1. Współczesny regres kulturowy
(1)
Cywilizacja to ludzkie samostanowienie na świecie, ustalanie zasad. Grzech jest także jedną z postaci ludzkiego samostanowienia. Cywilizacja i grzech nie są jednak tym samym, jak to głoszą niektórzy naturaliści z Nowej Ery. Powrót na pięć lat do dżungli pośród zwierzęta, jak to postulują, nie uczyni z człowieka dobrego i pozytywnie uduchowionego. Taki antycywilizacyjny naturalizm to tylko niepotrzebny zamach na kulturę, naukę i cywilizację w imię magii i przesądów. Człowiek nie był zwierzęciem magicznym, ale, o ile można tak powiedzieć, zwierzęciem posiadającym duszę, a więc rozumnym, zdolnym kochać i żyjącym w odniesieniu do transcendencji. Z cechy rozumności wynika bycie „zwierzęciem politycznym” w rozumieniu Greków, czyli zdolnym i zobowiązanym do samoorganizacji społeczeństw i wytworzenia organizacji państwowej, cywilizacji.
Istnieje także naturalizm mistyczny, czego przykładem jest klasyczny taoizm i – szerzej – chińska odmiana filozofii. Obecne w nim pojęcia Absolutu i Natury to po prostu różne interpretacje terminu Tian oznaczającego niebo. Także Tao (nowszy zapis: Dao) pozwala poznać człowiekowi naturę rzeczywistości, która z niego niejako promieniuje. Życie z nią w zgodzie to Te (nowszy zapis: De). Klasyczny taoizm krytykował ludzkie prawa zwyczajowe i państwowe, nakazując ludziom w to miejsce poznawać Tao oraz własne tao (w tym znaczeniu: naturalną drogę) i trwać w dobru bez społecznego przymusu.
Samostanowienie człowieka jest ambiwalentne, dwuznaczne. Może być dobre, ale też złe w skutkach. Te konsekwencje są dość przypadkowe. Dopiero, gdy człowiek czerpie z Logosu (Tao), wtedy ma szansę usunąć bolesną dwuznaczność swojej wytwórczości.
Wszystko to skłania do refleksji, że możemy dziś, żyjąc w obecnej cywilizacji, wracać do Natury (Logosu), gdy na chwilę wyjdziemy popatrzeć na gwiaździste niebo nad nami, i zaczerpnąć nowego oddechu dla duszy. W głębi wciąż jesteśmy podniebnymi łowcami i nomadami słabo związanymi z wytworami kultury, a potężnie z Naturą, jeśli tylko chcemy to w sobie zauważyć.
(2)
Kim dziś jesteśmy, jeśli nie tubylcami z betonowej dżungli i odrealnionej cyberprzestrzeni? Samotni, bez drogowskazów, goniący za błyskotkami, za stymulacjami, które mogą nas wyrwać choć na chwilę z odrętwienia, z dojmującej obojętności na wszystko, na samych siebie. Wyobcowani od świata z powodu braku kontaktu z przyrodą, nadmiaru wygód i techniki. Wyobcowani także od samych siebie, od swojej Natury. Nie umiemy już tworzyć żadnych wspólnot, przejawiając alergiczne przeczulenie na drobiazgi. Masowo chorujemy na samotność, depresje, nerwice. Zbudowaliśmy sobie wygodne, bezbożne miejsce, kolorowe i wesołe piekło.
