1. Mit
(1)
Pisałem już o tym, że mity kształtowały się w pierwotnej fazie religijności jako jej podstawa. Później w fazie kosmologicznej były jeszcze ważniejsze i bardziej rozbudowane.
(2)
Mit – święta opowieść – jest blisko związany z historią i jej porządkiem. Logos oznacza także opowieść, dlatego dobra, święta opowieść może czerpać z Logosu, z Boga.
(3)
Rozpatrzę mit w dwu aspektach. W pierwszym, czyli w ujęciu tradycyjnym, mity to religijne opowieści wyrażające mądrość przekazywaną z pokolenia na pokolenie. W drugim – filozoficznym, wziętym od L. Kołakowskiego – mit jest to przedmiot wiary człowieka, jego założenie konstytuujące w ogóle zdolność myślenia, czucia i życia, np. wiara w rozum, poznanie, miłość. W istocie tradycyjne mity niosły ładunek zdrowej wiary w sprawy z gatunku tych filozoficznych. Afirmowały to, co ludzie łatwo tracili, a bez czego nie mogli żyć, przykładowo wartości wyższe, cnoty, samo myślenie.
Mit posiada swoje cechy, swój język, formy. Jest kodem, którego odczytania trzeba się uczyć. To specyficzna wypowiedź, dzisiaj już mało rozumiana w świecie jeszcze niedawno tak silnie opartym na nagim rozumie, a obecnie już tylko na nagich emocjach i instynktach. Mit przenosi w wieczność, a kto dziś jeszcze potrafi ją zrozumieć?
Na Zachodzie utrwaliło się szkodliwe myślenie w postaci alternatywy: prawda czy mit. Jest w tym zupełnie inne znaczenie tego terminu związane z tym, że każde kłamstwo i urojenie określa się mitem. Jest to niezwykle krzywdzące dla prawdziwego mitu, który z czymś takim nie ma nic wspólnego.
(4)
O głupim Jasiu, Żelaznym Janie i manierze papierowych stateczków
Czytałem małemu synkowi bajeczkę o głupim Jasiu i ziarnach. Ilekroć sięgam po stare baśnie, wspominam geniusz Roberta Bly i jego Żelaznego Jana. Jest to wszechstronna analiza baśni, a raczej, jak powiedzielibyśmy dziś, ludowego mitu, dokonana przez wrażliwego poetę z dużą wiedzą i zacięciem egzystencjalnym, nawiązująca do realiów życia.
Człowiek nie może funkcjonować bez takich baśni i mitów. Obecnie baśnie i legendy to ostatnie ślady myślenia mitycznego. Jeśli nie ma dostępu do porządnych mitów, wtedy wymyśla się własne, beznadziejne – umysł nie znosi próżni w tej materii. Takimi wyssanymi z palca mitami są dzisiejsza głupieńka „filozofia” (postmoderna itp.) bądź doktryna Dawkinsa, czyli czysto baśniowy fenotyp „rozszerzony”, będący właściwie nieświadomie stworzoną metafizyką istot o cechach niemal boskich w postaci „genów” i podobnych ich „memów” w jego memetyce. Świetnie wpasowuje się tu także filozofia podwórkowa przemądrzałych ateuszy, którzy dostrzegają w wierzących i Kościele strasznego potwora, cała masa teorii spiskowych widzących złego dżina nawet w chmurkach na niebie, a wreszcie oszalała ilościowo beletrystyka pisana i filmowa.
Dla dzieci nadal mamy baśnie, ale już ich nie rozumiemy. Czasami objawia się w nich Duch Boży, który za ich pomocą próbuje nas prowadzić przez życie. Jego działanie możemy dostrzec także w podaniach dziś pisanych, choć rzadko. Ważne są zatem te stare, sprawdzone i uszlachetnione przez stulecia powtarzania i poprawiania.
Przywołajmy wspomnianą historię Jasia. W jego domu panowało takie ubóstwo, że mama musiała posłać chłopca, aby sprzedał ostatnią krowinę. W ten sposób chciała zdobyć pieniądze na jakiekolwiek jedzenie. Jasiu był naiwniutki i po rozmowie z tajemniczym starcem zamienił krowinę na trzy fasolki. Wszyscy wiemy, co było dalej. Dzięki fasoli wszedł do krainy olbrzyma, ukradł mu kurę znoszącą złote jaja i harfę samograjkę. Przy okazji zamordował olbrzyma, a potem żył długo i szczęśliwie. Banalne? Wcale nie! Robert Bly swoim bestsellerem pokazuje nam, że baśnie to mądrość wieków, a my mamy prawo i obowiązek odnosić je do swojego życia, każdy na swój sposób.
Ja także spróbuję dokonać takiej interpretacji. Każdy z nas jest głupim Jasiem, nie rodzimy się przecież mądrzy. Nie wiemy, jak radzić sobie w życiu, a dodatkowo wieloma rzeczami rządzi przypadek i zbiegi okoliczności. Jasiu im się poddaje. Wiele ryzykuje, ale ma w sobie jakaś głupią ufność. Warto się zastanowić, w co.
W Opatrzność? Daje się ponieść dziwnym zdarzeniom, nie trzyma się kurczowo swoich planów, to ładne. Fasolki to ziarna, trochę jak dobre, choć niepewne pomysły na życie. Zasiane dają przedziwny plon. Jaś wspina się po nich aż do symbolicznych niebios. Tam spotyka olbrzyma, który jakoś dziwnie przypomina Jasiowe alter ego – ich wszystkie cechy są przeciwstawne. Jasiu zwycięża go sprytem. Musi w jakiś sposób walczyć, przez co przymuszony sytuacją uczy się nowych rzeczy i lepiej poznaje siebie. W sumie zabiera nie tylko skarby olbrzyma, ale i przejmuje jego przymioty: posiadanie rzeczy, waleczność, siłę. Zachowuje przy tym swoją poczciwość, choć już nie taką zupełną niewinność. Pokonuje olbrzyma, ale też w pewnym sensie trochę nim się staje. Nieco przypomina wojowników walczących z wrogami, żeby przejąć ich siłę. Wszystko to z miłości do mamy. Miłość ta pozostaje, ale nie jest już uległa mamie i idzie własną, szaloną drogą, z początku przymnażając mamie zmartwienia, a w końcu – radości.
Syn samotnej kobiety (może wdowy), starzec z darem, ślepa ufność, wspinanie się do nieba, walka z potworem – są to stałe motywy mitów, baśni i opowieści. Niosą wiele sensów, a ich odkrywanie może być egzystencjalną pomocą.
Robert Bly nie jest chrześcijaninem, a jego książka miejscami wydaje się wręcz antychrześcijańska. Wiąże się to z wizją (niezupełnie niesłuszną) ciasnego chrześcijaństwa opartego na przepisywaniu jeden od drugiego, wyrzucającego poza nawias myślenia i wrażliwości to, co nie ma imprimatu (metaforycznego, bo dotyczy to zwłaszcza protestantów). Tymczasem można wzorem scholastyków pamiętać, że mamy „wszystko dobre zachowywać”, a spuścizna mitów daje się wpasować w odwieczną mądrość, której okruchy tak skwapliwie niegdyś zbierano i składano w różne summy itp. Z czego dziś buduje się teologię, skoro boimy się jej naturalnego tworzywa? Jest nim cała wiedza świata, którą teolog powinien przetrawiać kwasem Dobrej Nowiny, gdyż stanowi ona kryterium dobra dla wszystkiego, co ludzie stworzą w naturalny sposób. Przecież najlepsza teologia powstawała zawsze na bazie dorobku nieprzyjaciół wiary: Egipcjan, Babilończyków, Hellenistów, a po Chrystusie w oparciu o strasznie wrogą chrześcijaństwu filozofię neoplatońską, a potem groźną (tak była przynajmniej przez długi czas postrzegana) myśl Stagiryty.
Przed nami przetrawienie mąki Indii i Chin, którym trzeba zanieść w odpowiedzialny sposób Chrystusa, czego nie zrobimy bez wysiłku. Te kultury są duchowo potężne i na razie to one połykają Zachód z naszą miałkością myśli i płycizną duchową. Pewnie więcej ludzi Zachodu dziś wyznaje jakąś mutację hinduizmu (nie zdając sobie z tego sprawy; w tym nasi kościołowi orientaliści – dzieci A. de Mello i późnego T. Mertona, Maina) niż Indusów – chrześcijaństwo. Indie to kraina kolorowych cudnych mitów i eposów, które łapią za serce każdego, kto je pozna. Chrześcijanie dawno temu cenili kulturę hellenistyczną, choć równocześnie lękali się zagubienia w jej ogromie i sile. Mimo słusznego przecież oporu wobec obcych religii w swoich katakumbach malowali jedną jedyną postać mitologiczną, którą był Orfeusz. Orfizm, neoplatonizm, stoicyzm, klasyczny taoizm, bardziej filozoficzne szkoły hinduskie i buddyjskie naprawdę nie są tak bardzo od siebie różne, abyśmy dzisiaj nie potrafili wzorem pierwszych chrześcijan adaptować nowo spotykanych doktryn do Ewangelii.
(5)
Żeby zrozumieć, czym jest mit, trzeba spojrzeć na ludzi, którzy go przez większą część historii tworzyli i używali. Przez tysiąclecia był to jedyny nośnik zbiorowej pamięci ludzi i ich wiedzy o rzeczywistości. Człowiek, od kiedy istnieje, a żyjemy przecież krótko i rodzimy się niezbyt obeznani ze światem, zadaje sobie te same ostateczne pytania:
• kim jest, co go wyróżnia od reszty świata,
• skąd się wziął,
• dokąd zmierza, co go czeka.
Spokoju nie daje nam jeszcze jedno pytanie: Skąd zło i cierpienie? To absurd przekraczający nasze rozumienie. Ludzie po części dzięki własnej spostrzegawczości i wyobraźni, a po trosze dzięki natchnieniom Ducha od zawsze próbowali odpowiadać sobie na te pytania. Odpowiedzi uzyskane na drodze kontemplacji pomieszanej z własnymi interpretacjami i z wyobraźnią były utrwalane w mitach. Dziś rozróżniamy mity, legendy, baśnie. Jakkolwiek je nazwiemy, musimy pamiętać, że były to opowieści tłumaczące człowiekowi świat i uczące go tej najważniejszej wiedzy, czyli tego, jak żyć. Jak żyć, żeby było to dobre i wartościowe? Jak dorastać, przemieniać się z wiekiem, właściwie spełniać swoje role (ojca, matki, dziecka, wojownika, rolnika itp.)?
(6)
Mit nie jest zapisem wydarzeń historycznych. Pradawni ludzie nie mieli poczucia istnienia historii, czyli pewnej uporządkowanej liniowości zdarzeń. Pierwotnie, jak wiele plemion paleolitycznych w naszych czasach, nie znali nawet czasu, a jedynie teraźniejszość. Nie widzieli też specjalnie potrzeby utrwalania przeszłości, żyli raczej chwilą obecną. Historyzm jest późnym osiągnięciem, całkiem niedawnym, a jego ostatnia postać w formie nauki historii liczy tyle, co nauki współczesne, czyli kilkaset lat, i jest znana głównie na Zachodzie.
Wracamy do dawnych, pierwotnych ludzi. Ich język myślenia o świecie to właśnie język mitu. Społeczeństwa te potrzebowały baśni, którą ofiarował im Bóg. Gdybyśmy dziś opowiedzieli Pigmejom z dżungli o astrofizyce, pewnie nie byliby zainteresowani. Jeśli im opowiemy o cudnym ogrodzie, gdzie człowiek zażywał bezpieczeństwa, spokoju, dostatku, samego dobra i miłości, to pewnie wizja ta przemówiłaby do ich wyobraźni.
Musimy pamiętać, że niemal do naszych czasów ludzie nie odróżniali prawdy historycznej od wyobraźni, fikcji, od własnego wkładu fabularnego, koloryzowania. Jeszcze całkiem niedawno historiografie zawierały tyleż faktów, co fantazji i legend. Nie znano nauki w dzisiejszym ścisłym znaczeniu. Opowieści o faktycznych zdarzeniach mieszały się z legendami. Nierzadko fakty stanowiły tylko podbudowę do wymyślania przedziwnych historii, pełnych fantastycznych stworzeń, zdarzeń i zjawisk. Im wcześniej w dziejach, tym ten kierunek wydaje się wyraźniejszy. Spójrzmy na ludzi pierwotnych, których ostatnich przedstawicieli możemy jeszcze spotkać, chociażby Indian w dżungli. Czy dałoby się im opowiedzieć o początkach świata językiem nauki: o miliardach lat, gwiazdach, gazach i teorii względności? Przecież niektóre ludy nie potrafią nawet liczyć, nie mają poczucia czasu i przemijania. Prastara opowieść o stworzeniu była opowiedziana dla takich właśnie ludzi, których świat i wyobraźnię zapełniały po równi faktyczne stworzenia oraz ich własne wizje, legendy, baśnie i niesamowitości. Takie podania były ciekawe i zadziwiające.
(7)
Istotą mitu nie jest ładunek informacyjny na temat przeszłości, tylko przeżywanie. Mit oddziałuje na całego człowieka, a nie tylko na jego rozum i pamięć. Fabuła, narracja wciągają nas w siebie.
(8)
Z formuły mitu powstała niemal cała sztuka. W Grecji na jego podbudowie w ramach uroczystości religijnych z wolna wytworzył się teatr. Z niego zaś powstała literatura w postaci tragedii i komedii, a z nich – beletrystyka Zachodu. Podstawową formą utrwalenia mitu była rytmiczna poezja ułatwiająca zapamiętywanie. Sztuki plastyczne ewoluowały dzięki potrzebie budowy i zdobienia świątyń. Z kolei pragnienie wznoszenia coraz wspanialszych świątyń pobudzało architekturę. Tym sposobem religia jako nośnik mitu stworzyła kulturę.
