenie w dobru człowieka z Bogiem umożliwia innym doświadczać obecności Boga poprzez uczynki Jego sługi. W ten sposób ten oto sługa staje się przebóstwiony i nie sposób oddzielić jego poczynań od działania Boga.
Być boskim to być boskim dla innych. Wszak Bóg nie jest Bogiem sam dla siebie tylko dla ludzi. Wierny, gdy chce być boski, to może być jak Bóg dla innych ludzi. Jesteśmy bogami dla siebie nawzajem, a nie dla samego siebie. To właściwa droga do przebóstwienia: być boskim, czyli dobrym, nienagannym dla innych.
(7)
Orient i mistyka
Dziś mamy kontakt z religiami wschodnim. W uproszczeniu w popularnej wizji hinduskiej (adwaita) jednostkowe istnienie człowieka doświadcza ubóstwienia poprzez zidentyfikowanie się z Absolutem. Buddyści wierzą podobnie, tylko dla nich to nie jest identyfikacja z wszechbóstwem, a raczej anihilacja złudzenia własnej jaźni. Cierpienie kończy się wraz z samoświadomością. W procesie duchowym człowiek nabiera integracji z wyższą rzeczywistością. Przytaczam tylko te wersje hinduskie i buddyjskie, które spopularyzowały się na Zachodzie poprzez silnie monistyczny New Age.
Podobna jest wizja gnostycka: boski pierwiastek w duszy człowieka powraca do jedności z bóstwem, od którego został odłączony i którego poszukuje. Służą temu wszystkiemu różne zabiegi, chociażby bieżące oczyszczenie dążeń, moralne zadośćuczynienie za popełnione zło. Środkami do tego jest umoralnienie, asceza, przerwanie utrudniających połączenie z bóstwem więzi ze światem.
(8)
„Bycie bogiem” i w ogóle ubóstwienie człowieka to według J. Campbella główny motyw myśli indyjskiej.
(9)
Sposób, w jaki mistycy opisali doświadczenie zjednoczenia, nastręcza wiele problemów interpretacyjnych. Mistycy Zachodu często w swoich metaforach odnoszą się do wymiaru aksjologicznego typowego dla ludzi tamtego kręgu kulturowego, gdy mówią do Boga: „Jestem niczym, Ty – wszystkim”. Może oznaczać to zarówno refleksję o braku mocy istnienia podmiotu wypowiadającego, jak i poczucie braku własnej wartości dla siebie oraz poczucie absolutnej wartości i ważności Boga.
Do tego dokłada się pokrętny język niektórych mistyków. Bodaj najbardziej kontrowersyjnym mistykiem Zachodu był Eckhart, słynący z tak karkołomnych dla odbiorcy stwierdzeń, że właściwie uznawany jest za heretyka, choć sam, będąc świetnie wykształconym, zarzekał się, że jest tylko źle rozumiany i nie przekracza granic ortodoksji. Czasem musimy bardzo ostrożnie czytać język mistyków, gdyż zawiera spontaniczne i mało przemyślane wypowiedzi bez odpowiednich naprowadzeń dla odbiorców. W literaturze mistycznej różnych tradycji znajdziemy też wypowiedzi zwyczajnie pyszałkowate, których autorzy przypisują sobie cechy boskie po tym, jak w jakiś sposób doświadczyli Boga. U wielu autorów ze Wschodu i Zachodu widać pychę duchową, przed którą ostrzega nas Ewangelia.
(10)
Być bogiem to marzenie człowieka. Zły duch pierwszym ludziom obiecał: „Będziecie jak bogowie, (roz)poznacie co dobre, a co złe. Sami zdecydujecie”. Tymczasem Bóg mówi: „Jesteście bogami”. Bogami dla świata, bo dano nam go we władanie – tak można się przynajmniej domyślać, bo to jeden z trudniejszych cytatów w Biblii. Pytanie więc nie dotyczy tego, czy jesteśmy bogami, tylko w którym wariancie.
(11)
Szatan nie oddał czci Bogu, gdy ten oświadczył, że wywyższy człowieka i wcieli się w niego. Archanioł ten nie chciał oddać czci boskiej człowiekowi, bo przyznał ją sobie. Wtedy inny archanioł z zawołaniem: „Któż jak Bóg!” usunął go sprzed oblicza Bożego. Potem demon, pełen nienawiści, nauczył ludzi fałszywej boskości: samodecydowania, anarchii, buntu, samobójstwa duchowego. Chciał pokłonu od Wcielonego Boga – Człowieka, żeby poczuć się właśnie bogiem. To ubóstwienie siebie poprzez poniżanie Boga.
Ludzie uwikłani są w fałszywą boskość, w pychę, samowywyższenie. Jest to opaczne poszukiwanie wywyższenia, którego możemy doświadczyć tylko od Boga, tymczasem w pysze sami je sobie przyznajemy, co jest nieudolną imitacją, karykaturą wyniesienia świętych w niebie.
(12)
Monizm kusi stosunkiem partycypacji: zaniknij, anihiluj siebie, wtop się w kosmiczny Bezkres, a będziesz bogiem. Chrystus też zaprasza do partycypacji w sobie jako części Jego Ciała. Jest to partycypacja funkcjonalna – zjednoczenie w trudzie przemiany świata na lepszy, co dopełnia jedności bardziej podstawowych planów.
(13)
Kiedy dobry, pokorny człowiek uświadamia sobie plan niedualny, zgodnie z którym niczego poza Bogiem nie ma, a my sami, nasz świat, całe stworzenie jesteśmy tylko jakby Jego myślami, którym pozwolono na chwilę samodzielności, pogłębia swoją pokorę i roztapia się w Ciele Boga. Wówczas to zanika jego wola, ego, wszelkie potrzeby ziemskie. Samoistność istnienia to iluzja, dlatego godny uwagi jest tylko Bóg. Taka duchowość sprowadza nas na właściwy sposób myślenia; życie ziemskie traci blask i wartość.
Jest to deifikacja poprzez zapomnienie o własnej samoistności, nabycie świadomości bycia niczym. W ten sposób powstaje świadomość jedności z Ciałem Bożym, czyli przebóstwienie.
(14)
Przebóstwienie w chrystianizmie
Słowo stało się ciałem, by uczynić nas uczestnikami Boskiej natury” (2 P 1, 4). „Taka jest racja, dla której Słowo stało się człowiekiem, Syn Boży Synem Człowieczym: aby człowiek, jednocząc się ze Słowem i przyjmując w ten sposób synostwo Boże, stał się synem Bożym” (św. Ireneusz, Adversus haereses, III, 19, 1). „Istotnie, Syn Boży stał się człowiekiem, aby uczynić nas Bogiem” (św. Atanazy, De incarnatione, 54, 3: PG 25, 192 B). Zgodnie z nauką Katechizmu Kościoła katolickiego (460): Unigenitus Dei Filius, suae divinitatis volens nos esse participes, naturam nostram assumpsit, ut homines deos faceret factus homo – „Jednorodzony Syn Boży, chcąc uczynić nas uczestnikami swego Bóstwa, przyjął naszą naturę, aby stawszy się człowiekiem, uczynić ludzi bogami” (św. Tomasz z Akwinu, Opusculum 57 in festo Corporis Christi, 1).
(15)
Celem chrześcijaństwa jest także deifikacja, inna, ale w niektórych szczegółowych kwestiach zbliżona do religii naturalnych, co wynika nie z podobieństwa religii, ale z podobieństwa postaw ludzi wobec spraw wiecznych i ostatecznych. Triada duchowości, pochodząca przecież z duchowości naturalnej: oczyszczenie, oświecenie, zjednoczenie, także ma znaczenie w tym procesie. Oczyszczamy przeszłość, przyszłość i chwilę obecną z mocy złego oraz wszystkiego, co do niego prowadzi lub prowadziło. Umoralniamy się i dążymy do zapłacenia naszych moralnych długów (gdy jesteśmy winni). To, wraz z praktyką duchową, wiedzie do doświadczeń duchowych i wzrostu świadomości spraw Bożych oraz poznania samego siebie w relacji do Boga. Dopiero On jest punktem odniesienia, który przekracza ważnością mnie samego dla mnie i pozwala mi zobaczyć siebie w perspektywie całego świata. Jest to element oświecenia. Samokrytycyzm i samoświadomość postępuje wraz z naprawą siebie.
Zrzekamy się własnej woli i ego, przyjmujemy władzę Boga. Mówimy o przy lgnięciu do Boga. To jest zjednoczenie. Człowiek zostaje dopuszczony do współudziału w Boskiej naturze na drodze podobieństwa – to właśnie przebóstwienie (theosis) nazywane też świętością czy chrystomorfizacją. Jest to zjednoczenie woli i działania, wspólnota, Komunia przy zachowaniu indywidualnego istnienia. Nie znaczy to jednak, że tak jest to przeżywane. Treść przeżyć tego procesu bywa przedziwna, np.: „Już nie ja żyję, ale Chrystus we mnie”. Działanie i wola zostają przejęte przez działanie Boga, ale przy zachowaniu wolności (świadomości) i ontycznej odrębności człowieka. W przeżyciu pojawia się element zatracenia siebie, swojej autonomii w doświadczeniu uczestnictwa w Bożym działaniu.
Mimo wszelkich wysiłków człowiek sam się nie przebóstwi, ale przebóstwia go działanie miłującego Boga (Łaska u katolików, energie Boskie, czyli działanie Boga u prawosławnych). To nie człowiek sam rozliczy swoje długi moralne (karmiczne, jak to nazywają innowiercy); tylko uległość Bogu powoduje, że znosi On te długi za cenę krzyża Chrystusa.
Dlatego – przeciwnie religiom naturalnym – dla chrześcijanina przebóstwienie nie jest celem samym w sobie, gdyż on sam nie stanowi dla siebie ostatecznego celu. Sensem uczestnictwa w chwale Bożej jest jej pomnażanie. Dusze uwielbione uwielbiają Uwielbiającego. Celem przebóstwienia jest doskonalsze uwielbienie Boga, czyli sam Bóg.
Chrześcijanin zatraca się ostatecznie w Bogu, ale nie poprzez śmierć jaźni, ale przez jej eskalację tak potężną, że aż mieszczącą maksymalnie wielką chwałę Boga wraz z Jego poznaniem. Chrześcijanin wie, że doświadczenie mistyczne to nie zatracenie siebie jako indywidualnego bytu, tylko przekroczenie własnego bytu, wyjście ponad niego świadomością, zachwyceniem, zapatrzeniem, a nieraz wręcz poczucie nieistnienia, ale tylko w porównaniu do absolutnego istnienia Boga: „Ty jesteś, a mnie nie ma”. Wgląd obejmuje przeżycie tego, że istnienie człowieka nie zależy od niego, ale od Boga, stąd poczucie własnej nietrwałości, niepewności, nicości.
Są więc pewne paralele uniwersalne w wielu religiach. Wynikają one z natury człowieka, który najpierw musi odrzucić zło i jego skutki, żeby oczyszczonym umysłem przyjąć zrozumienie własnego miejsca w świecie, a potem poszukiwać przekroczenia bariery świata w doświadczeniu wyznawanej religii. Są jednak i fundamentalne różnice. Triada duchowości: oczyszczenie, oświecenie, zjednoczenie dla chrześcijanina ma wymiar dynamiczny, napędzający, wzmagający przeżycia, względnie wzmagający chęć życia i samo życie. Jest życiodajna. Widać to chociażby w przypadku mistyka ascety, którego życie na zewnątrz wydaje się żadne, wręcz martwe, to wewnątrz tryska on chwałą Bożą, przezwycięża najcięższe kryzysy, próby, umartwienia nocy duchowych. Może to mieć wyraz apofatyczny i być wyrażane jako odcinanie człowieka od językowych i racjonalizujących naleciałości ziemskich, co wyzwala większy wgląd metafizyczny. Może też mieć wyraz pozytywny poprzez wzrost wiedzy o Bogu, ale tylko o charakterze symbolicznym i analogicznym. W zasadzie nie ma jednego modelu duchowości, a każdy człowiek może odnaleźć własną duchowość adekwatną do jego stanu i sposobu życia.
Duchowość człowieka jest dziełem samego Boga. To On poprzez człowieka dąży do umiłowania siebie. Miłość od Boga wraca poprzez człowieka do Boga, gdyż nie ma innej miłości jak Boska. Duch Święty działa poprzez człowieka i uwielbia Ojca i Syna. Częścią tego trynitarnego kręgu miłości staje się człowiek. Także miłość do samego siebie oraz innych ludzi pochodzi od Boga i do Niego zmierza. Człowiek staje się otoczony Bożą miłością i w niej uczestniczy.
(16)
Pisząc o deifikacji, porywam się na bardzo trudny temat. Niemniej, nic się w człowieku nie zmieniło i nawet bez wiary i religii ten głód deifikacji wciąż jest przeżywany i przenosi te zjawiska w przedziwne miejsca. Są ludzie poszukujący wiecznej młodości, znamienia bycia uwielbionymi w niebie. Inni kreują się na „gwiazdy” i odbierają niemal boską chwałę. Niektórzy otaczają uwielbieniem i bezkrytyczną czcią jakichś swoich ulubieńców. Zdarzają się tacy, którzy kogoś tam (lub coś) wręcz ubóstwiają. Jeszcze inni gonią za własną chwałą (sławą). Nikt nam nie odjął tych uczuć, a ich obecność nawet w wynaturzonej formie przywraca nas do porządku wiary i religii jako zjawisk wyrosłych na spotkaniu poszukującej wciąż natury homo religiosus z objawiającym się Stwórcą.
(17)
„Bóg jest miłośnikiem zazdrosnym, który nie znosi dzielenia. On znajdzie upodobanie w działaniu wewnątrz twojej woli pod warunkiem, że będzie sam z tobą. Jemu nie chodzi o twoją pomoc, ale o ciebie. On chce działać: ty masz patrzeć na Niego i pozwolić, by działał sam. A ty pilnuj twoich okien i twoich drzwi przed muchami i innymi nieprzyjaciółmi, którzy na nie nacierają. A jeśli chcesz osiągnąć powodzenie, to tylko z pokorą nalegaj na Niego przez modlitwę, a rychło przyjdzie ci z pomocą. Nalegaj więc na Niego i okaż twoją dobrą wolę. On jest gotów. On czeka na ciebie.
Podnieś twoje serce do Boga w pokornym ruchu miłości, mając na celu tylko Jego samego, nie patrząc na żadne z Jego dóbr. Niech każda myśl poza Nim będzie dla ciebie wstrętna i niech nic prócz Niego nie zajmuje twojego umysłu ani twojej woli. Usiłuj zapomnieć o wszystkich stworzeniach, które Bóg kiedykolwiek uczynił, jak również o ich dziełach, tak aby ani twoja myśl ani twoje pragnienie nie były skierowane ku nim i nie były poruszane przez nie ani ogólnie, ani szczegółowo. Pozostaw je samym sobie i nie zajmuj się nimi” (Chmura niewiedzy).
(18)
W chrześcijaństwie postawiono sprawę jasno: mamy się nie przejmować sobą, tylko zdać się na Boga, słuchać Go i być Mu posłusznym. Dla chrześcijanina bogiem jest drugi człowiek; cokolwiek mu czynimy, czynimy Bogu. Jesteś bogiem, kiedy w innych widzisz Boga.
(19)
Bóg nas ubóstwia, kiedy my ubóstwiamy Jego. To takie proste…
(20)
Wtorek, 26 IX 89, godz. 10:30:
„Stałem się Człowiekiem i jestem wśród ludzi po to, abyś oddając Mi wszelki ból, jaki odczuwasz stykając się ze złem w drugim człowieku i w świecie, mogła jednoczyć się ze Mną, trwać we Mnie i miłować Miłością Miłosierną każdego”.