Jednostajny, transowy rytm bębnów to podstawa popularnej dziś muzyki. Tańczą do niego porozbierani ludzie z poprzekłuwanymi nosami, wargami, wytatuowanymi ciałami. Mają często nieobecne dzikie oczy, zażywają chemikalia, grzybki, ziela, żeby niczego nie czuć, nie bać się, zapaść się w niebyt. Mają swoje domostwa, a w nich swoje sprzęty, im większe, bardziej kolorowe i błyszczące – tym lepsze. Tacy ludzie budzą wtedy podziw, a lubią przecież być podziwiani. Zewsząd wyziera żądza. Gołe kobiety kuszą chucią z każdego kąta. Nie chcą do nikogo należeć, wolą łączyć się z kimkolwiek „na wyścigi”, jakby to był sport, tak samo zresztą postępują mężczyźni. Używa się mało słów, bo lepsze są obrazki – wszechobecne obrazki. Tak jest szybciej i prościej. Słowa męczą głowę, łamią język. W przypadku takich ludzi życie jawi się im jako coś przerażającego, czują na sobie cień fatum. Gorączkowo go szukają w gwiazdozbiorach, u wróżów i czarowników. Szukają metod, żeby jakoś kontrolować swój los: magicznych zaklęć, talizmanów, tajemnych formuł i przesądów. W rozmowach tych osób pojawia się stały motyw. Nieustannie twierdzą, że coś lub ktoś na nich czyha albo strasznie krzywdzi, majaczą co chwilę o jakichś strasznych zagrożeniach. Modne stało się wzajemne straszenie się, a kto skuteczniej nastraszy, ten lepszy. Wciąż wiodą życie łowiecko-zbierackie, najchętniej braliby wszystko za darmo. Lubią polować na różne okazje, zdobycze. Odzywają się w nich instynkt łowcy i łowieckie ambicje, gdy szukają czegoś ciekawego.
To przerysowany, choć niewiele, opis współczesnej dzikości. Jest to bezmyślny, hedonistyczny wariant ucieczki od kultury w stronę natury, tyle że w tej wersji chodzi o naturę zwierzęcą.
(3)
Hippisi, a za nimi Nowa Era niby buntują się przeciw tym nowym mieszczańskim zwyczajom, ale tak naprawdę ich nie zastępują niczym lepszym, mocniejszym moralnie. Ta forma kontestacji w sprzeciwie dokonuje rodzaju samobójstwa w odmiennych stanach świadomości i skłania się ku kultowi przyrody. To ostatnie oznacza w praktyce także kult cielesności: cukierkowatego dobrostanu emocjonalnego i zdrowotności traktowanych niesłusznie jako potwierdzenie rozwoju duchowego. Podstawą tego jest swoiście pojmowany holizm, gdzie indykatorem stanu duszy ma być kondycja ciała. Niestety, tak to jednak nie działa. Przypomina to dawne greckie upodobania do piękna ciała i traktowanie go na równi z dobrem. Dziewiętnastowieczne skrzywienie burżuazyjne miało swoją filisterską odnogę (a nie zaprzeczenie) i cyganerię skupioną na jego kontestacji, ale tak naprawdę pozostającą w symbiozie z powszechnym materializmem. Obecnie podobnie jest z tym naturalistycznym sprzeciwem, który nie przynosi nowej jakości człowieka, a jedynie zmienia jego otoczenie.
(4)
Dlaczego dziś tak chętnie wracamy do dzikości? Chyba dlatego, że strasznie tęsknimy do przedkulturowych czasów, gdzie człowiek był w niesamowity sposób wolny. Wolny od presji społeczeństwa, od życia poukładanego w powtarzające się schematy doprowadzające nas do szaleństwa. Cierpimy w kieracie wciąż tych samych opresyjnych obowiązków. Powrót do dzikości nie jest jednak wyzwoleniem, tylko samobójstwem człowieczeństwa.
2. Kultury pierwotne
(1)
Obecnie szeroko rozumiana antropologia (w tym psychologia, religioznawstwo, kulturoznawstwo) na powrót odkrywa wartość prostego, uczuciowego i uduchowionego życia pierwotnego. Jan J. Rousseau zmitologizował te kultury w ideale szlachetnego dzikiego. Ten kierunek w jakiś sposób koresponduje z wyżej wspomnianym myśleniem Nowej Ery, o co jednak nie chodzi mi w tym momencie.
Mircea Eliade podkreślał, że skierowanie uwagi na myślenie prehistoryczne pierwotne może nas uratować od zupełnego upadku duchowego. Filozof ten poświęcił całe życie na przybliżenie swoim czytelnikom specyfiki tego myślenia i wrażliwości duchowej. Samemu najbliżej mu było duchowo do rumuńskich chłopów, silnie osadzonych metafizycznie i moralnie w Kosmosie. Blisko do tego spojrzenia było J.R.R. Tolkienowi, który największym bohaterem swojego eposu uczynił prostego hobbita wzorowanego na angielskich chłopach. Wielu podróżników mieszka wśród ostatnich dzikich paleolitycznych plemion, gdzie czuje się nieraz bardziej u siebie niż we własnym domu. Nie sposób wymienić wszystkich pisarzy wskazujących na ludy pierwotne lub przechowujące wiele ze swojej pierwotności jako na odtrutkę na skażenie materializmem kultury Zachodu.