Sztuka i mit są nierozłączne. Sztuka to najdoskonalszy, najbardziej syntetyczny nośnik sensów. Jest trudna, wymaga nie zawsze dostępnej podbudowy teoretycznej z czasem po prostu zapominanej. Z tego powodu z biegiem czasu i w miarę utraty właściwej percepcji głęboki i mądry mit pierwotny stawał się tylko bajką dla dzieci albo opowieścią na miarę telenowel, konsumowaną dla rozrywki czy też przełamania nudy. Funkcjonuje do dziś jako bajki, stając się nośnikiem społecznie akceptowanych wartości. Z tego powodu opowiada się go dzieciom, żeby je włączyć w naturalną wspólnotę wartości. Te podania, z którymi spotykamy się dziś, to tylko resztki po głębokim micie. Na tym etapie nikt już nie potrafi odczytać zaszytej w nim protofilozofii. Nikt też nie umie go wyjaśnić. Pozostaje sama fabuła, samo dzianie się, które jest niekiedy niestrawne, dziwaczne. Mit w historii podlegał takiej właśnie destrukcji, co widzimy choćby w historii Grecji.
(9)
Kimś, kto świadomie wykorzystał atawistyczną, ludzką, wręcz biologiczną potrzebę mitu był J.J.R. Tolkien. Zafascynowany sagami nordyckimi postanowił stworzyć opowieść opartą na schematach podań mitycznych. Miał przy tym całkowitą rację, jego Władca pierścieni wygrywa w rankingach na najciekawszą powieść wszechczasów. Następnie G. Lucas pilnie przestudiował mitoznawstwo J. Campbella i na tej podstawie nakręcił Gwiezdne wojny. Obie historie, chociaż zostały świadomie oparte na schemacie mitu, to są tylko bajkami.
(10)
Epos
Formą przekazu podobną do mitu jest epos. Zazwyczaj wyraża on to, co dane społeczeństwo myśli o życiu człowieka i jego postawie wobec bogów. Epos o Gilgameszu opisuje wiele pięknych prawd, a jego główną osią jest ludzka potrzeba przebóstwienia i tragiczne poszukiwania sposobu na urzeczywistnienie tego pragnienia. Bardzo znany jest epos grecki o Odysie stanowiącym model Greka. Z jednej strony bohater ten to wspaniały odkrywca i eksplorator wciąż nowych światów, krain, kultur, z drugiej – tragiczna igraszka w rękach bogów, bezradna wobec fatum, z najwyższym trudem osiągająca zwyczajność w postaci powrotu do domu. Ta chytrze przemyślna figura romantycznego żeglarza, ciekawego świata, próbującego się wyrwać spod wyroków kapryśnych bóstw, jest bardzo grecka.
W Indiach popularnością wciąż się cieszy epos o Ardżunie, którego przed upadkiem pod ciężarem rozterek sumienia ratuje proste posłuszeństwo wyrokom losu i akceptacja sytuacji, w jakiej się znalazł, chociaż tego nie chciał. Drugi heros, także bohater indyjskiego eposu, to Rama, doskonale posłuszny prawom Dharmy, rycerz prawości w rozumieniu hinduskiej kultury.
Eposy, czyli opowieści o bohaterach, mają do dziś ogromne znaczenie dla Indii. Podobnie było w Grecji, której świętymi księgami były Iliada i Odyseja. Epos to zmaganie się człowieka o nadludzkich właściwościach ze swoim przeznaczeniem. Kontekstem dla jego historii jest wola bogów, a czasem pragnienie wejścia na boskie wyżyny. W Indiach Rama przeszedł tę drogę w wyobraźni wiernych, gdyż z czasem został podniesiony do godności boskiej, awatara Wisznu. Eposy są stałym fragmentem ludzkiej kultury duchowej. Epicka historia Heraklesa, choć nie posiada osobnej księgi, podobnie jak kilka innych mitów greckich pokazuje drogę człowieka do boskości. Wydaje się, że historia Psyche ma wręcz jakiś archetypiczny wymiar jako droga duszy ludzkiej do nieba, prowadząca ją w duchu miłości i pokory. Historia Gilgamesza wprost opisuje usiłowania człowieka, który dąży do tego, aby zyskać godność boską. Po przyjęciu chrześcijaństwa rolę takich opowieści przejęły żywoty świętych jako przewodniki do nieba dla ich naśladowców.
(11)
Dzisiejsze Indie są jednym z ostatnich krajów, gdzie porządek mityczny jest ciągle żywy. Stanowi to pierwszy etap odkrywania przez ludzi Bożego porządku (szerzej: E. Voegelin, Porządek i historia). Na tym etapie ludzie wytwarzają ład społeczny, który pozwala społeczeństwu przetrwać z jego tożsamością, jednolitą strukturą, trwałą konstrukcją w dziejach. W Egipcie taki ład przetrwał 3000 lat. Rzymianie przejęli go z Egiptu wraz z Cezarem urzeczonym pozycją Kleopatry, a następnie wytworzyli instytucję boskiego cesarza na wzór faraonów. Egipskie urządzenia w szczątkowej postaci przetrwały w kulcie papieży wśród katolików. Może dlatego na placu św. Piotra stoi egipski obelisk. Jakimś późniejszym przejawem takiego ładu społecznego był znany wszędzie na świecie, także w Europie, feudalizm. Na Starym Kontynencie okres ten zakończyło tzw. oświecenie. O społeczeństwach kosmologicznych pisałem już wcześniej.
Zachód swoją filozofią wyparł mity i baśnie. W Indiach brakuje takiego podziału na religię i filozofię. Mity indyjskie są ciekawe, bogate i nadal bardzo przeżywane. Dla Europejczyka to jak powrót do własnych korzeni, ale też w pewnym stopniu do świata dzieciństwa. Lubimy wracać do czasu swojego rozwoju, kiedy żyliśmy baśniami, a świat był prosty i piękny.
(12)
Mit to święta opowieść kształtująca człowieka. Ludzie akceptują swój mit i w ten sposób związują nim swoją świadomość. Czynią to bezwiednie, ulegając jego urodzie czy też popularności. Nie zawsze sami potrafimy się przyznać, jaki mit akceptujemy, ale wszyscy jakiś mamy. Leszek Kołakowski pisze szerzej, nazywając mitem wszystkie przekonania przekraczające nasze codzienne doświadczenia. Stary profesor traktował mit bardzo poważnie, choć pisał o nim z właściwą sobie lekkością. Wszyscy więc pielęgnujemy w sobie jakieś mity, rozumiane jako zarówno przekonania generalizujące i syntezujące, jak i to, co nieuniknione, transcendentne.
Mit to podstawa myślenia i życia człowieka. Stajemy się uczestnikami swojego mitu. Jeśli dobrze się zastanowić, to czy będzie to osoba wierząca w jakąś religię, czy przeciwna jakimkolwiek wiarom, to odnajdzie w sobie ten element umysłowości opisywany przez L. Kołakowskiego, a zwany świadomością mityczną.
2. Mythos i logos
Czas greckich filozofów to już okres po micie głębokim. Miejska cywilizacja zepchnęła dawne opowieści do roli baśni dla dzieci i prostych ludzi. Do tych podań jednostki myślące zniechęcał fakt, że ukazani w mitach bogowie zachowywali się dość dziwnie. Nie postrzegano ich jako symboli zjawisk świata, przyrody i metafizyki. W tym czasie nasiliła się zatem degradacja mitu, który stracił swoją rolę duchową. Ratunkiem stały się ruchy misteryjne, zwłaszcza orfizm, ale to już inna historia.
Filozofowie wymyślają nowe określenia na własne intuicje i wglądy wynikające z tego samego doświadczenia metafizycznego. Przykładowo stosują termin logos (wiedza, rozum), aby odróżnić się od poetyckiego, już zdegradowanego i wyśmiewanego mythosu. Do dziś na Zachodzie pokutuje ostra alternatywa promująca rozum (u Greków zdecydowanie bardziej metafizyczny) kosztem religii i ich świętych opowieści. Czy jednak filozofowie tworzą cokolwiek innego, jeśli chodzi o sensy? Bynajmniej. Filozofia wprowadza w miejsce poezji język abstrakcji i twardą logikę. Silna opozycja pomiędzy mythosem (mitem) i logosem (filozofią), wyraźna w poszukiwaniu mądrości przez człowieka, wydaje się obecnie ułudą. Każde z tych narzędzi posiada swoje zalety i ograniczenia. Badacze kultury bez trudu odnajdują związki filozofów z poszczególnymi mitami, widoczne choćby w relacji orfizmu z myślą Pitagorasa i Platona.
Przeskoczmy kilka stuleci i zatrzymajmy się w czasie, kiedy barbarzyńcy palą antyk. Przynoszą do tej upadającej kultury własne mity. Niektórzy stopniowo przyjmują chrześcijaństwo, które także jako religia w warstwie formalnej posługuje się językiem świętej opowieści. Po paru wiekach skończył się okres wędrówek ludów i spontanicznych podbojów. Narody osiedlają się i znowu przychodzą czas i warunki na refleksję. Mity tracą siłę, a wiara chrześcijańska – swoją wartość emocjonalną. Gdzieś u schyłku średniowiecza i w renesansie elity na nowo odkrywają filozofię. Sami filozofowie wprost lub pośrednio odsuwają się od przeszłości i ponownie próbują odkrywać świat, nie odwołując się do mitu i religii. Historia się powtarza.
Mit sprowadzony do bajki traci swoją życiodajną moc i zostaje odrzucony, a wraz z nim podupada życie religijne. Zastępuje go nowy mit filozoficzny. Znowu miejsce pierwotnych podań opartych bardziej na emocjach wypełniają abstrakcyjne poszukiwania. Czym one są? Czym jest filozofia? To nic innego jak mit w nowej postaci, w tym ujęciu prozatorskiej, rozwlekłej i nudnawej, przynajmniej dla mnie.
Kilkadziesiąt lat temu umysłowy siepacz stalinizmu, filozof tworzący nową myśl bolszewicką z pistoletem za pasem, skazujący całe formacje umysłowe (i związanych z nimi ludzi) na niebyt, L. Kołakowski, pomału dorasta. Zaczyna rozumieć siebie w łączności z całością funkcjonowania kultury europejskiej. Zdziwiony zauważa i ogłasza, że nie ma Europy bez Jezusa z Nazaretu, rozumianego przez niego wówczas jedynie kulturowo, nie religijnie. Potem zauważa rzecz nie mniej ważną, a mianowicie fakt, że mit jako pewne uprzednie założenie metafizyczne, swoista wiara, leży u podstaw całości kultury człowieka. Nie ma w nas niczego, co nie byłoby zakorzenione w jakimś micie. Filozof ten, pisząc Obecność mitu, posłużył się możliwie najszerszą definicją mitu. Idąc za swoją rodzącą się mądrością, powoli stał się chrześcijaninem. Wystąpienie L. Kołakowskiego to nie jest jedyny głos filozofa dowartościowujący mit, ale dla mnie najważniejszy. Dokonał on analizy tego zjawiska i wyciągnął z niego najgłębsze sensy. Mit dawnych wiar i mit w ujęciu L. Kołakowskiego to nie to samo, koncepcje te łączy jednak bardzo wiele. Filozof dotyka istoty zjawiska mitotwórstwa, czyli oparcia świadomości na przedzałożeniach, które nazywa mitami. Okazuje się, że dawne mity i obecna filozoficzna analiza odwołują się do czegoś, co jest obszarem określanym przez L. Kołakowskiego jako świadomość mityczna. Przejawia się ona poprzez sięganie duszy w metafizykę i opieranie życia człowieka na zdobyczach z tego wymiaru. To inaczej różnie pojmowana kontemplacja duchowa, przedstawiana jako theoria, noeza bądź medytacja nad podstawami rzeczywistości.
Kulturoznawstwo opisuje dziś sprawy dotyczące mitu jako nową dziedzinę – mitoznawstwo. Dzieje się tak na skutek wielkich odkryć religioznawców, którzy od końca XIX w. pokazywali, jak mity i związane z nimi praktyki w społeczeństwach zarówno pierwotnych, jak i późniejszych, a także obecnych kształtują umysłowość, zaspokajają wciąż aktualne potrzeby duchowe i dają siłę do życia.
Fenomen mitu odkryli także psychologowie. Robert Bly napisał swój bestseller Żelazny Jan, w którym poprowadził młodzieńca poprzez proces dojrzewania do dorosłości, opierając się na starej baśni, bazującej na bardzo pierwotnym, porządnym, głębokim micie. Na obrzeżach filozofii i innych wyżej wymienionych nauk przez cały czas przebija się gdzieś pojęcie mitu w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zyskuje on w nim na nowo uznanie i powoli staje się coraz lepiej rozumiany. Także Biblia jest odczytywana w kontekście historycznym i kulturowym. Stale przybywa wiedzy o starożytności i prehistorii. Mit pomimo supremacji nauki i filozofii nawet w ich kręgu przebija się do świadomości jako niezbędne i pozytywne zjawisko. Wynikowo okazuje się, że sama nauka i filozofia opierają się na swoich mitach.
Okazuje się, że ludzka umysłowość w całości zbudowana jest na fundamencie wiary i mitu. Ludzie stale produkują swoje wierzenia i bronią ich z ogromną energią. Wszystko, co znamy i w co wierzymy, wsparte jest na jakimś micie, czyli przyjętym a priori twierdzeniu. Tak po prostu funkcjonuje ludzki umysł. Systemy filozoficzne i społeczne, wszelkie światopoglądy zaczynają się od jakiegoś mitu. To wielkie odkrycie współczesnej humanistyki. Paradoksalnie jest to powrót do czasów przedfilozoficznych. Okazuje się, że człowiek jest istotą religijną i stale realizuje tę swoją naturę.