Wtorek, 10 X 89, godz. 8:50 (podczas XII stacji Drogi Krzyżowej):
„Nie ma zjednoczenia w miłości poza zjednoczeniem w Krzyżu. Jeśli pragniesz zjednoczenia ze Mną, podążaj jak Ja ku Golgocie – mężnie i mądrze. Bądź Mi świadkiem i opowiadaj się za Prawdą i Sprawiedliwością Moją zawsze. I przyjmuj, jako swoje stacje Drogi Krzyżowej te ludzkie reakcje i czyny, jakie wobec ciebie zostaną podjęte ze strony bliźnich twoich. Dąż do tego Krzyża, który jest na końcu twej drogi, a który jest pełnią Ofiary i pełnią Miłości. Gdy przyjmujesz pełnię cierpienia w krzyżu – wejdziesz w pełnię Miłości z Krzyża. Tam zjednoczysz się ze Mną i poznasz Miłość Moją”.
Powyższe słowa wypowiedział Jezus Chrystus do Alicji Lenczewskiej (A. Lenczewska, Słowo pouczenia). Warto je dokładnie przeanalizować i spróbować dostrzec w nich pewne ponadczasowe wskazówki.
(21)
„Odpowiedział im Jezus: «Czyż nie napisano w waszym Prawie: Ja rzekłem: Bogami jesteście? Jeżeli [Pismo] nazywa bogami tych, do których skierowano słowo Boże – a Pisma nie można odrzucić – to jakżeż wy o Tym, którego Ojciec poświęcił i posłał na świat, mówicie: «Bluźnisz», dlatego że powiedziałem: «Jestem Synem Bożym?»” (J 10, 34–36).
(22)
Boskość
Człowiek ma być boski, czyli taki jak Bóg: dobry, życiodajny, wyrozumiały, cierpliwy, łagodny, wybierający prawdę. Chrześcijanie mówią o podobieństwie do Boga, o przebóstwieniu, o życiu według Ducha, świętości – to wszystko to samo. Jest to bycie boskim w dobry sposób.
Jest też zły sposób bycia boskim, typowy dla Szatana, który udaje Boga, wykrzywiając Jego obraz. Przypisuje sobie wykoślawione przymioty boskie: wszechmoc bez dobroci, wolność bez względu na resztę istot, samolubny egoizm, separację uczuciową od innych. To boskość urojona, bo Bóg taki nie jest. To upadek: ani człowiek/duch, ani Bóg, nic…
Ludzie przestraszeni złą boskością odwracają się od boskości w ogóle, staczają się i koncentrują wyłącznie na sprawach ziemskich, przyziemnych. Stają się małostkowi, złośliwi, pazerni, lubieżni. Taki jest Zachód, począwszy od renesansu. Przekraczamy jednak te wzorce bezbożności i złej „boskości”, aby stać się na powrót boskimi, świętymi.
(23)
Najlepiej o boskie życie zapytać samego Boga, który po wcieleniu żył przecież na ziemi i nie obiecał nam niczego poza tym, co sam miał. Kto więc chce mieć boskie życie, niech żyje jak… Bóg. Chrystus 30 lat pracował, 3 lata nauczał i wędrował jako rabbi, 3 dni zbawiał. Nawiasem mówiąc, większość z nas lubi zbawiać świat po całych dniach, krytykując, co tylko zobaczy, i narzekając. Boskie życie polega na braniu odpowiedzialności za siebie i rodzinę. Od małego należy się trudzić, starać dla siebie i bliskich, pracować w pocie czoła. Trzeba trochę popracować bezpośrednio dla Boga we wspólnocie wiernych. Czasem musimy przyjąć z godnością jakiś krzyż. To jest prawdziwe boskie życie, lepszego nie ma. Bóg też stale pracuje, nieustannie stwarza świat, trwa szósty dzień stworzenia. Nie jesteśmy od Niego lepsi. Stale też dla nas się poświęca. Niby normalność, ale o tę normalność jest coraz trudniej z powodu tej fałszywej boskości grzechu i upadku upajającego umysły tego czasu jak narkotyk.
(24)
Tylko bóg może rozmawiać z Bogiem. Tylko bóg adoruje Boga. Każda modlitwa jest wyrazem nobilitacji człowieka. Człowiek stanowi mieszaninę uzdolnień zwierzęcia i boskich (miłość, twórczość, metafizyka). Pełnia realizacji człowieczeństwa polega na rozwinięciu tych ostatnich w działaniu. Dlatego modlitwa, adoracja, kult stanowią szczytowe aspekty człowieczeństwa, podobnie jak duchowa miłość (ofiarna). Człowiek upodabnia się do Boga, a przez to się przebóstwia. Jest to jednoznaczne z uczłowieczeniem w pełni. Żeby się upodobnić, trzeba z Bogiem jak najwięcej obcować, kontemplować Jego obecność, przymioty, sposób postępowania. Bycie bogiem wymaga od człowieka wydźwignięcia się ponad poziom zwierzęcia i obcowania z Bogiem.
Spotkać się z Bogiem może tylko bóg. Ta prastara intuicja nie ma w sobie niczego zarozumiałego. Jesteśmy bogami – tak nas określił Chrystus. Dodajmy: małymi bogami, nieporównywalnymi niemal w niczym z Panem Bogiem, a jednak są takie aspekty człowieczeństwa, które czynią nas potencjalnie równymi albo chociaż podobnymi Bogu. Są to miłość, poświęcenie, uniżenie. Gdy na Górze Tabor Wcielony Bóg stoi obok przebóstwionego Mojżesza i Eliasza, nie sposób ich odróżnić, wyglądają tak samo. To właśnie jest ta nadzieja człowieczeństwa tak rozwiniętego, że aż przekraczającego typowo ludzką kondycję.
Modląc się, powodujemy Bogiem. Skazując siebie na potępienie, też powodujemy Bogiem, bo dzieje się coś, czego On nie chce. Lepiej pozostać przy modlitwie.
Powodować Bogiem może tylko Jemu równy, przynajmniej w pewnych aspektach.
(25)
Chrześcijańskie przebóstwienie to nabycie cech Boga, podobieństwo do Niego.
Warto przywołać w tym miejscu cytat o nabywaniu Bożej mądrości:
„– Jaką rolę odgrywa wiedza?
† Często raczej przeszkadza. Zwłaszcza, jeśli jest to tylko wiedza nabyta, nieprzetrawiona własnymi przemyśleniami. Stosowana mechanicznie wiedza utrudnia kontakt z Bożą Mądrością i wtedy lepiej, żeby jej nie było. Poza tym prowadzi do pychy, poczucia samowystarczalności człowieka, a konsekwencją tego jest oddzielenie od Boga.
Wiedza połączona z pokorą i otwarciem na Boga jest bardzo cenna. Zamienia się ona na mądrość, a to jest cecha Boska.
Trzeba zdobywać wiedzę i prosić o mądrość. Zdobywanie wiedzy powinno być podporządkowane celom człowieka – jego hierarchii wartości wypływającej z wiary.
Wszelki chaos i zaspokajanie tylko ciekawości jest niebezpieczne, bo może oddalać ode Mnie, może gubić” (Jezus Chrystus dla Alicji Lenczewskiej, A. Lenczewska, Świadectwo, 71, czw. 8 V 86, godz. 7).
Przy okazji sięgnijmy do drugiego fragmentu, tym razem o ogólnym uświęceniu:
„† Natury swej nie trzeba pokonywać[,] tylko ją uświęcać. Pozwolić na to i prosić o to, abym Ja ją uświęcał w każdym przejawie jej istnienia.
Skoro ją dałem właśnie taką, to twoim zadaniem jest przyjąć ją i dążyć do świętości w całej swej ludzkiej naturze. Razem ze swymi słabościami i ograniczeniem.
Ten trud codzienny i to poddanie się uwarunkowaniom człowieczego życia trzeba przyjąć jako zadanie dane przeze Mnie. Bo tym jest ono w istocie swej.
Bądź pogrążona w Miłości Mojej z tym wszystkim, jaka jesteś i w czym uczestniczysz. W ten sposób zostanie uświęcona twoja natura ludzka, to wszystko, co czynisz i co cię otacza.
Bądź sobą, ale coraz bardziej przeniknięta Moją Miłością i świętością.
†* Nic w tobie nie powinno być zniszczone, a wszystko uświęcone. Dlatego oddawaj Mi wszystko ciągle, abym mógł uświęcać.
Zauważyłaś już, że każda rzecz i każda sytuacja oddana Mi ma inną wartość. Że jest, choć pozornie taka sama, a jednak przemieniona przez Moją w niej obecność. Jest to na podobieństwo przeistoczenia, które odbywa się na ołtarzu.
Twoje życie może się stać jedną ciągłą ucztą ofiarną, podczas której wszystko będę przemieniał w ofiarę doskonałą, wspólną z Moją Ofiarą. Spójrz na swoje dni i to, czym są wypełnione[,] jako na jedną wspólną całość. Wszystko stanowi elementy jednego daru ofiarnego, który składasz. Dar doskonały to taki, któremu nie brakuje żadnego elementu.
Tak, jak w mozaice: wszystkie kamyczki tworzą jeden obraz, a brak któregoś sprawia, że obraz nie jest doskonały.
Twoim zadaniem jest ułożyć obraz z takich kamyków, jakie otrzymałaś i nie zgubić żadnego.
Ja chcę ci w tym pomagać, bo wiem, jak obraz powinien wyglądać. A ty, zależnie od tego, jakim zaufaniem Mnie darzysz, możesz układać go sama, prosić o Moje rady albo podawać Mi poszczególne kamyki, abym Ja układał.
Jak myślisz, który obraz będzie najładniejszy?
Życie kończy się wtedy, gdy obraz jest już skończony i nic więcej nie można w nim udoskonalić” (Jezus Chrystus dla Alicji Lenczewskiej, A. Lenczewska, Świadectwo, 267, wt. 28 X 86, godz. 9:30).
(26)
Stan ponownej jedności Boga i ludzkości to Królestwo Boże. Jezus jest przyszłym Królem królów, a Jego Królestwo to światowe imperium dobra z pomniejszymi krainami i ich królami pod jednym panowaniem Boga. W odrodzonym świecie my będziemy Jemu ludem, a On będzie nam Bogiem.
Małżeństwo ludzkie sprawia, że dwie jednostki tworzą coś znacznie większego niż po prostu ich suma. Powstaje coś nowego, większego od nich dwojga, a emanacją tego jest nowe życie ich dzieci. Podobnie jest z Królestwem Bożym, ono stanowi coś więcej niż suma składających się na niego jednostek ludzkich, która mogłaby być tylko jakimś rodzajem chaotycznego tłumu. Powstanie nowa jakość, w której będziemy partycypować. Bóg i człowiek zespolą się, a ludzkość nabierze cech Bożych, przeistoczy się w uwielbione i uduchowione ciała, dusze, umysły.
(27)
„ – Napełniłeś moje serce Twoją czułością, a dzień cały Twoim błogosławieństwem.
I jesteś tu tak dobry i tak łagodny. Mój Pan, mój Bóg, mój Oblubieniec…
† Oddałaś Mi ten dzień i wszystko, co w nim było, a Ja to przyjąłem. Byliśmy razem i było ci dobrze ze Mną.
Jestem z tobą w twoim sercu. Wypełniam je sobą.
Bądź poddana i bezwolna wobec Mnie. Sprawię, że pałać będzie twoje serce i rozpłynie się twoja dusza we Mnie.
– Jest tak. Czy tak będzie w wieczności?
† Będzie o wiele lepiej. Będziesz Mnie widzieć i odczuwać o wiele pełniej.
– Jak spełniać Twoją wolę i Twoje życzenia?
† Bądź Mi oddana tak, jak dziś[,] i wyczulona na Moją Miłość. Bądź spragniona Mojej Miłości. Niech twoje serce pała tym pragnieniem nieustannie. A poznasz Mnie bliżej i zaznasz słodyczy Mojej Miłości jeszcze bardziej i coraz bardziej.
– Tak bardzo hojny jesteś. Nie trzeba Cię prosić nawet. Wszystko wiesz i o wszystko się troszczysz.
Trzeba Ci tylko dać to niewiele, co się ma, a Ty obdarzasz tak obficie, tak szczodrze.
† Ale trzeba dać szczerze i ufnie i nie oczekiwać zapłaty. I pragnąć dawać jeszcze więcej, o wiele więcej niż możesz. Oddać Mi wszystko i nie oczekiwać nic.
Cieszyć się oddawaniem Mi i miłowaniem Mnie.
Najwięcej otrzymuje ten, kto pragnie tylko obdarzać.
– Na tym polega czysta miłość?
† To jest ta Miłość, którą złożyłem w twoim sercu, która cię stworzyła, i którą Ja jestem. Jeśli potrafisz wydobyć ją ze swego serca i złożyć przede Mną, Ja ją przyjmę. I twoja dusza złączy się ze Mną, bo utkana jest z Mojej Miłości – powróci do Mnie i będziemy stanowić jedno.
– To będzie zjednoczenie, którego cząstkę dałeś mi poznać?
† To będzie zjednoczenie i będzie na miarę twoich pragnień i twojej bezinteresowności” (Jezus Chrystus [†] do Alicji Lenczewskiej (–), A. Lenczewska, Świadectwo, 231, wt. 30 IX 86, godz. 23:15).
(28)
Poznanie jest łączeniem, zjednoczeniem, przenikaniem – w nim przedmiot włada podmiotem poznania, zmienia go. Kwiat oglądany zmienia moją świadomość, zapisuje się w pamięci, porusza uczuciami. Boga nie można poznać tak, jak się poznaje świat. Jego poznanie zmienia znacznie głębiej. Akt poznania jednoczy poznającego z poznawanym, znosi rozdział, zespala. W niebie poznamy Boga tak, jak On poznaje nas, jak o tym mówi Hymn o miłości.
Ta wizja uszczęśliwiająca to bezpośrednie poznanie Boga, którego doznają aniołowie w niebie. Nazywana jest „wizją” odmiennie od pośredniej wiedzy o Bogu, którą może nabyć umysł ludzki w naszym życiu. Ona uszczęśliwi świadomość człowieka. Każdy wymiar zjednoczenia Boga i duszy jest dla człowieka wywyższeniem, przebóstwieniem.
4. Duchowość ofiary
(1)
Duchowość ofiary (której symbolem jest krzyż) stanowi centrum życia chrześcijańskiego. Przykładem jest ofiara stwórcza i zbawcza Boga.
(2)
Ofiara w różnych kulturach
Dawne kultury przeczuwały duchowo istnienie jakiejś ofiary Boga z samego siebie, aby mógł powstać świat. W Indiach żyje wiara w Puruszę, boskiego człowieka kosmicznego, z podziału którego powstała ludzkość. „Powstały zeń zarówno świat i wszystko to, co żywe, jak i strofy wedyjskie, melodie śpiewu, metra i formuły ofiarne, które są potrzebne w rytuale. Z głowy i stóp Puruszy powstały niebo i ziemia, z twarzy Księżyc, z oka Słońce. Z ust tworzą się postacie Indry, Agniego i braminów; z oddechu wynika wiatr, a z pępka przestwór. Z ramion powstają książęta, z ud chłopi, ze stóp zaś siudrowie (śūdra)” (Heinrich von Stietencron, Hinduizm).
Ta ofiara tworzy całość Kosmosu, czyli ma wymiar kosmogoniczny. W mitach mezopotamskich bogini Tiamat została pocięta dla ustanowienia świata. Znawcy Biblii twierdzą, że biblijne pojęcie „tehom” oznaczające pierwotny bezmiar ma powinowactwa językowe z imieniem Tiamat.
Spotkałem się ze stwierdzeniem, że dla Indusów funkcjonowanie świata związane jest z ofiarą. Rygweda ujmuje całą naturę jako oddającą się w ofierze, np. niebo składa ofiarę w postaci deszczu, tym sposobem umożliwiając wzrost roślin, które z kolei odżywiają zwierzęta i człowieka. Człowiek oddaje cześć naturze, przez co uczestniczy w porządku ofiarniczym. Cała natura jest wobec tego ofiarą i nieustannym poświęceniem. Nawiązuje do tego Bhagawatgita: „Wszystkie żyjące ciała utrzymują się przy życiu, spożywając ziarno, ziarno z deszczu powstaje, deszcz ze spełniania ofiary, a ofiara z pełnienia nakazanych obowiązków” (BG.3.14). Porządek wedyjski oparty był na ofiarach składanych dla bogów. Uczestnictwo człowieka w porządku ofiarniczym miało wymiar podtrzymywania ładu kosmicznego.
