(1)
„Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże, nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” (Mk 1, 15).
„Powiadam wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia” (Łk 15, 7).
„Wtedy Samuel tak powiedział do całego domu Izraela: «Jeśli chcecie się nawrócić do Pana z całego serca, usuńcie spośród siebie wszystkich bogów obcych i Asztarty, a skierujcie wasze serca ku Panu, służcie więc tylko Jemu, a wybawi was z rąk Filistynów»” (1 Sm 7, 3).
„Ja nie mam żadnego upodobania w śmierci – wyrocznia Pana Boga. Zatem nawróćcie się, a żyć będziecie” (Ez 18, 32).
„Powiedz im więc: Tak mówi Pan Zastępów: Nawróćcie się do Mnie – wyrocznia Pana Zastępów – a Ja nawrócę się do was – mówi Pan Zastępów” (Za 1, 3).
1. Nawrócenie i uzdrowienie
(1)
Wyobraźmy sobie rakietę, która wie, że chybia celu. Sama sobą kieruje i nie trafia tam, gdzie powinna. Co ona czuje? To, co my w tym życiu. Dawniej pisano o strzale chybiającej celu. Człowiek na złej drodze. Ktoś taki potrzebuje się nawrócić, czyli pójść lepszą drogą. Droga to sposób życia, czucia i myślenia. Wymaga on poprawy. Trzeba wtedy wrócić do punktu wyjścia i zacząć od nowa.
(2)
Nawrócenie jest procesem równoznacznym z duchowością. Różnią je jedynie skojarzenia: nawrócenie kojarzy się z czynnością, a duchowość ze stylem życia. W istocie są tożsame. Duchowość rozumiana jest jako coś rozciągniętego w czasie, proces permanentnego nawracania siebie poprzez pewien zestaw praktyk, postaw, zachowań.
(3)
Nawracajcie się… stale i stale. Nawrócenie i pokuta to jedno i to samo, dlatego modlitwa Jezusowa przybrała obecną treść. Pokutna jest także modlitwa dana bezpośrednio od Jezusa, czyli Koronka do Bożego Miłosierdzia.
(4)
Nawrócić się to pogodzić się z Bogiem i przemienić się w siebie.
(5)
Najkrótsza nauka Chrystusa zawiera się w słowach: „Nawracajcie się i wierzcie w Dobrą Nowinę”. Nie można nawrócić się tylko raz. Nawracanie się to zadanie na całe duchowe życie.
(6)
Nawrócenie to powrót z krainy śmierci do życia pełną piersią, odrodzenie, zmartwychwstanie.
(7)
Nawrócenie jest powrotem do prawdy i wyzwoleniem spod warstw fantazji, zastępujących rzeczywistość marzeń, złudzeń, wytłumaczeń, wybielania siebie, fałszu udającego prawdę. Konieczna jest absolutna szczerość z samym sobą i Bogiem – wszelkie udawanie i oszukiwanie siebie są powodem naszego cierpienia. Potrzebna jest otwartość na własny upadek: głupotę, niedomagania, przyznanie się do grzechów, w tym zaniedbań. Nawrócenie to uznanie siebie jako upadłego grzesznika, który wymaga naprawy przez Boga i zawsze będzie jej wymagać.
(8)
Pojęcia stosowane w zakresie nawrócenia oznaczają wszystkie to samo, ewentualnie akcentują poszczególne aspekty tego zjawiska:
• wyzwolenie, uwolnienie,
• uzdrowienie wewnętrzne,
• pokuta,
• metanoia (nawrócenie po grecku),
• oczyszczenie,
• skrucha i żal,
• przemiana wewnętrzna,
• poprawa postaw i czynów,
• zreformowanie siebie,
• regeneracja,
• renowacja,
• obrzezanie serca itp.
Pojęcia blisko związane:
• duchowość,
• asceza,
• przebóstwienie (theosis),
• chrystomorfizacja i inne.
(9)
Używa się symbolu oczyszczenia, zmycia brudu. W tej symbolice odwołujemy się do pewnych obrazów. Jesteśmy jakby ubrani w duchowe szaty, które mogą olśniewać. Mogą też być zniszczone i poszarpane, ohydne i cuchnące, informując otoczenie o złym stanie człowieka. Ubranie staje się zapisem naszej historii. To samo dotyczy samego ciała, może być czyste i piękne albo brudne, cieknące wrzodami i zarobaczone. Chodząc po świecie, widzimy nawzajem swoje ciała i ubrania. Takiej bardzo naturalnej symboliki używamy w stosunku do kondycji duszy.
Brud to ślady ziemi i martwej materii. Gdy jest tego dużo, staje się balastem przygniatającym nas do ziemi. To jakby nieczystość, która przylgnęła do duszy. Gdzie indziej napiszę o nieczystości w sensie religijnym i o rozwoju tej doktryny. Tu wystarczy wspomnieć, że jest to bardzo uniwersalny symbol w skali globu. Oczyszczenie i nieczystość stanowią pewien spójny zespół symboli przekazujących metaforycznie naukę duchową.
(10)
Pokuta to percepcja zła i cierpienia, które wywołał grzech. Bóg cierpi w każdym cierpiącym człowieku. Piekło to wieczne odczuwanie tego bólu, który się samemu wywołało u Boga i ludzi. Pokuta przypomina szczepienie przeciwko wiecznemu piekłu, to przeżycie własnego zła, co jest ze wszech miar niemiłe. Przyjmujemy to przeżycie obecne gdzieś w głębiach serca, aby mogło z czasem przeminąć. To krzyż, umieranie i zmartwychwstanie razem z Chrystusem.
(11)
Mówimy o uzdrowieniu wewnętrznym, bo Bóg nas przemienia i prowadzi to do ustania wielu psychicznych cierpień. Termin „nawrócenie” akcentuje sferę woli i dążeń (ducha). „Uzdrowienie” podkreśla zaś sferę emocji, mocy, zdolności realizacji woli.
(12)
Nawrócenie to dobra autodeterminacja – oczyszczanie ze złych zewnętrznych wpływów. To odzyskanie wolności czynienia dobra, uwolnienie od władzy grzechu i zagłady.
(13)
Nawrócenie to wchodzenie w duchowość, odkrywanie własnej duszy, która z kolei jest sensorium Boga. Odsłaniając duszę z ułudy światowej (grzechu i skłonności do niego), odsłaniamy to, co ona widzi – Boga. Dzięki temu możemy jeszcze lepiej żyć i bardziej się nawracać.
(14)
Nawrócić się to stać się świętym.
(15)
Nawrócenie to wyzwolenie. Nosimy w sobie prawo bycia niewolnikami zła, które głosi, że nie masz woli, jesteś sumą reakcji na bodźce, doświadczeń, uwarunkowań społecznych, przez co nieodmiennie pójdziesz za grupą. U dziecka faktycznie brakuje własnej woli, jest wykonawcą cudzej, którą całym sobą chłonie. Działają w tym procesie proste zasady, według których jesteśmy kształtowani. Są one opisywane przez psychologię jak zasada pierwszeństwa, która sprawia, że pierwsze istotne doświadczenie zapisuje się w nas ze swoją treścią jako obowiązującą. Jest też zasada siły bodźca, według której silniejszy przekaz wypiera słabszy. Oczyszczenie wnętrza to też rozpoznanie tych wdrukowanych treści, które trzeba świadomie samemu prostować, wybaczając przy tym innym te złe przekazy.
Prawda o nas odsłonięta przez Chrystusa, który ogłosił nam możliwość wyzwolenia z tej niewoli, daje zdolność i nadzieję poprawy oraz odrodzenia. Jezus przypomina, że mamy wolną wolę zdolną powracać do dobra. Czasem trzeba przezwyciężyć wpojone emocje, pragnienia, reguły życiowe; niekiedy potrzebny jest ogromny wysiłek. Najtrudniejsze są początki nawrócenia, potem jest już łatwiej, gdy przywykniemy do pracy nad sobą.
(16)
„1472. Aby zrozumieć tę naukę i praktykę Kościoła, trzeba zobaczyć, że grzech ma podwójny skutek. Grzech ciężki pozbawia nas komunii z Bogiem, a przez to zamyka nam dostęp do życia wiecznego, którego pozbawienie nazywa się «karą wieczną» za grzech. Każdy grzech, nawet powszedni, powoduje ponadto nieuporządkowane przywiązanie do stworzeń, które wymaga oczyszczenia, albo na ziemi, albo po śmierci, w stanie nazywanym czyśćcem. Takie oczyszczenie uwalnia od tego, co nazywamy «karą doczesną» za grzech. Obydwie kary nie mogą być traktowane jako rodzaj zemsty, którą Bóg stosuje od zewnątrz, ponieważ wypływają one jakby z samej natury grzechu. Nawrócenie, które pochodzi z żarliwej miłości, może doprowadzić do całkowitego oczyszczenia grzesznika, tak że nie pozostaje już żadna kara do odpokutowania” (Katechizm Kościoła katolickiego).
„1473. Przebaczenie grzechu i przywrócenie komunii z Bogiem pociągają za sobą odpuszczenie wiecznej kary za grzech. Pozostają jednak kary doczesne. Chrześcijanin powinien starać się, znosząc cierpliwie cierpienia i różnego rodzaju próby, a w końcu godząc się spokojnie na śmierć, przyjmować jako łaskę doczesne kary za grzech. Powinien starać się przez dzieła miłosierdzia i miłości, a także przez modlitwę i różne praktyki pokutne uwolnić się całkowicie od «starego człowieka» i «przyoblec człowieka nowego»” (Katechizm Kościoła katolickiego).
(17)
Potrzebujemy oczyszczenia zupełnie dosłownie z obcych bytów w nas, które stanowią zanieczyszczenie ziemi i ludzi. Z człowiekiem wchodzą w symbiozę byty duchowe, korzystając z nas w jakiś sposób i nas wyniszczając. Nieczystość jest zjawiskiem duchowym i – co należy podkreślić – realnym. Złe moce wyniszczają nas moralnie i duchowo, co znaczy, że skłaniają do czynów samozniszczenia (grzechów) i odciągają od jedności z Bogiem w wierze. Ziemia i ludzie są dla nich ucieczką od ostatecznego piekła, do którego zmierzają. Lepiej nie wchodzić z nimi w zjednoczenie przez grzech, okultyzm bądź ezoteryzm. Panują one nad światem i ludźmi, ale są jednocześnie czymś obcym, brudem przyklejonym tu na jakiś czas. Na szczęście nadchodzi powszechne oczyszczenie.
2. Ofiarować siebie
(1)
Wypowiedź Boga przekazana przez mistyczkę:
„† Natury swej nie trzeba pokonywać[,] tylko ją uświęcać. Pozwolić na to i prosić o to, abym Ja ją uświęcał w każdym przejawie jej istnienia.
Skoro ją dałem właśnie taką, to twoim zadaniem jest przyjąć ją i dążyć do świętości w całej swej ludzkiej naturze. Razem ze swymi słabościami i ograniczeniem.
Ten trud codzienny i to poddanie się uwarunkowaniom człowieczego życia trzeba przyjąć jako zadanie dane przeze Mnie. Bo tym jest ono w istocie swej.
Bądź pogrążona w Miłości Mojej z tym wszystkim, jaka jesteś i w czym uczestniczysz. W ten sposób zostanie uświęcona twoja natura ludzka, to wszystko, co czynisz i co cię otacza.
Bądź sobą, ale coraz bardziej przeniknięta Moją Miłością i świętością.
†* Nic w tobie nie powinno być zniszczone, a wszystko uświęcone. Dlatego oddawaj Mi wszystko ciągle, abym mógł uświęcać.
Zauważyłaś już, że każda rzecz i każda sytuacja oddana Mi ma inną wartość. Że jest, choć pozornie taka sama, a jednak przemieniona przez Moją w niej obecność.
Jest to na podobieństwo przeistoczenia, które odbywa się na ołtarzu.
Twoje życie może się stać jedną ciągłą ucztą ofiarną, podczas której wszystko będę przemieniał w ofiarę doskonałą, wspólną z Moją Ofiarą. Spójrz na swoje dni i to, czym są wypełnione[,] jako na jedną wspólną całość. Wszystko stanowi elementy jednego daru ofiarnego, który składasz. Dar doskonały to taki, któremu nie brakuje żadnego elementu.
Tak, jak w mozaice: wszystkie kamyczki tworzą jeden obraz, a brak któregoś sprawia, że obraz nie jest doskonały.
Twoim zadaniem jest ułożyć obraz z takich kamyków, jakie otrzymałaś i nie zgubić żadnego.
Ja chcę ci w tym pomagać, bo wiem, jak obraz powinien wyglądać. A ty, zależnie od tego, jakim zaufaniem Mnie darzysz, możesz układać go sama, prosić o Moje rady, albo podawać Mi poszczególne kamyki, abym Ja układał.
Jak myślisz, który obraz będzie najładniejszy?
Życie kończy się wtedy, gdy obraz jest już skończony i nic więcej nie można w nim udoskonalić” (Jezus Chrystus do Alicji Lenczewskiej, A. Lenczewska, Dziennik, 267, wt. 28 X 86, g. 9:30).
(2)
Nie potrzebujemy zmieniać swojej natury, czyli osobowości. Nie musimy wymagać od siebie rzeczy niemożliwych. Człowiek ruchliwy nie musi stawać się nieruchawym mistykiem. Uczony nie musi stawać się działaczem. Pragmatyk nie musi stawać się niezwykle refleksyjny. Jest tyle typów świętości, ilu ludzi.
Oczyszczanie się z wpływów świata pozwoli odsłonić zawartość własnej duszy, swoją naturę, samego siebie. Co więcej, oczyszczenie to pomoże zaakceptować siebie także ze swoimi niedomaganiami i niezdolnościami. Poznanie siebie może być jednak zaskakujące, gdy odkryje się w sobie nieznane dotąd zdolności i skłonności.
(3)
Chrystus nazywa siebie „Amen” – słowo to wyraża potwierdzenie. „Amen” wobec Boga to postawa zgody na Jego prowadzenie. Pozwolić na bycie przemienianym oznacza gotowość do zakwestionowania i ofiarowania Bogu wszystkiego, co do tej pory myślałem, uważałem i czułem. To zgoda na prowadzenie i wyczekiwanie tego prowadzenia. To zawierzenie, pójście po wodzie na wezwanie Boga, jeśli będzie taka trzeba. Pozwolenie Bogu na przemianę to pierwsza ofiara z dotychczasowego siebie. Początek duchowości, czyli ofiarowania siebie Bogu, oznacza – jak to nazywa Chrystus – „zaparcie się siebie”.
(4)
Bóg będzie sam człowieka przemieniał, my jesteśmy tylko gliną, a On – rzeźbiarzem. Nie należy zbytnio rzucać się na duchowość i nagle histerycznie nadrabiać poprzedni grzech ascezą, ciężkimi ofiarami, chyba że sam Bóg tak poprowadzi. Trzeba się otworzyć, zmiękczyć siebie i pozwolić Bogu na czynienie przemian.
Bóg to robi w najróżniejszy sposób. Jego przesłanie do mnie może przyjść przez moje własne myśli albo przez dowolny fragment rzeczywistości. Może to być jakaś treść z dowolnego źródła słowna lub emocjonalna, która jakoś leciutko się „podświetli” duchowo. To taki rodzaj natchnienia.
Przemiana może przyjść poprzez wydarzenia z życia. Bóg jest Panem wszechrzeczy i będzie dawał zdarzenia dwojakiego rodzaju. Jedne będą wyrazem Jego opieki i czułości, a drugie – wyrazem Jego pracy jako rzeźbiarza, gdy glina jest jeszcze niekształtna i potrzeba silniejszego ucisku, odcięcia zbędnych nawisów. Częścią pracy nad gliną jest także ogień, który utwardza tworzywo. Na wszystko to trzeba mówić Bogu „Amen” i uczyć się spokojnego przyjmowania tego ze świadomością, że zarówno miłe, jak i nieprzyjemne doświadczenia są chwilowe, a los za moment może się diametralnie odmienić. Szeregi zdarzeń życia stają się językiem Boga tym bardziej, im bliżej Niego jesteśmy.
(5)
Ważne jest, aby nasłuchiwać tego głosu Boga, a gdy się pojawia – a pojawia się w każdym człowieku – przyjmować go i rozważać w sercu. Nierzadko dopiero takie rozważanie przyniesie właściwe rozumienie tego przekazu, zaskakujące i inne w stosunku do pierwszego wrażenia.
(6)
Należy prosić o przemianę. Człowiek nie jest zdolny naprawić samego siebie. Może po trosze siebie podleczyć dobrą filozofią, psychologią, relaksacją itp., ale sam nie podniesie swojej duszy. Zbawienie to dar, a zdolność do nawrócenia bierze się z korzystania z tego daru. Bez Ducha Świętego obecnego dzięki ofierze Chrystusa nikt nie da rady uczynić nawet tego najmniejszego aktu wiary, jakim jest wyznanie, że Jezus jest Panem.