Porażka dziejowa wielkich projektów myślicielskich, które doprowadziły do wojen światowych, odsuwa ludzi od myślenia jako takiego. Hedonizm, konsumpcjonizm to chyba najpowszechniejsza postawa – antyrefleksyjna. Rozczarowani własną kulturą opartą na myślicielstwie wracamy do umysłowych jaskiń (o, wybaczcie, jaskiniowcy, którzy tworzyliście duchowe kultury, to tylko takie powiedzenie). Czym żyli przedkulturowi ludzie? Co produkowali? Mity. Podobnie jest dziś, koło się zamyka. Obecnie mity też są wytwarzane, tyle że pozbawione pierwotnego wglądu, dobrej woli, miłości do Kosmosu. Produkuje się zbrodnicze, oderwane od rzeczywistości banialuki, które następnie podawane są masom do wierzenia, i nagradza się te właśnie najbardziej zakłamane. Nie poszukuje się bogów, bo jesteśmy nimi sami sobie. Wytwarza się raczej demony, które następnie skazuje się na potępienie, odebranie godności i starcie z powierzchni świata. Są to wrogowie niezbędni, żeby wyładowywać na nich złość na samych siebie. Po prostu dziczejemy. Nasze myślenie zaczyna się opierać na złych fałszywych mitach, złych opowieściach, przedziwnych teoriach, w które święcie się wierzy w tym większym stopniu, im bardziej są od świata odległe. Rządzi chaos, metafizyka kłamstwa, cywilizacja śmierci. Świat się wymyśla, zamiast poznawać. Klaszcze się tym, którzy najbezczelniej wysysają swoje „mądrości” z palca. To jest współczesny antymit, kłamstwo kierujące ludzkim życiem. Nigdy nie było tylu fantastycznych teorii i złych, zakłamanych mitów, co dziś. Wszystko to jest nazywane oświeceniem, świadomością. Można ludziom wmówić dosłownie wszystko. Jedni demonizują religię i wiarę w Boga, drudzy – naukę, medycynę, szczepienia. Narasta chaos oparty na kłamstwach. To nie ma nic wspólnego z wielkimi głębokimi mitami z początków ludzkiej myśli. Ich miejsce zastąpiły zabobony, kłamstwa i przesądy.
Czy więc lekarstwem na nowe zdziczenie wynikające z rozczarowania człowieka własną kulturą będą studia nad naszymi pierwotnymi antenatami? Tak zdaje się wynikać choćby z dorobku M. Eliadego. Tak nam pokazuje także przykład L. Kołakowskiego i jego dorastanie do dobrego mitu Ewangelii. Czy człowiek jest dziś gotów zrozumieć, że w życiu nie przenika istoty Wszechświata, a co najwyżej wybiera mity, które go tłumaczą? Czy rozumie, że każde wyjaśnienie świata i historii jest z definicji mitem? Że nie możemy zdobyć niczego więcej? Czy rozumie, że dzisiejszy świat wciąż nie posiada niczego poza mitem na wyjaśnienie wszechświata? Czy potrafi ten mit dobrze wybrać? Czy jest w stanie połączyć rozrzucone elementy, takie jak kultura i natura, myśl i desygnat, ład i piękno, świat i dobro oraz prawda? Czy stłuczone lustro (odbicie świata w ludzkiej świadomości) sprowadzi na nas duchową zimę, uczyni niewolnikami zła? Od tego zależy nasza przyszłość.
Póki co zbrodnia się pogłębia. Dozwolenie na grzech, apoteozy zła narastają. Efektem pierwotnych mitów były postępy cywilizacji, których miarę stanowi sposób traktowania najsłabszych. Dziś w katowniach szpitali i klinik morduje się kolejne miliony – są to najniewinniejsi z niewinnych i najbezradniejsi z bezradnych. Wróżbici, poganie, magicy, ezoterycy, eksploratorzy demonicznych sił zajmują miejsce kapłanów Stwórcy. W New Age i podobnych postawach nauka znów zbliża się do poezji, ale już bez duchowych poszukiwań, bazując jedynie na fantastyce. Satanizm obecny w naszej w kulturze puka coraz głośniej do umysłów pod postaciami przyjaznych okultystów, wampirów, żywych trupów, wiedźm. Pogrążamy się w duchowej ciemności. Co nas z niej wyzwala? Światło Ewangelii – Dobrej Opowieści, najstarszego, najpierwotniejszego i najgłębszego mitu, który został nam ofiarowany.
3. Biblia jako mit
(1)
Dlaczego w Biblii napisano, że Bóg stwarzał świat przez sześć dni, skoro dziś naukowcy wiedzą, że świat ma miliardy lat? Kościół nie uczy, że opowieść o stworzeniu to dosłowna historyczna relacja. Dziś humanistyka dorasta do tego, co dla ludzi wczesnych religijnych kultur było oczywiste.
(2)
Jak się nawrócił C.S. Lewis, czyli o czytaniu Biblii
Poniżej zamieszczam fragment z biografii C.S. Lewisa:
„Jego dyskusje z Tolkienem odbywały się zwykle w poniedziałki rano, kiedy rozmawiali przez godzinę czy dwie, a potem szli na piwo do pobliskiego pubu Eastgate. W sobotę 19 września spotkali się jednak wieczorem. Lewis zaprosił Tolkiena na kolację do kolegium Magdalen. Jego drugim gościem był Hugo Dyson, którego Tolkien poznał w kolegium Exeter w 1919 r. Dyson wykładał teraz literaturę angielską na uniwersytecie w Reading. Często odwiedzał Oksford. Był chrześcijaninem i odznaczał się błyskotliwym dowcipem. Po kolacji Lewis, Tolkien i Dyson wyszli odetchnąć świeżym powietrzem. Była to wietrzna i zimna noc, oni jednak szli po Addison’s Walk, dyskutując nad tym, jaki jest cel mitu. Lewis, chociaż wierzył już w Boga, nie potrafił jeszcze pojąć funkcji Chrystusa w chrześcijaństwie, nie potrafił zrozumieć znaczenia Ukrzyżowania i Zmartwychwstania. Stwierdził, że musi zrozumieć cel tych wydarzeń, jak później wyraził to w liście do przyjaciela: «w jaki sposób życie i śmierć Kogoś Innego (kimkolwiek by on był) dwa tysiące lat temu może nam pomóc tu i teraz, wyłączywszy to, że mógłby pomóc nam jego przykład».
W miarę upływu nocy Tolkien i Dyson wykazywali Lewisowi, że domaga się czegoś, co nie jest konieczne. Kiedy zetknął się z koncepcją ofiary w mitologii pogańskiej, podziwiał ją i był nią poruszony. Od czasu przeczytania opowieści, której bohaterem był skandynawski bóg Baldr, pojęcie umierającego i odradzającego się boga zawsze oddziaływało na jego wyobraźnię. Ale od Ewangelii, dowodzili mu Tolkien i Dyson, wymagał czegoś więcej: czystego znaczenia wykraczającego poza mit. Czy nie mógłby przenieść swego bezkrytycznego uznania dla figury ofiary z mitu na tę prawdziwą opowieść?
«Ale mity to kłamstwa, choćby i zaprawione słodyczą», powiedział Lewis.
«Wcale nie», odparł Tolkien.
I wskazując na szarpane wiatrem gałęzie wielkich drzew Magdalen Grove, zmienił kierunek argumentacji. Nazywasz drzewo drzewem, powiedział, i więcej się nad tym wyrazem nie zastanawiasz. Nie było ono jednak drzewem, dopóki ktoś nie nadał mu tej nazwy. Nazywasz gwiazdę gwiazdą i mówisz, że to tylko kula materii poruszająca się ściśle wytyczoną trasą. Jest to jednak zaledwie twój sposób widzenia gwiazdy. Nazywając rzeczy, opisując je, wynajdujesz tylko własne terminy na ich określenie. A podobnie jak mowa określa przedmiot i pomysły, tak mit określa prawdę.
Pochodzimy od Boga (ciągnął Tolkien) i stworzone przez nas mity, choć zawierają błędy, w sposób nieunikniony będą odbijały drobny, rozszczepiony fragment prawdziwego świata, wiecznej prawdy, która jest u Boga. Tylko tworząc mity, tylko stając się «stwórcą wtórnym» [podkreatorem] i wymyślając opowieści, człowiek może osiągnąć stan doskonałości, który znał przed Upadkiem. Być może nasze mity błądzą, lecz mimo wszystko zdążają ku prawdziwemu portowi, podczas gdy materialistyczny «postęp» prowadzi jedynie do ziejącej otchłani i Żelaznej Korony potęgi zła.
Wyjaśniając tę wiarę w wewnętrzną prawdę mitologii, Tolkien wydobył na jaw jądro swej filozofii jako pisarza, przekonanie leżące w centrum Silmarilliona. Lewis słuchał, a Dyson na swój własny sposób potwierdził słowa Tolkiena. Lewis zapytał, czy w takim razie opowieść o Chrystusie jest prawdziwym mitem, który działa na nas tak samo jak inne, tyle że ten mit zdarzył się naprawdę? W takim razie, powiedział Lewis, zaczynam rozumieć.
W końcu wiatr zapędził ich pod dach. Rozmawiali w kwaterze Lewisa do trzeciej nad ranem, kiedy to Tolkien poszedł do domu. Odprowadziwszy go do High Street, Lewis i Dyson spacerowali przed krużgankami kolegium Magdalen, rozmawiając do świtu.
W dwanaście dni później Lewis napisał do swego przyjaciela Arthura Greevesa: «Właśnie przeszedłem od wiary w Boga do zdecydowanej wiary w Chrystusa\w chrześcijaństwo. Spróbuję Ci to wyjaśnić kiedy indziej. Miała z tym wiele wspólnego moja długa nocna rozmowa z Dysonem i Tolkienem».
Tymczasem Tolkien prowadził egzaminy i pisał długi poemat streszczający to, co powiedział Lewisowi. Zatytułował go Mythopoeia, «tworzenie mitów».
Streszczenie tej rozmowy jest oparte na wierszu Tolkiena Mythopoeia, któremu dał także tytuły Misomythos oraz Philomyth to Misomyth. Na jednym z rękopisów napisał: «Dla C.S.L.»” (H. Carpenter, J.R.R. Tolkien wizjoner i marzyciel).
(3)
Mit według C.S. Lewisa
Warto odwołać się do pisarstwa C.S. Lewisa, żeby odczytać, na czym polegała ta przekazana mu fascynacja Chrystusem, o którym opowieść jest dla nas życiodajnym mitem, duchowym pokarmem dla duszy, serca i umysłu.
C.S. Lewis w książce Bóg na ławie oskarżonych (tłum.: M. Mroszczak, Oficyna Wydawnicza Logos, Warszawa 2002) pisze:
„Prawdziwa odpowiedź dana Corineusowi, nawet ze strony najbardziej «modernistycznego» chrześcijaństwa, brzmi tak samo. Zakładając nawet (z czym się z całą stanowczością nie zgadzam), że doktryny historycznego chrześcijaństwa są jedynie mitem, to mit właśnie stanowi życiodajny i odżywczy element w całej sprawie. Corineus chce, żebyśmy nadążali za czasem. Wiemy, w jakim kierunku zmierza czas. On przemija. W religii natomiast znajdujemy coś, co nie przemija. To, co Corineus nazywa mitem, pozostaje; to, co nazywa on nowoczesną i żywą myślą, przemija. Nie tylko myśl teologów, lecz również myśl antyteologów. Gdzie są poprzednicy Corineusa? Gdzie podziewa się epikureizm Lukrecjusza, pogańskie odrodzenie Juliana Apostaty? Gdzie są gnostycy, gdzie jest monizm Awerroesa, deizm Woltera, dogmatyczny materializm wielkich wiktorian? Przeminęły razem z czasem. Lecz to, co wszyscy oni atakowali, pozostało: Corineus ciągle jeszcze musi to atakować. Mit, mówiąc jego językiem, przeżył idee wszystkich swoich obrońców i przeciwników. To mit daje życie. Te elementy, nawet w modernistycznym chrześcijaństwie, które Corineus uważa za szczątkowe, stanowią substancję; to, co bierze on za «prawdziwą współczesną wiarę», jest zaledwie cieniem.
Żeby to wyjaśnić, musimy bliżej przyjrzeć się mitowi w ogólności, a temu mitowi w szczególności. Umysł ludzki jest nieuleczalnie abstrakcyjny. Przykładem udanej myśli może być czysta matematyka. Jednak wszystko, czego faktycznie doświadczamy, jest konkretne – ten ból, ta przyjemność, ten pies, ten człowiek. Kochając człowieka, znosząc ból, delektując się przyjemnością, nie percypujemy jakiejś samej idei przyjemności, bólu, osobowości. Z drugiej strony, w momencie, kiedy zaczynamy odbierać coś intelektualnie, konkretna rzeczywistość spada do poziomu przykładów i wzorów: nie mamy już do czynienia z nią, lecz z tym, czego jest ona przykładem. Na tym polega nasz dylemat – czy skosztować i nie wiedzieć, czy wiedzieć, lecz nie skosztować – lub też, ściślej, nie posiąść jednego rodzaju znajomości rzeczy, ponieważ jesteśmy w trakcie doznania, lub nie posiąść innego, pozostając poza doznaniem. Kiedy myślimy, jesteśmy odcięci od tego, o czym myślimy; kosztując, dotykając, pragnąc, kochając, nienawidząc, nie pojmujemy w sposób jasny. Im jaśniej myślimy, tym bardziej jesteśmy odcięci, a im głębiej wchodzimy w rzeczywistość, tym mniej jesteśmy w stanie myśleć. Nie da się studiować przyjemności w momencie małżeńskiego uścisku ani skruchy w trakcie kajania, ani też analizować natury dowcipu, pękając ze śmiechu. Kiedy więc w takim razie można rzeczywiście poznać te sprawy? «Gdyby tylko przestał mnie boleć ząb, mógłbym napisać jeszcze jeden rozdział o bólu». Lecz cóż wiem na temat bólu, kiedy on już ustanie?