(3)
Podobną formę kultu praktykowali na polecenie Pana Boga Izraelici. Składali różnego rodzaju ofiary. Kultura izraelska jako w gotowej formie ofiarowana bezpośrednio przez Pana Boga nie posiada rozległej podbudowy filozoficznej, ma wymiar raczej legalistyczny, dlatego nie znajdziemy w niej uzasadnień poszczególnych praktyk religijnych. Wyłączny kult ofiarniczy Boga Izraela podtrzymywał istnienie państwa i narodu izraelskiego. Izraelici jednak nie przestrzegali czystości kultu i oddawali cześć bogom narodów sąsiednich, przez co utracili podstawy swojego istnienia i sprowadzili na swój lud i państwowość zagładę z ręki Babilończyków. Właśnie wierność ludu w wymiarze łączności z Panem Bogiem poprzez składanie ofiar wyłącznie Jemu była pieczęcią ich istnienia.
Biblijny wierny Noe rozpoczyna życie w oczyszczonym po potopie świecie od zbudowania ołtarza i złożenia ofiary. Akt ofiarny był w jakiś sposób konstytutywny dla życia ludzi na ziemi.
(4)
W Indiach znane jest przekonanie, że całe funkcjonowanie świata ma wymiar ofiary, a ona sama stanowi rzeczywistość, która konstytuuje Kosmos. Cała historia hinduizmu to najpierw kult ofiarny czasów wedyjskich sprzężony z ofiarnym charakterem Kosmosu. Potem przekształcono charakter życia religijnego w wewnętrzne samoofiarowanie się wiernych w praktykach ascetycznych i pobożnych. Można chyba powiedzieć, że dla myślenia hinduistycznego ofiara ma wymiar fundamentalny.
(5)
Bóg składający siebie w ofierze
Gdy kierujemy wzrok w stronę chrześcijaństwa, pierwsze, co widzimy, to znak cierpiącego Boga – paradoksalny, wręcz niewiarygodny symbol Krzyża. Bóg pokonany, zabity, zhańbiony na rzymskiej szubienicy. Czy jest na tym świecie cokolwiek budzącego większe współczucie, niż taki Bóg? To też niekończący się wyrzut sumienia człowieka, bo obrazuje stan Boga po kontakcie z człowiekiem.
(6)
Stworzenie świata ofiarą Boga z siebie
W wielu mitach, jak pisze M. Eliade, początkiem stworzenia jest samoofiarowanie się bóstwa, w tym jego śmierć. To przeczucie ludzkie znajduje potwierdzenie w faktach. Coś podobnego następuje także w przypadku stworzenia przez Boga, chociaż nie ma tego powiedzianego wprost w Biblii. Pismo podkreśla przede wszystkim Bożą moc. Jeśli dobrze się zastanowić zwłaszcza nad wszechmocą, okazuje się, że przejście od wszechmocy do konkretnego stworzenia jest dramatem dla Boga.
Niezmierzony i wszechmocny Bóg konkretyzuje się ze swoją wolą w akcie stworzenia, a to – jak każda decyzja – jest końcem pewnej potencjalności z jej, w tym przypadku, nieskończonością. Widzimy w tym coś ze śmierci, jakiegoś końca, wygaśnięcia mocy, która na skutek swojej realizacji niejako umiera. Choć wszechmoc Boża w ten sposób nie przestaje istnieć, to w aktualnej chwili niejako wyczerpuje się. Przejście od wszechmocny i absolutnej potencji do gotowych dzieł Bożych w jakiś sposób jest ofiarą Bożą, po której Bogu pozostaje jedynie możliwość spoczynku, gdyż Jego zamiary zostały zrealizowane. Ten spoczynek to szabat Boży. Podobnie jak ludzka emerytura przychodzi po wyczerpaniu sił i pomysłów na życie, tak Boski odpoczynek w kategoriach pojmowalnych przez człowieka może się kojarzyć z takim właśnie wyczerpaniem mocy twórczej po jej doskonałej realizacji. Stworzenie stanowi więc w jakimś sensie ofiarę Boga z siebie dla swoich stworzeń, które powstają dzięki temu aktowi.
Jest jeszcze drugi aspekt tej ofiary. Polega on na tym, że Bóg w tym stworzonym Kosmosie wyznacza sobie miejsce i staje się niejako zakładnikiem reszty Wszechświata, w którym od tego czasu uczestniczy. Czyni to, co prawda, dobrowolnie, ale i w dowolnej chwili nie może znieść ani zmienić jego praw, które sam nadał i które także Jego od tej chwili wiążą. Jest to także dramat Boga, który konkretnie umieszcza siebie w systemie swojego stworzenia, poświęcając niejako swoją wszechmoc. Widać to dobrze w szyderstwach ateistów wyśmiewających wszechmoc Boga, która, ich zdaniem, nie jest już wszechmocą. Dodatkowo na tej zasadzie budują oni złośliwe paradoksy. Jest to bowiem wszechmoc tak potężna, że potrafi ograniczyć samą siebie, złożyć z siebie ofiarę w miłości do człowieka. Przejście od Absolutu do Boga w świecie to ogromne samoograniczenie, coś dla nas niepojmowalnego. W Bogu rozgrywa się wielki dramat, tym większy, że Jego ukochana ludzkość, wykorzystując Jego ofiarę i jej owoc w postaci wolności ludzkiej, popada w opętanie i się zatraca.
Jednak kształt rzeczy może się jeszcze zmienić. Pismo mówi, że przemija postać tego świata, a akt zakończenia i ostatecznej przemiany nazywany jest końcem świata. Będzie to koniec obecnego kształtu tego świata, co znaczy, że świat pozostanie, ale zmienią się zasady nim rządzące. Kształt – postać to inaczej forma, a ta składa się z pewnych prawideł, które na nią się składają, jest ich sumą.
(7)
Człowiek jak Bóg
Bóg był pełnią, Absolutem, zupełną doskonałością, samą mocą i nieskończoną możnością, wszechpotencją. Cel stworzenia stanowiło uczynienie człowieka i obdarzenie go władzą kierowania samym sobą, inaczej nazywaną wolnością, wolną wolą. Stworzenie człowieka jest swego rodzaju absurdem samo w sobie, patrząc z punktu widzenia interesu Boga. Dając człowiekowi wolność (władzę), zdolność samodzielnego działania, odebrał sobie władzę nad człowiekiem. Absolut uczynił siebie bezradnym, naznaczonym brakiem i niebytem, postawił sam sobie granicę. To wszechmoc tak wszechmocna, że sama siebie pozbawiła wszechmocy, sama siebie ograniczyła. Bóg bezradny, bo dał wolność i władzę, to największy paradoks dziejów.
Bóg wyzbył się władzy w pewnych sprawach na rzecz człowieka; właśnie te sprawy są przedmiotem wolności ludzkiej. Głównie są to zagadnienia związane z prawem każdego człowieka do decydowania o własnym losie. Dane nam zostały pewne zasady określające to, jak wykorzystać swoją wolność, swobodę twórczą, sprawczą, by pozostać w zgodzie ze swoim przeznaczeniem, z wolą Stworzyciela. Dzięki nim powinniśmy wiedzieć, jak rozwinąć w nas, a nie zaprzepaścić, Boży wysiłek stworzenia.
Bóg, dając nam wolność, narzucił sobie niebyt. Odmówił sam sobie czegoś, co przecież miał, wyrzekł się własnej wszechmocy, własnego interesu, dobra, własnego „ego”, o ile można o Bogu mówić, używając tego terminu wyrażającego ludzką ułomność. Dlatego droga do Boga jest ascetyczna, także wymaga narzucenia sobie niebytu, wyrzeczenia się ego.
Miłość Boga do człowieka przelała się w wolność człowieka, co jest największym z możliwych darów – darem Boga z siebie samego. Wszak wolność człowieka czyni wszechmocnego Boga bezradnym i bezsilnym, wydanym na taki los, jaki zgotuje Bogu człowiek. Bóg, można powiedzieć, umarł z miłości do człowieka już przy stworzeniu, gdy wyparł się własnej wszechmocy. Złożył sam z siebie ofiarę, nie ma większych darów.
Wiara ludzka w Boga, która jest zwrotnym skierowaniem pragnień człowieczych na Boga i powrotnym otwarciem się na wszechmoc Boga, polega na zwróceniu tej władzy Bogu poprzez posłuszeństwo. To przywrócenie Bogu statusu Boga. W Piśmie widzimy, że niewiara czyni Boga bezsilnym wobec człowieka. Przykładowo Chrystus, nie napotkawszy wiary, nie czynił cudów, jak głosi to Ewangelista. Co robi z tym człowiek? Sami to widzimy, obserwując ludzką łapczywość i rozpasanie. W odpowiedzi na ofiarę Boga człowiek także winien złożyć ofiarę ze swojego życia Bogu.
(8)
Niestety, przezwyciężanie siebie – jak wszystko, co ludzkie – ma też swoje złe odmiany. Grzech to rodzaj wyjścia z siebie, tyle że nie jest do dobre przekraczanie siebie, tylko złe niszczenie samego siebie.
(9)
Ofiarowanie świata
Bóg uczynił człowieka nie tylko panem samego siebie, ale także całego świata. Świat stał się darem od Boga dla człowieka, aby ten mógł wieść szczęśliwe życie. Człowieka uczyniono władcą i współstwórcą, gdy kazano mu nazywać rzeczy. Nazwanie jest początkiem władzy. Tylko człowiek został nazwany przez Boga, resztę świata poddano ludziom. Człowiek wraz ze swoim grzechem zanurzył niestety świat w porządku zła, w potworności. Można rzec, że zniszczyliśmy nie tylko samych siebie, ale i całą dostępną nam rzeczywistość.
Dar ze świata to kolejna ofiara, jaką poniósł Bóg na korzyść człowieka. Bóg ofiarował nam wszystko, co miał, cały świat. Nie zostawił sobie niczego. Doskonale widzimy to po wcieleniu, gdy Bóg staje się żebrakiem na świecie, żebrakiem posłuchu, chleba, miłości.
Dobre czynienie w wierze w Boga zaczyna się od serdecznego ofiarowania wszystkiego powrotnie Bogu pod władzę. Oddajemy Bogu świat i samych siebie, to początek wiary i miłości. To uwalnia od zła i jest początkiem przemiany człowieka oraz otaczającego go fragmentu świata w stronę dobra.
(10)
Bóg wrażliwy i cierpiący
Bóg znajduje się poza naszym wszechświatem. W swojej naturze jest absolutnie oddzielony od stworzenia. Bóg to czysta radość, szczęście, spełnienie. Doznaje, jak to nazwali Grecy, ataraksji, czyli doskonałego zadowolenia i nikt, i nic nie może tego zmienić. Doświadczenie Boga niekiedy przynosi człowiekowi także doświadczenie duchowej ataraksji. Bóg obdarza swoją radością, spełnieniem, miłością właściwymi Mu z Jego natury. Niebo, duchowa świątynia Boga, to także kraina wiekuistego szczęścia, radości, biesiady. Przypomina nieco kwiecistą i słoneczną krainę różowych jednorożców z bajek dla dzieci.
Bóg przekracza samego siebie, transcendenduje siebie. Z własnego wyboru potrafi poddać się także doświadczeniu, które sam dla siebie wybiera. Bóg – jakby osobny wszechświat – jest jednocześnie w całości żyjącą istotą, a na dodatek czującą istotą o absolutnej wrażliwości, niewyobrażalnie delikatną. Czyniąc nas, wszedł z nami w więź jakby rodzinną, skazał się na nas na dobre i na złe. Niestety, to tego ostatniego doznaje szczególnie dużo. Jednak z nas nie rezygnuje, dopóki tylko może. Wolno nam Jego odczucia przekazywać kategoriami ludzkimi, bo sam tak czyni w objawieniach, choć te przeżycia w swojej istocie są nam niedostępne.
W tym ujęciu Bóg w świecie nieustająco cierpi. Jego ofiara krzyżowa i w ogóle całe życie Wcielonego wśród ludzi stanowi tylko ilustrację stanu relacji pomiędzy Nim a ludźmi. To materializacja i ukonkretnienie tego, co dzieje się w sercach ludzkości – jego ukochanej ludzkości, naszej nienawiści do Niego, chęci zapomnienia, wypchnięcia Go z serca. Jest w tym ogromny dramat i tragizm Boga skazanego na oglądanie swoich dzieci w rynsztoku. Bóg chce, abyśmy byli taką rodziną, jakiej zapragnął. Jednocześnie jest to dla nas wezwanie, abyśmy nieśli ulgę temu Bożemu cierpieniu, doskonaląc własne życie i zanosząc wiarę wraz z prawdziwym Imieniem Boga innym ludziom.
Skoro wiara w Boga jest pamięcią o Jego obecności, to polega ona na życiu z Bogiem. Pamięć to obecność Boga w sercu człowieka, mistyczne wcielenie Boga w to serce, wprowadzanie Boga żywego do mojego życia, do każdego jego fragmentu i chwili. To zwrot Bogu Jego władzy i wolności, które, gdy się realizują, są życiem Boga przy człowieku. Z drugiej strony, gdy lekceważymy Boga i o Nim zapominamy, to zabijamy Go w swoim sercu i umyśle, wypychamy Go, uśmiercamy Jego i siebie. Cierpienie wynika z odbierania komuś życia, w tym przypadku – Bogu.
Bóg jest (według pojęć ludzkich) niewyobrażalnie cierpiący z racji odrzucenia przez ludzi. Ta postawa wyparcia ze świata realizuje się na Wcielonym poprzez wyrzucenie Go ze świata przez morderstwo. Chrystus cierpi ból odbieranego Mu życia w udręce, która nie ma końca, w relacji z odrzucającym Go człowiekiem. Bóg Wcielony realnie doświadczył na sobie tego wszystkiego. Ludzie zrealizowali to, co nosili w sercu jako swój stosunek do Boga, kiedy faktycznie Go zobaczyli. Odepchnięcie, krzyż, udręka odrzucenia, zaszczucie, szyderstwa i prześladowania – to materializacja tego, co się dzieje, gdy ludzie odrzucają wiarę. Ma to miejsce cały czas, gdy grzeszymy, czy choćby wypieramy się Boga – wówczas Go zabijamy. Jak cała bytność Boga, także Jego droga krzyżowa trwa w wieczności z powodu każdego z nas, bo Bóg nie zna czasu, ma tylko wieczność. U Niego nic nie przemija, także cierpienie. Niewiara, grzech, wyparcie się Boga zabijają Go. Wszystkie typy grzechu i zła znane z Pisma są także w każdym z nas z różną mocą i kształtem. Bóg może cierpieć, co samo w sobie jest czymś paradoksalnym. Dzieje się bowiem w relacji z ludźmi i nie dotyka Jego istoty, ale też nie da się od Niego rozdzielić. Cierpi w relacji, jak mąż oglądający zdrady ukochanej żony, jak ojciec patrzący z udręką na degenerację dzieci.
Stworzenie uczestniczy w cierpieniu Boga, a On nie pozostaje na to obojętny. Błogosławi osiem razy wszystkim cierpiącym, prześladowanym, a dobrym. Jest obecny w każdym ludzkim cierpieniu, staje się cichy ze względu na krzyczących, płacze z powodu krzywdzących, kocha tym mocniej z uwagi na nienawidzących. Im większy grzech, tym większą dobrocią odpowiada, reaguje na nią. Sam najbardziej cierpiał, ale się nie mścił; było Mu źle, ale nie stał się zły. Pozwala nawet, aby człowiek Go zabił, ale nie odwzajemnia agresji, nienawiści. Jego umieranie, agonia są dla nas więc darem, ofiarą. W słowach do Faustyny i Fra Elia wyjaśnia, że Jego spojrzenie z krzyża jest pełne miłości. Wtedy był odarty z własnej woli, absolutnie wrażliwy na dobro i zło drugiego, bezsilny i bezradny wobec niego, zdany na człowieka. To jest obraz Boga w relacji do świata, absolutnie zdanego na człowieka i bezbrzeżnie cierpiącego.