Modlitwa, jak głosi bardzo mądra definicja, to aktualizacja wiary. Wiara wewnętrznie wyznawana jest tylko pewną zdolnością, potencjalnością. Żeby przynosiła owoce, realizowała się w życiu człowieka, musi być praktykowana, czyli „aktualizowana”. Modlitwa stanowi podstawowy akt wiary. Dopiero wiara realizowana choćby w modlitwie może być życiodajna i staje się cnotą. Wiara bez realizacji może prowadzić nawet do zatracenia. Częsta praktyka modlitwy sprawia, że przechodzi ona w kontemplację (adorację duchową). Jest to stan obcowania bezpośrednio z Bogiem. Praktyka modlitwy prowadzi do przemiany. U ojców Kościoła i w dojrzałym życiu duchowym modlitwa staje się treścią życia człowieka. Jest ona zarówno środkiem do celu, jak i samym celem. Trwanie aktywnie przed Bogiem to przecież niebo, którego pragniemy. Modlić się to być już w tej chwili w niebie. Starożytni ojcowie Kościoła starali się modlić tak dużo, jak tylko mogli, nawet przez cały czas. My módlmy się tak dużo, jak jesteśmy w stanie w warunkach życia. Im więcej, tym lepiej. Wiara przyjmuje wiele wyrazów, a najprostszy i każdemu dostępny stanowi właśnie modlitwa.
(7)
Oddawać swoje doświadczenia to poddawać je władzy Boga i prosić o Boże prowadzenie w nich. Oddawać możemy każdą chwilę i wszystko, co nas otacza. Ta forma modlitwy i ofiary sprawia, że nigdy nie jesteśmy bezsilni wobec rzeczywistości, także samych siebie. Przytrafia mi się coś niemiłego, mogę to oddać Bogu, żeby te sprawy uzdrowił. Moje doznania mogę oddać jako udział w krzyżu Boga. Dzieje się coś wspaniałego, przyjemnego – mogę oddać Bogu cześć i ofiarować to na Jego większą chwałę, wszak jest Stwórcą wszelkiego dobra. Jestem nierzadko bezbronny i bezradny wobec tego, co się dzieje, a jednak posiadam moc paradoksalnie ofiarowania i oddania. Własna bezsilność odsłania moc Boga. To w istocie cała moc, jaką mamy. Uznanie własnej niemocy jest rozpaleniem w sobie życiowej mocy, duchowego ognia. Oddajemy aktem serca, krótką modlitwą, np. „Oddaję Ci to, Panie…” czy jak się modlił pewien święty: „Jezu, Ty się tym zajmij!”. Oddawanie się ze wszystkim, co nas dotyczy, to wyraz najwyższego zaufania. Trzeba ufać Bogu, bo na sobie to zawsze – prędzej czy później – każdy się zawiedzie.
Warto prześledzić całe swoje życie i oddać wszystkie jego zdarzenia. Szczególnie grzechy są czymś, z czym człowiek samodzielnie w żaden sposób sobie nie poradzi. Dotyczy to także wad i złych skłonności wypełniających serce i umysł.
Nasz egoizm kurczowo zaciska się na sobie, bojąc się stracić siebie, swoją samowolę i arogancję. To oddawanie życia Bogu polega na przezwyciężeniu siebie i ofierze na ołtarzu wieczności.
(8)
Ideał życia wyraża Największe Przykazanie: „Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jeden. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą”.
Ofiarować siebie polega na ofiarowaniu i poddaniu przemianie:
• serca,
• duszy,
• umysłu,
• mocy.
To znaczy całego siebie. Jest to, zdaje się, wyliczenie najważniejszych elementów człowieka. Serce, rozum i moc to klasyczny podział duszy, platoński i biblijny. Przypomina to współczesne pojęcie osobowości z jej elementami, takimi jak emocje, inteligencja, temperament.
(9)
Rolą rozumu jest rozumienie. Rolą serca jest myślenie, czucie, powodowanie człowiekiem. Rolą mocy jest realizować myśl. Wszystko to powinno być święte, kochające Boga, czyli pozostające z Nim w zgodzie, bez walki i nienawiści.
(10)
Władze duszy to miłość duchowa i wyższa duchowa rozumność. Z kolei jej cnoty to wiara, nadzieja i miłość. Wszyscy mamy te cnoty, ale zwykle źle skierowane.
Wiara to zdanie się na kogoś lub na coś, poddanie się mu w zaufaniu, przyłączenie się, uczynienie swoim duchowym ojcem prowadzącym do wiekuistego sukcesu. Warto zapytać siebie w dialogu wewnętrznym, co lub kto jest moim duchowym ojcem. Wiarę też trzeba oddać Bogu, aby ją oczyszczał i uzdrawiał. „Wierzę, zaradź memu niedowiarstwu” – prosił Chrystusa zacny człowiek. Bóg nas przyjmie w siebie, jak nowa lepsza rzeczywistość, w której chcemy zamieszkać. Stanie się całym naszym światem, wszystkim, czego tak naprawdę nam potrzeba.
Nadzieja to złożenie w kimś lub czymś oczekiwania szczęścia wiecznego. Ludzie powszechnie szukają szczęścia i przystają do kogoś lub czegoś, skąd się spodziewają je uzyskać. Także nadzieję należy skierować na Boga, odwracając się od światowych spraw i rzeczy.
Miłość duchowa to ofiarowanie siebie jako daru dla kogoś. Pozostaje pytanie: Komu lub czemu dziś się oddaję, poświęcam? Może wszystkiemu, tylko nie Bogu? Wszyscy jesteśmy skażeni złą miłością, nierządem duchowym, ale i z tego Bóg potrafi wyleczyć swoje dzieci zagubione w świecie zjawisk świata.
(11)
Nawrócenie to przyjmowanie Boga do swojego wnętrza, umysłu:
• trzeba go przyjąć do rozumu najpierw przez dobrą naukę (tzw. studium), czytanie, słuchanie, co nam przynosi poznanie dobrych zasad i prawideł życiowych; jest to ofiara, bo oddajemy dotychczasowe mniemanie o sobie i przestajemy myśleć, że jesteśmy najmądrzejsi; ucząc się, dowiadujemy się także tego, jak mało jeszcze wiemy;
• potrzebujemy rozumienia, czyli uwewnętrznienia dobrej wiedzy, która oznacza zasób informacji już uporządkowany i praktycznie użyteczny; uczenie się nowego życia jest bolesne, bo ciąży nam niedoskonała przeszłość, w miarę nauki i rozumienia coraz wyraźniej widoczna i niezaszczytna;
• cel tego procesu to aktywne praktykowanie lepszego, nowego życia.
3. Nawrócenie na wzór Dobrego Łotra
(1)
„Jeden ze złoczyńców, których [tam] powieszono, urągał Mu: «Czy Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas». Lecz drugi, karcąc go, rzekł: «Ty nawet Boga się nie boisz, chociaż tę samą karę ponosisz? My przecież – sprawiedliwie, odbieramy bowiem słuszną karę za nasze uczynki, ale On nic złego nie uczynił». I dodał: «Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa». Jezus mu odpowiedział: «Zaprawdę, powiadam ci: Dziś ze Mną będziesz w raju»” (Łk 23, 39–44).
(2)
Typem, modelem biblijnym doskonałego nawrócenia, czyli przyjęcia wiary, jest pierwszy chrześcijański święty w niebie, czyli ów ukorzony zbrodniarz. Nie znamy jego przestępstw, ale skoro zasłużył na karę śmierci w mękach, to musiały być niemałe.
(3)
Chrystus mówił, że nawrócenie jest zadaniem na całe życie: „nawracajcie się i wierzcie w Dobrą Nowinę”. Możliwe jest nawrócenie nagłe i zupełne, jak u Dobrego Łotra. Jego życie nie trwało już długo, ale w całości było zwrócone w stronę Boga.
(4)
W nawróceniu najważniejsza jest miłość. Trzeba pokochać siebie, czyli uznać siebie, jakim się jest. Nie starać zmieniać siebie nadmiernie, tylko rezygnować z grzechów. Już to samo odmieni człowieka, uwolni siły do dobra. Należy pokochać także swoją trudną przeszłość, ciężką teraźniejszość i niewiadomą przyszłość. Nie powinno się zmieniać niczego na siłę, wolitywnie, trzeba po prostu kochać więcej i zawsze, gdy to możliwe: siebie, bliźniego, a zwłaszcza Boga, bo miłość jest przede wszystkim dla Niego. On jest też we mnie i w każdym człowieku ze swoją wrażliwością.
Dobry Łotr uznaje swoją historię, odrzuca buńczuczność towarzysza, który jest zaprzeczeniem nawrócenia, wręcz wzorem zatwardziałości w złu. Dobry Łotr zna swoje uczynki, staje przed Bogiem i samym sobą w prawdzie.
(5)
Trzeba przyjąć swój krzyż. Dobry Łotr nie buntuje się wobec cierpienia, choć należało do najcięższych. Chrystus już wcześniej uczył, żeby przyjmować swoje krzyże. Bunt przeciw ciężkiemu losowi staje się buntem przeciwko Bogu, obwinieniem Go. To nie Bóg jest winny naszych krzyży.
Nie należy odrzucać także krzyży niemających uzasadnienia, przyjmować je jako jedno z wydarzeń życia, które się nam po prostu przytrafiają. Cierpienie wisi nad każdym z nas od chwili samobójczego upadku ludzkości. Udziela nam się ono dość przypadkowo, chaotycznie, gdyż na tym zepsutym świecie wszystko jest opanowane przez chaos.
(6)
Dobry Łotr mówi do Boga, modli się. Modlić się należy jak najwięcej, uwielbiać Boga – to droga i cel uzdrowienia. To wyraża miłość.
(7)
W stosunku do ludzi mamy przebaczać, nie osądzać (czyli nie potępiać), nie porównywać się z innymi pogardliwie. Zły Łotr naśmiewa się z drugiego człowieka, w tym przypadku Chrystusa. Dobry Łotr stanowczo to odrzuca.
(8)
Dobry Łotr utwierdza się w szacunku i bojaźni wobec Boga. Zły – przeciwnie – im więcej cierpienia, tym bardziej nienawidzi i wyszydza Boga. Dobry rozpoznaje Boga w Bogu, wie, z Kim rozmawia.
Uznaje niewinność Boga, nie zważając na oskarżenia grzeszników nieustannie Go obwiniających i nienawistnych wobec Niego. Na przekór całemu światu wyznaje dobroć Boga, który swoimi prostymi słowami odwrócił całe zło grzechów. Podłożem grzechu Adama i Ewy było oskarżenie Boga, Dobry Łotr uznaje Jego świętość.
(9)
Dobry Łotr uznaje swoje winy. Patrząc w stronę Boga, słusznie osądza siebie i swoje przestępstwa. Dzięki temu odcina się od nich w godzinie nawrócenia, nie jest z siebie dumny, ale serdecznie żałuje.
Mamy wyrzec się zła, wszystkiego, co do niego prowadzi, i Szatana. To są obietnice początku wiary i zerwania z porządkiem zła.
(10)
Dobry Łotr zupełnie powierza się Bogu. Trzeba oddawać wszystko Panu pod władzę, pozwolić Mu nas zmieniać, nasłuchiwać Jego głosu i działania, uwrażliwić się na Ducha Świętego.
(11)
Nawrócony uznaje Chrystusa swoim Panem i Zbawicielem, Panem i Królem, absolutnym władcą w Królestwie Bożym. Zbawiciel jest ostatnią i jedyną nadzieją dla Dobrego Łotra.
(12)
Dobry Łotr lituje się nad Chrystusem, rozpoznaje Go jako Boga i Króla wszechrzeczy, choć przecież zdradzonego i zamordowanego pod pozorami sprawiedliwości. Rozumie cierpienie Chrystusa znacznie przekraczające jego własny ból. Współczuje niewinnemu Bogu w Jego strasznym losie pomimo swojej własnej przerażającej kondycji.
4. Praktyka nawrócenia
(1)
Na wstępie trzeba przyznać, że jest we mnie problem, więc muszę się sobą zaopiekować. Trzeba przyznać, że dotychczasowe życie wymaga reformy. Czasem konieczny jest szok, niekiedy ofiarowany przez Boga w jakimś cierpieniu lub porażce. To pewna konstatacja, do której będzie trzeba stale wracać. Odruchowo człowiek popada w zadowolenie i myśli, że już nie potrzebuje zmiany. Z czasem kolejna porażka, szok czy nagłe opamiętanie przypominają o potrzebie dalszego nawrócenia. Póki żyję, póty mam się nawracać.
(2)
Potrzebny jest swego rodzaju apetyt na zmianę, wybicie się z rutyny i przyzwyczajeń. Dobra nowina potrzebna jest tym, którzy oczekują dobrych nowin. Potrzebują ich ci, którzy źle się mają. Ci, którzy dobrze się mają (tak przynajmniej myślą), oraz ci, którzy w ogóle o sobie nie myślą, nie potrzebują ich.
Potrzeba obudzić się ze snu własnego wyobrażenia o sobie – obudź się, śpiący… Budzimy się jakby ze złego snu, w którym mamy siebie za doskonałych i idealnych. To jest początek skruchy. Jej pełnia to zdanie się zupełnie na Boga. Na Ziemi nikt nie jest dobry, dobry w pełni jest wyłącznie Bóg. Człowiek zawsze jeszcze może być lepszy. Każdy jest jakoś spaczony. Nie da się wychować bez błędów, każdy wymaga naprawy lub wypełnienia braków.
(3)
Jeśli czuję się już doskonały, to znaczy, że właśnie leżę w kloace swojej pychy.
(4)
Podstawą nawrócenia jest znalezienie czasu dla siebie. Trzeba znaleźć zamkniętą izdebkę na intymne spotkanie z Bogiem i z samym sobą, choćby izdebkę zamkniętych oczu.
Potrzeba czasu dla Boga.
Potrzeba ciszy.
Potrzeba dialogu z Bogiem i ze sobą.
(5)
Trzeba zrozumieć swoją bezradność wobec siebie, swojego stanu. Dobrze jest modlić się o uzdrowienie, żałować i oczekiwać pomocy.
(6)
Nawrócenie to łaska Boga czy działanie samego człowieka? Są w tej sprawie dwa stanowiska, które od tysięcy lat ze sobą dyskutują – pelagianizm i augustianizm. Według mnie są to tylko różne języki akcentujące wpływ Boga lub decyzję człowieka o przyjęciu tego wpływu. Augustianizm czyni człowieka bezsilnym wobec grzechu i oczekuje przemiany od Boga. Pelagianizm twierdzi, że nawrócenie to zasługa samego człowieka, który musi na nie pracować, szczególnie na drodze ascezy.
Należy prześledzić koleje nawrócenia naszego bądź naszych znajomych itp. i zobaczyć, jaki był wkład w nie Pana Boga. Kiedy zapytamy, ile człowiek może zdziałać w tej sprawie własnymi siłami, bez Boga, okaże się, że nic… Z drugiej strony człowiek musi aktywnie współpracować z łaską (czyli działaniem Boga). Nie zbawimy się bowiem przez sen.
Bóg jest niezbędny w samym nawracaniu, czego dowodem jest nawet taki prosty wywód:
• wiara to żywa relacja człowieka i Boga, w szczególności Chrystusa,
• śmierć duchowa to brak wiary,
• odrodzenie, nawrócenie, przyjęcie zbawienia to powrót do żywej relacji z Bogiem,
• relacja z Bogiem jest bez Niego niemożliwa,
• nie da się nawrócić bez udziału Boga,
• kwestia tego, kto postrzega proporcje działania człowiek-Bóg, to już tylko estetyczna sprawa.
Niebo zostało otwarte dla zbawionych dzięki Chrystusowi. Bez Niego w ogóle nie rozmawialibyśmy o życiu duchowym, czyli życiu wiary. Pogląd augustiański jest w istocie poglądem uniwersalnym w chrześcijaństwie. Sam Bóg bez udziału człowieka też jednak nikogo nie nawraca, szanując daną nam wolność. Weselsi i bardziej energiczni ludzie będą bardziej pelagiańscy, fataliści – bardziej augustiańscy. Patrząc z boku, zauważymy, że są to różnice natury jedynie estetycznej, póki któraś strona nie popada w absolutyzację swojego poglądu, bo wtedy pojawia się usłużny demon:
• absolutna pozbawiona udziału człowieka moc Boga – to wizja człowieka zabawki, przedmiotu, rzeczy,
• absolutna własna zasługa człowieka – to po prostu obecnie tak popularny ateizm, którego zwolennicy wierzą we własne siły ludzkie; któryś papież podsumował ten świat, mówiąc, że tkwi on w błędzie pelagianizmu.
Potrzeba zjednoczyć te dwie przeciwne zasady, aby się nawrócić.
(7)
Należy jak najczęściej zwracać się do Boga, bo sam człowiek się nie nawróci, to Bóg nawraca. Każda modlitwa jest pokutą. Tylko pokuta leczy. Koronka do Miłosierdzia, modlitwa Jezusowa czy różaniec są do siebie podobne. Trzeba ich jak najwięcej, nawet przez cały czas.
Każde aktywne zwrócenie się do Boga jest pokutą, a każda pokuta (nawrócenie, metanoia) winna być skierowaniem się do Boga, nigdy w siebie.
Im więcej modlitwy, tym lepiej. Wtedy działa łaska; bez niej nie ma żadnej możliwości przemiany. Trzeba się modlić na przekór wszystkiemu: „ważniejszym zajęciom”, grzechom, rozkojarzeniu… Modlić się… Z czasem łaska zrobi, co trzeba. Należy zatem z nią współpracować, poddać się jej leczeniu.
(8)
Siłowe, wolitywne nawrócenie nie działa, jego skutki tylko są na chwilę, pozostaje postawa autoagresji, która odbija się agresją również na zewnątrz. To typowe dla dewotów. Taki sztuczny człowiek, wyuczony na pamięć, gwałcący stale swoje stare nawyki i przyzwyczajenia – staje się faryzeuszem. Narasta w nim gorycz i niechęć do świata oraz złych ludzi. Mści się za swoją frustrację na grzesznikach, gdyż im w głębi serca zazdrości. Jego mocą jest złość. To człowiek potrzebujący dalszego kroku. Do pełni chrystianizmu potrzebuje faktycznego wewnętrznego wyzwolenia. Dla dewota, on sam jest centrum wrażliwości.