Częściowym rozwiązaniem tego tragicznego dylematu jest mit. Rozkoszując się jakimś wielkim mitem, jesteśmy najbliżsi doznania w sposób konkretny czegoś, co w przeciwnym razie może być pojmowane tylko jako abstrakcja. W tej chwili na przykład staram się zrozumieć coś rzeczywiście bardzo abstrakcyjnego – zanikanie, znikanie posmakowanej rzeczywistości w momencie, kiedy próbujemy uchwycić ją za pomocą dyskursywnego myślenia. Być może bardzo to zagmatwałem. Jeżeli jednak zamiast tego wspomnę Orfeusza i Eurydykę – to, jak on cierpiał, prowadząc ją za rękę, lecz kiedy odwrócił się, by spojrzeć na nią, ona zniknęła – wówczas coś, co było tylko jakąś zasadą, staje się wyobrażalne. Możecie odpowiedzieć, że nigdy do tej pory nie przypisywaliście takiego «znaczenia» temu mitowi. Oczywiście, że nie. Nie szukacie wcale abstrakcyjnego «znaczenia». Gdybyście to robili, mit nie byłby dla was prawdziwym mitem, lecz zwykłą alegorią. Nie poznawaliście, tylko kosztowaliście; ale to, co kosztowaliście, obraca się w uniwersalną zasadę. W momencie kiedy stwierdzamy tę zasadę, nieuchronnie lądujemy z powrotem w świecie abstrakcji, jedynie odbierając mit jako opowieść, doświadczacie tej zasady w sposób konkretny.
Kiedy coś objaśniamy, uzyskujemy abstrakcję lub raczej tuziny abstrakcji. To, co spływa na was z mitu, nie jest prawdą, lecz rzeczywistością (prawda jest zawsze o czymś, a rzeczywistość jest tym, o czym jest prawda) i dlatego każdy mit rodzi niezliczone ilości prawd na poziomie abstrakcji. Mit jest górą, z której spływają wszystkie te najróżniejsze strumienie, które stają się prawdami tu na dole, w dolinie; in hac Halle abstractionis. Lub, jeżeli wolicie, mit jest przesmykiem, który łączy półwysep świata myśli z tym ogromnym kontynentem, do którego rzeczywiście należymy. Nie jest on jak prawda abstrakcyjny, ani nie jest, jak bezpośrednie doświadczenie, związany z czymś konkretnym.
Podobnie jak mit przewyższa myśl, tak Wcielenie przewyższa mit. Istotę chrześcijaństwa stanowi mit, który jest również faktem. Stary mit o umierającym Bogu, nie przestając być mitem, schodzi z nieba legendy i wyobraźni na ziemię historii. Wydarza się w określonym dniu, w konkretnym miejscu, pociągając za sobą możliwe do określenia historyczne konsekwencje. Przechodzimy od jakiegoś Baldura czy Ozyrysa, umierającego nie wiadomo kiedy i gdzie, do historycznej Osoby ukrzyżowanej (zgodnie z ówczesnym prawem) pod Poncjuszem Piłatem. Stając się faktem, nie przestaje być mitem: na tym polega cud. Podejrzewam, że ludzie czasem czerpali więcej duchowej strawy z mitów, w które nie wierzyli, niż z religii, którą wyznawali. Ażeby naprawdę być chrześcijanami, musimy zarówno uznawać historyczny fakt, jak i przyjmować mit (mimo że stał się faktem) z tym samym zaangażowaniem wyobraźni, z jakim odnosimy się do wszystkich mitów. Jedno jest nie mniej konieczne niż drugie.
Człowiek, który by nie uznawał chrześcijańskiego przekazu za fakt, lecz nieprzerwanie żył nim jako mitem, byłby przypuszczalnie duchowo bardziej ożywiony niż ten, który go zaakceptował i wiele o tym nie myślał. Modernisty – skrajnego modernisty, niewiernego z samej definicji – nie trzeba nazywać głupcem czy hipokrytą dlatego, że uparcie zachowuje, nawet przy swoim intelektualnym ateizmie, język, obrządki, sakramenty i przekaz chrześcijański. Ten biedny człowiek być może kurczowo trzyma się (z mądrością, której sam w żaden sposób nie rozumie) tego, co jest jego życiem. Byłoby lepiej, gdyby Loisy pozostał chrześcijaninem; niekoniecznie byłoby lepiej, gdyby oczyścił swoją myśl ze szczątkowego chrześcijaństwa.
Ci, którzy nie wiedzą, że ten wielki mit stał się faktem, kiedy Najświętsza Panna poczęła, naprawdę zasługują na współczucie. Jednakże chrześcijanom należy przypomnieć – możemy podziękować za to Corineusowi – że to, co stało się faktem, było wcześniej mitem i że wnosi ono z sobą w świat faktu wszystkie cechy mitu. Bóg jest czymś więcej niż jakiś bóg, nie czymś mniej; Chrystus czymś więcej niż Baldur. Nie musimy wstydzić się tego mitycznego blasku, który spoczywa na naszej teologii. Nie musimy denerwować się z powodu «analogii» i «pogańskich Chrystusów»: oni powinni istnieć – ich brak byłby przeszkodą. Nie potrzebujemy w fałszywie pojętej duchowości powstrzymywać tu zaangażowania się naszej życzliwej wyobraźni. Jeżeli Bóg pragnie działać za pośrednictwem mitu – a czyż samo niebo nie jest mitem – czy odmówimy przyjęcia mitu? Jest to przecież małżeństwo nieba i ziemi – Doskonałego Mitu i Doskonałego Faktu – roszczące prawo nie tylko do naszej miłości i posłuszeństwa, lecz również domagające się naszego zdumienia i zachwytu, adresowane do dzikusa, dziecka i poety w każdym z nas w nie mniejszym stopniu niż do moralisty, uczonego i filozofa”.
(4)
Teologia a mit
Ksiądz T. Jelonek w swojej Teologii biblijnej pisze:
„Ponad dwadzieścia lat wcześniej konstytucja dogmatyczna o Bożym Objawieniu Dei Verbum przez swoje nieocenione stwierdzenie, że Biblia przekazuje prawdę o zbawieniu, a nie jest podręcznikiem żadnej z nauk szczegółowych ani przyrodniczych, ani historycznych, otwarła drogę do właściwego rozumienia Biblii, przy którym znajduje się miejsce zarówno dla historii, jak i dla mitu w biblijnych opowiadaniach. Uznanie prawa obywatelstwa dla obu tych postaw poznawczych nie rozwiązuje, oczywiście, problemu, ile w przekazie biblijnym jest historii, a ile mitu oraz co należy uważać za przekaz historyczny, a co ma charakter przekazu mitycznego. Wyznaczenie tej granicy okazuje się zadaniem niełatwym i ścierają się różne opinie na ten temat. (…)
Co można natomiast powiedzieć o dziejach patriarchów, o pobycie Izraelitów w Egipcie, Wyjściu, wędrówce przez pustynię, wydarzeniu synajskim, inwazji dwunastu pokoleń na ziemię Kanaan i jej zdobycie pod wodzą Jozuego, jak rozumieć heroiczne opowiadania o Sędziach? Ile jest w tym wszystkim historii, a ile mitu? Czy może właściwa historia, chociaż nadal jeszcze niedorównująca kanonom współczesnej historiografii, rozpoczyna się dopiero w czasach Saula, a może Dawida czy Salomona?
Można zauważyć wyraźne wycofywanie się z pozycji ścisłej historyczności w odniesieniu do czasów przed Dawidem, choć nie należy rozumieć tego jako całkowitego zaprzeczenia faktów opisanych w Biblii. Opis ten jednak wydaje się bardziej skomplikowany i obok historycznego jądra zawiera wiele elementów dodatkowych, które możemy zaliczyć do warstwy mitu. (…)
Biblia zawiera bardzo dużo historii, jest bowiem zapisem zbawczych interwencji Boga i Jego dialogu z ludzkością, Bóg natomiast działa i objawia się w historii i poprzez historię. W Biblii również ma swoje miejsce mit i choć jeszcze nie odpowiedzieliśmy na pytanie o granicę historii i mitu, możemy stwierdzić, że historia i mit wzajemnie się uzupełniają. Historia zapewnia obiektywność biblijnego objawienia, mit zaś pozwala ująć je w pełniejszym znaczeniu, broni od zagubienia w dosłownym realizmie i otwiera na transcendencję. Fakt historyczny, w którym i przez który Bóg się objawia, staje się nośnikiem tego objawienia dzięki narosłej na nim interpretacji mitycznej. Symbolika mitu daje do myślenia i dzięki temu możemy od faktu wznieść się do poznania transcendentnego Boga.
Historia i mit obecne w Biblii spotykają się i współtworzą biblijną teologię. Dlatego powiedzieliśmy, że są to trzy bieguny, na których rozpięty jest sens biblijnego pouczenia. Poznanie historii i poznanie mitu pozwala poznać teologię, poznanie teologii ustawia wzajemne korelacje pomiędzy historią i mitem. Historia, mit i teologia wzajemnie się uzupełniają, warunkują i wyjaśniają. Bez tych trzech elementów prawdziwe poznanie przekazu biblijnego staje się niemożliwe. (…)
Mit opowiada językiem dostosowanym do mentalności tamtych ludzi, a teologia zbudowana na historii i micie ostatecznie u swych podstaw ma fakt, który polega na tym, że Kanaan stał się własnością Izraela. Nie dokonało się to w czasie życia człowieka – Jozuego, ale zostało sprawione przez Jozuego – Jahwe, który zbawia. W tej teologicznej perspektywie Biblia przekazuje prawdę w sposób pewny i bezbłędny, ale prawdę o zbawieniu, a nie prawdę historyczną. Prawda ta opiera się na fakcie, który jednak ze względu na jego poznanie, w którym uczestniczy historia i mit, często określa się jako dziejowy, to znaczy rzeczywiście mający miejsce, ale niespełniający warunków, aby mógł być nazwany historycznym w sensie wymagań metodologii historii”.
(5)
Bóg nie odrzuca naturalnych ludzkich poszukiwań porządku świata i społeczeństwa wyrażanych w mitach i przez długie tysiąclecia kultywowanych na całym świecie. Bóg przyjmuje ten język i formę jako wyraz ludzkiego poszukiwania prawdy i dobra wyrażanego w uczynkach zgodnych z uznanym ładem. Biblia zawiera w sobie bardzo ważną warstwę mityczną.
Bóg ukazuje siebie jako bohatera prawdziwego mitu, ożywczej opowieści – historii zbawienia. W stosunku do wszystkich mitów czyni jednak bardzo poważną zmianę: zakończenie prawdziwego mitu jest dopiero przed nami. Językiem symboli mitycznych pisane są objawienia o czasach ostatecznych. Początek historii kosmogonicznej zawiera się w Genesis, ale nie ma zakończenia. Mityczne zakończenie pojawia się w Apokalipsie i w proroctwach proroków o czasach ostatnich. W ten sposób Bóg zaprzecza, aby świat już był naznaczony porządkiem w pełnym zakresie. Ostateczna walka dobra ze złem dopiero się rozegra, a nawet więcej – ona stale się rozgrywa. Typowy obraz mityczny, gdy dobry bóg zabija smoka symbolizującego potęgę nieokiełznanego chaosu i zniszczenia, bywa zwłaszcza na Bliskim Wschodzie aktem osadzenia początku świata. Na tej podstawie tamtejsze społeczeństwa uznawały stworzenie świata za zakończone, a jednocześnie wymagające niejako odświeżania, np. przez coroczne obchody stworzenia świata, dzięki czemu stawał się on wciąż na nowo z każdym kolejnym rokiem. Ta cykliczność była znamienna dla dawnych kultur agrarnych. Prowadziło do jednak do błędu finityzmu, uznania pracy stwórczej za zakończoną. Faktycznie także w Genesis mamy obraz Boga odpoczywającego po stworzeniu, ale to jest obraz widziany oczami Boga na wskroś przez wieczność. Dla człowieka trwa przecież szósty dzień stworzenia, faza stwarzania ludzi. Dzieło to nie zostało jeszcze zakończone, a potwór chaosu nie tylko ciągle jest wolny, ale do tego wzmocniony ludzkim upadkiem. Zły duch wykorzystuje moc chaosu i skłania człowieka do aktów samozniszczenia, które są wciąż dostępne. Na świecie szerzy się bezład, który jest wciąż potrzebny do wytwarzania z niego nowych stworzeń. Bóg nieustannie tworzy. Dopiero zakończenie szóstego dnia będzie rozprawą z chaosem symbolizowanym przez smoka. Jesteśmy uczestnikami historii mitycznej, jej bohaterami, a nawet herosami.
Biblia, używając języka mitu do proroctw, odwraca porządek mityczny innych religii. Ten język przyszedł wprost z kulturą mezopotamską i obecnych w tamtym kręgu mitów i eposów. Mit kosmogoniczny innych narodów jawił się jako skończony, stwarzanie świata czy jego powstawanie zostały opisane w przeszłości. Mit był czymś minionym, ewentualnie cyklicznie nawracającym, jak zwycięstwo światła nad mrokiem, słońca nad nocą.
W Biblii jest przeciwnie – mit kosmogoniczny dopiero się rozegra, stwarzanie trwa. Apokalipsa to taki ostateczny mit proroczy. Jej wydarzenia dopiero dokończą stworzenia. U innowierców bogowie pokonują smoka na początku świata. W Apokalipsie smok zostanie pokonany przez Boga dopiero u końca historii świata, kiedy to zakończy się proces stwarzania i ustanie chaos. Wtedy powstanie Kosmos w pełni tego słowa. Teraz jeszcze trwa rodzenie świata, bolesne i naznaczone zmaganiem z chaosem. To my stwarzamy przyszły Kosmos pospołu z Bogiem.