Trzeba ująć Mu bólu, samemu bez złości go znosząc, gdy trzeba. Należy przyjmować swoje krzyże w duchu pokoju, będąc gałązką Jego winnego krzewu. To nadaje życiu człowieka specyficzną powagę i wymiar ponad materialny i ponad doczesny.
To poddanie się Boga człowiekowi widzimy także w Jego nauczaniu skierowanym do swoich naśladowców. Chrystus nakazuje nie tylko – jak wpierw Jego Ojciec – nie kraść, ale poucza, aby dać się okraść, jeśli ma to służyć miłości. Każe nie tylko nie stosować przemocy, ale nawet takiej przemocy się poddać. Ba, paradoksalnie zaleca zachować w tym własną wolność i gdy ktoś nas przymusza, żeby z nim iść, należy iść jeszcze dalej, niż tego się od nas wymaga. Trzeba ustąpić, żeby zwyciężyć, nie poddać się złości, wygrać własną duszę, a może i jakoś zjednać tego drugiego, który nam narzuca jakieś zło. To przedziwna nauka, której człowiek by nie wymyślił.
Bóg stale okazuje pasywną akceptację poczynań człowieka, nawet jeśli kosztuje Go to życie. To prawda wspaniała i straszna zarazem, gdy uświadomimy sobie, że w naszych rękach znajduje się los Boga.
(11)
Ostateczna ofiara – ofiara Logosu
Samo stworzenie jest wielką ofiarą, ale nie ostatnią. Człowiek zrujnował samego siebie i poddany sobie wszechświat, naznaczając go występkiem, przemocą, agresją, fałszem, zdradą, upadkiem. Stał się opętanym dzieckiem diabła i jego naśladowcą w samozniszczeniu, w autoagresji. Zrujnowano dzieło Boże, zrujnowano raj, czyli pierwotny świat.
Największe dzieło Boga – połączenie nieba i ziemi, anioła i zwierzęcia, czyli człowiek – stało się połączeniem bydlęcia i bestii. Bóg jednak ciągle go kocha, ale los człowieka według praw Bożych jest przesądzony. Bóg pozostaje wierny swojemu słowu, nie może zmienić zdania (prawa), bo nie istnieje w czasie, więc zmiany Go nie dotyczą. Zapowiedział Adamowi i Ewie, że grzech skutkuje śmiercią, i to śmiercią w każdej postaci, w tym śmiercią za życia (utratą ludzkiej godności i pozycji wobec świata, pozycji – dodajmy – niemal boskiej, panowania nad światem) oraz śmiercią w wieczności, czyli odłączeniem dusz od Boga (Szeol). Tym sposobem ludzkość po grzechu odpadła od Boga i popadła w stan śmierci i kolejnych permanentnych grzechów.
Bóg jednak tworzy plan ratunkowy. Ratowanie ludzi jest konieczne, gdyż demon wykorzystał coś, co miało być ostrzeżeniem dotyczącym granic bezpiecznego życia dla ludzi (przykazanie) i skłonił ich do samobójstwa duchowego. Wyrok, od którego ratuje nas Chrystus, jest wyrokiem samego Boga, ustanowionym jako prawo dla ludzi jeszcze przed stworzeniem, a Bóg własnego słowa nie zmienia. To Prawo zostało zapisane w samym Bogu, stanowi treść Słowa (Logosu), Drugiej Osoby. Bóg jednak kocha ludzi i żal Mu naszego losu, nawet jeśli wybraliśmy odcięcie się od Niego, pogardę dla Jego słowa w grzechu, samowolę, bezczelność, arogancję, zło.
Jak więc można sprawić, aby Prawo zapisane w Bogu spełniło zarazem swoje uśmiercające działania, zachowując przy tym ludzi dla Boga zgodnie z Jego pierwotnym planem? Jest tylko jeden sposób. Bóg – nośnik tego Prawa – musi poświęcić sam siebie. Zgodnie z tym prawem Logos Wcielony, czyli obecny na świecie, złoży siebie w ofierze, zniszczy sam siebie dla uratowania ludzi. W ten sposób upada pierwotny wyrok, bo podstawa tego skazania poświęca sama siebie.
Wcielony Bóg, zamiast zostać królem tej ziemi, poszedł za swoimi poddanymi i dzieli z nami każdy rodzaj bólu; poszedł także do piekieł. Czy jest coś bardziej nieprawdopodobnego, jak wejście Boga do piekła? Nie może zupełnie zniszczyć piekła, bo nie On je zbudował. To dzieło demona i ludzi (w istocie stan bezbożności skutkujący cierpieniem i śmiercią). Po wcieleniu – jak każdy człowiek po śmierci – trafił pomiędzy odciętą od Boga ludzkość do Szeolu – Otchłani. Tam jednak stało się coś niezwykłego i paradoksalnego. Bóg wszedł w miejsce (stan) bez Boga, a to nie mogło Go utrzymać. Bóg wchodzi ze swoją obecnością do piekła i do ziemi piekielnej, do cierpienia i do grzechu, do miejsc bez siebie z definicji, wygrywa z definicją, logiką, ludzkim wyobrażeniem, dokonuje niemożliwego. Chrystus zmienił radykalnie stosunki w zaświatach. Korzystając z Jego obecności, gdy do Niego „przylgniemy” (termin teologiczny) w wierze, złączymy się też z Jego mocą, która osłania człowieka od słusznego wyroku. Piekła nie ma, gdy jest tam Bóg. Dlatego zbawienie to nie zniesienie wyroku śmierci dla ludzkości, która sieje nienawiść do Boga (grzech), bo niebo i ziemia przeminą, a Prawo nie przeminie. Jest to jednak niezwykła nowość, w ramach której Bóg swoją obecnością rozsadza piekło i otwiera jego bramy dla tych, którzy chcą do Niego przystać poprzez wiarę i połączenie z Nim losów. W ten sposób znosi skutki wyroku potępienia.
Bóg wcale nie musiał ratować ludzi, ale chciał. To znowu cierpienie Boga z wyboru, a nie z natury. Najpierw stworzenie, a potem ponowne stworzenie (regeneracja po upadku, naprawa) stanowią akty dobrowolnego cierpienia i ofiary Boga. Miłosierdzie przywraca do porządku sprawiedliwości, a z grzechu czyni wstęp do większego dobra. Felix culpa – „szczęśliwa wina” – pozostaje najgorszym złem, ale Bóg ludzkie zło wpisuje w swoje dobro, w którym to zło ginie, staje się nieistotne. Dokonuje się niemożliwe. Ukazuje się wszechmoc, która moderuje samą siebie. Usprawiedliwia człowieka, tzn. czyni go znowu sprawiedliwym. Bezsensowi wandalizmu grzechu dobudowuje własny sens.
To wszystko przypomina nam o czymś jeszcze: Bogu wolno być strasznym, bo najpierw był taki dla siebie. Przychodzi do nas jako Baranek, jako niemowlę, będące samą słodyczą. Skoro Go takim odrzucamy, reagujemy na Niego agresją, to samo otrzymujemy. Odrzucona superdobroć staje się supergniewem. Prawo zapisano nie tylko w Bogu, ale i we Wszechświecie. Wszechświat oddaje grzech w człowieka, czyhają na nas stworzenia, zwierzęta i mikroby zabijają nas bez ograniczeń. Zło grzechu wraca do człowieka ze straszną siłą już za życia na ziemi.
Jak zwykle w sprawach Boskich mamy dwie przeciwstawne zasady. Pierwszy obraz Boga to wizja Wybawiciela człowieka ratującego nas kosztem samego siebie i bezgranicznie tragicznego we wspólnocie/rodzinie z ludźmi. To Boska immanencja w jednym ze swoich aspektów. Drugi obraz to oderwanie Boga – transcendencja. Bóg pozostaje nieustannie i bezgranicznie szczęśliwy w relacji wewnętrznej i oderwaniu od stworzonego świata. Złożenie tych dwu obrazów daje jako taki początek do rozmyślań o Bogu.
Nie można nie dostrzec, że samo wcielenie było jakby drugim po stworzeniu aktem samoofiarowania się Boga. Przyjął On naturę człowieka w życiu ziemskim, doświadczył każdej małości i biedy właściwej ludziom. Śmierć krzyżowa jest jakby trzecim aktem tego ofiarowania, dopełnia go.
Bóg Wcielony jest ucieleśnieniem porządku świata; cierpi, gdy ten porządek jest naruszany. Dlatego współodczuwa wraz z każdym cierpiącym człowiekiem, jest ze swoją wrażliwością w każdym człowieku.
(12)
Ofiara w życiu człowieka
Gdybyśmy w skrócie chcieli uchwycić główną zasadę chrystianizmu to jest nią przezwyciężanie, przekraczanie. Absolut przezwycięża siebie i stwarza coś, do czego nie sięga (wolność człowieka). Bóg przezwycięża własny wyrok i zbawia człowieka. Istnienie wszechrzeczy jest nieustannym przezwyciężaniem nicości przez wysiłek sprawczy Boga. Przekraczanie siebie to nic innego jak ofiara z samego siebie.
Otwierając się na poznanie czegokolwiek, zapominamy o sobie, co jest ofiarą i przezwyciężaniem ciążenia do zapadnięcia się w siebie, jakie staje się udziałem samolubnych lub chorych wewnętrznie. Miłość to zwrócenie uwagi na kogoś poza sobą, to przekraczanie egoizmu. Duchowość, przemiana wiążą się z przekraczaniem dążenia zachowawczego, stagnacji, samozadowolenia. Praktycznie wszystko w chrześcijaństwie można opisać poprzez transcendencję.
Ludzie niezbyt zorientowani mylą przezwyciężanie z niszczeniem. Chrześcijanin przezwycięża grzeszny porządek, jaki narzuca mu się z racji życia w upadłym ciele na upadłym świecie. Wychodzi myślami i sercem w stronę transcendentnego Boga i Jego sprawiedliwości. Nie oznacza to jednak zupełnej negacji świata i ciała; chodzi o stwierdzenie, że trzeba je uznać za niewystarczające i sięgać po więcej i dalej. Przeciwnie dzieje się w kierunkach dualnych, gnostyckich, które traktują materię jako coś złego i wykazują się w stosunku do niej agresją.
Chrześcijanin przez całe życie jest zdolny się rozwijać, zmieniać, nawracać, ożywiać. Nigdy nie będziemy jako ludzie na tym świecie doskonali. Można nas kochać takimi, jakimi jesteśmy, a zarazem otwierać perspektywy wzrostu i doskonalenia. To łagodna propozycja Boga, który stawia nam zadania zapisane w esencji (w duszy), a jednocześnie nas nie odrzuca, jeśli im nie umiemy sprostać. Czasem trzeba wyjść z siebie, żeby siebie zrozumieć i być lepszym sobą. Mówiąc prościej, należy obiektywnie (jakby z boku) porównać się z innymi, aby odkryć własne zalety i wady. Zamiast tego wolimy fantazjować o własnej, bezgranicznej wielkości lub – w chwilach rozpaczy – o swojej bezmiernej biedzie.
Posłuszeństwo Bogu to przezwyciężanie egoizmu. Gdy przyjmuję zasady Boga, przezwyciężam egoizm rodzaju ludzkiego od czasów Adama i Ewy wybierającego buńczuczne samowładztwo. Teonomia, czyli poddanie Prawom Bożym, to także jedno z określeń chrześcijaństwa.
Każdy akt wiary przed Bogiem, taki jak modlitwa, rozważanie, pobożna lektura, ma wymiar ofiary. Oddajemy Bogu swój czas, a więc swoje życie. Asceza duchowa polega na oddaniu dodatkowo jakichś przyjemności w ofierze. W istocie każde oddanie Bogu czegokolwiek ze swojego życia, a mamy oddawać wszystko, jest ofiarą. Z kolei każda ofiara jest oddaniem czegoś.
Zadano jakże słuszne pytanie: Dlaczego coś raczej jest, niż nie jest, skoro nie być jest łatwiej? To odkrywa przed nami stały trud przezwyciężania nicości. Bóg pokonuje nicość jak mityczny Atlas podtrzymujący niebo, żeby nie spadło na ziemię i jej nie zniszczyło. Obawa nicości stanowi silne przeżycie właściwe ludziom żyjącym duchowo, którym dano doświadczenie niebytu jako groźby dla bytu.
Kiedy Bóg naucza, żeby zło dobrem zwyciężać, to jest to także porządek przekraczania, a nie niszczenia. Nie odpowiadamy złem na zło, gdyż przezwyciężamy narzucany nam sposób działania, wybieramy lepszy.
Bóg nakazuje nam zaprzeć się siebie, to także ofiara i przekraczanie. Nowe narodziny, przeradzanie się w kogoś nowego, przezwyciężanie własnych emocji, nawyków myślowych, przyzwyczajeń, komfortu („wychodzenie ze sfery komfortu”) – można mnożyć określenia, ale chodzi o to samo. Często określamy wiarę jako chodzenie po wodzie, zaufanie Bogu „w ciemno”. To także ofiara i przezwyciężanie własnego dotychczasowego punktu widzenia oraz, jak nam się wydaje, bezpiecznego i sprawdzonego spojrzenia na rzeczywistość.
W Zhuangzi jest wiele fragmentów o tym, że nie należy powstrzymywać przemian, np. nie należy rozpaczać z powodu śmierci kogoś bliskiego czy jakichś strat.
To podobna myśl, według której musimy uczestniczyć w zmianach, przezwyciężać swoje przyzwyczajenia i poddawać się temu, co niezależnie od nas przynosi życie. Jest to gotowość na samoofiarowanie się, na krzyż.
Nawet uczestniczenie z innymi ludźmi we wspólnotach, takich jak rodzina, społeczności lokalne, narody, kościoły i inne, to rodzaj przekraczania siebie. Poświęcam swój egoistyczny interes oraz wygodę dla dobra czegoś większego i ważniejszego niż ja sam. Takim ostatecznym związkiem jest komunia z Bogiem, uczestniczenie w Jego Królestwie.
Raz wybrawszy większe dobro, stale wybierać musimy. Kto przykładowo został małżonkiem, codziennie musi potwierdzać udział w swojej rodzinie poprzez niekończące się poświęcenia dla niej, w tym także przezwyciężanie chęci odejścia czy jakichś destruktywnych zachowań.
Jak widać, poświęcenie, przekraczanie, ofiara to droga do większego dobra. To budowanie czegoś większego od samego siebie, w czym mogę uczestniczyć. To naśladowanie Boga i istota chrystianizmu. Żyjąc na tym świecie, nieustannie muszę przezwyciężać różne egoistyczne pokusy, aby żyć dobrze. Żeby być silnym, trzeba przekraczać swoje słabości. Rozumie to każdy, kto cokolwiek osiągnął. Silni ludzie to nie tacy, którzy zniszczyli swoje niedomagania, tylko tacy, którzy POMIMO nich potrafili czegoś dokonać. Owo „pomimo” jest stałym elementem życia chrześcijańskiego na tym świecie. Jestem chrześcijaninem dopiero wtedy, gdy coś poświęcam dla swojej wiary. Wartość czegokolwiek w życiu człowieka mierzy się według tego, ile go to kosztowało.
Dzisiejsi słabi i wygodni ludzie Zachodu tego nie rozumieją. Z powodu odkrycia w sobie niedomagań biegają na terapie do psychoanalityków, żeby eliminować swoje słabe strony, co jeszcze pogłębia ich problemy. Tymczasem silni ludzie to tacy, którzy przekraczają swoje niemożności. Gdy byłem młodym człowiekiem i zobaczyłem pracę zawodowego prawnika, byłem po prostu przestraszony tym, jak potrafi być trudna. Wielu ludzi wobec takiej perspektywy rezygnuje z rozwoju, wysiłku. Co do mnie, to po prostu poszedłem drogą nauki i wzrostu niejako w ciemność, w nieznane i udało się, choć kosztowało to mnie naprawdę wiele. Podobnie jest ze wszystkim, co w życiu ważne. Chrześcijanin nie jest sam wobec takiego nieznanego, bo ma Boga. Wierzyć to znaczy opierać się nie na sobie (przekraczanie), tylko na Bogu. Bez wiary w Boga nie dokonałbym wielu rzeczy, wyhamowałyby mnie emocje własne. Z Bogiem człowiek jest nie do powstrzymania. Przekraczanie siebie, wejście w nieznane okazuje się o wiele łatwiejsze z Bogiem.