(2)
Życie prostych zbieraczy i łowców to najdłuższy okres historii ludzkości, który tak naprawdę nigdy się mentalnie nie skończył. Wciąż polujemy na okazje. Ciągle chętnie uprawiamy zbieractwo w centrach handlowych i na bazarach, wałęsając się przy tym atawistycznie. Wciąż chcemy dostawać za darmo. Nie musimy przy tym schodzić do poziomu prymitywnej dzikości z jej hedonizmem i prawem silniejszego. Możemy zwrócić uwagę w kierunku szlachetniejszej duchowej postaci myślenia pierwotnego. Warto wskazać inspirujące elementy takiej mentalności:
• świętość świata przenikniętego Duchem, jego mocą kształtującą i ożywiającą, świętość natury;
• radość życia; ludzie ci cieszą się skromnym życiem i chcą je przeżyć przyzwoicie, nie mają zbytnich wymagań; sukcesem jest już samo przeżycie w trudnej rzeczywistości z twarzą i czystym sumieniem;
• brak własności, która polega na przywiązaniu rzeczy do siebie, a siebie do rzeczy; to coś, co z trudem osiągają asceci Wschodu i Zachodu, a dla mnóstwa pierwotnie żyjących ludzi jest czymś naturalnym i oczywistym; nie pożądają, bo nie posiadają;
• brak własnej woli; po prostu życie zgodne ze swoją naturą;
• pierwotne przeżywanie czasu w wiecznym teraz; to czas punktowy, obecny, bardzo uważny; to naturalna uważność, którą próbują wyćwiczyć ludzie z Zachodu przyzwyczajeni do czasu linearnego oraz wschodni ludzie czasu cyklicznego; to pełne skupienie na tu i teraz staje się naturalne, jeśli zrozumiemy, że czas nie jest więzieniem świadomości, gdyż dąży ona do wiecznego teraz u Boga; to też warunek szczęścia; wieczne teraz nie zna urazów z przeszłości ani trosk o jutro; po prostu jest obecne w tej chwili całą swoją pełnią; ludzie straszliwie cierpią z powodu przeszłości i przyszłości, tymczasem wystarczy, jak ludy pierwotne godzić się na jedno i drugie, żeby zapomnieć o wspomnianych perspektywach czasowych i być w pełni tu i teraz; Bóg nas uwalnia od brzemienia czasowości przez swoje pouczenie, każe nam przebaczać, czyli uwalniać się od złej przeszłości, każe również oddawać Mu swoje zmartwienia i troski o jutro; w ten sposób otwiera nas na teraz, abyśmy żyli jak najintensywniej i najpiękniej;
• kultywowanie tabu, czyli sakralnych zakazów, pierwszej postaci werbalnie ustanawianego prawa łączącego funkcje społeczne i religijne, jak to robiły społeczności pierwotne; Bóg nam także nakłada dość proste zakazy w przykazaniach;
• stan skażenia, nieczystości, który powstaje wskutek złamania tabu; związany jest z odpowiednimi sankcjami, głównie ze strony sił nadprzyrodzonych; to bardzo naturalne, pierwotne przeżywanie prawości i skutków jej niedopilnowania.
(3)
Dawni prości ludzie traktowali cały świat jak nieznane – trochę ich przerażał, ale i wychowywał. Prymitywna bojaźń wobec świata i przyrody przywodziła na myśl straszne siły, jakie stworzyły to wszystko i tym poruszały. To wcale nie było takie złe. Ludzie nowoczesności zobaczyli w świecie mechanizm, do którego wystarczy odkryć zasady działania, żeby zostać jego panem, a to znaczy więcej niż stworzycielem – panem aktualnym i niepodzielnym. Przeceniliśmy jednak swoje możliwości, o czym przypominają nam katastrofy przyrodnicze i klimatyczna, a także epidemie. Nie mamy aż takich możliwości, aby samodzielnie dostosować świat do siebie i uczynić go lepszym. Pod naszymi „rządami” ginie przyroda, jaką dano nam pod opiekę. Będą też coraz częściej umierać ludzie, co nastąpi w wyniku naszej arogancji i sprowadzenia na świat nieszczęść – zmian klimatu, zatrucia środowiska. Codziennie giną kolejne gatunki zwierząt i roślin. To widome znaki, które wskazują, że zamiast panami świata jesteśmy jego i swoimi katami.