(6)
Mam wrażenie, że język mitu (przeszłość) i język profetyczny (przyszłość) są w istocie podobne. Ich głównym celem nie jest faktografia, ale nawiązanie więzi przez człowieka z Bogiem. W centrum tego przekazu znajduje się więc człowiek tu i teraz, a nie przeszłość z faktograficznymi detalami bądź zaspokojenie ciekawości na temat tego, co jeszcze przed nami. Tu i teraz jest człowiek, który poprzez świętą opowieść wychodzi poza własną historię i bierze czynny udział w historii kosmicznej. Umieszczając się w uniwersalnej opowieści, staje się jej częścią – aktorem, który musi dorosnąć do swojej roli na scenie kosmicznego dramatu. Dorastając do tego powołania, partycypuje w kosmicznym Logosie, staje się tego Logosu czynnym rozwinięciem. Musi wciąż siebie przekraczać, naśladując Boga i biorąc czynny udział w Boskiej historii. Wygląda na to, że Biblia skupia nas na naszym życiu i to życie uświęca, przebóstwia człowieka tu i teraz.
Mam takie wrażenie, że kiedy czytam Biblię i rozważam jej przesłanie, to nie tylko ja coś poznaję, ale raczej sam jestem poznawany zarówno przez siebie samego, jak i przez Boga. Wewnętrzne utarte schematy i przyzwyczajenia, zderzając się z dydaktycznymi wzorcami, upadają, a w ich miejsce wchodzi z wolna Boski Ład. Biblia jest więc nie tyle książką z informacjami, co narzędziem Boga służącym do przemiany człowieka. Walor informacyjny Pisma Świętego i jego precyzja mają drugorzędne znaczenie, a Dobry Pan Bóg zapewne celowo zaciemnia tę informacyjną warstwę, żebyśmy nie zachłystywali się własną ciekawością.
Można to też nazwać pedagogiką i pewnie zbytnio się nie pomylimy. W końcu wszyscy jesteśmy tylko małymi dziećmi przed Niebieskim Ojcem, a jeśli nie będziemy jak dzieci, nie wejdziemy do Królestwa. Leszek Kołakowski ciekawie zauważa, że są trzy szczególnie ważne owoce doświadczenia religijnego, a wśród nich nauka moralna. Biblii doświadcza się, nie tylko czyta. Zgodnie z chrześcijańską tradycją, Słowo ma tak samo wielkie znaczenie, jak Ciało Boże na ołtarzu. Msza, to święte misterium, rozgrywa się wpierw wokół Słowa, a następnie wokół Ciała Bożego. Wielu z tych, którzy czytali i rozważali Słowo, doświadczyło Jego mocy przemiany człowieka.
Zejście w głębię człowieczeństwa, w naturę homo religiosus, pomaga nam poznać samych siebie, a może także prowadzi nas do lepszego zrozumienia Boga w Jego trosce o każdego człowieka. Przejście do porządku nad problemami egzegetycznymi i faktograficznymi przy lekturze Biblii na gruncie takiego jej rozumienia czyni nieistotnymi zarzuty ateistów i nieprzychylnych wierze czytelników dotyczące nieścisłości czy fantastyczności niektórych partii tekstu. Interpretacja mityczna pozwala nam pogodzić krytyczny rozum z zaufaniem Słowu Bożemu bez poświęcania jednego bądź drugiego. Jest to możliwe nie poprzez spłycenie dyskusji, fanatyzm czy też zwykły upór, ale przez pogłębienie refleksji i wejście na nieodkryte dotąd tereny myślenia.
(7)
W Biblii znajdziemy dwa opisy poświęcone stworzeniu świata. Są one ze sobą niezbyt zgodne, a nawet wewnętrznie sprzeczne. Współcześnie ateiści kochają się wręcz w wynajdywaniu w Piśmie Świętym niezgodności. Opis naprawy świata został przedstawiony w tej Księdze aż cztery razy, ale także te wersje są pełne rozbieżności. Co Bóg mówi nam przez to wszystko? Może chce nam powiedzieć, że nie jest reporterem, który czyni wierne relacje ze zdarzeń na użytek odbiorcy – klienta. Jest Ojcem, który poucza, jak żyć. Z tego powodu daje nam ŚWIĘTY MIT, który przenosi sensy nie tyle faktograficzne, co moralne i duchowe. Prowadzi nas w pewnym stopniu do wiedzy historycznej, ale przede wszystkim do zbawienia. Biblia jest najdoskonalszym i najprawdziwszym mitem, bo najbardziej uzdrawiającym. Innej prawdy po prostu nie potrzebujemy.
(8)
Detale faktograficzne przestają mieć znaczenie w mitycznej interpretacji Biblii. W takim odczytaniu Pisma Świętego nie zwraca się większej uwagi na to chociażby, czy istniał prorok Jonasz, czy jest tylko legendą dydaktyczną. Różnica między warstwą legendarną a faktograficzną mitu przestaje mieć odczuwalne znaczenie. Uwaga przenosi się głębiej, do wewnątrz duszy i dalej ku wieczności, nie trwa zaś przy studium historycznym. W niczym to nie zaprzecza prawdziwości przekazu biblijnego, chodzi jedynie o inny język i odmienną konstrukcję literacką niż ta przy relacji historycznej.
Ciekawą myśl dopowiada P. Tillich, pisząc: „[Objawienie] wyraża się w symbolach i mitach, które wskazują na głębię rozumu i jego tajemnicę”. Dodaje przy tym, że „nie sposób wyrazić doświadczenia tajemnicy zwykłym językiem, ten bowiem wyrósł ze schematu podmiot–przedmiot i jest z nim związany”. Inaczej mówiąc, używanie języka mitu i symbolu stanowi dla nas komunikat, że przekazywana treść nie mieści się w normalnym języku i ludzkim rozumie. Sam język mitu przenosi nas zatem w obszar TAJEMNICY, która pojawia się, „gdy rozum jest doprowadzony poza samego siebie do swego «gruntu i bezdenności»”.
Mityczna wykładnia idzie w parze z wykładnią profetyczną. Przypomnijmy sobie fragment, gdy Chrystus, odpowiadając na indagację ze strony uczniów, mówi, że przed przyjściem Mesjasza miał przyjść na ziemię Eliasz, który już jest: „Wtedy zapytali Go uczniowie: Czemu więc uczeni w Piśmie twierdzą, że najpierw musi przyjść Eliasz? On odparł: Eliasz istotnie przyjdzie i naprawi wszystko. Lecz powiadam wam: Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i postąpili z nim tak, jak chcieli. Tak i Syn Człowieczy będzie od nich cierpiał. Wtedy uczniowie zrozumieli, że mówił im o Janie Chrzcicielu” (Mt 17, 10–13).
Ludzkie rozumienie proroctw prowadzi na manowce. Wydaje mi się, że ich rolą nie jest wróżenie, jasnowidzenie, przepowiadanie przyszłych zdarzeń bądź ludzkie poznanie przyszłości. Proroctwa służą, jak sądzę, apoteozie Boga. Dopiero po tym, gdy się wypełnią, człowiek jest w stanie zrozumieć ich sens. Z góry nie da się bowiem przewidzieć, w jaki sposób się zrealizują czy jak je odczytywać: dosłownie (najbardziej wątpliwe), alegorycznie, analogicznie. Wypełnienie proroctwa ukazuje Boską wielkość i wszechmoc.
(9)
Wiele nierealistycznych szczegółów zawartych w opowieści o stworzeniu świadczy o tym, że ma ona znamiona legendarne. Przykładowo, posiadam wszystkie żebra, chociaż mam żonę – widać wyciąganie kości mężczyźnie realnie nie jest niezbędne do stworzenia kobiety. Ten fragment ma jednak ogromne znaczenie symboliczne także dziś. Kiedy mężczyzna rozpoznaje tę najważniejszą kobietę, ma wrażanie, że znalazł siebie, swoją brakującą część – „kość z moich kości”. Takich nierealistycznych szczegółów można znaleźć w tej opowieści bardzo dużo, a szczytem jest legenda o „synach Bożych” żeniących się z ludzkimi córkami – historia jakby żywcem przeniesiona ze starych mitologii.
Kościół nie naucza, że każde słowo z tamtych najstarszych opowieści jest prawdziwe w dzisiejszym sensie faktycznym. Tak nieco niepoważnie uważają, zdaje się, niektórzy protestanci. Dla nas ta opowieść jest z pewnością prawdziwa, jeśli chodzi nie o jej treść dosłowną, ale o morał. Płynące z niej do nas pouczenia są prawdziwe, co należy uznać za jedną z najważniejszych dla rozważania i rozpamiętywania część Biblii. Jej ciągiem dalszym jest dopiero Ewangelia, czyli historia Pana Jezusa, który jako nowy Adam naprawił to, co Adam i Ewa popsuli.
Bóg jednocześnie, mówiąc językiem tamtych czasów, zawiera w swoim opowiadaniu bardzo ważne szczegóły różniące prawdziwy mit od wyobrażeń i intuicji pogan. Przykładowo pokazuje, że jest Bogiem jedynym i jedynie dobrym, że zło i cierpienie nie mają z Nim nic wspólnego, że to dzieło człowieka. Przeciwnie, poganie opisywali nieraz całe masy bogów, w tym tych złych, jako sprawców zła na ziemi. Takich treści odróżniających podanie Pana Boga o stworzeniu od innych mitów pogańskich jest mnóstwo.
Kościół mówi, że święta opowieść niesie prawdę przede wszystkim w warstwie, jaką odczytujemy z symboli zawartych w Biblii. Jeżeli zaś chodzi o dosłowną treść, nikt nie jest w stanie tego ocenić. Nikt też jednak nie potrafi zaprzeczyć temu, że biblijne zdarzenia miały miejsce. Kościół w historii odczytywał opowieść o stworzeniu dosyć konkretnie. Mówimy dziś o tzw. realizmie symbolicznym, gdzie wydarzenia realne stają się podstawą do wyrażania sensów ogólniejszych, co wcale nie musi zaprzeczać realiom zdarzeń. Nie potrafimy powiedzieć, gdzie w tej opowieści kończy się dosłowna faktografia, a gdzie zaczyna symbol. Nie to jest jednak najistotniejsze, bo najistotniejszy okazuje się sens wynikający z Biblii dla naszego życia, na którym przecież tak naprawdę się skupiamy i o które zabiegamy. Realizm symboliczny oznacza, że zdarzenia biblijne uzyskują dla mnie jako wierzącego znaczenie symbolu niosącego istotne pouczenia.
Z tego powodu postępy nauki mają się nijak do nauk wynikających z Biblii, po prostu nauka nie sięga poza świat, a baśń, legenda i mit (w istocie to tylko różne nazwania tej samej rzeczy) – przeciwnie, opisują rzeczywistość właśnie spoza człowieczego poznania i bezpośredniego doświadczenia. Ta część Biblii nazywa się Tora, co znaczy Prawo, ale i pouczenie od Boga. To jest Boskie nauczanie człowieka o dobrym życiu, o dobru (pożytku) i złu (stracie, porażce), swoista instrukcja obsługi świata i życia, zadana nam do odczytania i stosowania.
(10)
Sens mitu zrozumiemy dopiero wtedy, gdy zejdziemy w głąb duszy. Mit ześrodkowuje uwagę na rozwoju duchowym człowieka. Bóg w dziele objawienia i osobistej iluminacji koncentruje się na dniu dzisiejszym, na tu i teraz danej duszy. Nie przeszłość jest ważna i nie przyszłość (proroctwa) mają znaczenie. Liczy się dzisiejszy stan duszy, do której odwołuje się właśnie teologia mitu. W założeniu ma on porwać swoją dynamiką i przemienić duszę, odsłonić Boga w sposób adekwatny do współczesności, nie gdzieś kiedyś, ale tu i teraz. Należy odwrócić uwagę zarówno od nieostro rysowanej w micie przeszłości, jak i od takiej samej przyszłości. Skoro jedna i druga mają znaczenie drugorzędne, to drogą eliminacji pozostaje nam skupić się na dniu dzisiejszym.
Przestaje to dziwić, kiedy zrozumiemy, że każda dobrze pojęta teologia to wyraz ostatecznej troski człowieka o samego siebie, o swoją duszę, zbawienie, sprzymierzenie ze Stwórcą. Służy temu cała teologia. Bogu nie można niczego dodać ani ująć. „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” – wszystko w wierze służy właśnie temu. Mit należy do sfery duchowości i tylko w tym ma sens. Ogniskuje się na człowieku, na mnie samym, bo mnie poucza, a nie na swoim przedmiocie opowiedzianym.
(11)
Jezus wiedział, że potrzebujemy mitu, historii, która pomoże nam zrozumieć samych siebie. Wiele ich opowiadał. Jednak największą przypowieścią Ewangelii jest Jego własne życie, które spisane i opowiadane staje się jeszcze bardziej wymowne niż całe Jego nauczanie. Gilbert Chesterton niezwykle przenikliwie zauważa, że chrześcijaństwo jest czymś wręcz niemożliwym: połączeniem chaosu i poezji mitów z logiką filozofii. To fenomen, który może nakarmić każdy zgłodniały umysł, zarówno małego dziecka, jak i encyklopedysty. Boże Objawienie koncentruje się jednak wokół relacji z Panem Bogiem i świętości. Jest więc stosunkowo surowe i ześrodkowane na sprawach moralnych, bardzo trudnych, najcięższych: pierwotnej niewinności, grzechu i upodleniu, regeneracji w Nowym Stworzeniu Jezusa Chrystusa. To nie są sprawy rozrywkowe.
(12)
Świętą opowieść i jej naukę wdrażamy w nasze życie: pracujemy na chleb, wchodzimy w związki małżeńskie i mamy dzieci, doświadczamy biedy bytowania w nierajskim świecie, pocieszamy naszą stęsknioną raju naturę, że ten padół łez będzie miał swój kres. To wszystko przywraca w nas pokój, daje pocieszenie i siłę do dobrego życia.