(9)
Efektem pracy duchowej są zmiany w emocjach. W spotkaniu z doskonałością Bożą nagromadzone w człowieku śmieci zmącane zostają jak fusy w herbacie. Wszystko potrafi wyprowadzić nas wtedy z równowagi, doprowadzić do furii. Jest to po to, żeby te swoje furie zobaczyć i opanować. Nie zawsze udaje się to od razu.
(10)
Z zafiksowaniem psychiki wskutek urazów powiązana jest reakcja somatyczna na daną sytuację, która jako nierozwiązana i niedokończona utrwala się, przez co może powodować wiele problemów zdrowotnych. Z doświadczania można wskazać, że w wyniku uzdrowienia wewnętrznego:
• zmienia się wyraz twarzy, schodzi lub zmienia się utrwalony grymas, z którego nawet nie zdajemy sobie sprawy, a który dostrzegalny jest z zewnątrz,
• rozprężają się przykurczone mięśnie, co powoduje wielkie zmiany, w tym poprawę postawy ciała, ustąpienie dolegliwości kręgosłupa i pochodnych, lepszy przepływ krwi do narządów; takie przykurcze bywają niesamowicie szkodliwe na dłuższą metę; ozdrowieńczy rozkurcz może być związany z chwilowymi dreszczami niektórych partii mięśni, np. mięśni brzucha, nie należy się przed nimi bronić; czasem może to być przebiegający nawet silny dreszcz, jakby dreszcz grozy,
• zmienia się praca innych narządów; zaobserwowano przykładowo, że wcześniej wiecznie zimne i siniejące dłonie na trwale się ogrzewają; w okresie nawracania następują rozkurczowe reakcje w jelitach, które mogą objawiać się dość burzliwie, ale z wyraźnym uczuciem ulgi i rozluźnienia (jakby rozluźnienie ściśniętego nerwowo kłębu, węzła), • rozjaśnia się umysł.
(11)
Nawrócenie jest jak wyciąganie kolców, tyle że ze swojej historii. Te kolce nadal nas niszczą jak żądła skorpiona. Spotkanie ze swoją historią okazuje się bolesne, bo polega na odkrywaniu w sobie tych kolców. Trzeba umieć wybaczyć także samemu sobie grzeszne życie, aby się od niego uwolnić. To jest droga zapomnienia o złu. Taoiści uczą zapominania. Owszem, potrzeba pewne rzeczy zapomnieć, to znaczy znieść jakąkolwiek emocjonalną więź ze złem w przeszłości. Trzeba pozwolić jej przeminąć. Oddać się Bogu w modlitwie: „Panie, oddaję Ci każdy moment mojego życia, także te najgorsze chwile”. Należy je wymienić, ale bez rozczulania się nad nimi.
(12)
Nawrócić się to stać się świętym, stać się Nowym Człowiekiem, częścią Nowego Stworzenia, jakiego zaczątek jest w niebie, a wypełnienie będzie na odnowionej ziemi. Protestanci nieprecyzyjnie nazywają nawrócenie „przyjęciem zbawienia”. Jest to nie tylko jeden gest woli i przyjęcie łaski, gdyż „raz wybrawszy, stale wybierać muszę” (jak pisał któryś święty).
5. Praktyka nawrócenia – opór, skrupuły i wstyd
(1)
Nosimy w sobie wewnętrzny opór wobec nawrócenia, skrupuły i wstyd. Gdyby go nie było, wszyscy byliby święci. Nawracanie się jest częściowym umieraniem, przeżyciem krzyżowym, z początku nieprzyjemnym. Stary człowiek ze swoimi przyzwyczajeniami broni się przed zmianami. Nowe, święte „ja” jest z początku zwykle bardzo słabe, ledwie pojawia się chwilami w umyśle i postępowaniu, nad którymi panuje stare „ja”.
(2)
Niewiarygodnie silnie opieramy się nawróceniu z powodu skrupułów. Mówią one nam, żeby nie przyjmować od Boga zbawienia, bo nie jesteśmy tego godni, nie zasłużyliśmy na nie. Nie chcę go, bo nie mam, czym zapłacić. To obnaża moją nędzę duchową, co jest przykre. Skrupuły to siła w człowieku, która może doprowadzić go na skraj szaleństwa i depresji. Są one owocem wcześniejszego życia: im było gorsze, tym są silniejsze.
Za dobroć Boga płacimy całym swoim życiem, od tego czasu skupionym na dawaniu Mu bezgranicznej miłości. Idziemy w słodką niewolę miłości, czynimy Go swoim Panem. Tak się składa, że grzesznik nie ma nic do dania Bogu. Trzeba jednak pamiętać, że Bóg niczego nie oczekuje poza powrotem do Niego, bo niczego ostatecznie od człowieka nie potrzebuje. Tym doczesnym pierwszym życiem możemy zapłacić za własne istnienie. Jego oddawanie na powrót Bogu jest możnością odpłacenia Stwórcy za stworzenie.
Bóg jest nieskończenie hojny. Trzeba patrzeć na Niego, a nie na siebie, bo od przyglądania się sobie i swoim grzesznym dokonaniom można by stracić rozum, co zresztą wcześniej miało właśnie miejsce. Przekraczamy swoje uwarunkowania i zwracamy naszą uwagę na Boga, a odwracamy ją od siebie.
(3)
Wstyd
Po tym, jak Ewa otwarła puszkę z nieszczęściem i cierpieniem, ludzie utracili zdolność naturalnego uwielbienia Boga, które wynikało z Jego bliskości. Schowali się w krzaki i ogromnie się zawstydzili. Przybył Pan Bóg, ale nie dało się ich uwolnić od tej przypadłości – od zawstydzenia zmuszającego do ucieczki od Boga. Owszem, fizycznie opuścili krzaki, ale dostali ich przenośną postać – ubrania. Nadal przeżywali swój moralny wstyd przeniesiony także na cielesność. Ludzie zawstydzili się swojej nagości, bo zawstydzili się samych siebie. Wstyd, wstydliwość nosimy na duszy jak ubrania na ciele. Większe, mniejsze, zależy od klimatu, ale jednak nosimy. Odkąd straciliśmy swoją anielskość, to wstyd stał się częścią naszej egzystencji.
Bóg-Człowiek przyszedł na ziemię między ludzi, żeby naprawić błąd Adama i Ewy. Drogą naprawy stała się rzymska szubienica, znak arcywstydu, absolutnej hańby. Wyznawcy Jezusa przyjęli tę szubienicę za swój znak. Pieczętują swoją wiarę znakiem całkowitego zhańbienia i wstydu. Może się to wydawać dziwne. Przecież nikt nie marzy o hańbie, odrzuceniu, byciu wyśmianym i pobitym, zmasakrowanym.
Żeby Adam i Ewa oraz ich potomstwo mogło wyjść z krzaków i próbować jakoś żyć, Bóg-Człowiek musiał wziąć hańbę na siebie. Nauczał, żeby jeden nosił ból i hańbę drugiego. Hańba stała się drogą do uwielbienia. Bóg-Człowiek powrócił w uwielbionym ciele, otoczony na powrót chwałą Bożą.
Nawrócenie pomaga dźwigać swoje wstydy, które ma każdy z nas. One już nie zamykają bram nieba, bo znalazły doskonałego Wybawcę. Ubolewamy, wstydzimy się swoich grzechów, przewinień, rozczarowań samymi sobą, kompromitacji, ale już nie wstydzimy się wstydzić, nie ukrywamy się w krzakach, żeby nikt nie widział naszego wstydu. Wychodzimy do świata mimo niepięknej przeszłości.
Wstyd już nie zabija w nas ducha. Po prostu jest i musi być, skoro są ku niemu powody, pracowicie w życiu gromadzone. Słuszne oczekiwanie odebrania nam życia za karę wobec naszego grzesznego zatracenia, towarzyszące temu poczucie wstydu, świadomość pohańbienia – one już nami nie rządzą, nie determinują nas. Wstyd, świadomość upadku jednak nie przemijają. Jako chrześcijanie nosimy na piersiach znak swojego wstydu, rzymską szubienicę. Jako chrześcijanie rozumiemy człowieczy upadek jeszcze dosadniej niż innowiercy, dlatego zbliżanie się do Boga w wierze chrześcijańskiej nie powoduje wzrostu ego, przeciwnie – budzi pokorę, bo przy Bogu jeszcze lepiej widać nasze własne niedomagania i małość.
Bezbożni także mocują się z tym poczuciem winy, wstydu, jakie dotyka każdego człowieka. Niestety ich działania zamiast leczyć, jedynie to potęgują. Jedna ze złych dróg to bezwstyd, udawanie, że nie ma grzechu, że wszystko, co robimy, jest dobre. To także coraz powszechniejszy bezwstyd fizyczny. Druga strategia to wypieranie poczucia winy samouwielbieniem siebie i swojej cielesności. Inni jeszcze przyjmują pozę jakiejś absolutnej dumy (czyli pychy), co ma im zrekompensować i przekrzyczeć w nich poczucie winy i wstydliwość.
Wstyd nas nie opuszcza, ale spotyka się z nieogarnialnym współczuciem i troską Chrystusową. Tylko Boża troska potrafi być większa od człowieczej przewiny i sposobów jej przeżywania. Ona jedynie skutecznie wyzwala nas moralnie i psychicznie, pozwala pogodzić się z własną upadłą kondycją, a przy tym oddzielić się od niej na drodze do świętości.
6. Uzdrowienie emocji
(1)
Kluczowe znaczenie ma uzdrowienie wewnętrzne, uzdrowienie serca – z niego pochodzi całe zło i całe dobro człowieka. Dzisiejszy świat proponuje nam różne sposoby ludzkiej pomocy dla wewnętrznego cierpienia. W praktyce jednak dostęp do pomocy psychologicznej jest mocno ograniczony, leczenie przez psychiatrę ogranicza się do łykania tabletek, a skuteczność tych terapii bywa dyskusyjna. Często po prostu to czas najlepiej leczy rany.
Prorok Ozeasz mówi: „Chodźcie, powróćmy do Pana! On nas zranił i On też uleczy, On to nas pobił, On ranę zawiąże” (Oz 6, 1). Później dodaje: „Miłości pragnę, nie krwawej ofiary, poznania Boga bardziej niż całopaleń” (Oz 6, 6). Celem uzdrowienia wewnętrznego jest powiększanie się miłości do Boga, a dzięki temu emocjonalne i uczuciowe osadzenie się w rzeczywistości oraz chwili obecnej.
(2)
Bliskość Boga jest największym pocieszeniem. Jedynym prawdziwym pocieszycielem jest Bóg, Jezus Chrystus, przynoszący światu wybawienie od wszystkich problemów, które pochodzą z grzechu, w tym cierpienia wewnętrznego.
(3)
Już C.G. Jung zauważył, że społeczność katolików jest stosunkowo najmniej podatna na neurozy, czyli zaburzenia emocjonalne.
(4)
Lekarstwem na choroby serca, a jednocześnie metodą nawrócenia jest poznanie Boga, szczególnie w Osobie Syna Bożego. Poznanie w starożytnym rozumieniu to zarazem percepcja, jak i zespolenie. Czynimy to na wiele sposobów należących do życia religijnego i duchowego, np.:
• zespolenie z Ciałem Bożym – Msza Święta, Komunia, spowiedź przywracająca łączność duchową, obecność w Kościele jako wspólnocie będącej Ciałem Bożym, kontemplacja, adoracja obecności Boga,
• przyjęcie Słowa Boga do serca; źródłem tego jest święte nauczanie: Biblia, nauczanie Kościoła, medytacja Słowa.
(5)
Bez Ducha Świętego człowiek nie może nawet wyznać, że Jezus jest Jego Panem, a co dopiero pobożnie żyć. Przyjęcie łask płynących z zetknięcia z Ciałem i Słowem nie jest możliwe bez namaszczenia ze strony Ducha Świętego, inaczej spotkanie z Ciałem będzie jedynie pustym rytuałem, a spotkanie ze Słowem – rozrywką dla rozumu. Spotkania te nie będą przemieniać człowieka i leczyć ducha.
Dla mnie to fakty niejednokrotnie stwierdzone na przykładzie wielu osób, potwierdzające, że wiara bez przyjęcia Ducha do swojego życia, nawet bardzo szczera, jest dziwna, lekko nieufna, zbuntowana. Przyjęcie Ducha Świętego zmienia spojrzenie danej osoby na sprawy duchowe o 180º, przenosząc wiarę na płaszczyznę miłości i zaufania. Czasem przyjęcie Ducha Świętego potrafi przemienić w chrześcijanin nawet osoby bez specjalnego przygotowania doktrynalnego.
„Chrzest w Duchu Świętym” to prośba Kościoła o odnowienie łask płynących z chrztu i bierzmowania. Jest to po prostu modlitwa o wylanie Ducha Świętego poprzedzona wyznaniem, że Jezus jest Panem i Zbawicielem danej osoby. W formie uroczystej stanowi ona część seminarium wiary, zwykle nad osobą modli się wspólnota z nałożeniem rąk. Można się pomodlić o wylanie i wsparcie Ducha Świętego samodzielnie lub w jakiejkolwiek grupie. Jest to zwyczaj Odnowy w Duchu Świętym.
(6)
Wewnętrzne uzdrowienie człowieka ma być dziełem Boga. Kiedyś wydawało mi się, że człowiek powinien sam sobie pomóc duchowo poprzez rozważanie Słowa Bożego, introspekcję, jakąś autoterapię. Srodze się na tym zawiodłem, zresztą jak na wszystkich ludzkich sposobach uzdrowienia serca. Owo „sam” to nic innego jak podstawowa pycha i odrzucenie Boga. Bóg chce uzdrowić człowieka na własny sposób; człowiek ma poszukiwać głosu Boga w świecie, który go otacza, modlić się i przyjmować nawrócenie. Bóg jest człowiekowi niezbędny. Chce sam człowieka zbawić i co za tym idzie – uzdrowić. Człowiekowi wystarczy, że podda się Boskiej woli. Bóg nie pozostawia człowiekowi innych zasług, jak tylko wysłuchania Go i posłuszeństwa wobec Niego. Bóg nie chce, żebyśmy sami z siebie naprawiali się według własnego uznania, bo to zawsze kończy się jakimś grzechem. Mamy najpierw poszukiwać Jego głosu, czasem nawet natchnienia, dopiero potem działać. Takie poszukiwanie to wielka sztuka. Jego głos to przynaglenie do jakiegoś dobra lub choćby możliwość zrobienia czegoś dobrego wśród złego świata.
Proszę sobie wyobrazić taką sytuację. Pewna osoba siedzi sobie spokojnie w domu przed telewizorem. Dość beznamiętnie przeskakuje z kanału na kanał, nagle zatrzymuje się na chwilę na programie o rozpoznawaniu i leczeniu depresji. Ogląda go i myśli, coś jej mówi, że sama w jakimś stopniu jest dotknięta tą przypadłością, trudno jej się zmusić do życia, do pracy. Na chwilę staje w prawdzie o sobie, uświadamia sobie, że cierpi wewnętrznie i że to cierpienie odbiera jej siły życiowe. Dodatkowy ból pochodzi z sumienia, bo w tym stanie nie wypełnia należycie swoich obowiązków, jest ciężarem dla innych. Program się kończy. Osoba dalej zmienia kanały. Trafia na program o policjantach, którzy opowiadają historie ze służby, mówią też o swoich uczuciach, także o tym, że udawanie nieczułego automatu, który stara się nie współczuć, tylko robić swoją pracę, bardzo źle odbija się na ich życiu, że jak każdy muszą oni w pełni przeżyć swoje uczucia. Osobie trudno jest zmienić kanał. Znowu patrzy na siebie i widzi, że tak właśnie próbowała na siłę żyć, „nie dać się cierpieniu”, ukrywać swój ból nawet przed sobą, usprawiedliwiać krzywdzących ją ludzi, a nie im wybaczać. Program szybko się kończy. Na innym kanale zaczyna się film Dotyk anioła. Historia, w której aniołowie starają się pomóc dziewczynie, która uciekła z domu, bo bała się utraty miłości rodziców, a potem wiele lat kłamała i próbowała być twarda. Miała ona w sobie wiele bólu i żalu do rodziców, do siebie. Anioły z wolna pozwalają jej dotrzeć do prawdy o niej samej, przez co ona się zmienia, uspokaja, w końcu, płacząc, wraca do normalnego życia. Oglądająca to wszystko osoba odruchowo idzie w myśleniu o sobie podobnym torem, sama zaczyna płakać. Przebaczenie przychodzi samo ze zrozumienia, że to, co złe, nie pochodzi od Boga, ale z królestwa zła, i jest dziełem demona. Bóg nie ma z tym nic wspólnego. To koi i zabliźnia rany.
Ta historia jest prawdziwa. Wystarczyło dwie godziny oglądania telewizji, aby Bóg uleczył wiele ran chorego uczuciowo człowieka. Sam człowiek po prostu uznał swoją bezradność wobec swojego serca i czekał, sam nie wiedząc, na co, prosił o ratunek Boga. I Bóg zstąpił ku niemu… poprzez telewizyjny program.