Ludzie nowocześni nie znają lęku, nazywają go patologią, uczą jeden drugiego, jak się z niego leczyć, zrzucać ograniczenia, iść przebojem. Mamy przecież wiedzę, a kto ma wiedzę, ten ma władzę! Ktoś taki może przewidzieć i samodzielnie wyprodukować przyszłość, zapanować nad jutrem, gdyż zna mechanizmy, jakie to jutro kształtują. Taka właśnie bezczelność i arogancja w stosunku do Boga i przyrody potwornie już mści się na ludziach. Sami zniszczyliśmy siebie duchowo i fizycznie. Zabrakło tego zdrowego zalęknienia o to, co do nas nie należy, a od czego zależymy: o świat, o grunt bytu, jakim jest przymierze z Bogiem. Zabrakło tej zdrowej bojaźni wobec Stwórcy, którego wielkość nas przerasta i wobec którego odpowiemy za dokonane zniszczenia. Zapanowały chciwość i arogancja zamiast szacunku i harmonii z Bogiem oraz światem. Ludzie pierwotni o wiele bardziej szanowali swoje otoczenie, a przez to także samych siebie. Zależeli od przyrody, więc jej nie niszczyli.
(4)
W kulturach pierwotnych zdarzają się (później dało się to zaobserwować także w cywilizacjach) zwyczaje dotyczące ceremonii przejścia na przykład młodego chłopca do stanu człowieka dorosłego. Stosowna inicjacja bywała niekiedy bolesna lub poprzedzona bolesnymi próbami. Mircea Eliade bodaj w pamiętnikach pisał, że dla niego całe nasze życie to taka próba inicjacyjna, w domyśle: przed przejściem do wyższego stanu. Jest to tak głębokie i trafione, że można to jedynie powtórzyć.
(5)
Paradoksalnie wybitne myślicielstwo naukowe i filozoficzne XX w. doceniło i odświeżyło powagę mitu. Proste wierzenie w przedrozumnej fazie myślenia okazało się niemożliwe do usunięcia i wymaga sensownej odbudowy. Leszek Kołakowski (Obecność mitu) przypomniał, że wszystko, co dorzecznie wypełnia nasze umysły, zaczyna się od mitu, od zaufania: zdolność poznania, wartości, miłość. Jest to także okoliczność wskazująca, że nie odrośliśmy od kultury pierwotnej z jej prostotą. Ludzie bez przerwy wypełniają swoje umysły mitami. To ludzka racjonalność i zdolność do naukowego opisu świata i zapanowania nad nim okazała się fikcją, jeszcze jednym nietrafionym mitem. Nie potrafiliśmy dobrze poznać i uzdrowić samych siebie, a przeciwnie – zanurzyliśmy się w degeneracji moralnej i duchowej.
(6)
Kultura ludowa
Do jeszcze niedawna wśród wiejskiego ludu także cywilizowanych krajów trwało pierwotne i mityczne myślenie. Gdzieś przeczytałem takie złośliwe powiedzenie: „Wiara była szczera w Europie, dopóki nie istniała teologia”. To oczywiście przesada, ale jest w tym jakiś okruch prawdy, jak śpiewają folkrockowi Golce: „(…) po co żeś mnie, Matuś, do szkół posyłała, ino mi nauka w głowie pomieszała, ani jo jest głupi, ani wyuczony, zabrali mi duszę, dali mi dyplomy”. Ta pamięć o duszy należy do takich reliktów myślenia pierwotnego.
Kultury pierwotne nie znały filozofii, teologii, abstrakcji, uczoności. W kulturze pierwotnej wszystko zdaje się konkretne, bliskie, także sfera duchowa. Oczywiście mówię o kulturze pierwotnej oczyszczonej z zabobonnych lęków i fantazji, czarów. Taki człowiek opierał swoje postępowanie na prawie moralnym, które przeczuwał w sercu, oraz na naturalnej dobroci i empatii. Dochodziło do tego sakralne przeżywanie rzeczywistości, a w przypadku wielu prostych ludzi także życie w przeświadczeniu, a nawet poczuciu obecności Boga lub chociaż Jego mocy w świecie. Trzeba do tego pierwotnego stanu człowieka wracać.