(13)
Powiedzmy sobie jeszcze raz, czym Biblia nie jest – otóż z pewnością nie jest reportażem ani podręcznikiem historii. Biblia i Tradycja jako nośniki Objawienia ukazują nam Boga w Jego chwale, nie są zaś drobiazgowym zapisem historii tego świata i ludzi. To pierwszy wyróżnik mitu – nie musi być dokładny faktograficznie, może posiadać różne wersje, co w niczym nie niweczy jego sensu. Wręcz przeciwnie, przenosi naszą uwagę i wrażliwość z drobiazgowego śledzenia szczegółów na zupełnie inny poziom percepcji – poziom objawiającej się metafizyki, dla której szczegóły fizyczności są jedynie zasłoną. W żadnym razie nie neguje to prawdziwości Objawienia oraz faktów w nim przedstawionych. Nie należy zatem domniemywać, że mit to z definicji nieprawda. Absolutnie nie, mit to pewna konwencja literacka i kulturowa.
(14)
Jak nauczał Jezus z Nazaretu? Opowieściami, niczego nie pisał. Wszystkie są nośnikami tak potężnej ilości sensów, że przez dziesiątki pokoleń wciąż odnajdujemy nowe. Bardziej zaawansowani w nauce otrzymywali też dodatkowe pouczenia i szczegółowe wyjaśnienia. Mamy więc krąg ludzi luźno zainteresowanych danym nauczaniem oraz ekspertów. Przypomina to odtworzony w soczewce typowy schemat powstawania społeczności duchowej, połączonej wspólną kulturą i pamięcią. W działalności Mistrza z Nazaretu obserwujemy jakby w skrócie i syntezie prze bieg zjawisk, które u kultur naturalnych następowały spontanicznie i oddolnie.
Biblia jako całość jest świętym żywym mitem uzdalniającym człowieka do wejścia w kontakt z Żywym Bogiem. Jej historia jest historią Boga tworzącego świat i troszczącego się o niego, zapisem dziejów Bożej chwały i dobroci. Ta opowieść cały czas się toczy i chce nas w siebie porwać. Bóg istnieje poza czasem i wszystkie te wydarzenia są dla Niego stale aktualne. Obcując z historią zbawienia i z samym Bogiem, mamy możliwość w żywy sposób wzięcia udziału w wydarzeniach zbawczych. Przyjmując Słowo Boga do swojego serca, stajemy się Jego sanktuarium, a Ono zaczyna poprzez nas żyć.
(15)
Biblia jest parabolą. Chrystus naucza przypowieściami. Gdy akceptuję to nauczanie, przypowieści te stają się częścią mnie, a ja zaczynam być częścią nich. Biblia żyje w człowieku, o ile potrafimy ją zrozumieć. Słuchałem ostatnio nauk o. Pelanowskiego o tym, jak należy rozumieć księgi o podboju Kanaanu, gdzie tłumaczył, że są to symbole naszej walki duchowej. To jest prawidłowa duchowa lektura Pisma.
(16)
Duchowe odczytanie Księgi sprawia, że wiara i rozum są znów połączone. Wierzący człowiek nie popada w fanatyzm i może bez gwałtu na swoim rozumie przyjmować Objawienie Księgi. Z kolei rozum nie traci zajęcia i wciąż swoją poznawczą i krytyczną pracą zyskuje nowe zatrudnienie w odkrywaniu objawionych sensów, poszukiwaniu coraz wartościowszych rozumień i egzegez.
(17)
Opowieść
Pismo Święte opisuje całe dzieje świata od prapoczątku do końca, ukazuje nawet wieczność. Życie każdego z nas zawiera się w historii świata. Biblia to Boża opowieść, mit, jedyna prawdziwa baśń. To wszystko oznacza, że jesteśmy mieszkańcami Boskiej baśni. Jeden z aspektów Logosu stanowi opowieść. W rozdziale o sensie wyjaśniłem, że życie człowieka to język, za pomocą którego komunikuje on siebie Bogu. Wynika z tego, że moje życie polega na pisaniu tej Boskiej baśni. Każdy z nas może być najważniejszym bohaterem swojego eposu, jeśli tylko zdobędzie się na bohaterstwo dobroci, miłości, pobożności, wytrwania wobec przeciwieństw. Historia ta ma przecież wymiar bohaterski.
Gdy rozumiemy znaczenie Boskiego mitu, stajemy się jego świadomymi uczestnikami. Proza życia nie jest już szara, człowiek przestaje być mało ważny. W tym eposie każdy z nas okazuje się najważniejszy jako niepowtarzalny, jedyny. Każdy człowiek ma swój mit. Niezwykle tęsknimy, żeby stać się częścią jakiejś pięknej opowieści, dopóki nie pojmiemy, że już nią jesteśmy.
(18)
Nawet zbawienie cechuje się charakterem narracyjnym. Moja własna grzeszna historia może mieć tylko jeden koniec, jakim jest odrzucenie, potępienie. Człowiek sam nie potrafi się zbawić. Kiedy jednak łączy swoją historię z Chrystusem, to nawet ludzkie winy stają się okazją do ukazania Boskiej chwały i przestają mieć znaczenie. Również grzech może być tylko etapem przejściowym w większej Boskiej narracji, w której człowiek szczęśliwie odnajduje Odkupiciela. Moja mała, nędzna opowieść wpisuje się w chwalebną historię Boga i dzięki temu także ja sam doznaję ratunku.
4. Język mitu i poezji
(1)
Elegia o poezji i micie, czyli jak się kiedyś starano o kondycję moralną, morale, zdrowie psychiczne i pamięć
Patrząc na historię zjawiska poezji, literatury typu epickiego i mitów, możemy zauważyć pewne ważne momenty. Omówię tylko niektóre z nich.
Początki sztuki słowa to opowieści o wielkich czynach na polowaniu, na wojnie. Wojownik przy ognisku po trosze słowem, po trosze inscenizacyjnym tańcem – pantomimą – unaocznia swoją przewagę na wybranych płaszczyznach.
Trochę podkolorowuje, może sobie dodaje, przesadza, ale jemu wolno, bo ocierając się o przesadę, a czasem wręcz absurd, tworzy sztukę. Sztuka opowieści to coś innego niż suche sprawozdanie, ma bowiem działać na odbiorcę. Siła emocji zawarta w przekazie jest równoznaczna ze zdolnością do zapamiętania, a bez pisma to emocje utrwalały przekaz. Im były silniejsze, tym stawał się on lepszy, prawdziwszy, bo możliwy do zapamiętania, zapadający w pamięć. Bez pamięci nie ma przecież prawdy, w ogóle nic nie ma. Taka opowieść o polowaniu to:
• katharsis autora/aktora/bohatera – pozwala konkretnej jednostce podzielić się ze społecznością swoimi przeżyciami, rozładować emocje, powrócić do normalnego życia,
• teatr, współuczestnictwo społeczności w życiu poszczególnego członka, rozrywka, nauka i spajanie wspólnoty poprzez wspólność wspomnień i opowieści, skojarzeń, umysłowości, języka,
• nauka, propozycja postaw i zachowań dla innych, utrwalenie dla samego bohatera.
Później pojawia się mowa wiązana, rytmiczna, czasem rymowana. Powstają pieśni o ważnych wydarzeniach, które pozostają przez pokolenia. Wędrowni śpiewacy, czasem niewidomi, stają się nośnikami zbiorowej pamięci. Dobrze skonstruowany utwór dało się zapamiętać, co było bardzo ważne. Uczenie się na pamięć jeszcze do niedawna uznawano za sposób nabywania wiedzy. Książka to późny wynalazek, zwłaszcza ta dostępna każdemu.
Z czasem powstawały naprawdę długie poematy. Dla Zachodu postacią wręcz pomnikową jest Homer, któremu przypisuje się autorstwo Iliady i Odysei, czyli eposów będących dla antycznych Greków swego rodzaju świętymi księgami. Opowieść stała się nośnikiem pamięci zbiorowej, w związku z tym:
• z wydarzeń osobistych przenosimy się na wydarzenia historyczne, epickie, ważne dla wszystkich – oczyszczenie i rozliczenie ma charakter społeczny, wspólnotowy,
• wysubtelnia się język, powstaje mowa wiązana, śpiew, rytm, rym, wyszukane konstrukcje, wiersze alfabetyczne,
• przekazywane są przesłania religii, całych dużych systemów duchowo-moralnych, pojawia się literacka forma mitu, a historie herosów i bogów przenoszą całe społeczeństwa w obszary metafizyczne, religijne.
Nie chcę tworzyć tu historii literatury, ale te momenty są dla mnie w jakiś sposób ważne. Pozwalają lepiej zrozumieć ludzi kultur naturalnie powstających na całym świecie. W tej konwencji utrzymany jest także częściowo przekaz biblijny. Dobra poezja wyrasta jakby bezpośrednio z wieczności. Nazywamy to ponadczasowością, a chodzi o wieczność. Prawdziwy poeta czerpie z natchnienia. Poetycka medytacja prowadząca do stworzenia prawdziwej sztuki polega na sięganiu poza świat i kierowaniu się w stronę Ducha. Jest to jakaś forma mistyki. Jak napisał Jan Paweł II, teologia i filozofia są niczym skrzydła, na których dusza unosi się do prawdy. Problem w tym, że samo to zdanie jest już poetyckie, a papież Polak był niezłym poetą. Poezja potrafi być po prostu oknem do lepszego świata, przez co wyraża sensy niedostępne innym formom przekazu. Polacy swoich największych poetów określają jako „wieszczy”, co zawiera w sobie aspekt zdolności prorockich. Prawdziwa sztuka to bodaj najwyższy stopień ludzkiej ekspresji, niekiedy tak wysoki, że sięga poza świat i czas.
Poezja coraz bardziej obumierała wraz z rozwojem pisma. Papier stał się więc dla niej trumną, odizolowaniem od człowieka – twórcy. Poezja i opowieść zapominają o swoich początkach. Stają się bezpłodnymi rozrywkami. Proza, historiografia, reportaż, relacja zanudzają nas w książkach, gazetach i internecie. Jedyne płynące z nich podniety to zazwyczaj zbulwersowanie coraz głupszym zepsuciem.
Z wieku na wiek (mimo usiłowań nielicznych geniuszy) poezja stacza się po równi pochyłej. W końcu poszukuje „nowych dróg”: awangardy, wiersza wolnego, poezji nowoczesnej. Wreszcie przestaje istnieć, a zastępuje ją banalność pociętej na wersy prozy, gdzie faktyczny artyzm zostaje wyparty przez „nowatorstwo” i pretensje do artyzmu. Kto dziś umiałby napisać Iliadę, przełożyć wydarzenia wojenne na uniwersalne obrazy ludzkich postaw, zaprawione nadrealnym wręcz przekazem emocji, pasji? „Poezja umarła, sąż smutniejsze zgony?” – żalił się geniusz C.K. Norwid. Zadajemy sobie pytania:
• Czy opowieść i poezja nie są już potrzebne jako katharsis? Czy nasze życie niewarte jest opiewania albo odżałowania? Czy nie mamy już emocji i uczuć do wyrażenia? Liczba zaburzeń psychicznych mówi coś innego.
• Czy staliśmy się już tak samowystarczalni, że wspólnotowe przeżywanie cudzych spraw z pożytkiem dla własnych nie jest już dla nas pożyteczne? Poziom wzajemnej agresji i egotyzmu mówi co innego.
• Czy nie potrzebujemy już mitu, jego języka, który wyciąga i uwypukla najciekawsze i najzacniejsze zdarzenia, uczy skupiać się na najważniejszym, wyciąga właściwe sensy z wydarzeń? Czy w tym języku ciągle liczą się emocje, patos zdrowej powagi oraz wartości duchowe, z którymi człowiek obcuje w sytuacjach granicznych?
Obecnie spotykamy bardzo dużo szmirowatych czytadeł nieustannie wertowanych przez nastolatki i dojrzałe panie, płytkich historyjek konsumowanych bez opamiętania w filmidłach i czytadłach przez mężczyzn. Wszyscy oni sami już nie wiedzą, czego poszukują, bez końca przerzucając książki, filmy i seriale. Coś nam to mówi o człowieku.
Bóg jest artystą, poetą, naucza przez swoje baśnie, przypowieści, przez mit. Prawda Jego sztuki to coś innego i lepszego niż nawet prawda historii. Z tego powodu Biblia nie jest dziełem historycznym, jak się upierają niektórzy fundamentaliści. Kiedy Chrystus opowiada przypowieści, staje się artystą, oddziałuje na uczucia i emocje. Obrazy i środki wyrazu, jakich używa, zaprawione bliskowschodnim żywym przeżywaniem i przesadą, łatwo zapadają w pamięć. Sztuka zmienia duszę, zwłaszcza ta pochodząca od Boga.
Opowieść i poezja, obrazy, metafory, alegorie, przesadnie – to wszystko są środki przekazu typowe dla mitu. Teologia już na początku chrześcijaństwa nauczyła się odczytywać Biblię w sposób duchowy, jako służącą do budowania w człowieku wiary. Można powiedzieć, że wiara to przenoszenie obrazu Wszechświata i jego historii do wnętrza człowieka jako mikrokosmosu. Służy do tego duchowa lektura Pisma i duchowość oraz rytuały.
Z biegiem lat, z biegiem dni sami stajemy się baśnią, mitem – opowieścią za pisaną w niebiosach. To wielkie wyzwanie, bo mity mówią o herosach, o ludziach wyrastających ponad przeciętność, obcujących z Bogiem, dokonujących nadzwyczajnych czynów. Nasza teologia odwołuje się do tych pojęć, mówiąc w przypadku świętych o heroizmie cnót. Żyjemy w baśni i jesteśmy jej bohaterami, o ile sami tego chcemy. Duchowa rzeczywistość miłości, piękna i harmonii udziela się człowiekowi wraz z oczyszczeniem serca. Każdy z nas ma szansę zrobić ze swojego świata kawałek nieba dla innych i do tego potrafi podprowadzić poetyckie piękno jedynego prawdziwego mitu Ewangelii.
