1. Jeszcze o Nowe Erze
(1)
Kontakt z Indiami na płaszczyźnie filozofii i ascezy powinien wyjść chrześcijaństwu na dobre. Ludzie są wszędzie podobni, a wymiana myśli z Indusami okazuje się tak samo interesująca jak niegdyś z Grekami, a ostatnio z laicką myślą Zachodu. Indie kulturowo promieniowały na całą Azję i dalej w świat za pośrednictwem buddyzmu, po trosze też hinduizmu, w ostatnich zaś dziesięcioleciach jogi i bhakti.
Ten subkontynent jest niejako osobnym kosmosem, jeśli chodzi o idee metafizyczne. Znajdziemy tam taką mnogość postaw, nauk, szkół, linii przekazu i spontanicznie tworzonych doktryn, że nie da się tego podsumować. Spory pomiędzy nimi wystarczają Indusom do podtrzymania aktywności intelektualnej. Jest tam mnogość literatury i tylu żywych nauczycieli, że i tak jeden człowiek, choćby najgenialniejszy, tego nie ogarnie. Mieszkańcy Indii nie potrzebują się uczyć od reszty świata, ponieważ mają dość treści u siebie. To jednak w jakiś sposób wyobcowuje ich od reszty kultury ludzkiej.
W praktyce stosowane na to lekarstwo stanowi działalność misyjna prowadzona z wielkim powodzeniem od ok. 150 lat przez jogów i guru. Ruch Nowej Ery jest w swoim paradygmacie zapożyczeniem z tradycji indyjskiej. Swoją obecność zaznacza w nim indywidualizm wyboru wierzeń. Dodatkowo przejęto dyscypliny ezoteryczne, czyli jogę i tantrę. Wraz z tym zatarły się jednoznaczne zasady moralne, które z obszaru świadomości w chrześcijaństwie zostały cofnięte do niejasnych intuicji obecnych w rzeczywistości przedchrześcijańskiej i pochrześcijańskiej.
Obok tego trwa nasilone misjonarstwo waisznawów (krisznaitów i innych). Takie zjawiska jak wiara w reinkarnację, astrologię i moce „bioenergii” zupełnie dobrze odnajdują się w przestrzeni myśli indyjskiej. Gdyby policzyć, jak wielu Amerykanów i Europejczyków wierzy w te rzeczy, a dodatkowo dla ilu są to jedyne wierzenia metafizyczne, mogłoby się okazać, że ludzie Zachodu przeszli w ogromnej mierze na myślenie na sposób indyjski o sprawach duchowych. Oczywiście dzieje się to tylko w wąskim zakresie, takim, który dopasował się do pozostałości pogańskich w tutejszym myśleniu. Mówiąc prościej, kontakt z Indiami stał się na Zachodzie przyczyną odrodzenia praktyk magicznych i pogańskich. Proces ten był szczególnie nasilony w okresie rozkwitu elitarnych stowarzyszeń okultystycznych do czasu II wojny światowej. Później zjawisko to zostało rozpropagowane w całych społeczeństwach i trwa do dziś.
(2)
Styl życia
Jakoś tak się dzieje, że kultura globalna bierze z Indii nie to, co najlepsze, tylko to, co najgorsze. Niewątpliwie jest to poważny problem.
Niemcy w czasach A. Hitlera nazywali siebie Ariami i zaczęli wywyższać się ponad inne nacje. Oparli swój rasizm na zapożyczeniach indyjskich. Przyjęli i przerobili stratyfikację społeczną na nadludzi (czyli siebie), zwykłych ludzi (np. Francuzów) i podludzi (głównie Żydów, Romów, Słowian). To, co w Indiach było systemem organizacji społeczeństwa, która jednak dawała każdemu jakoś lepiej lub gorzej przeżyć, u Niemców przerobiono w ideologię uzdalniającą ich do wymordowania milionów istnień ludzkich. Indie historycznie były krajem wielkiej tolerancji i otwartości na imigrantów z różnych nacji, co dało się zauważyć do tego stopnia, że ludzie gnębieni u siebie znajdywali schronienie między Hindusami. Tak działo się choćby z Parsami, ostatnio dotyczy to buddystów z Tybetu. Niemcy poprzez fanatyczne i diaboliczne towarzystwa okultystyczne doprowadzili zapożyczenia z kraju szczycącego się tolerancją do czegoś, co jest jej zbrodniczym zaprzeczeniem. Dodatkowo przyjęli za swój znak symbol swastyki, znany bodaj wszędzie na świecie, ale najbardziej popularny w kulturach indyjskich, w tym u buddystów. Jest to przykład najgorszego z możliwych sposobu czerpania z kultury Indii.
Obecny przepływ indyjskości do Zachodu nie jest wiele lepszy. Odbywa się przy udziale podejrzanych guru, takich jak rajneesh (Osho), Sathya Sai Baba. Nietrudno zauważyć, że nawet tak szanowany w Indiach Maharishi Mahesh Yogi zgromadził prawdziwe imperium finansowe, a dodatkowo budził różne kontrowersje, co niezbyt licuje z pozycją duchowego przewodnika. Efekty tego wszystkiego widzimy w ruchu New Age, który ukształtował się na takim wypaczonym obrazie kultury indyjskiej.
Wielkie znaczenie przywiązuje się w tym niby-imporcie z Indii do pieniędzy, zdrowia, urody i estetyki. Krótko mówiąc, stanowi to zupełne zaprzeczenie indyjskiego stylu życia duchowego, którego wyznacznikami są sadhu, sannjasin, różne grupy umartwiających się pokutników oraz skierowanie świadomości na Boga, nie zaś na siebie.
Kwestionuje się wartość człowieka, a co za tym idzie – promowane są wszelkie działania przeciwko rodzeniu dzieci: rozwiązłość (na wzór tantry lewej ręki), antykoncepcja, rozwody, aborcje, wszelkie zboczenia. Ma to związek ze specyficznym postrzeganiem seksualności w wypaczony sposób, wzorowany na takich importach jak nauka Rajneesha i ruch hippisów. Zdziczały seks i eskalacja żądz stały się niemal „sakramentami” nowej religii, nietykalną „świętością”. Nad tym wszystkim można rozpiąć napis: „Religia żądz”. Podobnie jest z narkotykami, które bywają używane w Indiach, nawet przez ascetów. Chodzi o susz z konopii indyjskich i haszysz. Hippisi jednak zrobili z odurzania się także cięższymi substancjami, np. LSD, swoje niemal kultowe czynności, jak dzieje się to w niektórych tradycjach szamańskich. To, co tam ma marginalne znaczenie, tutaj stało się sednem.