Stworzenie świata było cudem, czymś niepojmowalnym. Może dlatego są takie chwile w życiu człowieka, kiedy przekraczając siebie, musimy jakby sami dokonywać cudów – zdobyć się na odwagę, brawurę, samozaparcie. Musimy dokonać czegoś, co się wydaje niemożliwe, wspinać się na szklane góry. Zwykle, gdy chcemy zrobić coś ciekawego, zaczynają się problemy, komplikacje, nagle piętrzą się przeciwności. Nawet w drodze duchowej napotykamy na wiele przeciwności; święci doznawali odrzucenia i wielu cierpień. Bóg to dopuszcza, gdyż jest to przekraczanie naszych niemożności, ludzkich granic. To swoisty cud naszego życia. Bóg oczekuje niemożliwego, bo sam czegoś takiego dokonał i stale dokonuje. Życie jest próbą dzielności, która polega na nieuleganiu przeciwnościom.
Ostatnim przekroczeniem siebie jest śmierć – koniec życia na świecie, narodziny dla nieba. Katolicy modlą się czasem o dobrą śmierć. Dla mnie odpowiedź na majestat śmierci stanowi wiara w obietnice Zbawiciela, że nie pozostawi swoich wiernych w zaświatach i przyjmie ich do siebie.
Dla miłości Boga rezygnujemy z przyjemności ziemskich, i to ze wszystkich, bo przecież umieramy i idziemy przed Jego tron. Umieranie tutaj jest narodzeniem tam. Boimy się przejścia, zmiany, nieznanego, a powinniśmy się cieszyć. Ludzie biedni nie wiążą się ze światem, bo nie mają z czym. Pogodniej przyjmują śmierć. Ludzie zamożni i przyzwyczajeni do przyjemności światowych boją się umierać. Świat materialny jest jak ser dla myszy – może być dobrem, gdy się go używa z ostrożnością, ale nierzadko bywa pułapką i to bardzo niebezpieczną. Każda chwila naszego życia jest nieustającym umieraniem i odradzaniem się do nowego życia, nowej sytuacji, nowych spraw. To nas uczy, aby się nie bać, ale z nadzieją, wiarą i miłością oczekiwać spotkania ze Stwórcą. Nasza duchowość, modlitwa, medytacja, uczynki pobożne są swego rodzaju oswajaniem śmierci, a ta jest ofiarą, oddaniem się Bogu. Gdy zajmujemy się sprawami wiary, wychodzimy poza świat, a nasze dusze w szczególny sposób adorują Boga. Wyjście poza świat jest rodzajem dobrej śmierci, narodzin dla Boga. Zwykle życiu na świecie oddajemy dni, a śmierci – wieczory. Niektórzy mnisi tradycyjnie nie mieli łóżek, tylko spali w trumnach. Nie ma w tym żadnej makabry, ale spokojne oczekiwanie nieuniknionego. Na starych ikonach Dzieciątko leży w żłóbku, który wygląda jak trumna. To wszystko przypomina nam, że żyjemy po to, aby umrzeć, wcześniej za życia wykształciwszy gotowość na spotkanie Boga.
Poświęcenie, ofiarność są rodzajem dobrego szaleństwa. Im dłużej uczę się rozumności, tym lepiej rozumiem potrzebę szaleństwa. Racjonalne myślenie, logiczne kalkulacje… Jaki jest ich ostateczny sens? Czy Judasz nie był szczytem racjonalności, kiedy na stryczku zakończył swoje duchowe cierpienia tego życia? Pewnie tak. Jednak jak się okazuje, wszystkie takie po ludzku sensowne rozważania mogą zaprowadzić nas do podobnych katastrofalnych wniosków.
Żyjąc i chodząc po świecie, wykazujemy się tym szaleństwem, które jest spoglądaniem poza proste logiki zdarzeń światowych. Wierząc i kochając Boga, przekraczamy proste obrachunki swoich zysków i strat doczesnych (dobro i zło), stajemy ponad nimi, ponad samymi sobą. To jest nieodrodny nam wymiar szaleństwa nadziei, która przekracza rzeczywistości ziemskie, a jedynym jej źródłem może być tylko Bóg. Bez Niego nie da się żyć. Dzisiejszy Zachód obnosi się ze swoim „racjonalizmem”, którego wyrazem jest aborcja, mordowanie staruszków, wcześniej zbrodnie nazistów i bolszewików, dzisiaj nierzadko ludożerstwo w przetwarzaniu abortowanych dzieci na dodatki do kosmetyków i żywności. Taki racjonalizm dostrzega tylko chwilowe konsekwencje, nie chce widzieć tych wiecznych. Trzeba go przekroczyć w szaleństwie krzyża, ciemności wiary, wreszcie w najpiękniejszym z szaleństw – w miłości.
5. Duchowość ognia
(1)
Ogień z nieba
W dniu pięćdziesiątnicy ogień zstąpił z nieba na apostołów. Był to Duch Święty, który w niespotykany wcześniej sposób zaczął działać poprzez chrześcijan. Przybrał widoczny obraz ognia.
Był to jakby jeden ogień w językach. Ogień to żywioł. Jest taki sam na całym świecie. Ogień z nieba połączył sobą ludzi. To nauka, jak powstaje rzeczywista wspólnota wiernych. Nie przez instytucje, kodeksy, komisje, urzędników kościelnych – to wszystko wtórne doczesne manifestacje. Właściwa wspólnota polega na byciu w jednym Ogniu, byciu jednego Ducha i jednego serca.
Języki podzieliły nas na poszczególnych wyznawców. Ogień z nieba uzdolnił ich, aby z całej siły wołać o miłość Boga, całym sobą uwielbiać i wysławiać Boga. Ogień stał się dla nich nowym zapałem (też ognisty termin) do głoszenia chwały Boga. Ten ognisty zapał doskonale wypełnił przykazanie miłości Boga, bo ludzie ci całym sercem, duchem i umysłem Go wychwalali.
Bóg nazywa wyznawcę lampą, której nie stawia się pod koszykiem. Lampa ma świecić, oświecać. Jej istotą jest ogień. Doskonałym tego przykładem byli uczniowie w czasie wylania Ducha Świętego. Lampa świeci ogniem składanej z siebie ofiary.
(2)
Ogień ofiary i oczyszczenia
Cała rzeczywistość niesie w sobie odbicie spraw duchowych. Ogień fizyczny w pierwotnym ludzkim myśleniu był narzędziem uduchowienia. Do ognia wkładało się przedmiot, który w nim znikał, tracił swoją uchwytną materialność, po czym unosił się do nieba dym, który zanosił na wysokości do Boga spalone ofiary. Dlatego ofiary dla Boga palono. Było to posłanie ich do nieba i Nieba. Ogień ma więc wymiar ofiarny i zdolność przekształcania tego, co fizyczne, w to, co duchowe.
Ogień oczyszcza – metale oczyszcza się przez podgrzanie i w fazie płynnej usuwa się z nich zanieczyszczenia. Bóg zapowiada, że w ogniu oczyszcza swoje złoto, swoje skarby, swoich bliskich – wiernych. Nasze życie jest bowiem w całości samoofiarowaniem się Bogu. Chwile oschłości, próby, utrapienia wyrywają nas z błogostanu i odrętwienia, żeby w godzinie trwogi tym goręcej pragnąć Boga. Ogień bólu pobudza ogień wielbienia. Ten pierwszy przemija, ten drugi jest wieczny. Lampa staje się lampą dzięki oczyszczeniu.
Ogień oczyszcza srebro duszy. Taka zmiana nie zawsze jest przyjemna. Czasem coś w nas musi spłonąć. To boli i przyzywa do żalu za swoją złą przeszłość. Czasem wręcz rozbija całą wewnętrzną konstrukcję człowieka. Jest to doświadczenie ozdrowieńczej śmierci, po której następuje zmartwychwstanie. Trzeba się na to także zgadzać. Można to nazywać nocą albo pozytywną dezintegracją, jak kto woli. To po prostu stopniowe umieranie starego człowieka w spotkaniu z doskonałością Jezusa Chrystusa. To czasem ból, niekiedy tylko płacz, kiedy zrozumiem, jak krzywdziłem Boga, innych i siebie swoją postawą, czynem oraz zaniedbaniem. To czasem wejście w świadomość nagromadzonego w sobie zła, żeby je odrzucić aktem rozumu i woli, wyrzec się ich.
(3)
Ogień wiary
Bóg właśnie przez ogień objawił się Mojżeszowi i Izraelitom. Ogień z nieba wspomógł Eliasza i strawił jego ofiarę na przekór 500 prorokom odstępstwa religijnego. „Mane, Mane, Tekel, Fares” – ogniste litery na ścianie przepowiedziały zgubę złemu królowi. Bóg chętnie ukazuje się poprzez ogień.
Ogień to symbol życia i przemian, np. ogień Heraklita nieustająco buzujący jako najpierwotniejsza zasada wszechrzeczy. Ogień to także symbol domu, schronienia. Żydzi ponoć nigdy nie gasili swoich lamp w domach. Ogień oznaczał życie w domu. Ogień ogniska nocą oddzielał bezpieczne miejsce człowieka od chaosu, mroku i dzikich zwierząt. Ognisko domowe zbliża ludzi do siebie, jest centrum domu, rodziny, miłości.
„Płonąc z emocji”, „palić się do czegoś” – nasz język pięknie dotyka żaru uczuć. Dostaliśmy Ducha na chrzcie i bierzmowaniu, niektórzy odnowili swoją dyspozycję w modlitwach odnowy charyzmatycznej. Ogień po prostu w nas jest. Odkrywanie tego białego ognia zapału Dnia Pięćdziesiątnicy to odkrywanie swojej wiary i samego siebie w najgłębszej naturze dziecka Bożego. Ten ogień pulsuje w każdym z nas, choć nie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę.
(4)
Piekło
Ogień z nieba spalił Sodomę i Gomorę. Ta moc, ta energia ma dwie strony – życiodajną i niszczycielską, a człowiek sam wybiera, co otrzymuje.
„Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść; ujarzmiłeś mnie i przemogłeś. Stałem się codziennym pośmiewiskiem, wszyscy mi urągają. Albowiem ilekroć mam zabierać głos, muszę obwieszczać: Gwałt i ruina! Tak, słowo Pańskie stało się dla mnie codzienną zniewagą i pośmiewiskiem. I powiedziałem sobie: Nie będę Go już wspominał ani mówił w Jego imię! Ale wtedy zaczął trawić moje serce jakby ogień, nurtujący w moim ciele. Czyniłem wysiłki, by go stłumić, lecz nie potrafiłem” (Jr 20, 7–9).
Ogień piekła to nie straszak na zacofanych, ale przerażająca rzeczywistość wieczności wielu ludzi nieposłusznych Bogu. Tak sobie myślę, że to jest ten sam ogień wiary każdemu ofiarowanej przez Boga w momencie narodzin. Wszak ból piekła to ból łuku, który napięto, ale on nie wystrzelił. To ból powstrzymania w sobie dobra, niedopuszczenia do jego ekspresji. Ogień i moc wielbienia Boga zatrzymane w sobie palą człowieka żywym ogniem. Napełniają go bólem buntu, niewdzięczności, powstrzymania miłości.
Bóg tego nie stworzył, On dał nam czysty, biały ogień gorliwości (znowu coś „gore”) w miłości, wierze, uwielbieniu. Ogień kochania, ofiarowania, oświecenia. Człowiek sam go zamienia na ogień cierpienia, choć wcale nie musi. Gdy piec oddaje swoje ciepło do domu poprzez instalację grzewczą, to wszystko jest w porządku. Jeśli ten piec okazuje się egoistą i nie chce być ciepły dla innych, zachowując swoje gorąco tylko dla siebie, to ono go rozrywa, topi, niszczy. Podobnie jest z ludźmi. Gdy są dobrzy dla innych i wdzięczni Bogu, zachowują dobrą kondycję; gdy zaś zamykają się w sobie ze swoim dobrem i żałują go Stwórcy i innym, to ich wewnętrznie pali i rozrywa.
W Indiach tapas to żar, gorąco, jakie powstaje pod wpływem ofiarowania siebie w ascezie. Według Nasadiya Sukta to właśnie poprzez tapas powstał świat. Ofiara, asceza – ich ciepło podtrzymuje istnienie świata. W naszych czasach wiara, asceza, ofiara zanikają. Bóg gotów był powstrzymać ogień spadający na miasto grzechu – Sodomę, jeśli mieszkaliby tam choćby nieliczni ludzie wykazujący się ogniem wiary i prawości. Takich jednak nie było. Podobny problem staje przed naszymi czasami, kiedy cały świat zamienił się w Sodomę i żaden wierny Abraham już się z Bogiem nie targuje o jej losy.
Wiara pobożnych i prawych ludzi oddalała od świata sprawiedliwość, na jaką zasługuje on od pierwszego grzechu Adama i Ewy. Jej zanik to otwarcie drogi zniszczeniu. Już to widać. Wstrząśnięte żywioły ognia (upały i pożary), wody (ulewy i powodzie), przyroda ożywiona (chorobotwórcze mikroby, szarańcza) powstają przeciwko człowiekowi, jak sam sobie tego życzy swoim uporem w grzechu, który sprowadza na nas śmierć. Jeśli dołączy żywioł ziemi i zaczną się jej trzęsienia, tsunami, wybuchy wulkanów, padające meteory, to nic już nie uratuje tego świata.
(5)
Każda komórka ludzkiego ciała jest piecem i silnikiem, w którym pali się ogień, dzięki któremu żyjemy. Życie samo w sobie to pewien rodzaj ognia. Ogień to czysta energia, moc, która jest podstawowym żywiołem tworzącym rzeczywistość. Ogień to przemiany, życie.
Pierwszy Poruszyciel nadał światu istnienie, poruszając jego przemiany. Ich obrazem jest płomień Heraklita. Działanie Boże (z grecka: energia) jest tworzywem wszechrzeczy. Odmowa życia według Boga, zamykanie w sobie wewnętrznego ognia to śmierć.
6. Wiara
(1)
Wiara to poznawanie Boga i siebie, czyli poznawanie różnicy, Jego chwały i własnej marności.
„† Będę mówił każdego dnia. Chcę, żebyś zawsze pragnęła rozmowy ze Mną.
– Ja jej pragnę, ale wstydzę się mojej małości, bo nie jestem godna. Widzę swoje wady, a nie potrafię ich pokonać.
Tyle już powiedziałeś, a tak mało zmieniło się we mnie.
† Zmieniło się dużo, choć wiele pozostało. Każdy z ludzi, także najwięksi święci, walczyli ze swymi małościami. I ciągle mieli co robić – do śmierci.
Postęp polega także na tym, że widzisz coraz wyraźniej.
To widzenie i to udręczenie własną nędzą jest postępem. Przeciwieństwem tego jest ślepota i samozadowolenie” (Jezus Chrystus do Alicji Lenczewskiej, A. Lenczewska, Świadectwo, 89, sb. 24 V 86, godz. 8:30).
(2)
Kolana narzędziem poznania
We wstępie do Sumy teologicznej wydrukowano List Ojca Świętego Pawła VI z okazji 700-lecia śmierci św. Tomasza z Akwinu. W piśmie tym czytamy:
„12. Św. Tomasz, chociaż bystrością w dociekaniu prawdy wzniósł się na najwyższe szczyty rozumu ludzkiego, wobec wzniosłych i niewysłowionych tajemnic wiary zachował się jak dziecię: klęcząc przed wizerunkiem Chrystusa ukrzyżowanego lub u stóp ołtarza, prosił o światło dla umysłu i czystość serca, bo jedno i drugie jest niezbędne dla jasnego wglądu w tajemnice Boże (Suma Teol. 2–2. 8, 7. [t. 15, s. 105–6]). Przyznawał, że wiedzę swą zdobył bardziej dzięki modlitwie niż przez studia” (Guil de Tocco, dz. cyt., rozdz. 31; p. J. Pieper, Einführung zu Thomas von Aquin, Munich 1958, s. 172 i n.).