(7)
Tradycyjnie wierzący modlą się o uzdrowienie wspomnień, o uzdrowienie serca (z naciskiem na przebaczenie), za swoich przodków, o usunięcie negatywnego wpływu psychicznego płynącego z zaszłości rodzinnych. O to wszystko może się modlić każdy sam przed Bogiem. Po prostu trzeba to oddawać Bogu.
(8)
Wyzwolenie emocjonalne nie jest jednak tym samym co zbawienie, choć tak uczą niektóre tradycje orientalne i dzisiejsza psychoanaliza, niekiedy psychologia. To oczyszczenie pola do pracy ducha, to zerwanie więzów, ale to nie jest jeszcze prawdziwe życie, tylko oczyszczenie do niego przedpola. Święty człowiek i człowiek emocjonalnie doskonały i znakomicie się realizujący to nie jest to samo. Bywają najgorsi ludzie, którzy nie mają problemów emocjonalnych. Dobra kondycja, humor i trzeźwy umysł to tylko naprawa emocji, co można sobie zafundować na wiele sposobów. Świętość tego nie odrzuca, ale i nie wymaga. Najważniejsza jest bliskość Boga i oczyszczanie z bycia związanym grzechem, z upodlenia nim.
(9)
Jeżeli chodzi o uczucia, to poniżej zamieszczam wypowiedzi Wcielonego Boga (†) do A. Lenczewskiej zapisane w jej Świadectwie:
„– Czym są uczucia?
† Są kwiatami na ziemi pragnień.
– Dlatego bywają nietrwałe, choć niekiedy tak piękne?
† Tak, ale jeśli gleba jest dobrze uprawiana, wyrastają ciągle i stają się coraz bardziej dorodne. Poza tym nie więdną przedwcześnie, lecz przynoszą owoce i ziarno, które można siać, by wyrastały na innej glebie.
– Najpiękniejszym kwiatem jest miłość?
† Jest to kwiat z ogrodu Boga, który przyniosłem na ziemię.
(…)
– Konsekwentność się liczy(,) i tylko ona. Uczucia są cenne, ale jeśli nie decydują o życiu, o postępowaniu zgodnie z Moim Słowem, nic nie są warte, bo są kłamstwem.
(…)
† Panuj nad swoimi uczuciami.
– Do Ciebie także?
† Tak. Nadmiar uczuć utrudnia spokojne i skupione trwanie we Mnie. Utrudnia też działanie. Życie to praca, a nie wzruszenia. Uczucia powinny być bardziej źródłem pracy niż wzruszeń. Wtedy są twórcze, a ich owoc jest trwały.
(…)
Bądź Moją radością i odpocznieniem. Oddawaj Mi siebie każdego dnia, każdej chwili. Tak, jak teraz. Lubię, gdy jesteś zasłuchana i zapatrzona we Mnie.
Pragnę ludzkiej miłości, a otrzymuję tak mało.
Wynagradzaj za innych, którzy zapomnieli, którzy nie chcą.
Dałem ci czułe serce, abyś zastąpiła wielu, którzy zabili własne serca. Dałem ci je po to właśnie.
Nie ograniczaj i nie hamuj swojej czułości wobec Mnie. Niech cię nie obchodzą ludzie: co pomyślą, jak cię ocenią.
Bądź naturalna wobec Mnie, spontaniczna i uczuciowa tak, jak tego pragnę.
Wszelkie zahamowanie i ograniczenie ze względu na ludzi niszczy naszą Miłość.
(…)
– Uczucia są uważane za zły motyw pójścia za Tobą. Mówi się tylko o poznaniu i woli.
† Na początkowym etapie pójścia za Mną ten motyw jest lepszy, bo jest bardziej stabilny.
Uczucia mogą byś motywem na skutek Mojej łaski zbliżenia – spotkania ze Mną bezpośrednio. Wtedy dominują uczucia, ale jest też poznanie.
Gdy daję łaskę odczucia Mej obecności i tego, Kim jestem, decyduje uczucie miłości i zachwyt. Ale głównie miłość. Ona jednak może stać się nietrwała, gdy łaska spotkania minie.
Nazywacie to pustynią. Wtedy decyduje rozum i wola. Nie ma uczuć. A mogą być nawet negatywne.
W wielkich próbach nie można nawet opierać się na rozumie, bo odjęte bywa jego światło. Pozostaje wtedy tylko wola jako jedyny motyw. Ona zatem jest najważniejsza. Ją należy najbardziej ćwiczyć i jej zawierzać w oparciu o Moją pomoc. Jej ufać także wtedy, gdy wydaje się, że tej pomocy nie ma.
Takie trwanie wbrew odczuciom lub nawet rozumowi jest najcenniejsze, bo najtrudniejsze. Niewielu na nie stać.
– A co z miłością?
Przecież to jest pierwsze, najważniejsze przykazanie. Przecież Piotra pytałeś tylko o miłość.
† Tak, ale była to już miłość umocniona wieloma próbami. Miłość doskonała opiera się na woli, a także na rozumie.
O taką miłość chodzi, a nie o uczucie oparte o doznanie, które może być chwilowe. Z chwilą, gdy minie doznanie, kończy się też uczucie.
Jednoczenie się ze Mną jest jednoczeniem się w miłości doskonałej, trwałej, której nic nie zniszczy. A w której rodzi się wszystko. Miłość jest najważniejsza. Ale droga do takiej miłości wymaga trudu poznania i trudu woli.
Ludzie współcześni zbytnio ulegają temu, co przyjemne, co łatwe. Chętnie pójdą za Mną, jeśli będzie się to łączyć z przyjemnością, ułatwieniem życia w świecie.
Ale przecież droga za Mną to droga krzyżowa wyrzeczeń i wysiłku. Czy na łatwych prostych uczuciach można ją budować?
Można od tego zacząć. I w ten sposób niektórych powołuję. Potem jednak musi przyjść etap trudu poznawania i wysiłku woli. Aby właśnie dojść do trzeciego etapu: miłości doskonałej, czystej, opartej na woli, rozumie i radości obcowania ze Mną.
(…)
† Nie możesz opierać się na odczuciach, tylko na tym, co wiesz i w co wierzysz. Chcę oczyścić cię z budowania na uczuciach. Robię to delikatnie, bo słaba jesteś. Ale robię to właśnie po to, aby cię uodpornić i wzmocnić.
Trwaj w zawierzeniu, choć ciemność jest w twoim sercu. Ja jestem blisko – wiesz o tym – i tego musisz być pewna zawsze.
(…)
Oddaj Mi każdą sprawę i każdą czynność. W radości i zjednoczeniu ze Mną oczyszczaj swoją duszę z wszelkich niepotrzebnych uczuć, z wszystkiego, co nie jest Moją Miłością.
(…)
Miłość do bliźnich to nie uczuciowość i tkliwość, to przede wszystkim pomoc. To troska o ich zbawienie, to wlewanie w ich serca otuchy i rozpalanie wiary. To odkrywanie w ich zbolałych sercach Mojej Miłości. To pokazywanie im, że jestem w ich duszach i pragnę, by Mnie tam dostrzegli i by podzielili się ze Mną swymi troskami, swym cierpieniem, swą radością. By pozwolili sobie pomóc.
(…)
† Kocham cię, Moje dziecko. Pragnę twego dobra bardziej niż ty sama. Dla twego dobra i dla twego szczęścia już teraz i w przyszłości pozwól Mi kierować tobą.
Oddaj Mi swoją wolę, swój rozum, swoje uczucia i swoje ręce”.
(10)
Uczuciowe i emocjonalne osadzenie w rzeczywistości, czyli uzdrowienie wewnętrzne, winno zwracać wrażliwość na Boga. Bóg w relacji do nas jest pogrążony w smutku i cierpieniu. Objawia się nam w symbolu krzyża, co powinno nas nakierunkować na właściwy klimat spotkania z Nim. Ludzie jednak jeszcze pogłębiają cierpienie Boga, odrzucając zbawienie, co czyni Boga nieszczęśliwym i zrozpaczonym z powodu losu swoich dzieci. Właśnie ten aspekt postrzegania Boga jest najistotniejszy, ponieważ odsłania główny problem świata, dążenie Boga i grozę obecnej sytuacji oraz wyznacza zadanie dla wiernego, aby próbował poprawiać stan świata swoim prawym życiem i był pocieszeniem dla Boga. Bóg nie cierpi w swojej świętej pozaświatowej istocie. Cierpi bowiem jak każdy dobry rodzic w ramach relacji z nami, patrząc na swoje dzieci, które się degenerują i niszczeją. Cierpi jak mąż zdradzany przez najukochańszą żonę.
Niestety, uczuciowość osadzona na realiach świata nie jest prosta, łatwa i jedynie przyjemna. Paradoksalnie, początkiem uzdrowienia może być także pozytywne załamanie wynikające z obcowania z rozpaczą Boga, kiedy to po pierwszym szoku przychodzi nadludzka mobilizacja do dobrej pracy w celu pocieszenia Boga.
(11)
Być zdrowym to usunąć fałszywy obraz siebie, nadmiernie wyidealizowany i przesadnie ambitny. To akceptacja własnych skromnych sił oraz swoich przymiotów, swojej specyfiki, swoich własności, szczególności i słabości. To usuwa wiele niepotrzebnych napięć. Już Laozi uczył, żeby odebrać ludziom ambicje, a kraj stanie się szczęśliwy.
(12)
Do uzdrowienia potrzeba rozliczenia z grzechami swoimi i innych poprzez przyjęcie Chrystusowego przebaczenia oraz przebaczenie bliźnim. Konieczne jest także to, aby w sercu zaprzeczyć złym wzorom życia poprzez akceptację prawdy o dobrym życiu płynącą z Ewangelii.
(13)
Uzdrowienie to odzyskiwanie świadomości i percepcji. Emocje zawieszone w historii urazów i grzechów sprawią, że postrzeganie świata jest spaczone, spłycone i zawężone. Jego celem staje się samoobrona zła w człowieku. Świadomość uwięziona wraz z emocjami w przeszłości z czasem działa coraz gorzej.
Przebaczyć to pozwolić czasowi płynąć, a bólowi przemijać. To odzyskać postrzeganie świata tu i teraz, odzyskać siebie. Trzeba domknąć pętle emocjonalne, właściwie zareagować na wydarzenia z przeszłości. Chodzi bowiem nie tylko o przebaczenie, ale także o zaległe przeżycia, które coś powstrzymało, zdusiło, podczas gdy one muszą przez nas przejść.
Czasem potrzeba relaksacji (nazywanej niesłusznie medytacją), czyli rozluźnienia emocji i zgody na nie, ale w spokojnej, kontrolowanej sytuacji. To nie jest rozpamiętywanie, które tylko pogłębia problem. To nie polega na wolitywnym duszeniu w sobie niepożądanych przeżyć. Przeżycia są neutralne moralnie, trzeba je przeżyć, ale niekoniecznie za nimi iść. Stanowią one odpowiedź na doświadczenia życiowe. Czasem to totalny sprzeciw lub rozpacz niemowlaka. To też przemądrzalstwo nastolatka, a później chęć nieustannego rządzenia w dorosłości.
Trzeba zobaczyć siebie jakby z zewnątrz, obiektywnie, w historycznych, a niedomkniętych sytuacjach – to przynosi wyzwolenie.
(14)
Uzdrowienie to zgoda na samego siebie z całą swoją przeszłością, obciążeniami, krzyżami. Ta zgoda z kolei to po prostu miłość wobec siebie, akceptująca, ale i oczekująca zmiany na lepsze. Taka jest bowiem miłość Boga do nas.
(15)
Dlaczego…
Wielkim pytaniem człowieka, które ogranicza nawrócenie i uzdrowienie jest to utajone w sobie chorobliwe pytanie: „Dlaczego ja?!”. Dlaczego ból i śmierć dotykają właśnie mnie? Nie bójmy się tego pytania. Nawet biedny Pan Jezus wypłakuje je tuż przed śmiercią, mówiąc: „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?”. Dopuszczenie do świadomości tego pytania jest ogromnie wyzwalające. To jest pytanie Hioba do Boga. Mężczyzna ten nie uzyskuje jednak odpowiedzi, podobnie jak Syn Boży. Podobnie jak każdy z nas. Zarówno z tym pytaniem, które kwestionuje w nas sens cierpienia, jak i z brakiem odpowiedzi na nie musimy się pogodzić. Jezus chwilę później po skonaniu ujrzał Boga, podobnie Hiob doznał Jego wielkości. To jest jedyna odpowiedź – sam Bóg, którego doświadczenie przekracza wszystkie nasze pytania, lęki, a nawet bunty.
Prawda jest taka, że od czasów pierwszego grzechu cała ludzkość sama skazała się na zagładę. Bóg ją zawiesił do czasu wykonania się Jego planów, ale wisi ona nad każdym z nas nieuchronnie, choćby jako wyrok śmierci ciała. Niektórzy doświadczają tego bardziej od innych przez swoje cierpienia, choroby, niedomagania. Historia ludzi jest wypełniona bólem i śmiercią. Rozkład tego bólu wydaje się dość przypadkowy, patrząc globalnie, gdyż na świecie, który zatracił wieź z Dawcą Ładu, wszystko stało się chaotyczne i nieuporządkowane. Pan Jezus przypomina o tym:
„W tym samym czasie przyszli niektórzy i donieśli Mu o Galilejczykach, których krew Piłat zmieszał z krwią ich ofiar. Jezus im odpowiedział: «Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. Albo myślicie, że owych osiemnastu, na których zwaliła się wieża w Siloam i zabiła ich, było większymi winowajcami niż inni mieszkańcy Jerozolimy? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy tak samo zginiecie»” (Łk 13, 1–5).
„Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?” – zawołał Chrystus w chwili konania. Pytanie to wyraża bezsilność i żal do Boga w obliczu trudnych doświadczeń. Jest ono naturalne u człowieka cierpiącego. Nie należy się z nim powstrzymywać. Często po latach rozliczamy się z ciężarami z przeszłości i także wtedy warto zrzucić z serca ciężar tym Chrystusowym zawołaniem.
Jezus nie otrzymał w tamtej chwili odpowiedzi, nie otrzymał jej także Hiob, który w podobny sposób przeżywał swoje boleści. Także my dziś nie mamy po co czekać na odpowiedź. Pewną pociechą są rozważania teodycei, zgodnie z którymi spośród wszystkich możliwych dziejów świata ten, który rozgrywa się z naszym udziałem, jest po prostu najlepszy.
(16)
Odkrywamy Boga jako dobrego Ojca, który jest uczuciowo zaangażowany w dobro swoich dzieci, ale jednocześnie zupełnie pozbawiony sentymentalizmu i rozczulania się. Dano nam własny rozum, żebyśmy o siebie świadomie dbali. Ojciec oczekuje od nas dojrzałości, odpowiedzialności i realizmu. Możemy liczyć zawsze na pomoc, ale nie na „ceregielenie się” z nami, którzy jesteśmy wyposażeni w rozum i wolność. Ta sytuacja wymaga od nas trzeźwego myślenia o sobie i swojej sytuacji w relacji do Ojca.
7. Stres i relaksacja
(1)
Żądze, które w sobie akceptujemy, silne, ale złe uczucia, palą nas od środka. Nosimy w sobie też wiele innych niezrealizowanych przeżyć. Z jednej strony je podsycamy, z drugiej musimy powstrzymywać. Następuje tu pewne rozbicie wewnętrzne. Prowadzi to do potęgowania się stresu. Jest on wówczas patologiczny, to stan waśni wewnętrznej, który wyłącza pewne obszary przeżywania i sprawia, że serce kamienieje. Pogłębia się apatia, nieczułość, obojętność, uciekanie i wszelkie mechanizmy obronne. Utrudnia to skupienie, odbiera siłę do życia marnotrawioną na wewnętrzne zmaganie. Zmniejsza się zdolność percepcji emocjonalnej i rozumienia rzeczywistości. Pojawiają się obawy, zmartwienia i lęki, niewłaściwe utrwalone sposoby myślenia i reagowania na sytuacje. Pogłębiające się rozbicie wewnętrzne zmniejsza zdolność życia, przygasa wówczas moc i narasta śmierć.
(2)
Nieuporządkowane przeżycia bywają różne. Zwykle mają charakter reaktywny, ale nieraz są niezamkniętymi sytuacjami z przeszłości. Mogą to być przykładowo żale do Boga, do życia, do ludzi, do siebie.
(3)
Skutkiem zranień emocjonalnych mogą być lęki przed życiem, które rani. Nie trzeba bać się ran: zmartwychwstały Chrystus staje w glorii z ranami, które pokazuje uczniom, są częścią Jego historii, jej śladami, nie muszą determinować ani ograniczać. Mężnie znoszone rany i blizny zawsze były ozdobami ciał ludzi dzielnych, jedynymi wartymi posiadania. Sprawdzana jest nasza dzielność, trzeba do niej sięgać. Nawet po najgorszych doświadczeniach trzeba powracać do wewnętrznego spokoju wśród panującej marności.
(4)
Wyłączenie aktywności i zezwolenie na powrót do świadomości noszonych w sobie wspomnień i przeżyć to relaksacja. To jedna z praktyk doskonale znanych w religiach orientalnych. Zezwolenie na bierne przebywanie i samorzutny przepływ emocji oraz myśli, które w ten sposób przestają dokuczać i palić wewnętrznie, to część uzdrowienia. Jaźń staje się świadkiem i sędzią własnych przeżyć. To nie jest jeszcze duchowość, jak to się często ostatnio nazywa, tylko psychoterapia. Taka praktyka nazywana jest medytacją, chociaż w istocie jest to najwyżej wstęp do praktyki duchowej, która dzięki postępom integracji wewnętrznej będzie dojrzalsza.