(3)
Popduchowość
W świecie Zachodu wykształciło się zjawisko złej duchowości. Powstało ono na podbudowie zachodniego egotyzmu (zapatrzenia w siebie) i wykrzywionej wersji chrześcijańskiego personalizmu, który przeszedł w agresywny indywidualizm (bycie w kontrze wobec wymagań wspólnot: rodziny, społeczeństwa, narodu). Zły etos tej formacji duchowej pochodzi więc z Zachodu. Wywodzi się z niego obecny w popduchowości cel życia ludzkiego – afirmacja siebie.
Konsekwencją kroczenia po tej drodze jest postawa samozbawcza. W indyjskim życiu duchowym (i pochodnym mu buddyzmie) można spotkać obok siebie dwa modele:
• oddanie siebie różnie rozumianej rzeczywistości wyższej (bóg jedyny, np. Kriszna; nieosobowe źródło istnienia, np. Brahman; bogowie politeizmu) i uznanie własnej małości oraz potrzeby oczyszczenia poprzez wysiłek duchowy (modlitwa, mantra, asceza), pracę moralną, wykorzenienie zła w swoim życiu, a nawet jakiejkolwiek więzi duchowej (dążeniowej) i przywiązania do spraw tego świata,
• oddanie się doznaniom duchowym, mocom nadprzyrodzonym (siddhi), dążenie do uznania siebie za istotę boską, jedynego faktycznego boga swojego świata.
Tamtejsze życie duchowe w swoich najwyższych przejawach wybiera i poucza o pierwszej z tych postaw, ale w praktyce zwykłych adeptów i guru bardzo często przeważa postawa druga. Za najjaskrawszy przejaw takiego człowiekoboga należy uznać Sathya Sai Babę, który był wręcz opętany samoubóstwieniem. To jest nawet coś więcej niż samozbawienie obecne w punkcie pierwszym, ponieważ przypomina wyniesienie siebie ponad wszelkich bogów i zatarcie w ten sposób sumienia jako władzy uczłowieczającej. Czynienie siebie bogiem prowadzi do utraty człowieczeństwa. Dzieje się to na podbudowie monizmu, czyli przekonania, że bóg, świat, człowiek to jedna substancja (np. energii) itp. lub w postaci negatywnej, zgodnie z którą wszystko jest równie złudzeniem istnienia albo, mówiąc prościej, nie da się odróżnić rzeczywistości boskiej od ludzkiej. Monizm, co prawda, w wysokim nauczaniu pogańskim bywa odróżnialny od pojęcia niedualności, ale to nauczanie, ostrożnie niedualne i jakoś wzniosłe, rzadko spotyka się z dojrzałą recepcją, o ile w ogóle nie pozostaje jedynie zabytkiem literatury duchowej. W praktyce najczęściej można spotkać postawy stricte monistyczne i to w gorszym, samoubóstwiającym wydaniu. W tej wersji monizmu pomieszane są dwie różne relacje – jedności i egzystencjalna. Wynikiem tego może być kult dosłownie wszystkiego zgodnie z zasadą logiki, według której efektem rozumowania w oparciu o fałszywą przesłankę może być każdy wniosek. Dlatego krzewiciele takiej postawy poruszają się w absolutnej dowolności przekonań, a wszystkie one wynikają z tej samej podbudowy. Jest to typowy rezultat budowania na fałszu.
(4)
Kiedy dziś czytam w przekazie popkulturowym frazy typu:
• „wszystkie czujące istoty”, czyli zrównanie ludzi ze zwierzętami,
• „w poprzednim wcieleniu”,
• „samorozwój” w sensie ezoterycznym,
• „duchowość”, ale bez religii, uprawiana w dowolny sposób,
• „bioenergia”,
• „guru i jego aśram”, to mam świadomość, że piszą je ludzie, których wnętrza ukształtowane są przez Nową Erę przy pomocy idei zaczerpniętych z Orientu. Takie osoby nie mają nawet pojęcia, że istnieje inna niż neognostycka nauka o sprawach nadnaturalnych. Przekaz oparty na New Age szczelnie wypełnia umysły nowych pokoleń.
(5)
New Age syntezuje to, co najgorsze na Zachodzie i w Oriencie – egoizm i magię. Afirmuje zdrowie, piękno, zasobność, ekologię. Jednak istotniejsze jest, co ten ruch końca czasów odrzuca i destruuje, a są to:
• uniwersalna moralność,
• religijność,
• asceza i potrzeba nawrócenia,
• konkretność wierzeń – w to miejsce proponowana jest mgła najróżniejszych niedookreślonych zjawisk, chaos zamiast jasności, dowolność fantazji w tym względzie,
• prymat rozumu nad doznaniami metafizycznymi – panuje irracjonalizm, popada się w dowolne fantazje w wierzeniach,
• osoba, której wartość jest negowana poprzez dehumanizację ludzi w nieludzkiej wersji monizmu.
New Age stworzył nowy paradygmat, nowy sposób myślenia i postrzegania świata. Stał się on obowiązującą normą na Zachodzie jako jedna z form egoizmu obok konsumpcji, kultu wynaturzeń (gender, transhumanizm) oraz postmoderny. Wszystkie one są różnymi aspektami tego samego „humanizmu”, w którym człowiek sam dla siebie pozostaje jedyną wartością.
(6)
Niezwykle trudno z mojego punktu widzenia jako Europejczyka odróżnić to, co faktycznie pochodzi z Indii, od przekształceń i wypaczeń, jakie są uprawiane na Zachodzie. Przykładowo o jodze można dziś przeczytać takie rzeczy, które nijak się mają do jej istoty. W większości przypadków traktowana jest jako gimnastyka mająca cechy tajemniczości i dlatego pociągająca. Stała się formą popołudniowej rozrywki, uprawianej niemal w zupełnie dowolny sposób. Można zapytać, czy taka joga ma jeszcze cokolwiek wspólnego z Indiami. Jawi się jako sposób wyróżnienia się z tłumu, atrybut osób z kompleksami, potrzebujących poczucia wywyższenia nad otoczenie.
Takie przykłady spłycenia, wykoślawienia praktyk orientalnych można mnożyć. Ostatnio zachodnia erotomania posługuje się odniesieniami do tantry. Pewien żyjący jednocześnie z dwiema kobietami Norweg określił siebie lamą. Rajneesh nazywał swoich wyznawców sannjasinami. Można powiedzieć, że duchowość indyjska stała się towarem, a raczej etykietą dla zjawisk o bardzo niskiej jakości. Gdzieś na styku kultur dzieją się rzeczy mało szczytne, ale atrakcyjne pod względem sprzedaży. Do tego dochodzi destrukcyjna działalność sekciarska wielu grup odwołujących się do Orientu. W ich ramach ludziom prane są mózgi po pierwszym bombardowaniu miłością, potem dla podporządkowania stosowana jest przemoc psychiczna, a czasem też fizyczna.