Kolana do klęczenia mamy wszyscy jednakowe. Bogaci, biedni, mądrzy i jeszcze nie, kształceni i niekształceni. Pan Bóg jest sprawiedliwy, nikomu nie odebrał tej wielkiej władzy i możliwości uklęknięcia przed Nim dla Jego lepszego poznania, zrozumienia. Na kolanach widzimy sprawy Boże z jedynej właściwej perspektywy, która daje nam odpowiedni w nie wgląd, tę zbawczą wiedzę, pozwalającą nam właściwie wybierać, pojmować itd.
Sam rozum przetwarza jedynie informacje – dzięki jego na siłę autonomicznej, wyjętej z reszty człowieczeństwa logice wielu już zeszło na manowce, cała nasza przeuczona. Ale rozum na kolanach to potężna siła. Rozum zbiera i przetwarza informacje. W przypadku niektórych potrafi z informacji uczynić wiedzę, logicznie je ułożyć. Kolana wnoszą jednak do rozumu i wiedzy pewien nadprzyrodzony porządek, właściwe hierarchie, dają mądrość. Można niewiele wiedzieć, ale być mądrym, o ile używa się kolan.
(3)
„Zasługa wiary polega na tym, że człowiek wierzy[,] choć nie wie[,] choć nawet rozum mówi mu co innego” (Jezus Chrystus do Alicji Lenczewskiej, A. Lenczewska, Świadectwo, 59, sb. 26 IV 86, godz. 6:30).
(4)
Wiara – niektóre rodzaje
Wiara intelektualna. Rozumnie myślący człowiek docenia wartość i unikalność Ewangelii, z czasem zwraca się nie ku słowom, ale ku temu, kto je wypowiedział, czyli ku Bogu. To docenianie wartości społecznej i metafizycznej Ewangelii. Ten typ wiary jest bardzo popularny, bywa ona szczera i wartościowa. Skupia się na skutkach wiary dla ludzi i dlatego nieufnie traktuje się w jej ramach sprawy autentycznie duchowe, obrzędy religijne, prawa religijne. Człowiek tak wierzący potrzebuje rozwoju w stronę pracy serca i mistyki, doświadczenia żywej obecności Boga. Zagrożeniem dla tego typu wiary jest zastąpienie Żywego Boga jego ideą, wyobrażeniem.
Wiara mirakularna. Opiera się na oglądzie dzieł Bożych w postaci cudów. Ma zwykle wymiar bardzo emocjonalny i potrafi gasnąć razem z emocjami. Winna być rozwijana i utrwalana intelektualnie oraz duchowo. Może stać się poszukiwaniem wciąż nowych sensacji i podniet albo się zwyczajnie znudzić.
Wiara entuzjastyczna. Akcentuje radość przeżywania wiary, zwłaszcza w formach wspólnotowych, nasyconych budującym i radosnym przekazem emocjonalnym. Zagrożeniem jest pomylenie łączności z Bogiem (wiary) z łącznością wyłącznie z grupą wiernych.
Fideizm. Skupienie na sprawach objawianych z pominięciem rozumu. Nadmiar zaufania dla ludzi będących pośrednikami w wierze. Potrzebuje solidnej podbudowy studium w zakresie rozeznania. Jej zagrożeniem jest popadanie w skrajność poglądów i ocen. Łatwo ulega manipulacji i popada w agresję. To inaczej fanatyzm, zaślepienie sprawami wiary ze szkodą dla miłości, prawdy, rozwagi.
Wiara radykalna. Radix to korzeń. Taka wiara jest ugruntowana i doświadczona, niewzruszona, ale i spokojna. Nie liczy się z problemami i konsekwencjami wierności. Staje się wiarą heroiczną w przypadku trudnych doświadczeń.
Wiara mistyczna. To przebywanie w obecności Boga. Potężne doświadczenie zwykle powiązane z intensywną pracą duchową, modlitwą, nauką, rozważaniem.
(5)
Wiara a religia
Dzisiaj mówimy o wierze jako o całokształcie związku z Bogiem. W tym rozumieniu wiara nabiera szerokiego egzystencjalnie charakteru. Mówimy po polsku o wierzących, wiernych, aby nazwać osoby pozostające w żywym związku z Bogiem. Tym samym wiara nabiera także cech miłości duchowej agape.
W tym kontekście religia jest empiryczną, niejako materialną warstwą życia wiary. Według dzisiejszych pojęć, zwłaszcza religioznawstwa, religia to w zasadzie obyczajowość wiary. Ta obyczajowość stanowi nieodłączną dla życia ludzkiego ekspresję wiary i nadaje jej wymiar wspólnotowy, gdyż religia zawsze jest wspólnotowa. Jednakże zauważa się też, że sama religijność i skupienie się na obyczajowości religijnej i jej wspólnotowości jako na ostatecznych sprawach może być zjawiskiem problematycznym. Zdarza się, że stanowi nawet zaprzeczenie wiary, jeżeli odwraca serce od Boga, a kieruje na ludzi, którzy usiłują tego Boga zastąpić samymi sobą.
Wiara bez religii może łatwo stać się jak pociąg, który wypadł z torów. Pomoc i prowadzenie wspólnoty oraz jej autorytetów są bowiem dla człowieka nieomal niezbędne. Z kolei religia bez wiary staje się we wrogim otoczeniu sekciarstwem, które nierzadko popada w fanatyzm, fideizm i fundamentalizm, co zawsze okazuje się nienawistne człowiekowi. Religia nie powinna przesłaniać Boga. Chrystus poświęcił dyskusji z tą patologią bodaj najwięcej uwagi w czasie swojej działalności, gdy był nieustannie atakowany przez faryzeuszy i uczonych w Piśmie bezwarunkowo strzegących zwyczajów swojej religii i przyzwyczajeń oraz nauczania, które zapewniało im pozycję społeczną i pieniądze. Wiara zawsze dąży do przeżywania we wspólnocie, czyli wytwarza religie. Jednak religia wymaga, aby ją przekraczać, gdyż jest to zjawisko świata materialnego. Dopiero, gdy potrafimy je przezwyciężyć, ale nie zniszczyć, tylko wypełnić właściwym duchem, staje się przewodniczką wiary. Wiara, czyli pobożność czy bycie sprawiedliwym w rozumieniu Starego Testamentu, jest celem. Nie stanowi go natomiast religia jako taka, ona jest bowiem środkiem.
(6)
Charyzmatycy, liturgiści, teolodzy i mistycy
„Będziesz miłował Pana, swego Boga, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą” (Mk 12, 30).
W życiu duchowym wiary można wskazać cztery istotne elementy. Są to liturgia, mistyka, profetyzm, rozum. Ludzie wierzący dzielą się także na niepisane stronnictwa, które pozostają ze sobą w skomplikowanych relacjach.
„Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem (…)”.
Sercem w Biblii myśli się, przeżywa; ono jest początkiem postępowania. To centrum, z którego pochodzi aktywność emocji i czynów. Kochać całym sercem to kochać „serdecznie”, radośnie i czynnie. Oddać komuś serce to poświęcić mu życie, wstawać rano i brać się za życie z Bogiem w sercu. To uczyć się, pracować, poświęcać. To zanosić potrzeby serca, swoje życiowe niedostatki w aktach wiary. Serdeczne zjednoczenie, być „jednego serca” z Bogiem to czuć i czynić to, czego On pragnie. Serdeczna wieź z Bogiem to po prostu dobre życie. Jedną z podstawowych manifestacji wiary jest udział w liturgii, obrządkach, modlitwie i swojej codziennej pracy, która stanowi liturgię życia. Większość z nas jest takimi liturgistami – robotnikami winnicy Bożej. Niewiele zajmujemy się teologią, mistyką czy apostolatem. Po prostu żyjemy dla Boga, okazując wiarę przez przypisane obrządki wspólnotowe i samodzielne. Ryty mają silny rys emocjonalny, wspólnotowy.
Liturgiści to ludzie uczuciowi, dla których serdeczność jest dowodem dobra. Niektórzy mówią o nich, że są prości. Śmieją się, że liturgiści nie mają wiele talentów, że proste przywiązanie i czucie ma im zastąpić zmysł moralizatorski, rozbudowaną rozumność oraz talenty prorockie i mistyczne. Ciekawe, że to jednak właśnie takim objawił się Bóg: pasterzom, rybakom, robotnikom… i urodził się jako jeden z nich.
Liturgia i sakramenty zaczęły się od chrztów i Ostatniej Wieczerzy, ale ich rozwój był najdłuższy. Kościół z początku raczej odcinał się od znanych religiom naturalnym pojęć (o czym gdzieś czytałem), takich jak świątynia – budynek i instytucja. Kościół był rozumiany jako zgromadzenie wiernych, a nie budynek. Czas zrobił swoje. Jak każda religia także i chrystianizm wytworzył potrzebę konserwacji przeszłości, utrwalenia tego, co nie powinno zniknąć. Taką rolę spełniają utrwalone obrzędy, towarzyszący im archaiczny, wymarły język itp. Wymurowany gmach świątynny staje się skarbcem pamięci o prawdach wiary przekazywanych poprzez ryty, księgi, obrazy. Strażnikiem rytów i pamięci jest stan kapłański. Chrześcijaństwo z czasem musiało to wszystko wytworzyć. Właśnie z czasem, kiedy posiadło już jakąś przeszłość.
Zalety. Ryt to stały punkt oparcia w przemijaniu. Wspólne akty konstytuują wspólnotę wiernych wraz z przeszłymi pokoleniami. Ryt stanowi o istnieniu religii.
Wady. Koncentruje się na wymiarze fizykalnym i de facto nie wymaga wiary. Wielu kapłanów żyje tak, jakby Boga nie było. Korzystają z tego, że mają zapewniony spokojny byt na wzór urzędników i usługodawców. Emocjonalizm może przybierać postać egzaltacji.
„(…) całą swoją duszą (…)”
Czasem mówimy, ktoś kocha coś z całej duszy, czyli całym swoim jestestwem. Dusza jest w człowieku najgłębszym źródłem życia. Biblia niewiele o niej mówi, a na dodatek w różnych okresach odmiennie ją rozumiano. W żyjącym człowieku to najgłębszy pokład egzystencji, najcenniejsza część człowieka, na której nie wolno ponosić szkód. To też element metafizyczny w człowieku. Mistyk koncentruje się na metafizyce, na sprawach duszy.
Mistycyzm zawsze znajduje się nieco z boku. Życie mistyczne zatopione jest w wieczności. Odrywa się od reszty świata, żeby adorować to, co niezmienne.
Zalety. Relacja ze sferą ducha jest żywa.
Zaburzenia. Podobnie jak u profetów iluminizm. Niewysławialność doświadczenia mistycznego może doprowadzić do irracjonalizmu i odrzucenia rozsądku. Irracjonalizm skazuje na głupotę i dowolność w wyznawanej wierze. Pokuta może przybierać formy teatralne, jak biczownictwo w średniowieczu.
„(…) i całym swoim umysłem (…)”
Teolog nieustannie myśli o Bogu, napełnia Nim swój umysł, pamięć. Rozważa najróżniejsze zagadnienia wiary, dochodzi do odpowiedzi, poszukuje nowych horyzontów myśli. To wiara wyrażana przez słowa i poddana rygorom logicznym – teologia. Początki refleksji nad nią to bodaj święta gnoza u św. Klemensa i aleksandryjczyków, wyrosła pod wpływem kontaktu z pogańskimi filozofiami. Racjonalność używa logiki i teorii poznania oraz wszelkich narzędzi filozofii.
Zalety. Gromadzi i porządkuje dane związane z wiarą. Zapewnia jej niesprzeczność, eliminuje nadużycia. Typowe postępowanie władzy duchowej wyraża się w odrzucaniu błędnych intuicji.
Wady. Koncentruje się na warstwie ziemskiej i fizycznej (wiedza). Właściwie w ogóle nie wymaga wiary, można być niezłym w teologii, de facto nie wierząc.
„(…) całą swoją mocą (…)”
Prorok – charyzmatyk potrzebuje nie tylko całej swojej mocy, ale i mocy Boga, z którą się jednoczy. Podstawą tego powołania jest moc – moc słowa i moc władzy (a razem autorytetu).
Z początku Kościół był prawie wyłącznie prorocki. Profetyzm oznacza przepowiadanie. Odnosi się do przyszłości i nią się interesuje. To także rodzaj duchowości, gdzie Moc Boża, Duch Święty i Jego łaski mają najistotniejsze znaczenie. Obecnie profetyzm najsilniej jest uprawiany w ruchach nowej ewangelizacji, w najczystszej postaci wśród charyzmatyków. Prorokami są także te jednostki, które – jak św. Faustyna i prorocy starotestamentowi – mają coś do przekazania od Boga.
Zalety. Profetyzm jest niesłychanie żywy. Nie można być profetycznym bez wiary. Buduje na metafizyce.
Zaburzenia. Profeci bywają zarozumiali i potrafią oprzeć całe życie religijne na charyzmatach. Jest to błędne. Gubią się w prawdziwych i wydumanych natchnieniach, gdy budują tylko na nich. W końcu stają się niewiarygodni, dowolni, popadają w iluminizm, czyli zaufanie jedynie do własnych natchnień duchowych, których jednak nie potrafią rozsądnie weryfikować.
Te cztery wymiary wiary pozostają w dynamicznej relacji. Ryt i profetyzm odnoszą się do zupełnie różnych czasów, a mianowicie przeszłości i przyszłości. Stoją więc w naturalnej opozycji. Mistyka obywa się bez słów (teologia apofatyczna), podczas gdy racjonalna teologia nie ma niczego prócz słów. Stoją zatem w opozycji. Ryt i świątynia przyczyniły się do powstania szkół przyświątynnych, stały się więc centrami racjonalizmu i teologii. Razem tworzą doczesny odłam życia Kościoła. Prefetyzm i mistyka stoją w opozycji do stosunku do świata zewnętrznego. Profeci z definicji idą do ludzi, mistycy od nich uciekają. Razem stanowią odłam metafizyczny. Liturgikom blisko do teologów, bo łączy ich fizyczność praktyki oraz instytucja szkoły. Blisko im też do mistyków, bo mistyka może być sakramentalna, wspólnotowa. Profetom blisko do teologów, bo używają słów, a także do mistyków, ponieważ czerpią z metafizyki. Profeci oczekują i doznają cudów. Racjonaliści bywają wręcz uczuleni na „wiarę mirakularną”.
Można to rozrysować jako krzyż – na jednej belce zostaną sobie przeciwstawieni profeci i liturgicy, na drugiej – mistycy i racjonaliści.
Poetycko przypomina mi to cztery elementy dawnych filozofii:
• profeci to wiatr, moc to żywioł powietrza, stały pęd,
• mistycy to woda, to doświadczenia łączności, przeżycia oceaniczne; woda jest jedna, nie zmienia tego rozbicie na krople; woda wszystko przenika,
• racjonaliści to ogień, który oczyszcza, wypala, odrzuca śmieci,
• liturgicy to ziemia, która gromadzi i ukrywa przeszłość, która tworzy się z pozostałości i pyłu nawianego przez wieki.
Piąty element, czyli kwintesencja (dosłownie „piąty pierwiastek”), stanowi miłość. Kiedy ona jest, wszystko jest na swoim miejscu. Kiedy jej nie ma, wkraczają demony.
Wszyscy jesteśmy powołani do wszystkich tych postaci wiary i potrzebujemy ich w różnych proporcjach dla życia w wierze. Każdy jednak w swoim życiu posiada jakiś dominujący kierunek. Ograniczony czasowo i życiowo człowiek stale musi wybierać, idąc za swoją daną od Boga naturą. Inaczej przeżywają wiarę liturgista, mistyk, teolog i prorok. Szatan jest tym, który rozdziela to, co powinno być razem. Skłóca i nastawia przeciw sobie liturgistę, mistyka, teologa i proroka. Dlaczego? Bo bez siebie zginą.