(5)
Uwalniany stres może wywoływać dreszcze, poczucie senności i potrzebę położenia się na chwilę. Rozprężające się mięśnie mogą dawać odczucia także lekko bólowe, np. w brzuchu. Mogą zachodzić różne reakcje somatyczne związane z fizycznym rozprężeniem. Wszystkiemu temu towarzyszy uczucie ulgi i zdrowienia.
(6)
Relaksacja pozwoli zejść energii niepotrzebnych emocji. Trzeba odpuszczać sobie niepotrzebne ekscytacje, lęki itp.
(7)
W modlitwie winniśmy powierzać Chrystusowi nękające nas sytuacje z przeszłości. Możemy zbożną myślą domykać braki reakcji z kiedyś. Oddajmy Bogu swoją przeszłość, a wraz z nią winy i rany oraz przyszłość (lęki, obawy). To nas uzdrawia, bo z Nim nie jesteśmy bezsilni wobec żadnego doświadczenia, nawet najtrudniejszego.
8. Stary człowiek
(1)
Żyjemy zwykle najpierw jako uczestnicy świata materialnego, doczesnego, jak mówi Ewangelia „według ciała”. Dorastamy jak w brzuchu potwora, dostosowując się do zastanej rzeczywistości. Przypadkowe, chaotyczne koleje losu w tym chorym, przenikniętym chaosem świecie czynią nas książętami, kapłanami, mordercami, ubogimi czy kalekami.
(2)
Stary człowiek żyje według fałszywego „ja” wykreowanego przez świat. On nakłada nam swoje maski, przyprawia nam nieprawdziwą tożsamość dziecka Złego Władcy Świata. To fałszywe „ja” jest uwarunkowane zewnętrznie, kierowane sztucznymi, złymi emocjami, popędami, wdrukowanymi ciągotami. Demon władający światem usiłuje naśladować Boga, daje nam swoje złe powołanie, złą rolę, złą, wypaczoną naturę. Większość ludzi żyje właśnie według tego. Odczuwają reaktywnie, pielęgnują w sobie urazy i krzywdy, aby na nich opierać emocjonalną energię odwetu, reakcji, zemsty. Żyją, hodując w sercach zło, które wypacza im osobowość. Tłumią swoją nienawiść i pozorują dobre życie, ale ich serca to studnie pełne zgnilizny i mroku. Cierpią i pielęgnują to w sobie. Są jak mieszkańcy duchowej otchłani, którzy żyją w półmroku i nie oglądają światła.
(3)
Człowiek jest istotą determinowaną na mnóstwo sposobów przez np.: wychowanie, lęki, wzorce przejęte od innych. Bodaj 40% ludzi naśladuje styl życia rodziców (piszę z pamięci, ale te badania można odszukać). Człowiek nasiąka światowością i grzechem, gdy naśladuje postawy i reakcje rodziców i bliskich, a także innych osób ze swojego środowiska. Nieświadomie przez całe życie „nasiąka” tym, z czym ma styczność. Najróżniejsze wzorce są nam wdrukowywane z zewnątrz.
Determinacja emocjonalna działa przepotężnie, czasem powodując uległość, niekiedy bunt, ale w centrum serca zwykle stoi jakiś człowiek z przeszłości, który wywarł silne piętno na wspomnieniach. Dlatego praca nad sobą to jest w ogromnym stopniu praca nad własnymi emocjami, która przynosi coraz lepszą świadomość siebie i władanie sobą.
(4)
Ludzie niezwykle chętnie żyją nie swoim życiem. Przeżywają nie swoje emocje, uciekają w ten sposób od siebie. Śledzą perypetie celebrytów, bohaterów powieści, filmów i seriali, plotkują o innych. Wszystko, byle nie spojrzeć na siebie, nie przeżyć uczuciowo własnych sytuacji, nie stanąć na własnych nogach.
(5)
Życie według ciała to także absolutyzowanie siebie, traktowanie siebie jako ostatecznej wartości i wzorca, czyli egotyzm. Wynika z tego nieustanne potępianie odmiennych od siebie ludzi.
(6)
Prawdziwe „ja” – to osadzone w Bogu i wciąż Go adorujące w głębi duszy – jest uśpione i nieczynne. Spychanie swojej duszy do takiego więzienia to budowanie wewnętrznego piekła dla samego siebie. Trzeba oddać Bogu swoje wewnętrzne piekło, aby je uleczył.
(7)
Dostosowanie siebie do upadłego świata to rodzaj niewoli. Złożenie wiary, nadziei i miłości w rzeczach przemijającej doczesności to nieuchronne zniewolenie, rodzaj spętania. Wielu ludzi sprawia wrażenie wręcz opętanych ziemskimi celami. Dlatego nawrócenie jest także uwolnieniem, jak się uwalnia ptaka z klatki. Uwolnienie to przywrócenie władzy nad sobą. Wolność to zdolność panowania nad sobą, autonomia wewnętrzna od niewoli przymusów, nałogów, wdrukowanych wzorców, wszelkiego automatyzmu.
(8)
Uzależnienie, zniewolenie (także jako nałóg) oznacza, że bez czegoś nie możesz być szczęśliwy. To bez Boga nie możesz osiągnąć trwałego szczęścia, więc uzależniając się od czegoś, czynisz to bogiem.
(9)
Przed chrztem katolickim chrzczony oświadcza, że:
• wyrzeka się grzechu, aby żyć w wolności dzieci Bożych,
• wyrzeka się wszystkiego, co prowadzi do zła, aby go grzech nie opanował,
• wyrzeka się Szatana, który jest głównym sprawcą grzechu.
W tym streszcza się nawrócenie. Pojęcia te wymagają jednak dobrego zrozumienia.
(10)
Uznanie własnego upadku jednocześnie z niego leczy – taka jest natura metanoi.
(11)
Wyznawać grzech to uznać zło, stratę czasu, sił, sposobności do dobra. Nie wolno żartować z grzechu ani go tłumaczyć, po prostu trzeba go uznać i wyznać.
(12)
„Świętość duszy i jej dominowanie nad ciałem uzyskuje się poprzez stan skruchy wypływającej z nauki Krzyża. Ta skrucha, jeśli jest szczera, prowadzi do odrzucenia zachcianek ciała, umysłu i serca i umartwia wszystko, co nie uświęca duszy. Nie ma drogi do świętości bez trwania w głębokiej skrusze, bez umiłowania Boga ze wszystkich sił, ukochania wszystkiego, co stworzył. Żyjąc w skrusze i miłości – twoje życie będzie pełne prostoty dziecka, oddania dziecka, ufności dziecka i miłości oblubienicy. To będzie pełnia ascezy i pełnia zadośćuczynienia pokutnego. Nie narzucaj sobie ćwiczeń ascetycznych ani zadań pokutnych – one pojawią się samoczynnie, gdy twoje serce ogarniać będzie coraz głębsza skrucha będąca owocem poznania Prawdy i umiłowania Miłości” (Jezus Chrystus do Alicji Lenczewskiej, A. Lenczewska, Słowo Pouczenia, śr. 27 IX 89, godz. 6:20).
(13)
Chrystus oddziela nas i uwalnia od zła, od lęków przed grzechem, przed złamaniem światowego prawa grzechu, pociąga nas wzwyż ku prawu Ducha (jak pisze Paweł). Grzeszny porządek świata nie przestaje istnieć, ale dusza pewna zbawienia Chrystusowego oddala się od takich zjawisk wzwyż tak daleko, że sprawy grzechu i świata przestają być dla niej w takich chwilach istotne.
(14)
Nie wszystko nam się w życiu udaje, niektórym wręcz jakby nic. Ten świat wraz z doczesnym życiem człowieka zmierza w całości do zniszczenia, nie trzeba się więc nadmiernie martwić porzucaniem go. Należy patrzeć na Nowy Świat i zostać jego obywatelem.
Są rzeczy, które nie powinny się wydarzyć (grzechy, krzywdy), trzeba nazwać je po imieniu. Nazywanie przywraca nam panowanie nad tym sprawami.
(15)
Nawrócenie to ponowne narodziny, to cofnięcie czasu, przekreślenie całego dotychczasowego swojego życia i dorobku, doświadczenia. Oznacza zacząć od początku, od kołyski jako dziecko Boże, zacząć od nowa. Nie warto żałować starego życia, trzeba je z siebie zrzucić jak balast. Należy żałować, że się nie odrodziło wcześniej.
(16)
Walka ze zniewoleniami stanowi wyzwanie, to zmaganie się z samym sobą. W złu człowiek przestaje być sobą i tylko miłość potrafi nas uleczyć, miłość w miejsce tego obłędnego koła stresu i zatracenia siebie, w miejsce zmiany nakręconych nałogowych potrzeb i depresji samopotępienia. Miłość polega na pokochaniu też siebie, swojego ciała, tego głupiutkiego małego brata, który od tego wydobrzeje. Zejść do swoich zranień, przyjąć je, umrzeć w nich i zmartwychwstać z Chrystusem. Poddać zranioną i zdziczałą sferę swojego życia Bogu, Jego prawu, porządkowi i przyjąć Jego miłość do samego siebie i Jego autorytet. Trzeba też uruchomić swoje potencjały, różne uzdolnienia, nawet do prostych prac czy twórczych zajęć, robić coś pożytecznego, i to jak najwięcej. Praca, twórczość uwalnia życiową energię, daje satysfakcję i poczucie wartości.
(17)
Boska miłość stająca się stworzeniem winna wrócić do Boga. Niestety, człowiek woli „wolność”, wyzwala się od siebie. Jest jak gałązka „wyzwolona” od pnia, gruntu, światła i pokarmu. Uschnięta, gnijąca gałązka wśród smrodu gnicia podobnych gałązek wmawiających sobie, że wszystko jest w porządku – to obraz człowieka.
(18)
Tak bardzo jesteśmy zajęci sprawami świata, że zapominamy o Bogu. Sprzedajemy Boga i dziedzictwo królewskie za srebrniki, za miskę soczewicy, za głupie materialne rzeczy. Chrystus stawia to jako główny problem w przypowieści o uczcie, na którą nie przychodzą zaproszeni goście, wymawiając się jakimiś nieistotnymi zdarzeniami. To jest właśnie nasze zniewolenie światem. Nie to, że na nim żyjemy, tylko że traktujemy go jako jedyny i ostatni. Kochać inne rzeczy bardziej od Boga to podstawowa zdrada i przyczyna wszelkiego zła. Także ciało jest tylko materialnym przedmiotem, rzeczą, która nie powinna rządzić całością, w tym świetlistą duszą.
(19)
Na świecie żyjemy według naszych żądz. Więcej informacji na ten temat znajdziemy w tekście o emocjach.
(20)
Upadek człowieka polega na tym, że nie jest w pełni sobą. Mamy w sobie potencjały, które domagają się realizacji. To jest moc, jaką dano nam do życia. Cierpienie piekła to palący ból tej mocy, która nie znalazła ujścia. Przypomina to ból cięciwy łuku, którą naciągnięto, ale nigdy nie wypuszczono strzały.
W Bogu nie ma niespełnionych potencjałów, w Nim wszystko, co możliwe, realizuje się, staje się. Gdybyśmy żyli w naturalnej symbiozie z Bogiem, nie cierpielibyśmy niespełnienia i lęku z tym związanego. Upadek oderwał nas od własnej natury. Modlimy się na Mszy o przebaczenie, gdyż bardzo grzeszymy myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. To ostatnie to marnotrawstwo potencjału i ból piekła w sobie.
Każdy grzech jest przecież straconą okazją do dobrego aktu, straconym potencjałem, brakiem dobra, zaniedbaniem… i to w najlepszym razie.
Jesteśmy karzełkami w stosunku do planu Bożego i swoich możliwości – potencjałów. Przypominamy brzydkie kaczątka, które nie rozumieją, że są łabędziami; łyse małpy nierozumiejące, że są aniołami z nieba. Ta świadomość boli. Ból ten jest spowodowany niepokojem o rozliczenie nas z naszego czasu, sądem z życia. Jest on zorientowany na Boga i wynika z poczucia zatracenia siebie. Zatracenie to niedobór oczekiwanego dobra w człowieku, z kolei ten brak dobra to po prostu zło. Grzech i zatracenie są dla duszy jak trąd dla ciała, gnicie zamiast życia.
(21)
Słowem, które podsumowuje problem upadku, jest śmierć. Chodzi tu o śmierć, czyli nieżycie, zamiast pełnego życia. Bóg ostrzegał ludzi, że grzech jest śmiercią, ale Go nie posłuchali i dlatego popadliśmy w nieżycie. Żyć to realizować siebie, szczególnie w odniesieniu do Boga. Być w śmierci to funkcjonować w pozorny sposób.
(22)
Cierpienie to niewyrażony, zatrzymany potencjał kochania Boga. To ogień, który mógł nadać moc silnikowi życia, a zamiast tego go spalił. To piekło wewnętrzne.
(23)
Zły świat czyni nas bestiami w mniejszym lub większym stopniu. Nawrócenie to uczłowieczenie. To jakby golenie małpiego futra dzikości, odsłania wewnętrznego człowieka. Owo futro dzikości to zwierzęce, cielesne przyzwyczajenia.
„Nawrócenie (metanoia) jest odejściem od tego, co jest wbrew naturze, i powrotem do tego, co jest z naturą zgodne – czyli odejściem od diabła i powrotem do Boga – poprzez ascezę i trud” (św. Jan Damasceński).
(24)
„Jeśliście więc razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze, gdzie przebywa Chrystus, zasiadając po prawicy Boga. Dążcie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi. Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu. Gdy się ukaże Chrystus, nasze życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale. Zadajcie więc śmierć temu, co jest przyziemne w /waszych/ członkach: rozpuście, nieczystości, lubieżności, złej żądzy i chciwości, bo ona jest bałwochwalstwem. Z powodu nich nadchodzi gniew Boży na synów buntu. I wy niegdyś tak postępowaliście, kiedyście w tym żyli. A teraz i wy odrzućcie to wszystko: gniew, zapalczywość, złość, znieważanie, haniebną mowę od ust waszych! Nie okłamujcie się nawzajem, boście zwlekli z siebie dawnego człowieka z jego uczynkami, a przyoblekli nowego, który wciąż się odnawia ku głębszemu poznaniu /Boga/, według obrazu Tego, który go stworzył. A tu już nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich /jest/ Chrystus. Jako więc wybrańcy Boży – święci i umiłowani – obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, dobroć, pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem, jeśliby miał ktoś zarzut przeciw drugiemu: jak Pan wybaczył wam, tak i wy! Na to zaś wszystko /przyobleczcie/ miłość, która jest więzią doskonałości. A sercami waszymi niech rządzi pokój Chrystusowy, do którego też zostaliście wezwani w jednym Ciele. I bądźcie wdzięczni! Słowo Chrystusa niech w was przebywa z /całym swym/ bogactwem: z wszelką mądrością nauczajcie i napominajcie samych siebie przez psalmy, hymny, pieśni pełne ducha, pod wpływem łaski śpiewając Bogu w waszych sercach. I wszystko, cokolwiek działacie słowem lub czynem, wszystko /czyńcie/ w imię Pana Jezusa, dziękując Bogu Ojcu przez Niego” (Kol 3, 1–17).
W przekładzie D. Sterna jest „stare ja” i „nowe ja” w miejsce „starego i nowego człowieka”.
(25)
Nowy człowiek to niebianin, obywatel i współwłaściciel nieba, dziedzic Królestwa. Nowy Świat, przestrzeń nowego życia, jest krainą wiecznej pogody, przyjaźni, gdzie nie ma krzywdy, bólu, rozpaczy. Nic nie szkodzi, wszystko cieszy. Jest jak kraina różowych jednorożców z bajek dla dzieci, wypełniona wiekuistym zadowoleniem i poczuciem spełnienia. Nowe wewnętrzne „ja” wzrasta w takim właśnie odniesieniu. Nie gdzieś, kiedyś, tylko tu i teraz.
(26)
Bóg staje się punktem odniesienia w myśleniu i przeżywaniu. Tym centrum, które wyznacza wartość naszym poczynaniom. Im są bliżej, tym lepsze, a te odległe, zagubione oceniamy źle.
9. Przebaczenie
(1)
Pan kazał nam kochać w przykazaniach miłości. Co jednak, gdy następuje krzywda? Miłość zastępuje ból i chęć zemsty. Poszukujemy sprawiedliwości. Bóg nas jednak wielokrotnie przestrzega w Ewangelii przed zemstą i tak rozumianą sprawiedliwością oraz nakazuje przebaczenie. Jest ono potrzebne, żebyśmy nie byli spętani, zniewoleni przez zemstę. Stanowi ona w człowieku straszną siłę, człowiek czyha na drugiego, szuka zaczepki, okazji, by wziąć odwet. Mściwiec jest złośliwy, mści się nieraz na całym świecie. Jego świat składa się z wściekłości na przemian ze strachem, kiedy trafia na silniejszego. Zamienia się po trosze w bestię.
Bóg chcę abyśmy żyli: działali, rozwijali się, tworzyli, wynajdowali, pracowali. Zemsta to hamuje, czyni nas swoim niewolnikiem. Bóg troszczy się o nas, o życie w nas i wyraźnie przestrzega przed pielęgnowaniem zemsty. Nakazuje wybaczać. Wybaczenie to odpuszczenie sobie zemsty, odgrywania się; rozgrywa się na płaszczyźnie miłości. Nie przeczy to ludzkiej sprawiedliwości (prawo karne itd.) w żaden sposób. Wybaczając, naprawiamy w sobie miłość. Robimy to dla siebie i dla Boga, niekoniecznie od razu dla naszego krzywdziciela, choć i to uczucie przychodzi z czasem.