Orientalizm budzi na Zachodzie skrajne postawy. Jedni są jego ślepymi wyznawcami, inni traktują go jak kulturowy najazd zacofania, prymitywizmu i zabobonu. Skrajne postawy zazwyczaj są mało płodne, dlatego trzeba w tej materii zagłębić się w problem, żeby umieć oddzielać zjawiska autentycznie orientalne od ich karykatur w popduchowości. Jaskrawe obrazy nadużyć łatwo odstraszają, ale tak można patrzeć na każdą społeczność i religię. Chrześcijanin zobowiązany jest poszukiwać w świecie dobra, przyjmować je, oczyszczać i inkorporować do swojej tradycji. W tym zamieszaniu ideowym, jakie panuje pod szyldem orientalnym, okazuje się to wyjątkowo trudne. Im dłużej interesuję się tymi tematami, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że chcąc uczyć się z dziedzictwa Indii, należy z definicji odrzucić cały import stamtąd na Zachód. Jedynie niektóre zjawiska autentycznie indyjskie, buddyjskie, chińskie, obecne we własnych kulturach, zasługują na to, aby się nimi interesować. New Age z kolei jest subkulturą stricte zachodnią, dla której nawiązania do innych tradycji są jedynie ornamentem i odległą inspiracją. Nową Erę można analizować pod różnymi kątami, poszukiwać jej inspiracji w wielu krajach, ale jej zasadniczy rdzeń, jej etos, obowiązujący oczywiście na Zachodzie, opiera się na egocentryzmie. Importowane są te elementy innych tradycji, które można wpisać w ten schemat samolubstwa.
(7)
Wynik spotkania Zachodu ze Wschodem jest taki, że obecnie pewnie o wiele więcej ludzi Zachodu wyznaje jakąś mutację hinduizmu niż Indusów – chrześcijaństwo. Wielu z nas nawet nie zdaje sobie sprawy, że podziela sporo wierzeń indyjskich, przejętych, zredukowanych i wypaczonych przez New Age. Hasła, takie jak żywa metafizyka czy duchowość, niemal jednoznacznie kojarzą się dziś z jogą lub buddyzmem. Nawet w Kościele rzymskim zaistnieli bardzo wpływowi orientaliści, np. A. de Mello, J. Main, późny T. Merton, którzy naruszyli paradygmat chrześcijański i przynajmniej częściowo zastąpili go spojrzeniem oraz myśleniem innowierczym.
Sprawy poszły w zdecydowanie złym kierunku. Porównując to z podobną sytuacją w antyku, musimy zauważyć, że wtedy dostępne były o wiele dojrzalsze postawy. Byli autorzy, w tym ojcowie Kościoła, którzy zalecali studia nad filozofią grecką i odpowiedzialny import z niej pewnych treści do chrześcijaństwa. Takie zjawiska widzimy nawet w Biblii. Byli też autorzy precyzyjnie krytykujący mieszanie sposobów myślenia chrześcijańskiego i pogańskiego w obawie przed podmianą jednego na drugie. Jedni i drudzy dobrze orientowali się w kulturze helleńskiej i rzymskiej. Dziś wśród chrześcijan można spotkać jedynie postawy skrajne. Jedni zamieniają własną tradycję i w zasadzie też wiarę na jogę lub buddyzm. Drudzy odrzucają wszystko, co nie pochodzi z własnej organizacji wyznaniowej jako z gruntu złe, stroniąc nawet od dorobku innych Kościołów chrześcijańskich. Wydaje się, że mamy do wyboru jedynie zatracenie przesłania Chrystusowego w paradygmacie Nowej Ery albo fanatyczny integryzm. Taką polaryzację da się zauważyć wręcz „gołym okiem” w środowiskach chrześcijańskich. Jedno i drugie jest jednak wyparciem się dwu tysięcy lat chrystianizmu budowanego na całym dostępnym dorobku ludzkości w sferze filozoficznej. Myślę, że na nowo trzeba wziąć do ręki Summę Tomaszową i przeczytać, ile znajduje się w niej odniesień do myślicieli niechrześcijańskich. Niezwykle brakuje mi dziś przytomności i ciepła Jana Pawła II, który faktycznie przeniósł Kościół rzymski w XXI w. Brakuje jednak kontynuatorów jego pracy. Ten papież nie stronił od naukowców, myślicieli, ale zaczynał od osobistej świętości, pobożności, pokuty. Tylko na tej bazie można bowiem budować chrystianizm, kontynuując pracę dwudziestu stuleci rozwoju. Kościół zatrzymany umysłowo w XVI w. przestał być atrakcyjny dla ludzi. Wtedy nastąpiła ostatnia wielka reforma i skok jakościowy. Sobór Watykański II miał być uwspółcześnieniem nauki Kościoła, ale chyba zabrakło jakiejś niezbędnej iskry duchowej, żeby nadać Kościołowi nowe życie. Bardzo dziś brakuje takich jezuitów, którzy w XVI stuleciu potrafili zainteresować swoim przekazem nawet cesarza Chin. Wtedy z różnych przyczyn nie udało się dotrzeć z chrześcijaństwem na Daleki Wschód. Dziś mamy na to ponownie szansę, jednak musimy wyjść z tej opisanej wyżej polaryzacji postaw i znaleźć taki sposób myślenia, który jest osadzony w Chrystusie, a dzięki temu umożliwia nam szukanie ziaren pozostawionych przez Ducha Świętego w każdej kulturze, nawet tej najodleglejszej.
2. Pozytywne zjawiska z Indii
(1)
Pojedynczy chrześcijanin, patrząc na Indie, może jedynie zaakcentować punkty styczne doktryn oraz nieprzekraczalne różnice, jakie zauważa. Nie myślę nawet o jakimś ścisłym wyliczeniu obu tych grup, raczej chodzi o udział w dyskusji, jaka toczy się od jakichś dwustu lat w tym przedmiocie zarówno w Indiach, jak i na Zachodzie. Żeby doszło do porozumienia, niezbędne są ustępstwa po obu stronach. Chrześcijanin musi się otworzyć na zupełnie nowy język i przestrzeń pojęć, jakie funkcjonują w religiach dharmicznych. Indusi z kolei są przyzwyczajeni do wielości religii o płynnych granicach pomiędzy sobą, koegzystujących w ramach ich tolerancyjnej, ale i niezdecydowanej tradycji. Chrześcijanin – przeciwnie – dokonuje radykalnego wyboru Jezusa Chrystusa i nie uznaje innych religii, choć może przejmować różne wizje filozoficzne. Właśnie filozofia indyjska jawi się jako coś atrakcyjnego, choć w samych Indiach w zasadzie jej się nie wyodrębnia od religii. Wiele poglądów, które są właściwe hinduistom, odnajduje swoje wypełnienie w chrystianizmie.