Wyobcowany liturgista pogrąży się w dobrych czynach i obrządkach, ale w końcu zapomni dlaczego i po co to robi. Widzimy teraz w Polsce, jak wyludniają się kościoły. Odchodzą ludzie, którym potrzeba było teologii, mocy i odrobiny mistyki. Nie doczekali się. Same obrządki nie wystarczyły.
Obrażony teolog zacznie wymyślać nieżyciowe, nieprawdziwe teologie tylko po to, aby być oryginalnym i wpływowym. Pogrąży się w pysze wiedzy i z góry będzie spoglądał na „prostych”. Skończy w swoich fantazjach gdzieś daleko od Kościoła. Coś niedobrego dzieje się z teologami naszych czasów. Brakuje im bowiem tej łączności z resztą Kościoła, z żywą wiarą.
Mistyk skupiony wyłącznie na mistyce przestanie rozróżniać natchnienia, ale będzie je intensyfikować i opierać na nich swoje dobre mniemanie. Dzieje się to w tych nowych ruchach jakoby mistycznych, np. w WCCM czy w odnowie kontemplacyjnej. Jakoś szybko odpadają od wiary i pogrążają się we wpływach mistycyzmu naturalnego z Dalekiego Wschodu.
Oszalały i wyobcowany prorok – charyzmatyk będzie jak niektórzy zielonoświątkowcy porzucał wszelkie formy liturgii, idąc „na całość” w rewolucji protestanckiej polegającej na redukcji liturgii i mistyki oraz uwydatnieniu teologii, a w wydaniu pentekostalnym – mocy. Ta choroba toczy charyzmatyków protestanckich i niekiedy udziela się charyzmatykom katolickim. Z czasem powoduje to wejście w obszar mocy nie zawsze pochodzących od Boga, w jakieś formy pomieszania, nieporządku.
Nie ma innej drogi, trzeba słuchać Chrystusa, żeby Go kochać tymi wszystkimi władzami i na wszystkie sposoby, a nie wybierać sobie tylko ćwierć przykazania, jakby nie było reszty. Jednak jeden człowiek, jedno środowisko czy wspólnota nie są w stanie ogarnąć wszystkich darów Ducha Świętego w tych wszystkich wymiarach. Dlatego potrzebujemy się wzajemnie, żeby się także moderować. Wobec tego uczciwa krytyka liturgistów wobec nadużyć charyzmatyków nie jest niczym złym. Życie to ogień, musi płonąć dyskusją, miłującym sporem, pewnym napięciem. Podobnie krytyka proroków wobec stagnacji liturgistów, odlotów mistyków i fantazji teologów – to wszystko jest potrzebne. Powinno jednak być naznaczone wzajemnym uznaniem i miłością, a przede wszystkim – posłuszeństwem Bogu. Aby byli jedno! Ut unum sint!
Te rozważania inspirowane są fragmentem Teologii systematycznej P. Tillicha, tutaj mocno rozwiniętym.
(7)
Dogmaty
Nasze myślenie w naturalny sposób wymaga pewników, takich tez, które bierzemy na wiarę, a następnie poprzez rozumowanie budujemy na tym swoją umysłowość. Nie ma człowieka, który byłby od tego wolny, a najbardziej zdogmatyzowani bywają paradoksalnie libertyni i ateiści. Zamknięte umysły na poglądy przeciwne to znamiona wyrodzonej dogmatyzacji.
Chrystus ze swoją Dobrą Nowiną sam stawia siebie jako jedyny autentyczny dogmat i pewnik. Jego zmartwychwstanie jest dogmatem w działaniu, a doświadczanie obecności Boga w życiu człowieka wierzącego sprawdza ten dogmat i go potwierdza. Poza tym Chrystus czyni wątpliwymi wszelkie pewniki, jakie nosimy zwłaszcza w ocenie samych siebie. Jego Droga wymaga od nas postawy samokwestionowania naszych błędów i wypaczeń w spotkaniu z doskonałością Chrystusa. Na Jego dogmacie powstaje nowy człowiek będący ucieleśnieniem religii miłości, którą ofiarował nam Bóg. Inne dogmaty pochodzą od zmartwychwstania Chrystusa.
(8)
Struktura teologii – sieć i samotożsamość
Systematycznym zapisem wiary jest teologia. Kiedy próbuje się ująć w wywód systematyczną teologię, bardzo trudno uchwycić jej logiczny początek i koniec. Paul Tillich zauważa, że jego teologia ma strukturę kołową, od któregokolwiek jej miejsca się wyjdzie, refleksja pójdzie po kolejnych zagadnieniach, żeby wrócić do początku. Nie ma znaczenia, skąd się zacznie; nie ma początku ani końca. Dla mnie jest to raczej struktura sieci, gdzie poszczególne kluczowe pojęcia wzajemnie się definiują. To zresztą w ogóle cecha języka i rozumu człowieka – relatywność pojęć i postrzegania, rozumienie rzeczy poprzez relację do innych przedmiotów.
Idąc dalej, łatwo zauważyć specyficzną fraktalność w teologii – jedno pojęcie zawiera w sobie zalążki pozostałych, a w każdej części rozważań znajduje się zalążek wszystkich. Teologia zatem to nie tylko koło, sieć, ale i fraktal. Słowo Boże jest samotożsame. W końcu zaczęło się od jednego Słowa jak ziarna, które zawiera w sobie wszystkie inne słowa. Ziarno to informacja. Ziarno rośliny nosi informację o całej roślinie. Później każda komórka tej rośliny nosi w sobie potrzebną informację o całej roślinie. Ziarno rośnie, rozwija się, a jednocześnie nie zmienia się – DNA wciąż pozostaje to samo. Podobnie każda komórka człowieka zawiera informacje o wszystkich komórkach. To też samotożsamość.
To wszystko niezwykle utrudnia pisanie, gdyż nie sposób zdecydować, od czego zacząć, a stosowane terminy dopiero się definiują i dookreślają nierzadko w zupełnie niespodziewanych częściach tekstu. Złożona, wręcz przestrzenna, struktura sieci pojęć sprawia, że poprowadzenie logicznego wywodu okazuje się skomplikowane. Ta specyficzna struktura wiedzy teologicznej sprawia, że można ją poznawać i opisywać w nieskończoność. Coraz to odkrywać nowe połączenia i relacje między pojęciami, zataczać nowe kręgi logiczne (w procesach wynikania), odbywać nowe podróże myślowe. To zresztą ciekawa wizja naszej wieczności przy Bogu i Jego nieustanne niewyczerpane poznawanie.
Dobrze jest zauważyć, że dusza, jak ziarno, jako informacja o człowieku wymaga ekspresji zapisanych w niej potencjałów. Nosi w sobie cząstkowe odbicie wielkiego Logosu. Człowiek ma w sobie to ziarno będące informacją o nim samym, a także ziarnem Logosu, w którym człowiek, dobrze żyjąc, winien siebie sytuować we właściwym porządku świata i w Bogu. Tym sposobem całość zawarta jest w części przez swoje odbicie. Będąc mikrokosmosem w Kosmosie, człowiek może się utożsamić uczuciowo z każdym stworzeniem, wcielić psychicznie i empatycznie w każdy inny fragment świata. Przyciągające do takiego utożsamienia są potrzeby i niedole innych stworzeń, które zwracają w szczególny sposób ku sobie naszą uwagę. Przyciągają także Boga, który stale stwarza i naprawia swoją ukochaną rzeczywistość.
To rozważanie przypomina mi indyjską koncepcję sieci Indry, w tym przypadku odniesioną do budowy systemu myślowego. Jeśli pamiętamy, że wszechświat powstał z myśli Boga, wchodzimy w przedziwne obszary, gdzie myśl i jej odbicie w materii stają się jedną całością, a istnienie i świadomość (Boga) jednym i tym samym. To bardzo indyjskie kierunki rozumowania, może warte rozwijania.
Słowo – pojęcie jest dla przedmiotu ziarnem; zachodzi między nimi tożsamość. Odnosi się do idei tego przedmiotu, jego definicji, a siedziba idei (Logos) to jakby DNA świata. Słowo staje się ciałem – informacja staje się niezależnym, ucieleśnionym bytem. Słowo (i definicja, esencja) jest swego rodzaju prawem, które służy weryfikacji tożsamości przedmiotu. Prawo z kolei wypełnia się uczynkiem w życiu człowieka, czyli się ucieleśnia. Człowiek z kolei przelewa obraz siebie samego na swój świat, swój fragment świata objęty jego władaniem i twórczością, choćby jako dom i gospodarstwo. To jego świat, jego kosmos; tyle jest w stanie ogarnąć i ukształtować. Także ciało i postępowanie człowieka noszą znamiona kształtu i stanu (w spektrum rozwoju – upadku) jego duszy. Dusza ludzka i Słowo (Logos) pozostają w związku. Dusza jest ukształtowana na podobieństwo Logosu, jakiegoś jego fragmentu. Jest bardzo wiele więzi różnych elementów świata opartych na podobieństwie, tożsamości obrazu. Dodatkowo funkcjonuje komunikacja i kultura, stanowiące przekaz pojęć poprzez swoje symbole. Tam, gdzie zwierzęta mają DNA określające ich sposób życia, człowiek potrzebuje słowa (przekazu, kultury), które staje się prawem jego samorealizacji, życiowym przewodnikiem.
Samotożsamość – ziarno i roślina, dusza i człowiek, Logos i człowiek (fragmentarycznie), człowiek i jego świat, słowo (przekaz, kultura) i człowiek (jego pojęcie) – to niezwykle nośny temat do przemyśleń. Bóg rzutuje swój obraz na Logos; Logos przekazuje swoje podobieństwo duszy człowieka; dusza realizuje siebie poprzez dobre życie i wytwarza człowieka; człowiek z kolei przez dobry wysiłek kształtuje podobny sobie świat i przekaz do innych (kulturę). Wszystko to nosi w sobie podobieństwo do Boga.
Także cała historia zbawienia zawiera w sobie samotożsame związki, podobne do ziarna i rośliny, choćby tzw. starotestamentowe typy dla zdarzeń Nowego Testamentu czy Marię jako typ Ludu Nowego Stworzenia. Owe typy to także postacie „ziaren” dla późniejszych spraw.
Teologia nosi w sobie pewną samotożsamość w różnych planach i przybliżeniach, gdyż cała rzeczywistość jest oparta na schemacie samotożsamości w podobieństwie do Boga.
7. Cuda i zjawiska paranormalne
Często używam w książce określeń „ezoteryzm” i „okultyzm”. Wypada do nich powrócić i zastanowić się nad zdarzeniami, które występują na świecie, mają charakter niezwykły, pozafizyczny, fenomenalny. Nie jest to grupa jednolita, chociaż z pewnością związana ze światem duchowym. Jako chrześcijanie zdajemy sobie sprawę, że duchy nie są jednolitą grupą, istnieją duchy dobre i złe. Przeciwny pogląd byłby niechrześcijański i implikowałby, że wszelkie zjawiska fenomenalne posiadają jednoznacznie dobry charakter przy uznaniu, że świat duchowy jest niejako światem wyższym wobec fizycznego. Pogląd taki wcale nie wydaje się rzadki, znajdziemy go w gnozach i różnych naturalnych spirytualizmach. Wiąże się z nim przekonanie, że każde doświadczenie pozazmysłowe z pewnością posiada pozytywny charakter. Niestety jest to choroba dość wielu osób wkraczających w duchowość, które zachłystują się wszystkim, czego tylko doświadczą.
Chrześcijanin winien prowadzić refleksję nad tymi tematami. Skoro mamy złe duchy, to z pewnością działają one na ludzi, którzy (z wyjątkiem szaleńców i satanistów, co na jedno wychodzi) nie wdaliby się w kontakt z nimi, gdyby znali ich naturę. Wiara nas uczy, że zły duch udaje dobrego, gdyż inaczej nie mógłby na nas w ogóle wpływać. Obiecuje zawsze korzyści, nigdy stratę. Zło duchowe ujawnia się nam więc pod pozorem duchowego dobra, inaczej byłoby bezczynne. Tak nas uczy Kościół. Oczywiście są tacy, którzy uważają, że bez problemu rozpoznają działanie Szatana (w jaki sposób, po zapachu siarki?), wobec czego z pewnością nie mylą się w swoich ocenach własnej duchowości. Jest to jednak dla chrześcijanina pogląd tyleż naiwny, co absurdalny. Szatan, z którym sam Bóg zmaga się o nasze dusze, w tym świetle jawiłby się jako jedynie bezradny wobec człowieczego poznania, zabawkowy diabełek.
Najpotężniejszą Osobą metafizyczną jest sam Bóg Trójjedyny. On także działa na świat, na ludzi na wiele niepojętych dla nas sposobów. Niektóre z nich przyjmują wyraz fenomenalny czy mistyczny.
Już ta krótka refleksja naprowadza nas na kilka stwierdzeń:
• nie każde zjawisko czy doświadczenie fenomenalne pochodzi od Boga czy od dobrych aniołów; będzie znaczna liczba takich zjawisk pozorujących dobro i korzyść dla człowieka,
• zewnętrzny ogląd zjawisk fenomenalnych i ich skutków nie może stanowić jednoznacznego kryterium ich oceny; gdyby tak było, popadlibyśmy w coś na kształt monistycznej teorii duchowości, jakoby wszystko, co duchowe, było z definicji dobre.
Wśród zjawisk fenomenalnych chrześcijanin odróżnia więc cuda (pochodzące do Boga) oraz zjawiska i doświadczenia paranormalne. Do tych ostatnich zaliczymy ogromną liczbę różnych zdarzeń, z których część wymieniłem w ostatnim wpisie o New Age, ale jest ich znacznie więcej. Będą do nich należeć także fałszywe objawienia, w które obfituje historia Kościoła.
Przypadkiem zdecydowanie najczęstszym w zjawiskach fenomenalnych jest zwykłe oszustwo. Po prostu lwia część tych zjawisk jest pozorowana z różnych powodów. Fałszywe wróżki kłamiące ludziom w żywe oczy, fałszywi uzdrowiciele, fałszywi jasnowidze, fałszywi mistycy, pozorowane objawienia. Jest tego ogrom. Warto wspomnieć, że z popisów dla gawiedzi opartych na zjawiskach niby-fenomenalnych pochodzi sztuka iluzji, która przecież nadal znakomicie się rozwija. Dziś jesteśmy już o tyle mądrzy, że podziwiamy zręczność, a nie siły paranormalne, i nazywamy rzecz iluzją, a nie – jak jeszcze niedawno – magią. Iluzjonerstwo ma zresztą długą brodę. Starożytni kapłani pogańscy tworzyli w świątyniach przedziwne mechanizmy, a pogrążeni w półmroku przerażeni wierni obserwowali pojawiające się zjawy, bóstwa, mówiące posągi, poruszające się statuy, potężne wrota otwierające się bez użycia rąk. Wszytko to budziło grozę i znakomicie wzmacniało pozycję kapłanów oraz samego bóstwa. Pamiętamy też z Faraona scenę z zaćmieniem słońca, które przewidziane i właściwie zinterpretowane zostało wykorzystane jako wyraz mocy kapłanów na równi ze sztuczkami iluzjonerskimi.