Zewsząd widzimy, jakie spustoszenie sprowadziło na nas nowoczesne myślicielstwo, jak wynaturzyło ludzi. Jak wielu jest przeuczonych pyszałków, którzy dawno zatracili kontakt ze swoją pierwotną naturą i zamiast ją oczyszczać ze splamienia grzechem, jeszcze dokładają jego nibyintelektualne uzasadnienia. Czy to znaczy, że gardzę wiedzą, wykształceniem, erudycją? Nigdy w życiu. Chrześcijanie dość szybko, bo już w antyku, spostrzegli, że nie uciekną od wszechstronnego wykształcenia. Uczyli się filozofii, przejęli ją i zaadaptowali. To przyniosło nam cywilizację chrześcijańską, która została eksportowana na cały świat, szkoda, że bez chrześcijańskiej wiary, choć tak by wypadało. Kultura umysłowa Zachodu doszła jednak do takiego punktu, że musi się liczyć z pewną zasadą. W jej myśl wszystko, co stworzone, jest skończone, a to, co skończone, wypełnia się dopiero wtedy, gdy odnajduje właściwą sobie miarę i stosowny umiar, powściągnięcie siebie. Znaczy to, że dochodzi do punktu, w którym powinno samo sobie zaprzeczyć. W taki właśnie sposób intelektualizm w swoim szczytowym momencie rozwoju musi zaprzeczyć własnej wartości, ale nie popełniać samobójstwa w postmodernie. Oznacza to dla mnie, że człowiek musi zrzucić balast cywilizacji, przynajmniej na chwilę. Musi poczuć się z powrotem prostym, związanym z naturą, odnajdywać swoje odniesienie do wielkiego Bytu ponad nim. Każdy tę zdolność nosi w sobie.
Takie powroty do swojej pierwotnej natury trzeba wykonywać świadomie i w sposób wolitywnie kontrolowany i refleksyjny, inaczej mogą wymknąć się spod kontroli. Nie rozumiejąc, jaka jest ta pierwotność człowieka, ludzie desperacko jej poszukują, ale nie potrafią jej rozpoznać, dlatego ulegają modom i zbiorowym ułudom popkultury, które prowadzą ich do dzikości. Postulat powrotu do dobrej ludzkiej pierwotności, który może realizować się w czerpaniu z kultury ludowej, jest więc wybawieniem od upadku w dzikość.
(7)
Dawniej w wielu kulturach życie człowieka było lepiej poukładane. Człowiek się rodził, a nowe życie w jakiś sposób celebrowano. W chrześcijaństwie mamy chrzest – narodziny dla Boga, ofiarowanie nowego życia Bogu przez rodziców. To ważny gest.
Bobasek rósł, trzymając się maminej spódnicy. Kaprysił, rozrabiał, ale za nic nie odpowiadał, bo był bobaskiem i odpowiadali za niego rodzice. Kiedy był jeszcze malutki, nietrudno go opanować. Dorósł w końcu do czasu odpowiedzialności za siebie. Wtedy stał się świadomym dzieckiem, rozpoczął naukę dorosłego życia. Katolicy w tym momencie przełomu zaczynają się spowiadać, bo już rozumieją własną odpowiedzialność.
Potem młodzian dorasta do wieku dojrzałego. Następuje kolejne przejście. Starsze kobiety wprowadzały dziewczęta w tajniki życia intymnego i gospodarstwa, przygotowywały je do roli gospodyni. Chłopcy wchodzili w fach pomiędzy dorosłymi – wojownikami, myśliwymi. Dorosłość oznaczała pełne przygotowanie do wzięcia na siebie odpowiedzialności za innych, do założenia rodziny. Koło się zamykało.
Te dwa ważne momenty przejścia stanowiły o późniejszym życiu. Jeden okres definitywnie się kończył – człowiek wiedział, kiedy musi przestać być bobasem, a następnie młodzieniaszkiem. Było to i bolesne, i radosne. Coś się kończyło, a coś nowego, wartościowszego zaczynało. Był to moment zakończenia beztroski i wzięcia na samego siebie ciężaru odpowiedzialności.