Kwestie indyjskie poruszałem w tej książce pewnie kilkadziesiąt razy. Nie chcę powtarzać już napisanych treści. Chodzi mi tylko o to, żeby wyakcentować kilka spraw.
(2)
Pobożność
Tym, co urzeka Europejczyka w kontakcie z kulturą indyjską, jest zainteresowanie sprawami ostatecznymi. Według mnie punkt odniesienia w stosunku do innych tradycji stanowi aktualny stan mojej własnej społeczności. Zło pożarło ją niemal zupełnie. Chrześcijaństwo zostało wymiecione z życia publicznego na Zachodzie. Jako ostatnia broni się jeszcze Polska, ale siły bezbożności także tutaj stają się bardzo mocne. W tej rzeczywistości naturalnie sakralne nastawienie wielu Indusów wydaje się czymś przywracającym nieco wiarę w człowieka.
Dawni ludzie byli pobożni. Życie religijne wypełniało naprawdę wiele czasu i uwagi. W każdym domu stawiano ołtarzyk, przed którym się modlono. Dodatkowo ludzie chodzili do świątyni. Ceremonie świąteczne odbywały się w gronie sąsiadów i rodziny. Ówczesna kultura była w zasadzie religijna, w związku z czym rozwijały się opowieści, śpiewy, przedstawienia (teatr), powstawały malowidła. Życie w całości posiadało aspekt religijny, więc każda czynność nawiązywała do wiary. Takie podejście przetrwało jeszcze w Indiach. Tamtejsze wierzenia są stare, wyrosły z bardzo pierwotnych religii. To trochę tak, jakby Babilon lub antyczny Egipt przetrwały do dziś. Część indyjskiej spuścizny pochodzi z czasów głęboko prehistorycznych, tak jest najprawdopodobniej z jogą. Pod tym względem Indie są fenomenem na skalę globalną.
Ludzie Orientu, szczególnie hinduiści, miewają zapomniane na Zachodzie poczucie zjednoczenia z Bogiem. Pobożni ludzie są wszędzie na Ziemi. Pobożność polega na zaparciu się siebie, wyrzeczeniu się ego, całościowym zawierzeniu i przylgnięciu do rzeczywistości wiecznej bez oglądania się na samego siebie. W Indiach jest jeszcze sporo żywej wiary w poetyckie poruszające mity i eposy. Ponadto podróżujący tam ludzie opisują nieznaną na Zachodzie radość życia religijnego przejawiającą się w wesołym i podniosłym świętowaniu, pogodne uwielbienie bogów. Towarzyszy temu optymizm duchowy i wiara w możliwość zbawienia, wyzwolenia. Na Zachodzie taka wiara przytrafia się charyzmatykom, ale nawet u nich nie jest codziennością.
Życie człowieka w idealnym modelu indyjskim to cztery aśramy (okresy), spośród których dzieciństwo i młodość polegają na nauce religii u guru, po nich następuje okres życia rodzinnego, ale zaraz potem usunięcie się na pustkowie dla pogłębienia duchowości, na ostatek zaś sannjasa, czyli oddanie wszystkiego, wyrzeczenie się świata. Sannjasin to wędrowny asceta bez majątku, a nawet tożsamości stanowej, będący poza społeczeństwem. Ten model rzadko jest w całości przestrzegany, ale bardzo żywo funkcjonuje w świadomości. Znajduje się w nim coś nieznanego na Zachodzie w takiej skali – chodzi mianowicie o duchowość świeckich, o silne przeświadczenie, że życie duchowe może być przeznaczone każdemu. Ten pociąg do życia duchowego w Indiach jest znacznie powszechniejszy niż na Zachodzie, gdzie raczej oddziela się świeckich katolików i prawosławnych od duchownych jako tych przeznaczonych do duchowości. U protestantów działa to jeszcze inaczej, wszyscy są powołani do obcowania z Bogiem przez zbożne życie i studiowanie Pisma, ale z drugiej strony wyeliminowano zorganizowane formy praktyki duchowości w postaci klasztorów, a co za tym idzie – wiele z tej sfery zagubiono i zapomniano. Nowa Era przejęła tę manierę powszechności obcowania z metafizyką, a chrześcijanie w tym samym czasie stracili gdzieś tego typu przyzwyczajenia.
Zachód nie wykształcił też instytucji aśramu, czyli ośrodka propagowania duchowości dla wszystkich, którzy mają chęć do niego przyjechać, a nawet w nim pomieszkać. Jeśli Zachód ma się odrodzić, to konieczne są miejsca wzorowane na tej formule z życzliwym, ascetycznym nauczycielem (lub ich grupą), do którego można przyjechać, od którego da się uczyć, z którym można zamieszkać i wejść w duchową wspólnotę.
Pierwotna pobożność to także poczucie bliskości i obecności boskiej, pamięć o niej. Jest to również obcowanie z tą obecnością w sercu, osobiste spotkanie z Absolutem na co dzień. To wciąż doświadczanie i oczekiwanie cudów płynących dzięki modlitwie. Na Zachodzie duchowość i wiara na pierwszym miejscu w sercu człowieka stanowią już tylko wspomnienie, gdzie indziej są jeszcze codziennością. Jeśli ktoś uważa, że przesadzam, to niech wyjdzie na ulicę polskiego miasta i znajdzie chociaż jedno zjawisko religijne. Kościoły są szczelnie zatrzaśnięte, księża poza nimi wstydzą się swojego stanu, chodzą w dżinsach i koszulkach. Tymczasem człowiek potrzebuje oddychać wiarą, otaczać się nią, a tu właściwie nie ma jak. Jest za to wszechobecna kultura perwersji i chciwości.