Popisy przeróżnych magików, fakirów od zawsze elektryzowały publikę, były przepustką do sławy i pieniędzy. Tak jest i dzisiaj. Można wręcz rzec, że okazuje się to nawet łatwiejsze niż kiedyś. Współczesna alienacja człowieka wobec jego własnej kultury sprowadza nas paradoksalnie na powrót do poziomu jaskiniowców. Świat po prostu nas przerasta, już go nie ogarniamy, w zasadzie wszytko można nam wmówić, odpowiednio to doprawiając wedle gustu to mistyką, to nauką. Mamy więc np. wytwórców świecących kijków, którzy mają naukowe dowody na to, że machanie nimi nad głową poprawia zdrowie. Czy skutkuje? Ależ oczywiście, choć nie zawsze. Statystycznie placebo (czyli substancja obojętna, podana jako lek) posiada wartość leczniczą na poziomie 30, a niekiedy nawet 40%! Dlatego tak trudne i drogie są badania nowych leków; trzeba stwierdzić nie tylko, czy nie szkodzą, ale także, czy w ogóle działają choć trochę lepiej niż sam cukier. Zresztą potrząsany cukier i potrząsana woda sprzedają się z miliardowymi zyskami, a prawo nazywające to „lekami” nie domaga się żadnych badań wstępnych, chodzi mi o tzw. homeopatię. Przykładowo, zbadano działalność tzw. policyjnych jasnowidzów. Na 400 takich osób objętych analizą jakiekolwiek korzyści dotyczące ukierunkowania dochodzenia odnotowano w pięciu przypadkach, z czego w bodaj trzech (cytuję z pamięci) „jasnowidz” mógł zostać skierowany na właściwy trop już posiadaną w dochodzeniu wiedzą. Jak widać, pomoc tych wróżów jest żadna, a korzystanie z niej stanowi wyraz desperacji ludzi przygniecionych rozpaczą. Do tego trzeba dodać osoby niezrównoważone psychicznie, które próbują wywrzeć na otoczeniu, a przede wszystkim na samych sobie, jakieś szczególne wrażenie swoimi niezwykłymi zdolnościami. Jest to całkiem spora grupa ludzi, którzy zresztą zwykle święcie wierzą w swoje zwidy. Niestety, zasugerowany umysł, złakniony niezwykłości potrafi zobaczyć niejedno.
Na koniec najtrudniejszy temat – schizofrenia. Schizofrenicy potrafią być bardzo przekonujący, a poza tym często są dość inteligentni. Wobec osób niewyrobionych w tych tematach mogą zdawać niezwykle przekonującą relację ze swoich mistycznych wizji i doświadczeń. To wcale nie są rzadkie przypadki.
W badaniu oszustów i naciągaczy oraz obnażaniu ich sztuczek przodują niewierzący sceptycy z J. Randi niegdyś na czele. Także jakiś zdrowy rozsądek w rozsądnych ludziach, i to chyba niezależnie od kultury, każe takie zjawiska traktować ostrożnie.
Kiedy oddzielimy już zjawiska faktycznie fenomenalne od zwykłych oszustw, złudzeń i przywidzeń, pozostaje nam oparcie się w ocenie tego, co otrzymaliśmy po takiej segregacji, na naszej wierze. Rozważmy więc przypadek biblijny z Księgi Wyjścia, kiedy to Mojżesz negocjował z faraonem:
„Jeśli faraon powie wam tak: «Uczyńcie cud na waszą korzyść, wtedy powiesz Aaronowi: Weź laskę i rzuć ją przed faraonem, a przemieni się w węża». Mojżesz i Aaron przybyli do faraona i uczynili tak, jak nakazał Pan. I rzucił Aaron laskę swoją przed faraonem i sługami jego, i zamieniła się w węża. Faraon wówczas kazał przywołać mędrców i czarowników, a wróżbici egipscy uczynili to samo dzięki swej tajemnej wiedzy. I rzucił każdy z nich laskę, i zamieniły się w węże. Jednak laska Aarona połknęła ich laski. Mimo to serce faraona pozostało uparte i nie usłuchał ich, jak zapowiedział Pan. Rzekł Pan do Mojżesza: «Serce faraona jest twarde, wzbrania się wypuścić lud. Idź do faraona rano, gdy wyjdzie nad wodę, pośpiesz mu na spotkanie na brzeg Nilu. Weź do ręki laskę, która zamieniła się w węża. Powiedz mu: Pan, Bóg Hebrajczyków, posłał mnie do ciebie z rozkazem: Wypuść lud mój, by Mi oddał cześć na pustyni! Oto dotąd nie posłuchałeś Mnie. Tak mówi Pan: Po tym poznasz, że Ja jestem Panem. Oto uderzę laską, którą mam w ręce, wody Nilu, a zamienią się w krew. Ryby Nilu poginą, a Nil wydawać będzie przykrą woń, tak że Egipcjanie nie będą mogli pić wody z Nilu».
Pan powiedział do Mojżesza: «Mów do Aarona: Weź laskę swoją i wyciągnij rękę na wody Egiptu, na jego rzeki i na jego kanały, i na jego stawy, i na wszelkie jego zbiorowiska wód, a zamienią się w krew. I będzie krew w całej ziemi egipskiej, w naczyniach drewnianych i kamiennych». Mojżesz i Aaron uczynili tak, jak nakazał Pan. Aaron podniósł laskę i uderzył nią wody Nilu na oczach faraona i sług jego. Woda Nilu zamieniła się w krew. Ryby rzeki wyginęły, a Nil zaczął wydawać przykrą woń, tak że Egipcjanie nie mogli pić wody z Nilu. Krew była w całym kraju egipskim. Lecz to samo uczynili czarownicy egipscy dzięki swej wiedzy tajemnej. Pozostało więc uparte serce faraona, i nie usłuchał ich, jak to Pan zapowiedział. Faraon odwrócił się i poszedł do swego domu, nie biorąc sobie tego do serca” (Wj 7, 9–23).
Do pewnego momentu czarodzieje (kapłani) egipscy ukazywali moc swojej wiedzy tajemnej, ale czytając dalej przywołany fragment, zauważymy, że z czasem sami zlegli porażeni plagą wrzodów. Diabeł próbuje z Bogiem walczyć, ale nie może wygrać. Mamy przykład cudu Bożego i pozorującego takie samo działanie zjawiska paranormalnego, okultystycznego. Czy były między nimi zewnętrzne różnice? Okazuje się, że nie. Dopiero odebranie życia synom egipskim przekonało faraona, że jego władza (za pośrednictwem kapłanów – magów) nie jest równa Boskiej. Jak więc widzimy, prosty ogląd tych zjawisk zdecydowanie zawodzi, jeśli chodzi o ich wartościowanie i ustalenie ich pochodzenia.
Konieczne jest całościowe badanie, chociaż nawet ono nie zawsze i nie od razu da nam odpowiedź. Najjaskrawszym przykładem kontrowersji na styku cud–paranormalność są zdarzenia w Medjugorie. Pokazują one, jak szalenie trudno jest z zewnątrz prowadzić rozeznanie duchowe. A przecież takich zjawisk w samym Kościele są ogromne ilości, co dopiero poza nim. Rozdzielenie cudów Bożych od zjawisk paranormalnych jest jedną z podstawowych trosk Kościoła. Tak było, jest i będzie. To samo winno dotyczyć życia każdego chrześcijanina, który zdecydowanie nie powinien brać na wiarę wszystkiego, co fenomenalne, także w jego własnym życiu.
Musimy pamiętać, że ochrona zdrowej duchowości została podkreślona najbardziej, jak tylko można, w pierwszym przykazaniu. Bóg duchowość kierowaną gdzieś poza Niego nazywa nierządem duchowym, fundamentalną niewiernością. Cóż nam po zewnętrznych oznakach wiary w Boga, jeśli duchowość kierujemy na zjawiska bezbożne? A przecież coś takiego dzieje się obecnie w Kościele. Przy sztafażu katolickim powstają środowiska zakładane także przez kapłanów i mnichów, które interesują się podejrzaną, a często otwarcie obcą duchowością. Takie dusze Bóg nazywa nierządnicami.
Wróżb i czarów dotyczyło wiele proroctw i napomnień starotestamentowych. Walka prawdziwego Boga z kultem Szatana pod postacią bożków pogańskich oraz sił magicznych i wróżebnych to główny kierunek edukacji Narodu Wybranego. Grzechy tej kategorii traktowane są w Starym Testamencie chyba jako najcięższe. Niestety ulegali im nawet sami królowie, w tym również największy – Salomon. Stało się to, zgodnie z literą Pisma, powodem przekleństwa wobec państwa żydowskiego i przyczyną jego upadku politycznego. Bóg został odepchnięty i wyparty przez bożki. Życiorysy królów Judy i Izraela podsumowywane są zwykle stwierdzeniem, na ile dany król (a co za tym idzie – naród pod jego panowaniem) tępił bożki pogańskie i wiedźmy. Warto więc pamiętać, jak Biblia traktuje obcą duchowość – jako obrzydliwy duchowy nierząd.
„Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, uprawiał wróżby, gusła, przepowiednie i czary; nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych. Obrzydliwy jest bowiem dla Pana każdy, kto to czyni. Z powodu tych obrzydliwości wypędza ich Pan, Bóg twój, sprzed twego oblicza. Dochowasz pełnej wierności Panu, Bogu swemu. Te narody bowiem, które ty wydziedziczysz, słuchały wróżbitów i wywołujących umarłych. Lecz tobie nie pozwala na to Pan, Bóg twój. Pan, Bóg twój, wzbudzi ci proroka spośród braci twoich, podobnego do mnie. Jego będziesz słuchał” (Pwt 18, 10–15). Przeprowadzanie przez ogień może oznaczać składanie dzieci w ofierze bożkom.
W czasach królewskich głównym zadaniem władców było wytępienie obcych kultów, wróżb i czarów spomiędzy Izraelitów. W Biblii wartościowanie władcy i jego powodzenie w rządach oraz wojnach uzależnione były od jego gorliwości w tej służbie. „Przeprowadzali synów swoich i córki przez ogień. Uprawiali wróżbiarstwo i czarnoksięstwo. Oddali się czynieniu tego, co jest złe w oczach Pana, drażniąc Go. Wtedy Pan zapłonął gwałtownym gniewem przeciw Izraelowi i odrzucił go od swego oblicza. Pozostało tylko samo pokolenie Judy. Również Juda nie przestrzegał poleceń Pana, Boga swego, i naśladował obyczaje, które Izrael wprowadził. Wtedy Pan odrzucił całe potomstwo Izraela, poniżył je i wydał je w moc łupieżców, aż wreszcie odrzucił je od swego oblicza” (2 Krl 17, 17–20).
Wcześniejsze rozważania jasno dają nam odpowiedź, że są na świecie moce inne niż Duch Święty i uznawanie a priori w każdym zjawisku fenomenalnym działania Bożego jest pozachrześcijańskie. Taką pomyłkę, zgodnie z którą Duch Święty jest tylko jeszcze jedną mocą okultystyczną, popełnił Szymon:
„Pewien człowiek, imieniem Szymon, który dawniej zajmował się czarną magią, wprawiał w zdumienie lud Samarii i twierdził, że jest kimś niezwykłym. Poważali go wszyscy od najmniejszego do największego. «Ten jest wielką mocą Bożą» – mówili. A liczyli się z nim dlatego, że już od dość długiego czasu wprawiał ich w podziw swoimi magicznymi sztukami. Lecz kiedy uwierzyli Filipowi, który nauczał o królestwie Bożym oraz o imieniu Jezusa Chrystusa, zarówno mężczyźni, jak i kobiety przyjmowali chrzest. Uwierzył również sam Szymon, a kiedy przyjął chrzest, towarzyszył wszędzie Filipowi i zdumiewał się bardzo na widok dokonywanych cudów i znaków. Kiedy Apostołowie w Jerozolimie dowiedzieli się, że Samaria przyjęła słowo Boże, wysłali do niej Piotra i Jana, którzy przyszli i modlili się za nich, aby mogli otrzymać Ducha Świętego. Bo na żadnego z nich jeszcze nie zstąpił. Byli jedynie ochrzczeni w imię Pana Jezusa. Wtedy więc wkładali [Apostołowie] na nich ręce, a oni otrzymywali Ducha Świętego. Kiedy Szymon ujrzał, że Apostołowie przez nakładanie rąk udzielali Ducha Świętego, przyniósł im pieniądze. «Dajcie i mnie tę władzę – powiedział – aby każdy, na kogo nałożę ręce, otrzymał Ducha Świętego». «Niech pieniądze twoje przepadną razem z tobą – odpowiedział mu Piotr – gdyż sądziłeś, że dar Boży można nabyć za pieniądze. Nie masz żadnego udziału w tym dziele, bo serce twoje nie jest prawe wobec Boga. Odwróć się więc od swego grzechu i proś Pana, a może ci odpuści twój zamiar. Bo widzę, że jesteś żółcią gorzką i wiązką nieprawości». A Szymon odpowiedział: «Módlcie się za mną do Pana, aby nie spotkało mnie nic z tego, coście powiedzieli»” (Dz 8, 9–24). Wówczas wiedzę okultystyczną, podobnie zresztą jak dzisiaj, można było nabywać za pieniądze.
Inne spotkanie apostołów z magiem miało miejsce w Pafos:
„Gdy przeszli przez całą wyspę aż do Pafos, spotkali pewnego maga, fałszywego proroka żydowskiego, imieniem Bar-Jezus, który należał do otoczenia prokonsula Sergiusza Pawła, człowieka roztropnego. Ten, wezwawszy Barnabę i Szawła, chciał słuchać słowa Bożego. Lecz przeciwstawił się im Elimas – mag (tak bowiem tłumaczy się jego imię), usiłując odwieść prokonsula od wiary. Ale Szaweł, który także zwie się Paweł, napełniony Duchem Świętym spojrzał na niego uważnie i rzekł: «O, synu diabelski, pełny wszelkiej zdrady i wszelkiej przewrotności, wrogu wszelkiej sprawiedliwości, czyż nie zaprzestaniesz wykrzywiać prostych dróg Pańskich? Teraz dotknie cię ręka Pańska: będziesz niewidomy i przez pewien czas nie będziesz widział słońca». Natychmiast spadły na niego mrok i ciemność. I chodząc wkoło, szukał kogoś, kto by go poprowadził za rękę. Wtedy prokonsul widząc, co się stało, uwierzył, zdumiony nauką Pańską” (Dz 13, 6–12).
Kolejna wzmianka dotyczy wydarzeń w Efezie: „Przychodziło też wielu wierzących, wyznając i ujawniając swoje uczynki. I wielu też z tych, co uprawiali magię, poznosiło księgi i paliło je wobec wszystkich. Wartość ich obliczono na pięćdziesiąt tysięcy denarów w srebrze. Tak potężnie rosło i umacniało się słowo Pańskie” (Dz 19, 18–20).
Wszystko to przeczy, jakoby pochodzenie zjawisk fenomenalnych było jednolite i zawsze życzliwe człowiekowi. Zjawiska te, wbrew nadziejom, a nawet odczuciom niektórych osób uprawiających dyscypliny tego rodzaju, nie pochodzą też od samego człowieka. Co do cudów Boskich, to jest to jasno powiedziane: „Na ten widok Piotr przemówił do ludu: «Mężowie izraelscy! Dlaczego dziwicie się temu? I dlaczego także patrzycie na nas, jakbyśmy własną mocą lub pobożnością sprawili, że on chodzi?»” (Dz 3, 12). Jeśli zaś chodzi o zdolności magiczne, ezoteryczne, to zgodnie z powszechnym doświadczeniem trwają one do momentu przerwania więzi pomiędzy daną osobą a demonem, co następuje czy to w postaci nawrócenia, czy (nierzadko) w wyniku egzorcyzmowania. Po egzorcyzmie znikają zarówno władze okultystyczne, jak i doznania ezoteryczne. W okultyzmie, bioenergoterapii itp. źródłem mocy jest zazwyczaj zła moc, nawet jeśli pozwala łudzić się człowiekowi, że jest to dzieło tego człowieka.
Warto także zauważyć, że Chrystus czynił znaki mocy Boga tylko po to, żeby objawić ludziom dobroć Bożą. To nie były popisy dla zadziwienia publiczności, tylko akty łaskawości Bożej dla wspomożenia cierpiących, uzdrowienia, uwolnienia od demonów, wskrzeszenia. Człowiek jest cudem, świat jest cudem i tylko cud Boży może uratować współczesnych ludzi. Dlatego trzeba umieć odróżniać prawdziwe cuda od tych szatańskich. Cudem jest zbawienie, cudem jest samo istnienie, cudem jest wiara, cudem jest nadzieja, największym z cudów jest zaś miłość Boża i międzyludzka. Módlmy się o takie cuda.