Dzisiaj człowiekowi brakuje takiej pomocy. Podałem przykłady obrzędów katolickich, ale zupełnie straciły one swoją wartość emocjonalną i społeczną, są głównie okazją do obżarstwa przy stole, gdy się je świętuje. Niektórzy ludzie umierają w późnej starości, nie pozbywszy się poczucia bycia bobaskiem – kapryśności, zachłannego egoizmu, nieodpowiedzialności. Młodzież nie ma skąd nabywać dobrych wzorców dorosłości, brakuje wyraźnej cezury pomiędzy byciem dzieckiem a dorosłym. Ma to swoją cenę – zaburzenia emocjonalne oraz wiele chorób nerwowych i psychicznych pojawiających się u słabszych natur. Z powodu tej niedojrzałości coraz słabsze stają się więzi rodzinne i w ogóle emocjonalne.
Żyjemy odcięci od naszej natury. Doprowadzono do oddzielenia natury i kultury, kultura zaś odpadła od potrzeb człowieka. To dosyć młody wynalazek wobec historii człowieka. Kiedyś kultura wynikała z natury, z jej potrzeb. Dzisiaj mamy sztukę dla sztuki, wytwórczość dla samej wytwórczości. Człowiek zaczął służyć własnym wytworom, zamiast przy ich użyciu zaspokajać swoje naturalne potrzeby i czynić swoje życie lepszym. Żyjemy w chorym świecie. Rosną bez ducha, bez serc, bez szkieletów ludy i produkują swoich następców. Nie wiedzą, czy są już dorośli, czy wciąż pozostają jeszcze dziećmi. Czy mają się bawić i dogadzać swoim zachciankom, czy może to już nie o to chodzi?
Ceremonie przejścia miały jeszcze jeden ważny zapomniany walor – oznaczały akceptację danej osoby przez wspólnotę. Namaszczały publicznie do nowej roli, dowartościowywały, czyniły uznanym członkiem społeczności, dawały nową wyższą godność młodemu człowiekowi.
Dziś zamiast tego mamy szalejący obłęd jakichś niedostosowanych społecznie (rodzinnie i wspólnotowo) ludzi, zaburzonych emocjonalnie, z zapałem świętej wojny rujnujących naturalny ludzki porządek i pokój społeczny oparty na prostych i czytelnych schematach. Ideologia wynaturzenia (queer, gender) niszczy rodziny i ludzką godność, niesie ze sobą coraz większe pokłady sztuczności, cierpienia i krzywdy.
Potrzebny jest „reset”, powrót do początku, świeże spojrzenie na wieczne i niezmienne prawa i obowiązki wyprowadzone wprost z Natury, od Boga.
(8)
Pierwotność u ateistów
Ateiści są zazwyczaj dość zmitologizowani. Jest taki całkiem popularny typ ateisty trochę posługującego się świadomością mityczną. Nie piszę o totalnych hedonistach czy też o antyreligijnych bojownikach i im podobnych. Chodzi mi o takich, którzy sięgają do swojego sumienia i tam poszukują osadzenia przynajmniej niektórych norm moralnych. Robią to instynktownie, bez głębszej refleksji. W końcu wszyscy mamy pierwotny zmysł moralny, nawet jeśli z początku jest bardzo słabo wykształcony. Niektórzy ateiści w zgodzie z tym zmysłem i empatią, z wrażliwością pochylają się nad życiem. Unikają agresji, a ich wewnętrzny mit łączy łagodność z dobrem. Tworzy się namiastki świadomej metafizyki, tzw. ideały. Pozytywizm w oparciu o takie myślenie wypromował dla świata całkiem sporo dobra, dziś postawa pozytywistyczna i zjawisko inteligencji to w zasadzie zapomniany zabytek etyczny. Jako przedstawiciela tego nurtu w Polsce wspominamy doktora Janusza Korczaka. To też kiedyś popularna odmiana namiastkowego sięgania w kierunku intuicji dobra i w głąb natury człowieczeństwa.