Nie zachęcam do przejścia na hinduizm, chociaż uważam, że to dobro, które hinduiści sercami przeczuwają i utożsamiają zastępczo z bogami swojej naturalnej religii, zrealizowało się w Jezusie Chrystusie. Widziałem w sieci obrazki z figurą Jezusa Chrystusa z indyjskimi girlandami kwiatów, to naprawdę piękny widok, bo nasz Pan godzien jest wszelkiej miłości i czci, także na wzór hinduski. Formy kultu, jaki sprawuje się w Indiach, obecne są też w katolicyzmie: procesje z figurami, ceremonie świątynne i domowe, obecność kapłana, pomniejsze ryty (sakramentalia itp.), pielgrzymki itd. Właściwie to bogactwo praktyk indyjskich daje się bez problemu przełożyć na katolickie przyzwyczajenia. Także radość wiary była przez stulecia katolickim wyznacznikiem w przeciwieństwie do purytańskiej surowości. Wybitny lekarz, teolog i ksiądz, Rama Coomaraswamy, urodził się w Indiach i odebrał hinduskie wychowanie oraz wykształcenie. Gdy wyjechał na Zachód, w naturalny sposób wybrał wiarę katolicką jako najlepiej odpowiadającą jego przyzwyczajeniom. To ważny sygnał pokazujący, że bogata w formy wiara hinduska znajduje swój pełny odpowiednik w katolicyzmie, oczywiście w tym oczyszczonym z pychy i wyniosłości, które są tak często obecne u naszych kapłanów, oraz z panoszącego się obecnie modernizmu zabarwionego wpływami New Age. Pogodny i bogaty w formy katolicyzm wydaje się świetną propozycją dla religijności Indusów.
(3)
Wiara w Boga
Wielkim osiągnięciem Greków było wyakcentowanie wiary w jedynego Boga mimo panującego wielobóstwa, co uczynili filozofowie. Podobnym sukcesem duchowym mogą się pochwalić Indie. Tamtejsza teologia cechuje się niejednolitością, niemniej jasne jest, że ponad nadal czczonymi bogami politeistycznymi znajduje się jakaś niepojęta rzeczywistość Absolutu. Brahman bywa opisywany jako nieokreślony Absolut lub osobowy bóg (Nirguna i Saguna Brahman). Niewiele kultur na Ziemi może się pochwalić tak zaawansowaną refleksją teologiczną. Na dodatek w kulturze indyjskiej jest więcej wyznawanych postaci Absolutu, także jako Purusza, Paramatma i zapewne inne. Tak rozbudowanej teologii nie miała żadna naturalna kultura na świecie. Dla mnie interesujące jest to, że ta teologia nie oddzieliła się od prostoty prawdziwej wiary, co się przydarzyło chrześcijanom. Współczesna teologia chrześcijańska na siłę usiłuje się odróżniać od wiary ludowej, zamyka się w swoich akademickich formach, wynikowo degeneruje się i umiera. To wręcz demoniczne zjawisko teologii bez wiary. Spojrzenie na dostępność teologii indyjskiej i przystępność jej pouczeń choćby na YouTube, związany z nią naturalny i ciepły przekaz są czymś, co przypomina o właściwych sposobach życia religijnego.
Miłość jedynego Boga, tak totalnie uprawiana przez bhaktów, budzi szacunek. Żadna wspólnota religijna z równą odwagą i radością nie demonstruje swojej wiary.
Sadhu Sundar Singh, wielki apostoł Indii i Tybetu, mistyk i asceta, po podróży do Europy w latach 30. zeszłego wieku wolał wrócić do swoich nienawróconych wciąż na Chrystusa Indii, ale pełnych naturalnej pobożności, niż przebywać wśród obłudnego sztafażu chrześcijańskiego na Zachodzie przy realnie panującym zdeprawowaniu i egoizmie. Wiary nauczyła go mama, która wyznawała indyjskich bogów, ale w taki sposób, że młody Sundar przesiąkł religijnością, która później się nie zmieniła, tylko skierowała do Chrystusa, jedynego prawdziwego Boga.
Można powiedzieć, że Indie są bardzo dobrze i wszechstronnie przygotowane na przyjęcie wiary w Chrystusa. Prawdziwa pobożność i autentyczny Bóg to ukoronowanie poszukiwań ludzkości. Zachód poznał Boga, ale nigdy nie nauczył się pobożności, a ostatnio nawet od niej odstąpił. Wielką wiarę wśród chrześcijan można dziś spotkać w Chinach, Afryce i wszędzie tam, gdzie wiąże się ona z dużymi kosztami, co też nadaje jej wartość. Również Indie są w stanie godnie przyjąć Boga zamiast panteonu bożków z baśniowych mitów, co mogłyby uczynić wyjątkowo wspaniale, bazując na swoim duchowym dorobku. Ludzie wierzący w miłość (życzliwość), dobroć, prawdę już wyznają Chrystusa, który jest tym wszystkim. Wystarczy im to uświadomić.
Wiele spraw, które opisałem w tej książce, takich jak Logos, coincidentia oppositorum i inne, zostało już zupełnie zapomnianych na Zachodzie. W kręgu kultury indyjskiej, nawet na terenie Polski, nie ma problemu, żeby posłuchać choć o Paramatmie i Dharmie będącymi odpowiednikami Logosu. Na tym polega różnica – Zachód w chwili obecnej to jałowa filozoficznie i teologicznie ziemia. Obcowanie z wierzącymi w tradycjach indyjskich jest jak oddech świeżego powietrza. Dzieje się tak nie z powodu tego, co tam się głosi, ale ze względu na fakt, że w tamtym kręgu jeszcze w ogóle myśli się o sprawach metafizycznych. Europejczyk zwyczajnie nie ma z kim porozmawiać o Bogu, Logosie w swojej społeczności.
(4)
Matczyny aspekt Boga
Tak chętnie wszyscy wzdychamy: „O, Matko…”, bezwiednie wzywając Matkę Niebieską. Ten wymiar Boga został zupełnie zapomniany przez chrześcijan. Wyznania istniejące od starożytności kultywują w to miejsce pobożność maryjną, a protestanci nie mają nawet tego. Indie wyróżniają się pod względem liczby czczonych bogiń do tego stopnia, że ten rodzaj pobożności stanowi niemal definicyjną cechę hinduizmu. W Indiach tak jak w Polsce wzdycha się: „O, Matko…’’, tyle że tam chodzi o Kali. Hinduista nie ma problemu z duchowym obcowaniem z kobiecym, matczynym aspektem boskości. To czyni ludzi łagodniejszymi, spokojniejszymi, radośniejszymi. Człowiek jako dziecko Boże stale potrzebuje matki, która go nakarmi, pocieszy, obroni. Chrześcijanie powinni włożyć wielki wysiłek w studiowanie tego zagadnienia i nieustanne odświeżanie go w swojej teologii, co daje nadzieję na przywrócenie serdecznej i ciepłej wiary obok surowego rygoryzmu związanego z obcowaniem z Ojcem Niebieskim. Więcej pisałem o tym problemie już wcześniej.