(2)
Nosimy w sobie niezdrowy pociąg do wymierzania sprawiedliwości, karania innych. W Bogu jest sprawiedliwość i miłość jednocześnie. Gdy rozrywamy te zasady następuje jakiś rodzaj demonizmu. Trzeba o tym pamiętać, że sama sprawiedliwość bez miłości, nawet jako prawda o upadku drugiego człowieka rzucona mu bezceremonialnie w oczy, jest treścią piekła. Ono z kolei to naga kara bez przebaczenia. Dlatego zły duch chętnie nas pociąga do wszelkiej zemsty, odpłaty, wzmaga w nas te żądze, wciąga w obszar piekła.
Przebaczenie z powodu miłości jest treścią nieba. Każdy zasłużył na śmierć, urodziliśmy się już z wyrokiem martwoty i potępienia. Zbawienie to inaczej przebaczenie nam przez Boga. Dlatego my też mamy przebaczać, co jednoznacznie podkreśla Chrystus.
(3)
Krzyż Chrystusa to było zatrzymanie łańcucha zła. Każdy ze źle czyniących ludzi nauczył się tego swojego zła od kogoś, nierzadko taką nauką były doznane krzywdy, ból. Później to zło było przekazywane następnym. Chrystus zatrzymał na sobie łańcuch krzywdy, nikomu go nie przekazał. To jest istota przebaczenia – nie oddawać zła nikomu. Dobrem zwycięża się zło, bo zło jest brakiem dobra.
(4)
Sprawiedliwość pozostaje dla Boga, nie jesteśmy w stanie jej adekwatnie wymierzyć. Może to dobra podstawa do przebaczenia. Zemsta ani niczego nie uzdrawia, ani nie będzie odpowiednia do przewiny. Oddać sprawiedliwość w pełni potrafi tylko Bóg, bo winy zaciągamy przede wszystkim wobec Niego.
(5)
Bóg stawia sprawę jasno: tyle nam sam przebaczy, na ile myśmy przebaczyli naszym dłużnikom, winowajcom. W przypowieściach przedstawia winę jako dług, który darujemy złodziejowi. Zabrał on nam coś naszego i nie oddaje. Pozwalamy się okraść, ale za to odnajdujemy spokój duszy.
Nikt z nas nie jest doskonały. Gdybyśmy żądali sprawiedliwości od Boga, najpierw uzyskalibyśmy ją dla siebie. Lepiej liczmy na miłosierdzie i do niego się odwołujmy. Bóg bardzo na to nalega, nawet każe nam modlić się słowami: „i odpuść nam, jako my odpuszczamy”. Ta proporcja naprawdę ma poważne znaczenie.
(6)
Przebaczenie jest wyrazem cnót duchowych, te możemy jedynie otrzymać. Dlatego trzeba się o nie modlić do Boga, a On, kiedy sam zechce, uzdolni nas do dobra.
(7)
Absolut istnieje we własnym wszechświecie, nie jest w żaden sposób uwarunkowany przez wydarzenia ziemskie. Jest dobry, jest naszym Bogiem, bo tak sam chce, to leży w Jego chęci i naturze. Podobnie człowiek oddziela się od uwarunkowań zewnętrznych m.in. poprzez przebaczenie. Powraca do równowagi, harmonii, steruje sam sobą, a nie jest niewolnikiem żądz będących przywiązaniami do ziemi, jedną z nich jest wola zemsty. Świętość to naśladowanie Absolutu w dobru bez względu na wydarzenia ziemskie.
(8)
Kto przebacza, ten staje się podobny Bogu. Zostaje małym cząstkowym zbawicielem dla świata, bo powściąga kary, odpłatę złem za zło.
(9)
Kto nosi w sercu urazę, nie przebaczył, ten jest stale przywiązany do chwili minionej, przeżywa ją. Przeszłości już nie ma, więc człowiek staje się niewolnikiem nicości. Jednocześnie pewna część jego osobowości, empatia, wrażliwość wciąż są obecne w tej przeszłości. To znaczy, że nie ma go w pełni tu i teraz. Przebaczenie to zgoda na bieg czasu, na obecność i życie w pełni. Noszenie nieprzebaczonych urazów to śmierć wewnętrzna, przebaczenie jest jak zmartwychwstanie.
10. Uzdrowienie pamięci
(1)
Często wracają do nas dawne przeżycia. To naturalne, tak musi być. Życie składa się z sytuacji, a nasze sumienie pilnuje nas, żeby wszystkie je zakończyć zgodnie z Bożą wolą i nauczaniem Ewangelii. A przecież nie zawsze tak było. Byliśmy mali, bezradni wobec złych doświadczeń, nie umieliśmy względem niech właściwie się zachować i do nich odnieść. W starszym wieku nieraz w chwili zdarzenia zabrakło czasu, pomysłu, był zbyt wielki szok, stres, pośpiech. Niezamknięte rozsądnie sytuacje wracają do nas z naszego wnętrza, żeby je jeszcze raz „przeżuć, przetrawić”.
Wracają, zwłaszcza przed zaśnięciem, ale też w głębokiej modlitwie, nieraz jako rozproszenia. Trzeba dać sobie na nie czas, wracać do nich, przedstawiać sobie siebie z przeszłości i rozumnie dokończyć niedokończone sytuacje. Powiedzieć sobie, że danego złego uczynku nie wolno czynić, nie powinno się. Podobnie wobec swoich złych czynów należy je pożałować, uznać swój występek. Albo się ucieszyć z jakiegoś zapomnianego niegdyś dobra, jeśli wtedy nie było czasu. Akceptując swoją historię i rozumnie ją porządkując, akceptujemy siebie. W każdym razie potrzebny jest dialog wewnętrzny dzisiejszego „ja” z „ja” z przeszłości.
Niezamknięte sytuacje to traumy, urazy, rany. One nas zabijają, wiążą w przeszłości, czynią półżywymi. Powodują stresy, nerwice, choroby. Twarze nabierają grymasu, mięśnie przykurczają się w zapoczątkowaniu jakiegoś poruszenia, które jednak wpół skamieniało. Śmierć roztoczyła swoją władzę nad kawałkiem historii człowieka i kawałkiem jego samego. Dawnych, niezamkniętych spraw nie należy się wypierać. Trzeba wracać do tych ran, otwierać je i oczyszczać. Inaczej to one zapanują nad nami. Człowiek, który ma wiele takich ran, staje się agresywny, sfrustrowany, traci radość życia. Zamyka się w sobie, odcina od dnia dzisiejszego. Tym bardziej więc cierpi, bo niezamknięte sytuacje stale się namnażają. To błędne koło.
To też może być modlitwą, gdy powracamy do dawnych zdarzeń i przeżyć wraz z Bogiem. Trzeba Mu je oddawać, postąpić w myśl Jego nauki: przebaczyć winowajcy (poniechać zemsty), przyjąć nałożony nam krzyż (jakiś ból). Czasem zadany ból to nałożony nam cudzy krzyż, który wewnętrznie gryzł drugiego człowieka, a ten nie umiał sobie z nim poradzić, więc go rozdawał wokół na oślep.
Uporządkowanie postaw, przeżyć to powrót do nowego życia. W naszych ranach jest nasza śmierć, ale my ją musimy zaakceptować razem z krzyżem Chrystusa, a wtedy także razem z Nim powstaniemy z tej śmierci. Bóg nie wstydzi się swoich ran, uczy, że to z nich płynie ta najszczególniejsza zbawcza miłość. Dobrze jest zanurzać swoją historię w uzdrawiającej miłości i dobroci Boga. W ten sposób zmartwychwstajemy ze swoich martwot. Odzyskujemy siły witalne i radość życia. Odnajdujemy wyzwolenie od naszej przeszłości, która przestaje nas determinować. Żyjemy bardziej tu i teraz – z chęcią i przekonaniem.
Na ostatek warto dodać, że wyznawcy religii naturalnych – zwłaszcza z Dalekiego Wschodu, ale i New Age – proponują podobne praktyki w ramach swoich tradycji. Stanowią one jednak pomieszanie zachowań i zjawisk całkiem zasadnych z błędami obcowania ze złymi mocami. Bóg ostrzega, żebyśmy nie pili naraz z Jego kielicha i kielicha demonów, dlatego lepiej unikać tych nauk. Trzeba wiedzieć, że oczyszczanie emocji samo w sobie jest zjawiskiem zupełnie biologicznym i nie niesie z natury żadnego ładunku duchowego. My jednak możemy uczynić z tego modlitwę, dokładając wejście w Bożą obecność z ozdrowieńczą mocą ofiary Chrystusa, która jako jedyna uzasadnia nadzieję zmartwychwstania człowieka.
Nie tylko wyzwalamy ciała z dawnych emocji, ale wraz z tym postępujemy w uwielbieniu naszego Stwórcy. Poszerzamy obszar naszych serc głoszących Jego chwałę. Zanurzanie historii w Bogu, uzdrowienie serca to po prostu wykonanie nałożonego nam obowiązku stałego nawracania się i doskonalenia. W ten sposób wprowadzamy do swojego wnętrza pokój i uporządkowanie, które są źródłem duchowej siły do pełniejszego i piękniejszego życia.
Post jest dobrym na to czasem. Wówczas to rozpatrujemy swoje umartwienia, akceptujemy te, które los nam zesłał. Czynimy to, żeby zmartwychwstać wraz z Chrystusem.
(2)
Niedokończona sytuacja w nas to jakby prymat świata nad człowiekiem. Tak nie powinno być, że doświadczenia światowe nami rządzą. Człowiek jest panem świata i dzięki duchowości odzyskujemy tę wewnętrzną wolność i godność.
(3)
Gdy spotyka nas zło od człowieka, jak najszybciej trzeba prosić Boga o jego przemianę, właśnie dlatego stoi przede mną, abym go oddawał Bogu. Grzesznik to ktoś, kto wyparł się Boga i zerwał z Nim, dlatego potrzebuje prośby wierzącego o pomoc dla siebie.
(4)
Wspominając swoje winy, musimy „skonsumować” przykrość wyrządzoną nimi Bogu, ludziom, a w końcu samemu sobie. To bywa naprawdę obrzydliwy kielich do wypicia.
(5)
Tkwienie sercem w urazach to jakby zatrzymywanie czasu, tak jakby ta zła sytuacja była rodzajem boskiej wieczności. Nie przebaczając, ubóstwiamy zło, które się kiedyś wydarzyło.
(6)
Cokolwiek czyni człowiek, powinien przekazywać wolę Bożą. Człowiek dobry jest jak czysta szyba, widać przez nią wolę i oblicze dobrego Boga. Grzech zanieczyszcza tę szybę, nie widać wówczas Boga, tylko człowieczy brud. Kiedy doświadczamy działania wobec siebie innych osób, oczekujemy, że jest ono zgodne z wolą Bożą, że oni przekazują działanie samego Boga. Tak byłoby w idealnym świecie. Dlatego grzech, którego jesteśmy ofiarami, to fałszywy komunikat na nasz temat, z którego wynika, że Bóg nas nie kocha, że to On czyni nam zło. Cierpienie płynące z grzechu jest więc dlatego takie straszne, że niszczy naszą dziecięcą relację z Bogiem Ojcem. Zamiast prostej relacji Ojca z dzieckiem pojawia się chaos, bo albo to Bóg stał się zły i chce naszego niezasłużonego cierpienia, albo to my jesteśmy źli i zasługujemy na razy, względnie stało się jedno i drugie. Zadawane nam cierpienie jest więc sygnałem, który zmierza do fałszu o nas i o Bogu, a w konsekwencji prowadzi do stanu napięcia i dysocjacji osobowości.
Zadawanie innym cierpień wynika z mechanizmu przenoszenia własnego poczucia winy, wynikającego z doznanych cierpień, na inne osoby. Jest objawem chaosu, zniszczenia porządku wewnętrznego, bezrozumności w działaniu człowieka. Zadający cierpienia przenosi na inne osoby własną wewnętrzną potrzebę pokuty – uzasadnioną, bo płynącą z uczynionych grzechów, lub wymuszoną doznanymi cierpieniami płynącymi z wcześniejszych grzechów innych osób. Tak powstaje spirala i niewola grzechu: im więcej grzesznik grzeszy, tym ma większą potrzebę pokuty i tym bardziej krzywdzi innych, przenosząc na nich swoje pokuty. Zadawanie cierpień innym to złe wykorzystanie własnej potrzeby pokuty. Zamiast umartwiać siebie, dręczymy bowiem innych.
Zbliżony mechanizm występuje także u niewinnych ofiar grzechów. Nierzadko więc ofiary cierpień same je bezwiednie zadają, przez co znowu pojawia się łańcuch zła. Nieco bardziej opanowane osoby lub charakterologicznie bardziej subtelne duszą swoją agresję, wobec czego pojawia się apatia – śmierć za życia, psychiczne samobójstwo, które mimo pozorów poprawnego życia, także wymaga pomocy duchowej i leczenia.
Wszyscy w większym lub mniejszym stopniu doświadczamy w dzieciństwie cierpień. Im mniejsze dziecko, tym bardziej cierpi z powodu niesprawiedliwości doświadczanej od rodziców lub innych opiekunów, w tym z powodu obcowania z wykrzywionym obrazem Boga w postaci „zabrudzonych szyb” tych osób. Samo to doświadczenie jest już traumą.
Uleczenie pourazowe po każdym grzechu i fałszu, jakimi w nas uderzono, polega na przywróceniu prawdy o sytuacji z przeszłości, bo „prawda nas wyzwoli”.
(7)
Niezamknięte emocjonalnie i rozumowo sytuacje to jakby długi, które wymagają wyrównania. Te niezamknięte moralnie to największe długi. Za grzechy śmiertelne trzeba zapłacić życiem. W religiach dharmicznych funkcjonuje pojęcie długu karmicznego, a duchowość także miewa wymiar pokutny – spłaty umartwieniem tych zobowiązań. Trzeba pamiętać, że o ile długi doczesne można w ten sposób wyrównać, czyli w jakiś sposób wynagrodzić zło wobec ludzi i Kosmosu, to wobec Boga w ten sposób nie da się spłacić długów. Wyrównać straty Bogu może tylko On sam. Dlatego samodzielne zbawienie jest niemożliwe, to może tylko ofiarować nam Syn Boży.
Powrotem do łaski chrztu jest spowiedź, czyli ponowne zanurzenie się w śmierci grzechowej, oddanie jej Bogu i uzyskanie uwolnienia od tych długów dzięki ofierze Zbawiciela.
(8)
Nie da się naprawić siebie „silną wolą”, próbując stale przezwyciężyć siebie i swoją grzeszność. To jest agresja skierowana we własną stronę, niekiedy potrzebna, niestanowiąca jednak trwałego rozwiązania. Kiedy jest zbyt często stosowana, przechodzi w agresję w stosunku do innych ludzi (fanatyzm). Z drugiej strony brak silnej woli czyni człowieka niewolnikiem wiatrów emocji. Trzeba to wyważyć, na co dzień jakoś sobie radzić nawet siłą woli, ale na dłuższą metę należy regenerować z siebie i nawracać swoje wnętrze. Wnosić pokój i miłość.
(9)
Wracając świadomością do pokładów pamięci we wnętrzu, odnajdywałem tam specyficzne klincze emocjonalne. Doświadczenie zła polegało na włożeniu do serca złego prawa, np. należy bić innych. Moja niedojrzała osobowość odpowiadała panicznym: „Nie mogę tak robić!”, co z kolei polegało na jakby sparaliżowaniu jakiegoś kawałka siebie. Następował klincz dwu fałszów. W miarę praktyki nawrócenia wewnętrznego zauważyłem, że najlepiej na zło odpowiadać – jak Chrystus Szatanowi na pustyni – słowami Pisma, słowami Prawa.
(10)
Zło jest szokiem, przeżywamy je jako wstrząs pourazowy, nie wiemy, co się z nami dzieje, jakby nam ktoś dał w głowę. Na dłuższą metę jest to otępienie, ukierunkowanie poznania tylko na zło, niewola umysłu. Dlatego czasem odkrycie dobra wymaga kolejnego szoku, czegoś wstrząsającego, bardzo potężnego przeżycia, żeby odblokować serce. Taki szok niekiedy ofiaruje nam w życiu Bóg, aby skłonić nas do przemyślenia samych siebie na nowo.
(11)
Nieprzeżyte wspomnienia to nie tylko zło, ale także dobro. Długi emocjonalne to też niewyrażona wdzięczność, miłość, powstrzymana dobroć. Zwłaszcza dotyczy to wdzięczności Bogu za samo życie. Pracując duchowo, możemy dziękować Bogu, innym ludziom i świadczyć im należne dobro modlitwą, nawet jeśli już nie żyją. Przy Bogu nigdy nie jesteśmy bezradni.
(12)
Zło ma w sobie przeżyciowy wymiar pożerania drugiego człowieka, grzechem odbieram mu godność, miłość, wolność. Pozwolić ranom być to trochę jakby dać się najeść sobą własnym oprawcom. Dać im tę złą satysfakcję, ten straszny żer, jakiego pragną, wybaczyć, niech się najedzą moją krzywdą, moją krwią. To są ekwiwalenty emocjonalne ludożerstwa.