(2)
Dobra opowieść to słowo żywe, przeciwnie do martwych liter.
5. Ryt
(1)
Mit jest zasadniczą częścią człowieczej religijności. Święta opowieść stanowi podstawę życia religijnego. Wyrastają z niego praktyki rytualne nawiązujące do zdarzeń ze świętej opowieści. Rytuały przenoszą mit do wnętrza człowieka, którego łączą z Bogiem. Wierny uczestniczy w micie, a nie tylko go poznaje. Dzieje się to poprzez rytuały przywołujące mit. Grecy znali przykładowo oparty na historii Tezeusza rytuał przejścia dla młodzieży, w ramach którego młodzieńcy stawali się mężczyznami.
Ten zespół mit i ryt stanowi podstawowy element życia religijnego. Religie naturalne wytwarzały mity, swoje liturgiczne opowieści, żeby choćby fantastycznymi namiastkami zaspokoić głód poznania prawdziwego bóstwa. Dzięki przenikliwości własnej i cząstkowym łaskom Ducha, przekazującego okruchy swojego Objawienia, kształtowano rzeczywistość religijną i duchową. Chrystus wypełnił te ludzkie naturalne oczekiwania swoim prawdziwie Świętym Objawieniem oraz świętą historią. Gdybyśmy spróbowali przetłumaczyć nasze chrześcijańskie życie na język mitu – rytu, uzyskalibyśmy zaskakująco sprawne rezultaty. Odczytamy je zwłaszcza z naszych rytuałów, sakramentów.
(2)
Liturgia Eucharystii zawiera w sobie istotne elementy z życia Chrystusa i Kościoła, które w sobie odświeżamy, uczestnicząc w niej. Wówczas to one się uobecniają. Msza jest rodzajem misterium, które ma na celu przemianę uczestnika (misty) pod kierunkiem kapłana mistagoga. Terminologię tę już od antyku stosuje się w odniesieniu do Eucharystii. Misterium to rytuał z udziałem wiernych i do nich skierowany w odróżnieniu od rytów ofiarnych, w których wierni uczestniczą jedynie jako świadkowie. Nie sposób opisać wszystkich sensów wziętych z historii świętej, które mają swoje odbicie w Eucharystii. Wskażę tylko kilka przykładowych.
Kapłan występuje in persona Christi, to jest tak, jakby Chrystus w Niego wstępował i wspólnie sprawowali obrzędy. Chrystus na początku głosił Słowo i je wyjaśniał, stąd pierwsza część celebry to liturgia Słowa. Później Jezus złożył z siebie ofiarę na Krzyżu, co znajduje przełożenie w trakcie drugiej części Mszy Świętej, kiedy to następują obrzędy ofiarne. We wszystkim tym dzisiaj uczestniczą wierni, jak kiedyś robił to lud judejski.
Formalnie odbywa się ofiara pokarmowa – na ołtarzu, stole ofiarnym, jest chleb i wino. W rzeczywistości mistycznej dochodzi do połączenia z pozaświatową i pozaczasową ofiarą Jezusa Chrystusa jako ostatnią ofiarą dla Boga. Wcześniej w Świątyni Jerozolimskiej składano w Paschę baranka, potem Bóg te ryty zlikwidował, zastępując je przez swojego Syna. Na ołtarzu dochodzi do przeistoczenia – chleb i wino stają się ciałem i krwią Chrystusa. Kapłan przełamuje ciało i wznosi do góry, obok ciała jest krew – Jezus zadręczony i wywyższony na Krzyżu umiera, a krew wypływa z rany.
Chrystus po śmierci zstępuje do Piekła. Uczniowie, a wraz z nimi wierni na Mszy, żałują za swoje winy, które doprowadziły do tak tragicznych wydarzeń. Jezus jednak zmartwychwstaje i ukazuje się uczniom, których częstuje raz chlebem, raz rybą. Podobnie czyni kapłan, który rozdaje ofiarny chleb. Wówczas to następuje uczta (dziś jedynie symboliczna), która odwołuje się do ostatniej wieczerzy i jednocześnie do wiecznego wesela w niebie. Wierni stają się uczestnikami tej uczty. Karmią się przeistoczonym chlebem, czyli nowym życiem, będącym skutkiem ożywczego dla wyznawców dzieła Jezusa.
Co istotne, to Eucharystia jest realnym obcowaniem z Bogiem poprzez święty mit i Jego obecność w przeistoczonym chlebie i winie. Wierni obcują z Nim i w jakiś niepojęty sposób Go naśladują. Przechodzą przez to wydarzenie nie jako obserwatorzy, ale jako uczestnicy. Taki ryt jest swoistą uświęcającą psychodramą, w której wytwarzamy stopniowo coraz większą gotowość samoofiarowania się i duchowej przemiany. Wierni w liturgii uczestniczą w Świętej Historii zbawienia. Podkreślam jeszcze raz, dzieje się to przez uczestnictwo, a nie jedynie obcowanie z nią. Dopiero wtedy rzeczywiście praktykujemy religię i wiarę. Jest to o tyle zasadne, że w Bogu ta ofiara wciąż trwa, stale się dzieje gdzieś poza czasem, na ołtarzu faktycznie spoczywa Bóg.
(3)
Rytuał chrztu to inicjacja religijna. Powrót do łona, zanurzenie w wodzie w pewnym sensie stanowią ponowne narodziny. Stary człowiek, złączony z upadłym światem umiera, rodzi się poświęcony Bogu nowy człowiek. Szkoda, że dziś z tego rytu pozostało właściwie pokropienie, nawet nie polanie. Ryt powinien mieć swój autentyczny przebieg, formę i czas. Typowe dla czasów obecnych skrótowość, pośpiech, bezceremonialność rujnują po prostu szanse na jego autentyczne przeżycie. Brak psychodramy to brak przemiany człowieka. Nasza duchowość powinna być paschalna (pascha to przejście), dawać możność sukcesywnego przechodzenia od stanu zepsucia do łączności z Bogiem.
Chrzest odwołuje się do rytu przyjmowania nie-Żydów do wspólnoty wiary w Boga Izraela. Dokonywano tego właśnie poprzez zanurzenie, czego efektem była pozycja tzw. prozelity, jak to określa Biblia. Jan Chrzciciel chrzcił, co znamienne, Izraelitów. Wymowa tego aktu w tym kontekście jest wręcz piorunująca. Także Chrystus przyjął chrzest Janowy, a następnie nakazał chrzcić uczniom. Ten ryt nie stanowi nawet pamiątki przeszłości, ale jest jej kontynuacją, czymś, czego nigdy od tamtych czasów nie zaprzestano. To jedna spójna historia.
(4)
Spowiedź jest niejako przedłużeniem chrztu. Również ona naśladuje te momenty z Ewangelii, gdy grzesznik upadał na kolana przed Bogiem i uzyskiwał przebaczenie. Dziś wierny w ten sam sposób upada przed Chrystusem reprezentowanym przez kapłana.
(5)
Bierzmowanie, czyli namaszczenie olejem, to podobnie jak chrzest kontynuacja praktyki jednolitej od tysięcy lat. Olejem namaszczano w ramach inicjacji do roli króla, proroka i kapłana. Dziś jest to potwierdzenie dojrzałości wiernego, dopełnienie jego inicjacji w wierze, ofiarowanie wszelkich dostępnych darów duchowych. To bardzo nobilitujące znaleźć się w jednej grupie z królami, prorokami i kapłanami. Człowieczeństwo w tym rycie niezwykle jest wynoszone do łączności z Duchem Świętym. Jak niegdyś królowie, tak teraz chrześcijanin słucha jedynie Boga i przed Nim odpowiada. Staje się też łącznikiem między ziemią i niebem, niczym prorok i kapłan.
Przemiana człowieka i jego zbawienie to niejedyny kierunek rytu. W nim człowiek wstępuje wzwyż, do Boga. Ryt działa jednak też w odwrotnym kierunku – sprowadza Boga na ziemię. Jest to dla świata błogosławieństwo i ratunek. Bóg wezwany rytuałem objawia swoją łaskę. Jego obecność na ziemi jest szalenie istotna, potrzebujemy przecież Boskiej opieki i troski. Święta opowieść Ewangelii staje się w Sakramentach realnością dostępną każdemu wiernemu.
Jak pisał Benedykt XVI, mity i rytuały znalazły wypełnienie w Chrystusie. Potrzeby i oczekiwania dusz ludzkich, które zastępczo były zaspokajane mitami i rytuałami religii naturalnych, znalazły wypełnienie właśnie w Chrystusie i Jego świętej opowieści, historii zbawienia.
(6)
Życie jest liturgią
Powyżej opisałem, w jaki sposób uczestnictwo w rycie chrześcijańskim przyczynia się do odnowienia życia wiary. Działa to jednak też w drugą stronę: całe życie człowieka stanowi liturgię sprawowaną w stronę Boga. Jest ono obrządkiem pełnym kapłańskich znaków, a my wszyscy tworzymy lud kapłański w tej wielkiej celebrze. To skojarzenie rodziło się długo. Czytając rozważania J. Tischnera, pamiętałem, że wyszedł on z filozofii dialogu. Ten rodzaj personalizmu uczy, że sednem życia jest spotkanie i dialog z drugim. Relacja międzyosobowa jest traktowana jako centrum życia. Józef Tischner poszedł dalej, nazwał to spotkanie dramatem. Jego filozofia dramatu, jeśli dobrze rozumiem, sytuowała to spotkanie na scenie teatru – wielkiego teatrum mundi. Uczestniczymy w nim w swoich rolach, które odtwarzamy w scenografii, jaką nam dano, i okolicznościach, w jakich nas usytuowano. To ładna metafora i jakoś instynktownie atrakcyjna, zresztą nienowa.
Kto jest widzem? Kogo chcemy poruszyć? Tym kimś jest Pan Bóg. Skoro więc odgrywamy zadane role i wygłaszamy właściwe kwestie w stronę Boga, to nasze działanie nie jest artystyczne, tylko kapłańskie. To wielkie teatrum staje się zatem świątynią, gdzie swoimi postępkami, jeśli są dobre, czcimy Boga. Taka filozofia liturgii znakomicie wpasowuje się w chrystianizm.
Dziwią mnie dzisiejsze kobiety, które zabiegają o prawo do prezbiteratu. Po co walczyć o coś, co już mamy? Całe nasze życie jest liturgią pełną świętych znaków, jeśli tego tylko chcemy. Żyjąc dobrze i wiernie, stajemy już za życia wśród wielbiących Boga w niebie, wśród czystych duchów. Łączymy niebo i ziemię. Czy może być wznioślejsze kapłaństwo, wyższa posługa, znakomitsza godność?
Cokolwiek czynicie, na chwałę Bożą czyńcie! – napomina Apostoł Narodów. To takie proste i takie oczywiste. Codziennie powtarzamy rytuały naszego życia. Wciąż podobne poranki, wyjścia, czynności zawodowe, te same powroty, posiłki, zajęcia domowe, wieczory z czuwaniem, rozważaniem, modlitwą. Jakże bezmyślnie narzekamy czasem na monotonię życia! Nasze proste sprawy stają się liturgią, jeśli zawierzamy się w nich Bogu. Duchowość, jeśli ktoś jej się uczy, prowadzi do nieustannej modlitwy i adoracji (kontemplacji). Już sam codzienny trud oddawany w sercu na chwałę Boga jest czymś wzniosłym, a co dopiero, gdy ktoś dokłada do tego postępy w duchowości.
Bóg do A. Lenczewskiej powiedział tak: „Jeśli niekiedy nie stać cię na rozmowę ze Mną, na obcowanie ze Mną w Miłości – wypełniaj czas służbą – konkretnymi czynami. Czuwaj nad tym, aby był twórczo wykorzystany: albo w intymności ze Mną, albo w niesieniu Mojej Miłości ludziom, albo w trudzie codziennych obowiązków”. Wszystko to przynosi chwałę Bogu, gdy jest w wierze i oddaniu.
Potrzebujemy kościelnych liturgii, żeby nam przypominały, że całe nasze życie to liturgia. Podobnie potrzebujemy świątecznych dni, żeby nam nieustannie uświadamiały, że cały czas jest święty (jak gdzieś czytałem).
Jaka to liturgia, do czego jej najbliżej? Eucharystia streszcza całą historię świętą, to nie tego szukamy. Mircea Eliade pisze w Dzienniku, że życie to próba inicjacyjna, która przecież u ludów pierwotnych jest zjawiskiem duchowym. Inicjacja polega na przyjęciu do szczególnego grona, wprowadzeniu w nową rzeczywistość i pozycję. W chrystianizmie główną inicjacją jest chrzest, niegdyś poprzedzany wypróbowaniem i ukształtowaniem w katechumenacie. Próby inicjacyjne w pojęciu M. Eliadego, który badał kultury pierwotne, to nieraz trudne dla adepta przeżycia. Niekiedy są tylko symbolicznym wypróbowaniem, ale u niektórych ludów potrafiły być bardzo bolesne i wymagające. Pamiętamy opisane w różnych książkach obrzędy Indian. W trakcie tych rytuałów młody wojownik był nieraz poddawany wręcz krwawemu dręczeniu przed przyjęciem do społeczności dorosłych. Gdy chcemy wejść do społeczności nieba, także musimy przejść przez niełatwą próbę. To dobry trop. Pan Bóg, mówiąc do A. Lenczewskiej, wprost nazywa życie drogą krzyżową. Droga do nieba wiedzie pod górę. Nie jest łatwa i gładka jak droga grzeszników w Księdze Syracha, a zakończona przepaścią. To nieraz trudna próba. Droga krzyżowa jest liturgią naszego życia. W niej poprzez wszystko, czym jesteśmy i co robimy, albo przystępujemy do społeczności wielbiących Boga mieszkańców nieba, albo od tego odchodzimy. Jedno i drugie to proces, nikt z nas nie stoi w miejscu, każdy do czegoś dąży.