(5)
Kosmizm
Indie to bodaj ostatnia żywa kultura kosmologiczna. Pisałem o zdobyczach i wadach tej fazy rozwoju duchowego ludzkości. Ważne jest, że tamtejsi ludzie potrafią jeszcze myśleć kategoriami Kosmosu, który potrzebuje naszej opieki. Prawość, cnota, wiara w Boga sprawiają, że Wszechświat i ludzkość na nim mogą żyć w spokoju i pod każdym względem kwitnąć. Przeciwnie działają grzech, bezczelność wobec Boga, degeneracja, które rujnują Kosmos. Odczuwamy to bardzo dotkliwie obecnie, gdy ogień upałów i woda powodzi, czyli poruszone grzechem żywioły, obrazują chaos narastający w ludziach. Dodatkowo szarańcza i zaraza niosą śmierć. Chaos rodzi chaos. Wszystko powoli zmierza do jakiejś potężnej wojny. Tylko moralna odnowa ludzkości i powrót do powszechności wiary mogą cokolwiek jeszcze zmienić, a i to raczej już nie w stosunku do całości świata, ale w konkretnych ludziach i ich historii. Czasy znowu stają się epickie i wymagają heroicznych postaw. W istocie zawsze takie były.
Hinduskie rozumienie kosmizmu jest naznaczone koncentracją na własnym kraju traktowanym jak całościowy analog Kosmosu. Istotą Dharmy, czyli porządku kosmicznego, uczyniono rasizm systemu warnowego. Nie można tych wypaczeń popierać. Niemniej, jesteśmy w stanie sięgnąć w historię myśli hinduskiej, szukając w niej szerokiego rozumienia Dharmy jako prawości w ogóle oraz Rty jako porządku i ładu świata. Następnie możemy te pojęcia uwspółcześnić i odnieść do całości ludzkości. Wtedy będą one doskonale korespondować z biblijnym i greckim Logosem oraz chińskim Tao. Warto przy tym dodać, że istotą prawości nie są jakieś lokalne obyczaje społeczne „uświęcone” historycznie, tylko Dziesięć Przykazań Bożych.
Inny aspekt Logosu to „dusza świata”, czyli ta duchowa rzeczywistość, która nadaje światu życie oraz kształt. W Indiach nazywana jest Paramatmą (Wielką Duszą). Chyba jedynymi ludźmi na globie, którzy jeszcze żywo rozmawiają o tym zagadnieniu, są właśnie hinduiści. Bliskie temu jest chińskie Tao, ale w polskim internecie nie znalazłem poważnego wykładu na ten temat. Logos realizuje się i „przebywa” w każdej rzeczy świata, także we wnętrzu człowieka, mówi przez intuicję dobrego życia. Przenika wszystko i jednoczy z Bogiem. Spotkanie z Indiami i Chinami daje nam, chrześcijanom, możliwość przypomnienia sobie własnych początków, które wyrosły ze słów Chrystusa rozwijanych dzięki filozoficznemu dorobkowi hellenizmu. Niegdysiejsze inspiracje neoplatońskie, z jakich korzystali wcześni chrześcijanie, nie są bardzo odległe od wedanty.
Myślenie kategoriami Karmy i Dharmy to ginące poczucie odpowiedzialności za świat wyrażane poprzez osobistą moralność. Jak pisał C.S. Lewis, człowieczeństwo zawiera się w rozumieniu życia w Logosie (u niego Tao). Bez tego istota ludzka staje się zdziczałą bestią.
(6)
Dusza
Na Zachodzie przestała być zrozumiała rozmowa o duszy. Liczy się tam wyłącznie ciało, ewentualnie jeszcze emocjonalność (psychika). Świadomość siebie jako rzeczywistości wiecznej, własnej duszy, istoty duchowej, nieśmiertelnej, będącej czystą percepcją Boga, funkcjonuje wśród ludzi religijnych szczególnie w Indiach. Coomaraswamy zauważył pewne podobieństwo. W Indiach Atman rozumiany jest jako cząstka Absolutu, a w Księdze Genesis Bóg ożywił człowieka w ten sposób, że tchnął w niego swojego ducha (ruach). Jeden i drugi przekaz mówią nam, że nosimy w sobie pierwiastek pochodzący wprost od Boga, co jest nobilitacją i zobowiązaniem, aby nie zatracić się jedynie w sprawach cielesnych i ziemskich. Nie chcę powiedzieć, że koncepcje indyjskie i przekaz chrystianizmu są takie same, ale dostrzegam, że przynajmniej istnieje między nimi płaszczyzna do dialogu.
Dusza ogląda Boga w taki sposób, że jej ogląd jest nieporuszony, nieskażony, czysty. Nie mają tam przystępu żadne wypaczenie, zło, grzech. Percepcja, istnienie i ekspresja miłości są jednym i tym samym, pełnią, totalną adoracją. Takie doświadczenie może wystąpić zarówno u hindusa, jak i u chrześcijanina, ale jego interpretacja będzie inna, zgodna z przyjętą doktryną.
(7)
Poszukiwanie mądrości i filozofia
Zauważyłem ostatnio w internecie niewielką społeczność odświeżającą w jakiś sposób stoicki styl życia. Jest on odpowiedzialny, powiązany ze szlachetną filozofią, nieco ascetyczny. Rzuciłem okiem na publikacje z tego kręgu, ale nie dostrzegłem w ich treści kluczowego dla stoików elementu, jakim jest kontemplacja Logosu. Usiłowania te można więc uznać za rodzaj kontestacji chrześcijańskiego otoczenia oraz za reakcję na panujące w filozofii kierunki orientalistyczne, usiłowanie odnowienia własnej okcydentalnej spuścizny.
Słuchałem filmów z wykładami filozofii Bhagawadgity z elementami wedanty, sankhji – tych jest w internecie naprawdę dużo. Podobnie nietrudno posłuchać nauk o buddyzmie i jego wizji rzeczywistości. W kręgu kultury indyjskiej te tematy są dostępne do tego stopnia, że dziś filozofia wykładana na sposób popularny i przystępny dostępna jest tylko z Indii. Skutkiem tego stała się też jej wyrywkowa recepcja w New Age. Symbolem tych czasów może być popkulturowy rycerz Jedi, który ubrany jak buddysta głosi filozofię neognostycką i okultystyczną. Pomieszane wpływy chińskie, indyjskie i New Age na podbudowie mitoznawstwa Campbella zagarnęły metafizyczną wyobraźnię tłumów. Obecnie poszukiwanie mądrości i filozofii skutkiem postępów teozofii i Nowej Ery w popkulturze kojarzy się głównie z Orientem.