Nie przypadkiem Jezus stał się chlebem, karmi swoim ciałem, wydaje samego siebie na pokarm. Ludzkie złości, wrogości, grzechy, agresja, nienawiść, które są pożeraniem Go, składa się na ołtarzu naszych grzechów. Człowiek duchowy staje się dobry jak chleb i nie żałuje siebie oraz swoich ran. Oddajemy siebie jak chleb na ołtarzu eucharystycznym dla zbawienia świata.
(13)
Zważywszy, że każde doświadczone zło ma jakiś wymiar fałszu, najczęściej stosowaną przeze mnie frazą w dialogu wewnętrznym jest: „To nieprawda, że…”.
(14)
Patrząc od strony pracy umysłu, oczyszczenie polega na zapominaniu. Taoiści uczą umiejętności zapominania. Coś podobnego potrzebne jest w duchowości Chrystusowej. Są rzeczy, o których w ogóle nie powinno się myśleć. Tak było z Ewą, która powinna zapomnieć po prostu o owocach zakazanych. Takie obrzezanie serca, obcięcie niesłusznych pragnień to rodzaj ascezy, wyrzeczenia.
Życie jest wyrafinowaną i nieprostą sztuką ciągłej rezygnacji z tego, co wydaje się dobre, na rzecz tego, co słuszne.
(15)
„Duchowy żołądek” jest w Ewangelii
Warto dobrze wczytać się w pouczenia duchowe Pana Jezusa zawarte w rozdziale 7 Ewangelii św. Marka w różnych przekładach:
Biblia Wujka
„A przywoławszy znów rzesze, mówił im: Słuchajcie mnie wszyscy, a zrozumiejcie. Nie ma żadnej rzeczy zewnątrz człowieka, która by, wchodząc weń, splugawić go mogła; lecz rzeczy, które wychodzą z człowieka, te są, które plamią człowieka. Jeśli kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha.
A gdy od rzeszy wszedł do domu, pytali go uczniowie jego o przypowieść. I rzekł im: Także i wy nierozumni jesteście? Nie rozumiecie, iż nic z tego, co z zewnątrz wchodzi w człowieka, nie może go splamić, bo nie wchodzi w serce jego, ale w brzuch idzie, i do wychodu odchodzi, czyszcząc wszystkie potrawy? I powiadał, że co wychodzi z człowieka, to plami człowieka. Gdyż z wnętrza, z serca ludzkiego wychodzą myśli złe, cudzołóstwa, porubstwa, zabójstwa, kradzieże, łakomstwa, złości, zdrada, bezwstyd, złe spojrzenia, bluźnierstwa, pycha, głupota.
Wszystko to złe z wewnątrz pochodzi i plami człowieka”.
Przekład nowego świata:
„A gdy wszedł do pewnego domu z dala od tłumu, jego uczniowie zaczęli go pytać o ten przykład. Powiedział więc do nich: «Czy i wy jesteście niepojętni jak oni? Czy sobie nie uświadamiacie, że nic, co się z zewnątrz dostaje do Człowieka, nie może go skalać, ponieważ dostaje się nie do jego serca, lecz do wnętrzności i wychodzi do ścieku?». A zatem uznał wszystkie pokarmy za czyste. Ponadto powiedział: «Co z człowieka wychodzi, właśnie to kala człowieka; bo z wnętrza, z serca ludzi, wychodzą szkodliwe rozważania: rozpusty, złodziejstwa, morderstwa, cudzołóstwa, pożądania, niegodziwości, podstęp, rozpasanie, zawistne oko, bluźnierstwo, wyniosłość, brak rozsądku. Wszystkie te niegodziwe rzeczy wychodzą z wnętrza i kalają człowieka»”.
Biblia Tysiąclecia (tłumaczenie liturgiczne, a przecież nie przystoi sprzed ołtarza powtarzać słów, który brzmią nieposągowo, tymczasem Ewangelia jest właśnie prosto i jędrnie opowiedziana):
„Odpowiedział im: «I wy tak niepojętni jesteście? Nie rozumiecie, że nic z tego, co z zewnątrz wchodzi do człowieka, nie może uczynić go nieczystym; bo nie wchodzi do jego serca, lecz do żołądka i na zewnątrz się wydala». Tak uznał wszystkie potrawy za czyste. I mówił dalej: «Co wychodzi z człowieka, to czyni go nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym»”.
Władysław Witwicki (tłumaczenie lingwistyczne):
„I on im mówi: «Wyście też tacy niepojętni? Nie rozumiecie, że wszystko, co z zewnątrz wchodzi do człowieka, nie może go splamić. Bo to nie wchodzi do jego serca, tylko do brzucha i wychodzi do ustępu i tam się oczyszcza każdy pokarm?». I mówił, że «To, co wychodzi z człowieka to człowieka plami. Bo z wnętrza, z serca ludzi wychodzą myśli złe, cudzołóstwa, nieprzyzwoitości, morderstwa, kradzieże, chciwość, szelmostwo, chytrość, bezbożność, złe oko, bluźnierstwo, pycha, głupota. Wszystkie te złe rzeczy z wnętrza wychodzą i plamią człowieka»”.
Nie potrafię sam przeczytać greckiego tekstu, dlatego zmagam się z tłumaczeniami. Mamy w tym tekście kawałek dosadnej prostoty. Pochylmy się nad nią. Chrystus poucza, że grzech (w sensie: intencja grzechu) może wejść w człowieka z zewnątrz. To ważne – nie jesteśmy zamkniętym systemami, tylko fragmentami Kosmosu i podlegamy z resztą świata interakcjom, których uniknąć się nie da. Pokusy, złe intencje, silne, nieraz cudze emocje udzielają się nam wzajemnie. Przypomina to trochę przypowieść o kwasach, które przemieniają mąkę, pochodząc z zewnątrz. Może to być kwas grzeszników (np. faryzeuszy), któremu nie należy ulegać, albo dobry kwas Ewangelii.
Wpływ ten jednak możemy przyjąć wedle woli nie do swojego serca, tylko do brzucha. Pamiętamy, że w Piśmie serce to siedziba myśli, intencji i intencjonalnych emocji. To ważne rozróżnienie i rzadko w chrześcijaństwie zauważana władza duchowego brzucha. Rzeczywiście ją mamy. Od siebie dodałbym, że w brzuchu zachodzi trawienie, co czasem trochę trwa. Ileż razy mówiliśmy, kierując się podobną intuicją, że jakieś doświadczenie trudno strawić, że coś jest „niestrawne”, że wywołuje odruch wymiotny… Ta metafora jest jakoś wpisana w naszą naturę.
Z tego duchowego brzucha człowiek następnie wydala do ustępu. Kiedy czytam o tym w Piśmie, zawsze przypominają mi się porady współczesnej psychologii, a także te zawarte w doświadczeniu Dalekiego Wschodu, z których wynika, że człowiek musi mieć czas na przetrawienie swojego życia, że od swojego życia z jego doświadczeniami nie uciekniemy, tylko musimy spokojnie je zaakceptować. Cudzy grzech, czasem jako zły przykład, a czasem skierowany w nas jako krzywda, ból i krzyż – to wszystko musimy przetrawić i wydalić, pozwolić odejść, przeminąć. Współczesnym ludziom służy do takiego ukojenia i pozbycia się balastu praktyka tzw. medytacji, tak naprawdę będącej relaksacją. Wszyscy potrzebujemy oczyszczenia naszej emocjonalności, a to wymaga pewnych zabiegów: owego wydalenia, pozwolenia, żeby głupie myśli, chęci i pociągi po prostu sobie zapłonęły, a potem bezczynnie przygasły. Konieczne jest tu nasze zaangażowanie, chęci i poświęcenie czasu. Szalenie ważne jest, żeby dać sobie czas na narzucające nam się wspomnienia, traumy, przykrości i inne przeżycia. W czasie życia czynnego są one wypierane, ale nie giną. Potrzebują późniejszego przetrawienia w małej zamkniętej izdebce. Rozładowania, rozprężenia, poukładania.
Także chrześcijańska duchowość musi zawierać w sobie ten element relaksacji potrzebnej do oczyszczenia się. Im dalej w duchowość, tym staje się to łatwiejsze, bo rośnie dystans do wartościowania codzienności, a wzrasta poczucie wartości spraw wiecznych. Niemniej życie nie daje nam złapać tchu. Zdolność zaakceptowania w sobie obecności zła prowadzi nas do pozbycia się go. Niekiedy doświadczenie nocy polega właśnie na wstrząśnieniu w nas wypartych oraz zastarzałych emocji i wydobyciu ich na wierzch po to, żeby nad nimi zapanować, powracając wolą – mimo ich parcia – do dobra i miłości.
Nic prostszego niż z takiego przetrawiania uczynić ćwiczenie duchowe. Zwykle narzekamy na rozproszenia na modlitwie, a przecież część z nich to właśnie narzucające się nasze wewnętrzne biedy (a także sukcesy), które wołają o przetrawienie. Czasem, paradoksalnie, warto pomodlić się rozproszeniami, tym, co samo spontanicznie powstanie. Musimy jednak na nie reagować świadomie, oddając wszelkie doświadczenia Bogu i Jego władzy oraz miłości, poddając swoje przeżycia Jego panowaniu, co nas leczy i pozwala zapomnieć, rozładować, „wydalić” męczące nas sprawy z naszego życia.
Warto pamiętać, że duchowość to jest złączenie historii naszego życia z historią zbawienia, więc taka spontaniczna modlitwa oczyszczająca ma o wiele większy sens i wartość, niż to się z pozoru wydaje. Na tym w praktyce (między innymi, bo to nie jedyny zabieg) polega oczyszczanie serca, a pamiętamy, że Boga mogą oglądać ludzie czystego serca. Jest w tym wszystkim też element poznawania samego siebie: takiego dogłębnego, prawdziwego, z całym złem i dobrem.
Spontaniczność jest w ogóle częścią duchowości charyzmatycznej, afektywnej, w jej kręgu dowiadujemy się jeszcze czegoś, a mianowicie, że także Duch Święty wykorzystuje naszą gotowość do odkrywania wewnętrznych poruszeń.
Na koniec biblijnego cytatu widzimy, że to, co powinno iść do ustępu, gdy staje się motorem postępowania, przechodzi w grzech. Jest on zatem babraniem się w gnoju i paskudzeniem się nim. To mocna nauka.
Chciałbym znowu zwrócić uwagę, że Pismo zawiera pouczenie, którego poszukuje się gdzieś daleko w innych kulturach, a tymczasem jest ono obecne w dostępnych nam tekstach i mądrości Ewangelii. Wystarczy wziąć sobie Dobrą Nowinę do serca. Jednocześnie widzimy, że spotkanie z Orientem może nam przybliżyć i pozwolić na nowo zrozumieć sprawy z objawienia Chrystusowego, na które sami nie zwrócilibyśmy uwagi.
11. Zmartwychwstać z Jezusem
(1)
Historia Jezusa z Nazaretu wydarzyła się także po to, żeby nam otworzyć drogę do nieba. Idąc za Jezusem, przyjmujemy jego prowadzenie i pouczenie. Nasze uzdrowienie ma wymiar paschalny (od pascha – „przejście”), czyli odbywa się jako przejście ze złego życia w niewoli tego świata do Ziemi Obiecanej przy Chrystusie. Jest to także exodus, wyjście z kraju niewoli ciała i świata do obiecanej wolności duchowej przy Bogu.
(2)
Świat jest jak Egipt faraona. Odruchowo ulegamy presji takiego otoczenia, upodabniamy się jak najściślej do środowiska. Także Jezus był w swoim dzieciństwie w Egipcie. Naród i Jezus rodzą się w Ziemi Obiecanej, ale potem trafiają do Egiptu. Dusza człowieka rodzi się w niebie i nosi w sobie jego wspomnienie, dlatego wciąż tego nieba poszukuje, ale żyje w ziemi wygnania.
(3)
Mojżesz chce dobrze, ale staje się mordercą. Wcześniej zażywa luksusów, przez co przewraca mu się od tego w głowie. Przed karą ucieka do Medianitów, spędza wiele lat na zwykłym, ciężkim życiu. Podobnie cały Naród znosi swój trudny los, nawet prześladowania. Świat się nie rozczula nad ludźmi. Jezus dorasta w biednym warsztacie, traci przybranego ojca, zostaje sam z matką. Pewne sugestie Ewangelii wskazują, że może ciążyć na nim niesława nieślubnego dziecka.
Podobnie każda dusza znosi trudy swojego losu, popada w grzechy, traci rozum nierzadko od trudów albo przyjemności. Jesteśmy przygnieceni do ziemi do tego stopnia, że nie patrzymy w niebo.
(4)
Mojżesz słyszy wezwanie, na które zupełnie nie jest gotowy. Ma wadę wymowy, a Bóg każe mu przemawiać. Życie duchowe mogło wydawać mu się bardzo odległe. Chrystus z kolei doznaje po chrzcie Janowym otwartego objawienia Ojca i Ducha.
Słyszymy wezwanie – czasem jest to nawet jakieś duchowe doświadczenie – lub po prostu słyszymy o Bogu i coś nas w tym urzeka. Jak odpowiedzieć na to wezwanie? Skąd czerpać wiarę?
(5)
Mojżesz z Narodem długo rozstają się z Egiptem, który był dla nich zarówno wygodny, jak i zabójczy. Faraon łatwo nie wypuszcza niewolników. Podobnie świat łatwo nie pozwala człowiekowi się nawrócić. Macki świata i jego władcy trzymają nas wewnątrz bardzo silnie. Ściągają nas z powrotem do swojego bagna, tak długo swojskiego i bliskiego.
(6)
Pojawia się kryzys, wielka siła w nas ciągnie nas z powrotem do Egiptu, nasze serca z oddali wręcz go idealizują. Egipt to zwykła kraina, stosunkowo bogata i wygodna. Była tam totalna władza nad nami, nie mieliśmy nic do powiedzenia o swoim losie, byliśmy niewolnikami, nie mogliśmy sami o sobie decydować. Za tę cenę jednak dano nam stosunkowo spokojnie żyć na równi ze wszystkimi innymi ludźmi. Życie bez wrażeń, dolegliwe, ale znośne. Najważniejsza jest jednak wolność, to o nią chodzi. Nie możemy żyć jak wszyscy, musimy sami o sobie decydować, aby odnaleźć szczęście.
Naród wychodzi na pustynię. Tam ma umrzeć wszystko, każdy głos wzywający do starego życia, każde serce niezdolne do nowej rzeczywistości, trwa to 40 lat, aż Naród się odrodzi. Pustynia to miejsce modlitwy, bezpośredniego przebywania z Bogiem. Jezus także idzie pościć 40 dni na pustyni.
Pustynia to jawne królestwo diabła, ziemia martwa i jałowa. Tam objawia się całe zło, jakie w sobie nosimy. Naród przechodzi kolejne kryzysy wiary. Jezus doświadcza pokus. To są Jego własne pragnienia: jedzenie i picie wobec głodu, doświadczenie cudownej pomocy wobec balastu własnej bezradności i słabości, panowanie nad światem, aby go uzdrowić. To wszystko Jemu się należy. Czy jednak wyciągnie rękę do diabła, żeby to łatwo i szybko dostać, czy go posłucha? Bóg jest dawcą odpowiedniego czasu. Gdy zbyt szybko chcemy osiągać efekty, idziemy na skróty drogą demona. Jezus zwycięża diabła na pustyni.
Pustynia – świat bez maski, świat w prawdzie – pozwala duszy zobaczyć wszystko inaczej. To jest miejsce absolutnej prawdy i szczerości, początek drogi duchowej. Lekarstwem na zło jest nauczanie pochodzące od Boga, słowa Pisma, Prawa, jakimi Chrystus przegnał diabła.
(7)
Naród odrodzony wchodzi do Ziemi Obiecanej. Tam zmaga się z królestwami tego świata, które dla odmiany chcą go zniszczyć. Podobnie Jezus wędruje po Ziemi Obiecanej i podbija ją swoim dobrem, naucza, uzdrawia, wskrzesza. Od początku toczy się przeciw Niemu wojna, prześladowanie, zostaje zawiązany spisek. Naucza, a nikt Go nie rozumie. Uzdrawia, a nie doznaje wdzięczności.
Dusza powraca z pustyni do swojego życia. Doznaje sprzeciwu wobec jej wiary. Staje się obca we własnym otoczeniu. Czasem ta wiara jest czymś już podrosłym, ale wciąż jeszcze świeżym we własnym sercu. To taka nowość, której opierają się stare przyzwyczajenia i ciągoty. Ciało należące do materialnego ciała ciąży w stronę spraw materii i świata. Trwa z jednej strony usilne zdobywanie terytorium przez wiarę, z drugiej potężnieje reakcja.
(8)
Naród zostaje zniszczony przez królów ościennych, a Jezus – zamordowany. Dusza popada w grzech. Nastaje wielki kryzys. Samodzielne staranie, choć zbożne i potrzebne, to za mało.
(9)
Narodu nie ma. Nieliczni na wygnaniu ledwie pamiętają swoją wiarę. Dusza w kryzysie płacze do swojej wiary, ale widzi siebie w grzechu i nierzadko faktycznie poważnie grzeszy. Jezus leży w grobie.
To jest początek prawdziwego uzdrowienia. Trzeba poczuć własną śmierć, śmierć dla siebie samego, przestać się o siebie starać. Należy pozwolić się ukrzyżować złu, poczuć to dojmujące zło w sobie i jego moc zniszczenia, śmierci. Trzeba umrzeć, opaść z sił, przestać walczyć. Jak Chrystus oddał ducha Ojcu, tak my przyjmijmy swoją bezsilność wobec własnej grzeszności oraz mocy zła i oddajmy się Bogu wraz z tą niemocą.