Dziś wykoślawiono rytualność, ale nie udało jej się pozbyć. Ileż miliardów ludzi, niekiedy nawet nie wiedząc dlaczego, codziennie bezmyślnie powtarza te same czynności, takie jak uporczywe gapienie się w TV, przeglądanie FB dla samego przeglądania. Przecież to są właśnie rytuały współczesnych społeczeństw, których jedyną wartością jest ich nieustanne powtarzanie. Ma to wymiar zdecydowanie parareligijny i fałszywie metafizyczny, przy tym nie niesie żadnych racjonalnych korzyści. Człowiek szuka dla siebie rytuałów, bo jest homo religiosus – z natury religijny.
6. Uwagi końcowe
(1)
Mit jest zjawiskiem przedrozumowym, ale nie bezrozumnym. Jego wybór uprzedza dalsze rozumowanie, daje mu założenia i wyznacza cele. Mit nie posiada kryteriów prawdziwości, bo nie jesteśmy w stanie dokonać wglądu w zaświaty. Ma za zadanie wyjaśnić świat za pomocą wstępnych założeń, jakkolwiek je nazwiemy: dogmatami, aksjomatami, pewnikami. Akceptacja mitu jest rodzajem wiary, która później podlega weryfikacji, w trakcie której sprawdza się, czy jej ustalenia przystają do rzeczywistości. Mit w rozumieniu filozoficznym, jego konieczność, źródła i wytwory opisał L. Kołakowski w Obecności mitu.
(2)
Biblijny mit w nas
Biblia to bardzo prawdziwa historia. Jak działo się to za czasów Noego, wszędzie widuje się tęcze, nie brakuje szyderczych Chamów, a prawych ludzi jest jak na lekarstwo. Co kawałek wybijają szamba, takie małe potopy, bo powódź to, delikatnie mówiąc, bardzo brudna woda. Potop nie był tylko kiedyś, on trwa cały czas. Treści nam poświęcone są najważniejszymi sensami historii biblijnej. Mit ma swoje prawa. Przykładowo św. Jerzy nie istniał, ale jego historia wielu ludziom dodała odwagi do przeciwstawienia się złu obecnemu w ich życiu (smokowi).
Cały czas trwa mit rajski, on się dzieje w nas. Z pokolenia na pokolenie mężowie grzeszą z powodu swoich żon. Czasem identycznie jak w raju dla świętego spokoju ustępują swoim żonom i czynią zło. Potem zrzucają całą winę na żony. Kobiety z kolei wdają się w niepotrzebne gorszące rozmowy w wężowym stylu.
Kiedy się nawracamy, to wychodzimy na pustynię, żeby się oddalić od świata, przynajmniej mentalnie, tak jak chodził po pustyni Izrael. Bóg nas oczyszcza pouczeniami i doświadczeniami, jak robił to z Narodem Wybranym. Błądzimy, poruszamy się jakby po omacku, ale idziemy dalej za Bogiem. Umocnieni i pokrzepieni odbijamy swoją Ziemię Obiecaną, czyli samego siebie, spod władzy przeciwników Boga.
Biblia jest przypowieścią napisaną dla mojego życia. Zawiera w sobie modelowe sytuacje duchowe, poprzez które Bóg prowadzi wiernych. Wymaga właściwej medytacji, czyli czytania, wczucia się, przemyślenia i wreszcie obrania sobie z niej odpowiednich pouczeń jako przewodnika duchowego na dalszy czas.
(3)
Obok mitu Bożego przyciągającego do Boga i przetwarzającego człowieka na Boży obraz funkcjonuje cały obszar antymitu, złego mitu. Są to te wiary, które pozostają Bogu wrogie, odciągają od Niego na manowce. Przy Bogu człowiek może zachować swoją naturę i całe dobro z tym związane, antymit zaś odziera z tego wszystkiego. On także przemienia człowieka, tyle że w istotę powoli wyzbywającą się człowieczeństwa. Dobry mit uczy jasności myślenia i osadza w prawdzie. Antymit chaosu każe lekceważyć rozum, racje, rzeczywistość i opierać się na czystym szaleństwie. Antymitami są wszystkie ateizmy, hedonizm, materializm, scjentyzm, wszelkie bezbożne ideologie, jakimi dzisiaj napełniły się ludzkie umysły. Boski mit to wiara w rozum, prawdę, piękno, dobroć, naturę człowieczeństwa. Antymit wszystko to atakuje i wypacza. Całe zło tego świata jest w umyśle człowieka akceptowanym antymitem.
Niektórzy powiadają, że nasza epoka postmodernizmu jest czasem mitu, gdyż odrzuca racjonalność – przechodzi na pozycje irracjonalne, z jakimi potocznie kojarzy się sferę mitu, rozumianego tu jako fałszywy ludzki wymysł. Konstrukcja mitu, fundamentu wiary, a co za tym idzie – życia i działalności człowieka jest bardzo kusząca dla inżynierów umysłów. Mamy dziś mnóstwo swego rodzaju fałszywych proroków wciskających do głów innych ludzi kłamstwa utrzymane w tonie ostatecznego objawienia. Mit to ulubione narzędzie tych czasów. Jest przedrozumowy, więc bardzo głęboko zapada w osobowość, porywa od razu do czynów, przenika całego człowieka. Trudno jest rządzić ludźmi racjonalną argumentacją, szalenie łatwo zaś poprzez quasi-objawienia w profetycznym tonie. Gdy dziś włączamy media, napotykamy często przekaz utrzymany w formie objawienia podawany z powagą godną lepszej sprawy, niekiedy nawet z patosem. To niestety zabija racjonalność, przez co coraz trudniej znaleźć ludzi trzeźwo myślących. Nowy antymit obywa się bowiem bez rozumności, wystarcza mu naga siła ekspresji i dominacji. Co dziś głoszą fałszywi prorocy? O czym jest antymit? O wszystkim byle nie o Bogu, a jeśli już – to o źle. To wiara w ludzkie chore fantazje, pod którymi czai się drapieżne ego.
Mit jako taki od zawsze stanowi nieodłączny element kultury, bo jest częścią człowieka. Rozumny człowiek sam wybiera swój mit, a nie ulega w tej mierze emocjom lub naporowi opinii publicznej. Mając do wyboru zły, fałszywy, światowy i pyszny mit powszechny oraz świętą Bożą opowieść, przenoszącą naszą wrażliwość w głąb siebie i ponad siebie, musimy uważnie wybierać, w co wierzymy, aby świat nie narzucał nam owego złego mitu i za nas nie wybierał. Byt jest przezwyciężaniem niebytu, a dobra wiara – zwycięstwem nad złą. Obrona dobra w nas wymaga aktywności i determinacji. Wystarczy nie robić nic, żeby upaść pod naporem sił antymitu. Mit, jako przedmiot myślenia, trzeba traktować ze szczególną troską i ostrożnością. Jest on tą częścią człowieka, która nim zawiaduje i włada, programuje, ukierunkowuje, determinuje.
Co różni Boży mit od antymitu? To ważne pytanie. Dobry Mit nie został w całości odkryty, Duch Święty wciąż go przed nami odsłania, kierując zdrowym, pokornym myślicielstwem. Nieustannie oczyszczamy i sublimujemy swoje przekonania, dochodzimy do coraz subtelniejszych i precyzyjniejszych sformułowań, trafniejszych opisów rzeczywistości i praw nią rządzących. Tym, co wyróżnia Dobry Mit od ludzkich miernych usiłowań jest metoda dochodzenia do niego. Dobry Mit odkrywamy w objawieniu i w kształcie świata. Odczytujemy go z pokorą, nie bacząc na własną przyjemność. Docieramy do niego jako już istniejącego i stanowiącego DNA rzeczywistości. Im czystsze moralnie wnętrze człowieka, tym ma do niego lepszy dostęp, gdyż ludzie czystego serca oglądają Boga. DNA rzeczywistości, zapis będący projektem świata i zaplanowaniem jest przecież Bogiem – Logosem. Odkrywają Go dusze, które nie szukają własnego dobra innego niż przyjemność płynąca z obcowania z Bogiem. Dobry Mit, święta wiedza o Bogu, jest po kawałku nam odsłaniana w ramach duchowej historii ludzkości.
Nieprzyjaciele Boży sami zajmują miejsce w świętym świętych, w centrum dusz. Wpychają tam swoje urojenia, utopie, kłamliwe obietnice powszechnego szczęścia. Takie antymity są wytwarzane przez człowieka – wytwarzane, a nie odkrywane. Jeśli jeszcze doprawić je odrobiną autentycznego odkrycia duchowego i pomieszać ze zbrodniczym obłędem, powstaje iście szatańska mieszanka wtrącająca w otchłań obłąkania. Właściwie wszystkie złe mity należy uznać za takie mieszanki. Mam niekiedy wrażenie, że zło jedzie na koniu dobra. Jakieś autentyczne, częściowe postąpienie na drodze dobra jest wykorzystywane do czynienia i nakazywania grzechu. Nierzadko szczytne hasła wypełnia się zbrodniczą praktyką.
Płyną z tego ciekawe wnioski:
• obrona przed złym mitem nie polega na zaprzeczaniu mu w zupełności, tylko na oddzieleniu dobra, jakie w sobie niesie, od szatańskich elementów popychających nas w kulturę grzechu i śmierci,
• we współczesnych złych mitach także można zapewne znajdować autentycznie wartościowe elementy (tak przecież w antyku oczyszczano filozofię),
• pojmowanie zeitgeistu, ducha czasu, wcale nie musi być takie jednoznacznie negatywne, jak to sobie ostatnio zwykli przyjmować chrześcijanie, wycofując się przez to umysłowo ze spraw sobie współczesnych.
Według mnie są dwa duchy czasu i śmiem twierdzić, że zawsze tak było. Jest Duch Boży, niosący wciąż nowe i głębsze pouczenie o sprawiedliwości, i Szatan, który to przesłanie wypacza. Jeśli nie odsłonimy Boskiego pouczenia płynącego dla naszych czasów, przegramy świat. Mamy za zadanie oczyszczać to, co się w chaotyczny sposób rodzi w umysłach ludzkich, a następnie to uświęcać zgodnością z prawdą i dobrem Ewangelii.
Przykładowo, kiedy kolektywna mądrość ludzka w XVIII w. dopominała się obalenia niesprawiedliwości zawartej w porządku społeczeństwa stanowego, Kościół wolał petryfikować zło ciemiężenia jednego stanu przez drugi, zamiast przyznać rację oczywistej ewangelicznej prawdzie, że ludzie są z urodzenia równi. Skutki tamtych wydarzeń znamy – nieunikniony w takiej sytuacji bunt ludowy plebejuszy zmiótł zatwardziałych w swojej pysze patrycjuszy z tego świata, niestety razem z Kościołem. Kościół, który wspiera zły mit, w tym przypadku segregacji stanowej, przestał być Kościołem – strażnikiem i nośnikiem Dobrego Mitu. Bunt ludowy przeciw złej władzy stanowi przecież w dziejach pewną normę. Wynikająca z prostej biedy i niesprawiedliwości reakcja ludu została wykorzystana przez diabelskie siły bolszewickie i „osiodłana” dla spełnienia ich upiornych pomysłów.
Antymit zawsze zawiera elementy prawdy. Nie wolno nam tych ziaren lekceważyć, ale nawet najbardziej wrogie chrześcijaństwu twierdzenia da się oczyścić i przetworzyć tak, aby służyły ludziom i wierze w Boga. Kościół posiada potencjał i depozyt wystarczający do tego, żeby także naszym czasom dać umysłowe i duchowe narzędzia porządkujące i prowadzące od twórczego chaosu ludzkiej pomysłowości do ładu i harmonii, pokojowego rozwoju i wzrostu. Niewielu jest takich jak papież Jan Paweł II, czyli dialogujących, ale w taki sposób, by nie zatracić Objawienia. Dlatego nie musimy się bać żadnej doktryny, gdyż niemal każda niesie jakiś ładunek dobra do wykorzystania.
(4)
Utrwalenie
Jeśli chodzi o spotkanie chrześcijaństwa z posłaniem innych kultur i religii, to warto pamiętać, że Grek nie musiał palić swoich mitów, gdy przyjmował chrystianizm. Wystarczy, jeśli zrozumiał, że opisanych w nich bogów nie ma. Głębia psychologii, filozofii i poezji pozostawała w kulturze, choć już tylko jako wspomnienie dawnych wierzeń. Miłość do mitologii była tak silna, że nawet w katakumbach pierwszych chrześcijan odnajdujemy malowidła jednej postaci z mitów – Orfeusza, wyjątkowo lubianego bohatera. Jak widać, przyjmując chrystianizm, nie musi się porzucać swojej kultury, ale można nadać jej nowego ducha poprzez redefiniowanie niektórych pojęć. Przestaje się składać ofiary martwym kamieniom, drewnianym figurom wymyślonych bóstw, zwykle będących upostaciowanymi siłami przyrody. Wedle metafory św. Bazylego Wielkiego pisanej w mowie Do młodzieńców, kulturze naturalnej, niczym róży, obrywamy kolce, nie niszczymy zaś kwiatu.
Sama Biblia utrwaliła właściwe ludom bliskowschodnim mityczne, kosmogoniczne spojrzenie na świat. Pismo zawiera przekaz w formie mitycznych symboli (smoki, dziwne stwory, potwory, kosmogoniczna walka, złoty wiek, potop i odrodzenie świata). Z jednej strony bogowie pogan zostali obaleni w ramach ewangelizacji, z drugiej – dobro, jakie niosły poświęcone im opowieści, ich język i główne sensy zostały utrwalone na wieczność. Dorobek umysłowy i duchowy człowieka nie przepadł, ale został oczyszczony z zabobonu i błędów.