Dla chrześcijanina to przykre, choć trudno winić widzów telewizji i tych, którzy korzystają z YouTube’a, że nie znają tomizmu, skoro nikomu nie zależy, żeby im go przekazać. Bodaj jedynym filozofem, który w Polsce za mojej pamięci wychodził do ludzi, był J. Tischner, ale jego wpływ okazywał się niewielki, a filozofia dość mglista. Podobny mu Czech, ks. T. Halik, z tego, co czytałem na portalach, głosi wizję Boga wziętą raczej z Indii niż z chrześcijaństwa. W jego koncepcji jest On bardziej jakimś nieokreślonym Absolutem, Brahmanem niż Bogiem biblijnym. Miałem w rękach jego książkę o religiach świata i na jej podstawie zauważyłem, że wiele czerpie z Indii. Daje nam to do myślenia. Nawet czołowy, nagradzany teolog formalnie katolicki ewidentnie uczy się od hinduistów. To też signum temporis.
Siłą Indii i buddyzmu jest podtrzymywanie zainteresowania sprawami metafizycznymi, szacunek dla swoich myślicieli z przeszłości, aktywne studiowanie ich dzieł i życie według ich wskazówek. Śankara nadal jest tam nazywany honorowym tytułem „aczarja”, przez co mówi się o nim „Śankaraczarja”. To znamienne. Dobry Boże, czy jakikolwiek Europejczyk z takim szacunkiem odnosi się do któregokolwiek Ojca lub Doktora Kościoła? Mało kto w ogóle zdaje sobie sprawę, że tacy istnieli i kształtowali naszą dzisiejszą świadomość teologią, filozofią, po prostu mądrością. Gdy słucham, jak hinduiści z czcią czytają i odnoszą się do swoich historycznych autorytetów i mają do nich jakiś fundamentalny szacunek, mogę jedynie ze zgrozą patrzeć na kulturę, w której sam żyję. Nie znaczy to, że przyjmę jako swoją filozofię przykładowo wedantę; chodzi raczej o to, że doceniam ludzi, którzy to robią i aktywnie poszukują kontaktu z Absolutem.
(8)
Doświadczenie duchowe
„(…) myśl hinduska poszukuje doświadczenia, które wyzwalając człowieka z ograniczeń czasu i przestrzeni, miałoby wartość absolutną” – napisał papież Polak. Spotkałem się z poglądem, że istotą duchowości orientalnej w ogóle, a zwłaszcza indyjskiej i zen, jest osobiste doświadczenie. Byłem w Odnowie w Duchu Świętym, gdzie także wielu ludzi opierało się na doświadczeniu swoim lub kogoś znajomego. Problem w tym, że z doświadczenia wyrastają różne przeświadczenia; z przykrością muszę stwierdzić, że nierzadko chybione. Jeśli jakiś człowiek z Odnowy podchodził do tych spraw emocjonalnie i bezkrytycznie, prędzej czy później popadał w jakieś nonsensy. Dotyczyło to niewielu, ale byli i tacy. Inni badali siebie i swoje doświadczenia tak, jak poleca to Pismo. Nie wszystko, co nam się wydaje, że jest od Boga, faktycznie stamtąd pochodzi. Istnieje własna wyobraźnia bądź podświadomość, którymi łatwo się zasugerować. W warunkach życia duchowego typu gnostyckiego, jaki dominuje w Indiach, każde w zasadzie doświadczenie metafizyczne przyjmuje się bez większego namysłu. Sfera spirytualna jawi się jako z definicji święta, a także wyższa od potocznie dostępnej materialnej.
Widzimy tu zupełny kontrast w stosunku do chrystianizmu. Wiemy, że Wszechświat zamieszkały istoty duchowe, które życzą sobie, aby otrzymywać od ludzi cześć boską. Mało tego, potrafią to spowodować, wpływając na nas. Tak powstawały w większości religie i duchowości naturalne. Stoją za nimi niewyobrażalne dla ludzi moce. Gdy człowiek ich doświadcza, z łatwością będzie składał im hołdy, chociaż one zupełnie nie zasługują na takie wyróżnienie – to przecież złe moce. Chrześcijaństwo jest wypowiedzeniem wojny potęgom kosmicznym, a jego wierni – armią przeciwko władzy tych mocy nad oszukanymi ludźmi. Obok tego wyznawcy religii i duchowości naturalnych zwracają się też do Absolutu. Z punktu widzenia chrześcijanina wyznają naraz dwie religie – pojawiają się u nich elementy kultu prawdziwego Boga i cześć dla uzurpujących sobie boskość demonów. Wiara w Boga owocuje zaprzeczeniem egoizmowi i skupianiem się na pokorze, z kolei kult demonów upaja nabywanymi władzami metafizycznymi (siddhi), zachęca do depersonalizujących transów, buduje duchową pychę z racji czynionych „postępów”. Chrystus przyniósł światu umiejętność rozeznawania duchowego i odróżniania jakże subtelnych wpływów nadnaturalnych różnego pochodzenia.
Doświadczenie mistyczne, nawet pochodzące od Boga, nie jest samo w sobie tak istotne, jak to, jakim się stanę po nim. Sztuka polega na tym, aby umieć się odnieść do tych spraw w taki sposób, żeby kierować się w stronę uwolnienia od egoizmu, więzi ze światem.
(9)
Rozwój duchowy
W Indiach funkcjonują różne organizacyjne formy umożliwiające rozwój duchowy. Wskazane powyżej cztery aśramy życia hinduisty to model życia bazujący na przywiązaniu do duchowości. Jest wiele zjawisk wspomagających, takich jak: obecność licznych guru, ich aśramy, rozmaite wspólnoty kultowe, ośrodki życia duchowego i inne. Na marginesie należy wspomnieć, że aśram to ośrodek życia duchowego. Hinduista, chcąc uczyć i praktykować (o ile nie ma przeszkód warnowych), musi pamiętać, że po pierwsze został do tego zobowiązany, a po drugie bez trudu znajdzie pomoc nauczyciela. Poza tym owi mistrzowie znają wypracowane przez tysiące lat formy i sposoby przewodnictwa duchowego. Nigdzie na świecie żadna kultura i organizacja społeczna nie są tak nastawione na duchowość jak w Indiach. Jest to ewenement na skalę całej historii ludzkości. Nie oznacza to, że wszyscy hinduiści w tym aktywnie uczestniczą, niemniej, o ile zachcą, nie stanowi to dla nich problemu
W znanym mi polskim otoczeniu nawet duchowni – kapłani i zakonnicy – o tych tematach co do zasady co najwyżej słyszeli, nie mówiąc o świeckich. Jedynie jezuici stworzyli ramy organizacyjne dla propagowania swojej duchowości ignacjańskiej. Gdzieniegdzie w jakimś klasztorze można coś tam usłyszeć o lectio divina. Właściwie dostępne są wszystkim jedynie modlitwa, adoracja i sakramenty, jednak jak duchowo w nich uczestniczyć, tego nie uczy nikt. Zdarzają się też autorzy i praktycy sprowadzający życie duchowe do terapii psychologicznej, co jest zwyczajną profanacją.