W grobie zapominamy o dawnym życiu. Zło nas niszczy, ale razem z własną mocą. Wchodzimy z Chrystusem do piekła, widzimy zło twarzą w twarz, a to nam pozwala się od niego uwolnić. Na krzyżu i w grobie umierają grzechy wraz z częścią nas. Może nawet całe nasze wcześniejsze życie było złe, teraz to nic nie znaczy, bo w grobie wszyscy jesteśmy równi, tu nie ma lepszych i gorszych, są tylko umarli. Katharsis – oczyszczenie, przyznanie się do własnej bezsilności. Jak bezsilny był Jezus na krzyżu, zniewolony ludzkimi więzami. Już jednak z tym wszystkim nie walczymy, umieramy z powodu działania zła. To trzeba poczuć i przeboleć. Grzech, czyli piekło w nas i wokół nas z naszego powodu, trzeba dobrze poczuć, skoro to czyniliśmy.
Medytacja grobu jest niezwykle ożywcza. Dawni ludzie doskonale to rozumieli i organizowali najróżniejsze obrzędy związane ze śmiercią i odrodzeniem. Były to m.in. rytuały przejścia otwierające nowy etap życia człowieka, np. dorosłość. Bywały to także ryty oczyszczenia dla życia po śmierci. W samej Grecji istniało kilka takich tradycji, począwszy od orfików. Należały one do misteriów. Współcześnie wśród kultur pierwotnych dookoła świata religioznawcy opisują tradycje związane z zamykaniem człowieka w symbolicznym grobie.
Grób to zarazem więzienie, platońska jaskinia, piekło. To taki trochę śmietnik człowieczeństwa. Biblijnym symbolem krainy zniszczenia jest Dolina Gehenny pod Jerozolimą, gdzie palono śmieci, brudne, wstrętne miejsce, w którym występni czynili najohydniejsze rzeczy. Niestety nie jest to tylko ćwiczenie duchowe, ale uświadomienie sobie własnej kondycji człowieka w znacznej mierze martwego od grzechu i apatii. To całe zło, jakie nosimy w sobie i na sobie. To są te złe schematy, które nas formatują (jak to się dzisiaj popularnie określa). Martwota za życia. Jesteśmy grobami własnych dusz, własnych możliwości, nie z tego względu, że taka jest natura człowieka, jak o tym myśleli Grecy (soma = sema, ciało = grób). Jest tak z uwagi na nasz upadek, czyli degenerację, cofnięcie się w rozwoju do stadiów przedludzkich. Odwrócenie skutków tego upadku ma charakter zbawczy, to praktyczna soteriologia.
(10)
Po unicestwieniu Narodu przez Babilończyków pozostaje jednak reszta Izraela, która przetrwała i ożywa na przekór dziejowej katastrofie. Odbudowany Naród jest dosyć słaby i niewielki, funkcjonuje raczej dzięki łasce Boga niż własnej mocy. Podobnie Chrystus powstaje z grobu, nie jest to jednak powrót do wcześniejszego życia. Nastaje czas Nowego Stworzenia.
Bóg dał nam czas ziemskiego życia, abyśmy się ukształtowali i zostali wypróbowani. Po tym etapie jest czas Nowego Stworzenia w Królestwie Boga. Nowy Byt, Nowe Życie to drugie życie przy Bogu. Takim życiem żyją święci w niebie, oczekując zmartwychwstania. Takim życiem będą się cieszyć zbawieni zmartwychwstali w Królestwie Niebieskim.
Powstały ze śmierci Jezus jest pierwszym obywatelem i Królem tego Królestwa. On był z nami w grobie i piekle, ale jako pierwszy opuścił je o własnych siłach. Tylko On potrafi nas wyzwolić z naszych grobów. Każde wyzwolenie prawdziwe oznacza regenerację człowieczeństwa i przejście w stan życia duchowego, zjednoczonego z Duchem Świętym, czyli Bogiem czyniącym nas doskonałymi. Przyjąć zbawienie od Jezusa już w tym życiu to inaczej przyjąć wiarę, czyli pomoc Boga. On nie uzdrawia świata upadłego ani upadłego człowieka. Bóg przechodzi do nowego etapu istnienia Wszechświata, do Nowego Stworzenia. Zbawienie to nie jest naprawa, lecz nowe życie nowego człowieka, jaki ma być po zmartwychwstaniu, ale już teraz. Tego świata nie da się naprawić, można go pogrzebać i odtworzyć jako Nowy Świat. Dotyczy to także człowieka. Stary, ziemski człowiek ma umrzeć i odrodzić się jak najbardziej świętym, nowym człowiekiem. Nie da się takim być z własnej mocy, może to sprawić jedynie moc Jezusa.
(11)
Umrzeć ma to, co przyszło z Pierwszymi Rodzicami i co po nich dziedziczymy. Bóg sam nas przygarnia jako Najpierwszy Rodzic, to część dobrej nowiny od Boga.
Nowi pierwsi rodzice, po których mamy dziedziczyć cnoty zamiast grzechów:
• Nowy Adam – Jezus,
• Nowa Ewa – Maria.
Od nich mamy pobierać wzorce nowego życia. Przecięte zostały więzy Adamowe, więzy grzechu i samozagłady. Jezus akceptuje odebranie Mu życia, przekreśla rzeczywistość ziemską, bo nie ma innego wyjścia, sam jest obciążony człowieczeństwem razem z jego upadkiem, dlatego po śmierci trafia do piekła. Dzięki Niemu możemy stać się na nowo niemowlętami, jak dzieciątko Jezus, czystymi i niewinnymi.
Ponowne narodziny to symbol obecny w wielu kulturach, choćby u Indusów. Inicjacja chrześcijańska to chrzest, który jest obmyciem, oczyszczeniem. Pierwotnie był zanurzeniem, co nam przypomina ponowne wejście do wody niczym do wód płodowych matki, a tym samym nowe narodziny. Chrześcijanin jest dwakroć narodzony, po raz pierwszy do życia na świecie, po raz drugi do udziału w Nowym Świecie. Zmartwychwstanie będzie realnym drugim „narodzeniem”, początkiem nowego życia.
(12)
Opowiedziana wyżej historia to centralny wątek historii Kosmosu, historia zbawienia. Człowiek to mikrokosmos. Nasza wewnętrzna przestrzeń, zarządzana naszą wolą, jest jak Kosmos kierowany wolą Boga. W mikrokosmosie jaźni znajduje odbicie historia zbawienia Kosmosu.
Biblia przynosi nam ogrom symboli i historii, których treścią jest wezwanie do nawrócenia. Poprzez nie proces ten staje się dla nas prostszy i zrozumiały. Jest to prastary język mitu, gdzie rzeczywistości światowe przekładają się na rzeczywistości wnętrza ludzkiego.
(13)
Pierwszy krok radykalnego nawrócenia polega na tym, aby przyjąć Jezusa jako swojego Pana i Zbawiciela. Pan to władca, auctoritas (ang. authority). Władza i autorytet zarazem są nierozłączne. Jezus to nasz jedyny nauczyciel. Wszyscy inni są naszymi mistrzami o tyle, o ile pokazują na Niego i nie przeinaczają Jego przesłania. Zbawiciel to ten, który jest zdolny uratować nas od nas samych.
(14)
Świadome przyjęcie Jezusa za swojego Pana i Zbawiciela, zgodnie z Dobrą Nowiną, pociąga za sobą pewne skutki. Pewne staje się dla nas, że Chrystus już za nas umarł. Nie chodzi o pewność, że ja sam na pewno zostanę zbawiony, lecz o pewność, że Chrystus otworzył bramy nieba także dla mnie, zapłacił już za mnie swoją Krwią. Płyną z tego proste wnioski: Chrystus mnie sobie kupił dla siebie, zapłacił za moje winy, stałem się Jego własnością. Już nie należę do świata z jego porządkiem grzechu, już nie jesteśmy mu nic winni, tak jak nie jesteśmy nic winni swojemu ciału z jego ciągotami do zła; nie musimy już im ulegać, służyć.
(15)
Prawdziwą opiekunką nawracających się jest Matka Boża. Ona potrafi ochronić każdego. Miliony ludzi modlą się różańcem, bo to naturalne bać się Boga. Matki, która jest człowiekiem, aż tak się nie boimy. Ona nam pomaga w najtrudniejszych nawet chwilach, kiedy zupełnie nie potrafimy spojrzeć w stronę Boga. Maria, będąca także naszą matką, gdyż jesteśmy Jej adoptowanym potomstwem, do jednego z mistyków powiedziała tak:
„Wejdźcie, synowie najmilsi, do kołyski Mego Niepokalanego Serca i przygotujcie się również i wy na nowe narodzenie.
W nowym grobie – w którym w tym jedynym dniu leży umarłe ciało Mojego Syna Jezusa – złóżcie tego człowieka, który musi w was umrzeć: złóżcie człowieka grzechu i zepsucia, nienawiści i egoizmu, chciwości i rozwiązłości, zarozumialstwa i pychy, niezgody i niewierności.
Niech umrze dziś w was wszystko, co odziedziczyliście po pierwszym człowieku!
Niech ukaże się wreszcie nowy człowiek, rodzący się w nowym grobie, w którym Jezus zmartwychwstał – w pełnym chwały blasku Swej Boskości:
nowy człowiek łaski i świętości;
nowy człowiek miłości i wspólnoty;
nowy człowiek miłosierdzia i czystości;
nowy człowiek pokory i miłości;
nowy człowiek uległości i posłuszeństwa;
nowy człowiek światła i świętości;
nowy człowiek, uformowany w nowym grobie, otrzymujący życie w radosnej chwili zmartwychwstania Chrystusa.
Wasze nowe narodzenie dokonuje się w kołysce Mego Niepokalanego Serca – przy Mnie, waszej czułej Matce, zaczynającej w ten sposób nowe zadanie duchowego i powszechnego macierzyństwa.
Jedynie ten nowy człowiek – rodzący się w paschalnej tajemnicy Jezusa – może otworzyć drzwi grobu, w którym leży cała ludzkość, martwa obecnie, aby ją wskrzesić do życia w nowej epoce łaski i świętości. Zmartwychwstały Chrystus przyniósł ją wam w chwili Swego zwycięstwa nad grzechem i śmiercią”.
(16)
Historia Narodu i Chrystusa ma znaczenie symboliczne dla historii duszy człowieka. Przeżywamy w medytacji te historie i odnosimy je do swojego życia. Musi umrzeć we mnie to, co chore, niewydarzone, karłowate, zepsute. To jak amputacja obrzydliwych narośli na ciele.
(17)
Życie jest drogą krzyżową. Bywają lepsze momenty, ale to ogólnie trudne doświadczenie długotrwałego porodu. Ziemskie życie jest jak wychodzenie noworodka przez ciało mamy: trudne, bolesne, ale zaprawione determinacją i nadzieją. Biblia używa wielokrotnie porównań do bólu rodzenia, poronionych płodów itp. To, co się wydaje śmiercią, w istocie jest uwolnieniem od balastu niewydarzonej i dotkniętej upadkiem doczesności.
Życie Zbawiciela w całości było drogą krzyżową, od samego urodzenia w odrzuceniu, na wygnaniu, w ukryciu. Król Królów narodzony w stajni, na wygnaniu w Egipcie, a potem wychowany w prostym warsztacie biednych ludzi. To nieustające cierpienie i zgroza wobec perspektyw Jego powołania.
(18)
Rozważanie trudnego życia Chrystusa uświadamia nam, że nasze własne życie mimo całej jego biedy nie jest tak ciężkie, jak jego cierpienia nieprzerwane w wieczności. Jest przecież Bogiem, którego doświadczenie nie przemija tak jak nasze. Nasze własne boleści uczą nas współczuć Jemu i spotykać Go w kondycji cierpienia, dzielić ją.
(19)
To jest bardzo ważne ćwiczenie duchowe, czyli praktyka nawrócenia, aby uczestniczyć sercem w losie Chrystusa. Żyjemy i cierpimy wraz z Nim. Przyjmujemy nasze krzyże wraz z Nim. Umieramy i jesteśmy w grobie wraz z Nim. Spadamy do piekieł wraz z Nim. Wreszcie powstajemy do nowego, lepszego życia wraz z Nim. W najgorszych doświadczeniach mamy wzór i poczucie towarzyszenia Boga.
(20)
Stajenka
Gnój stajenki stał się pierwszą świątynią Wcielonego Boga. Jeśli więc jestem takim gnojem, to wystarczy, aby przyjąć do siebie Boga i zatroszczyć się o Niego, oddać Mu cześć. Żadna nieczystość nic nie znaczy wobec łaski Boga.
(21)
Chrzest – ponowne narodziny
Jesteśmy poronionymi dziećmi odpadłymi od Ciała Bożego. Ofiarowano nam jednak drogę powrotną. Czasem, gdy narobimy szczególnie poważnych głupstw, mamy ochotę zapaść się pod ziemię, zniknąć ze świata, sprawić, żeby nas nie było. To naturalne i zdrowe przeżycie. Bóg nam daje na to zgodę. Sam przewidział obrządek takiego powrotu do przedżycia.
Życie powstaje w wodzie. Wyszło z wody na ląd, co powtarza się w historii każdego człowieka. Powstajemy w wodzie w łonie mamy. Bóg też jest taką mamą, która nas otacza troską, miłością, zaspokaja wszystkie nasze potrzeby, kształtuje. Wszystko nam daje. Jest absolutną akceptacją, miłością, potwierdzeniem nas. Chlubi się nami. Nigdy nas nie odrzuca.
Chrzest jest śmiercią i ponownym narodzeniem. Przekreśla całe przeszłe życie: płodowe, narodzone, wszystkie wrodzone i nabyte doświadczenia i przekonania. To rekreacja, nowe stworzenie. Koniec świata, koniec dotychczasowego życia, koniec biedy, zdziczenia w izolacji od Boga. Poronione dziecko może wrócić do łona Boskiej Mamy poprzez zmartwychwstanie do życia.
Komputer został stworzony na wzór funkcji umysłu człowieka, jego istotą jest realizacja programów złożonych z poleceń, czyli zasad. Mamy w sobie zalecenia: rób to, rób tamto, to kochaj, tamto nienawidź itd. Wyrażają się poprzez to prawa, zasady, pryncypia itd. Tak samo komputer ma w swoich programach szeregi poleceń. Kiedy program zdegeneruje się obcymi poleceniami, komputer zaczyna szkodzić sam sobie, nie funkcjonuje, zapętla się, działa coraz szybciej, dając jednak coraz słabsze efekty, bo mocuje się z samym sobą. W nas powstaje złość, stres, wytężenie, które są jednak bezowocne. Mamy złe programy. W końcu napięcie dosięga szczytu, powstaje fanatyzm, nerwica, depresja. Jednocześnie następuje zapaść funkcji życiowych. Zapętlony komputer i serce człowieka nie funkcjonują, jak należy. Potrzeba resetu – wyłączyć go, a następnie zaciągnąć prawidłowe programy z nośnika pamięci. Dla nas te prawidłowe procedury to Słowo Boże w Biblii i przekazie ustnym (Tradycja). To są nośniki zawsze świeżego i niezepsutego oprogramowania. Powraca pokój wewnętrzny i wydolność duchowa, psychiczna, społeczna i funkcjonalna – behawioralna.
(22)
Grób
Jesteśmy „pobielanymi grobami”, stroimy się i tworzymy wyidealizowany obraz samych siebie, a tymczasem przynosimy innym śmierć i niewolę. Nasze zgniłe i puste wnętrza emanują śmiercią i zepsuciem wokół siebie. Nie ma w nas prawdziwego życia objawiającego się serdeczną radością wiary, duchową miłością do Boga, siebie i innych. Straciliśmy raj, nosimy w sobie śmierć.
(23)
Piekło
Zstąpić do grobu, zstąpić do piekieł z Chrystusem, to zobaczyć, co jest we mnie złego, demonicznego. To spotkać swoje demony. Nie po to, żeby cieszyć się ich poznaniem, ale po to, żeby nad sobą zapanować pomimo ich działania. Zwykle w ogóle ich nie widzimy i patrzymy na siebie jak na jakieś chodzące ideały. Prawda jest trudna. Bóg ją nam przesłania, abyśmy nie umarli ze strachu na widok samych siebie. Jednak w miłosnym otuleniu i bezpiecznej asystencji Boga możemy zejść do swoich najgorszych piekieł i nie oszaleć.
(24)
Odrodzenie
Nie można się odrodzić, jeśli wcześniej nie umrzemy dla świata i grzechu. Bez tego nie zobaczymy swojej śmierci i nie zstąpimy do swojego wewnętrznego piekła. Droga do życia widzie przez śmierć. Nie jest to jednak coś ogólnie niemiłego, gdyż cały czas towarzyszy nam światło i obecność Jezusa. Z Nim przechodzimy te etapy, dzięki czemu wchodzimy z Nim w komunię i zjednoczenie. On nas ochrania i błogosławi nam na tej drodze, która dzięki temu staje się pielgrzymką miłości i wspinaczką do nieba. To nie na siebie mamy patrzeć w tym czasie, to, co nas dotyczy, po prostu się przytrafia, widać musi tak być. Sensem tego jest zachwyt nad Jezusem, który także musiał to wszystko przejść, choć nie popełnił żadnej winy. Zrobił to właśnie po to, żeby każdego z nas móc przeprowadzić do siebie, do szczęścia, do nieba.