(9)
Ciekawe, że obrzędy chrześcijańskiej Mszy dają się zrozumieć dopiero w świetle wierzeń pierwotnych. Jedno z nich, bardzo rozpowszechnione, dotyczy zjadania kawałka ciała człowieka, zwykle pokonanego wroga, w celu pozyskania jego siły i odwagi, przejęcia cech zjadanego. Jest to oczywiście obrzydliwe i do dziś, niestety, sporadycznie praktykowane w Afryce. Może to dziwne, ale Chrystus ofiarował nam siebie, żebyśmy dzielili się konsekrowanym chlebem i winem jako Jego ciałem i krwią, które spożywamy. Będziemy w stanie to zrozumieć dopiero wtedy, gdy sięgniemy do ludożerczych zwyczajów plemion pierwotnych. Zarazem jest to ich zaprzeczenie i wezwanie do absolutnego zaprzestania praktyk kanibalistycznych. W miejsce tego przerażającego zwyczaju wchodzi chleb i wino, które przenoszą całe zagadnienie w wymiar duchowy i mistyczny. Skutki tej zmiany są jednak takie, że następuje przyjęcie przez wiernych właściwości boskich w postaci duchowego życia.
3. Pierwotna prostota – ostatnia prostota
Potrzebujemy dziś nowej pierwotności, żeby odbudować to, co w sobie zniszczyliśmy. Musimy na nowo dać się oczarować światem (a nie sami czarować), ponownie odnaleźć siebie wobec potęgi Kosmosu i Boga. Tylko to nas uzdrowi.
(1)
Ludzie są już zmęczeni, świat ma się ku końcowi. Jest w nas takie specyficzne napięcie, które utrudnia nam w tych czasach skupienie na czymkolwiek poważniejszym. Bez trudu przeradza się to w agresję. Dlatego znowu potrzebujemy łatwego przekazu, także w sprawach ostatecznych. Skomplikowane teorie i wywody zbytnio męczą współczesnych ludzi, skazanych na prymitywizm albo pierwotną prostotę i uczuciowość skierowaną na Stwórcę jako na Matkę. Potrzebujemy wierzeń dziecięcych, prostych, poruszających i mądrych. Tysiące lat rozwoju wyszukania w religii, filozofii i gnozie zupełnie nie robią wrażenia na dzisiejszym człowieku. Uczone wywody obecnie jedynie nużą i śmieszą. Proste dobro potrafi na nas jeszcze wpływać.
Gdybyśmy chcieli wskazać elementy tego pierwotnego, poważnego przeżywania, to moglibyśmy wymienić m.in.:
• Absolut postrzegany bez antropomorfizacji, w wielkości przekraczającej rozmiarem i znaczeniem Wszechświat, przeczuwany duszą i sercem,
• prawo moralne silnie przeżywane jako ogólne zasady dobrego życia,
• silną więź z Kosmosem, przyrodą, innymi ludźmi, nieco „magiczną” (metafizyczną), ale bez okultyzmu,
• skromną, ale szczerą obrzędowość.
Taki sposób przeżywania transcendencji na co dzień nie wypiera ani nie redukuje Chrystusa i chrześcijaństwa, to jedna z jego wersji, która wydaje się na te czasy szczególnie potrzebna. Nie pomijając całego dorobku chrystianizmu, możemy zaakcentować dziś jego aspekty, które umykały nam przez stulecia.
(2)
Doświadczenie cudu porządku kosmicznego bardzo często jest pierwszym dotknięciem metafizyki w życiu człowieka. Pisze o tym M. Eliade, a i ja sam kiedyś w młodości bardzo silnie to odczułem. To jakby zaproszenie do namysłu nad całością świata. Z tego rodziły się naturalne religie i filozofie.
(3)
Sam pierwotny kosmizm to za mało w naszym czasie. Samotność przed Bogiem i wobec Kosmosu/Logosu jest zapomnianą pierwotną grozą. Musi ją równoważyć opozycja Bożej miłości przekraczającej ludzką samotność (odrębność), powodująca wzajemne zafascynowanie człowieka Bogiem. Bóg i człowiek przekraczają swoją samotność w miłości. Nie odrzucamy dorobku duchowego ludzkości, ale musimy go przesiewać i wyciągać z niego to, co najcenniejsze. Będą w takim światopoglądzie następujące komponenty:
• racjonalna refleksja nad tymi doświadczeniami w filozofii i myśleniu mądrościowym,
• uczuciowa ekspresja w sztuce,
• skromna, lecz głęboka religia, która jest językiem przekazu w stronę Boga, modlitwy, miłości, oczyszczenia,
• odrobina postawy gnostyckiej dążącej do uduchowienia i przebóstwienia całego życia.