Z tych powodów nie dziwi, że cały świat skierował swoją uwagę na kulturę indyjską, skoro tam takie rzeczy należą do tradycji i to nie tyle religijnej, co w ogóle społecznej. Takie pojęcia jak rozwój duchowy, osobisty, samorealizacja w praktyce kojarzą się z kulturami orientalnymi oraz ezoteryzmem.
Celem duchowości jest wyzwolenie od świata. Ludzie noszą w sobie jakieś wrodzone poczucie, że powinniśmy iść duchową drogą przemiany ku wyższym niż materialne rzeczywistościom. Instynktownie tego poszukujemy, ale większość identyfikuje dobra najwyższe z materialnymi i pogrąża się w „religii” żądz zmysłowych. Niemniej, nawet oni robią to z uwagi na potrzeby swoich dusz, których nie potrafią właściwie skierować. Ludzie bardziej świadomi rozumieją, że sprawy ciała są niższym poziomem istnienia, a funkcjonuje sfera duchowa, w której winniśmy uczestniczyć, co wymaga krok za krokiem nauki, nabywania umiejętności, przemiany. Wszyscy tego potrzebujemy. Oferta indyjska jest na wyciągnięcie ręki, stąd ludzie po nią sięgają, podobnie jak po pochodną od niej całą rozmaitość New Age. Innych właściwie nie ma. Gdybym w swoim mieście chciał iść na kurs duchowości katolickiej, to nie mam dokąd. Z kolei jogi, zen, różnych form z Nowej Ery jest wszędzie pełno.
Indiom zawdzięczamy zwrócenie uwagi całemu światu na to, że mamy dusze, że istnieje potrzeba kształcenia się w sprawach metafizycznych. Indyjskie formy tych zjawisk zawierają w sobie obcowanie z różnymi duchami, bez ich rozróżnienia, co jest groźne. Natura ludzka nie znosi próżni i skoro nie ma chrześcijańskich form organizacji życia duchowego, to ludzie wybierają te, które są im dostępne. Chrześcijanie muszą się otrząsnąć i odnowić swoje życie duchowe, zapewnić szeroką sieć nauczycieli autentycznie doświadczonych oraz stałe łatwo dostępne ośrodki. Bez tego chrześcijaństwo ginie.
Zupełnym nieporozumieniem jest to, co wyrosło z praktykowania przez tytularnie chrześcijańskich duchownych praktyk hinduskich, buddyjskich i ezoterycznych. Ruchy typu WCCM J. Maina, wcześniejsze zachęty T. Mertona przyczyniły się do ostatecznego upadku chrześcijańskiej duchowości, która jest mieszana z jogą, a w konsekwencji przez nią zastępowana. Właściwa dla hinduisty i buddysty joga wraz ze swoimi pochodnymi nie może być stosowana przez chrześcijan, gdyż stanowi drogę ezoteryczną. Gdy jogin twierdzi, że joga jest niezależna od wyznawanej religii, to w istocie chodzi o dwie rzeczy. Po pierwsze w religiach dharmicznych stosują ją wisznuici, siwaici, buddyści, sikhowie, a nawet po części muzułmanie nurtu gnostyckiego. W Indiach faktycznie wszystkie tamtejsze religie używają jogi, ale to nie dotyczy całego świata. Po drugie joga sama w sobie jest odmianą religii, ma swoją doktrynę, podstawy teologiczne i filozoficzne oraz zwyczajowo jest mieszana z innymi. W Indiach to nic niezwykłego, gdyż tam – zarówno w całej kulturze duchowej, jak i u poszczególnych wyznawców – generalnie zachodzi eklektyczna kumulacja różnych tradycji i praktyk.
Chrześcijanie nazywają świętością wyzwolenie od przywiązań światowych. Święty to człowiek oddzielony, zjednoczony z Bogiem i skupiony na pobożności. Niestety świętość na Zachodzie nie jest ostatnio w modzie, więc nie ma nauk z tego zakresu. Widać brakuje tu świętych, którzy mogliby pomóc innym w przemianie. Zepsucie, lenistwo i grzech ogarnęły niemal wszystkich. Patrząc na ludzi innych kultur, widzimy, jak nisko upadliśmy i jak trzeba postępować, żeby się z tego upadku podnieść, o ile zależy nam na naszych duszach i wieczności. Drogi do tego nie wyznacza jednak gnoza jogi, buddyzmu, ale sam Jezus Chrystus, do którego możemy zwracać się w modlitwie, nieustanne prosząc o pomoc i prowadzenie. On sam jest Drogą.
(10)
Cierpienie
Na Zachodzie oficjalnie żyjemy w świecie bez cierpienia. Maniakalni hedoniści nie dopuszczają myśli o tym, że ból stanowi nieodłączną część życia. Skutkiem tego jest ogromny wzrost dolegliwości psychicznych, depresji, neuroz, samobójstw. Wyparte problemy w duchu propagandy sukcesu i cielesnych rozkoszy nie giną, tylko narastają wewnątrz psychiki. Stare kultury hinduskie i buddyjskie mają bardziej realistyczne podejście do tych spraw. Przyjmują one, że cierpienie istnieje w każdym z nas, a sztuką jest umieć ulżyć w nim zarówno sobie, jak i drugiej osobie. Rozbudowane indyjskie (do kultury indyjskiej zaliczam też pierwotny buddyzm) studia i analizy charakteru oraz przyczyn cierpienia ułatwiają jego znoszenie. Nadzieja na ostateczne uwolnienie poprzez duchowe zespolenie z Absolutem stanowi wielkie osiągnięcie tamtejszej religii. Różnica w stosunku do wizji chrześcijańskiej polega na tym, że chrześcijanin nie dąży do anihilacji swojej tożsamości, co z kolei pojawia się w indyjskich naukach, tylko do przylgnięcia do Boga aż do psychicznego zatracenia poczucia siebie na rzecz doświadczenia bycia częścią Boga i płynącego z tego szczęścia. Sama ta świadomość jest wieczna i nie zatraca się. Problemem cierpienia nie jest zatem samo istnienie jaźni ludzkiej, tylko jej odłączenie od Boga. W Bogu nie ma cierpienia, ale wieczne spełnienie i szczęście, taki stan udziela się duszom, które powracają do łączności z Nim, do duchowej symbiozy nieba.
(11)
Wyzwolenie
Obecnie na Zachodzie nie ma też poczucia grzechu. Wszystko wolno, a żądza stała się prawem człowieka. Nie próbuje się nawet rozmawiać o tym, że z żądz można się wyzwolić. Psychologowie leczący z zaburzeń popędowych bywają prześladowani. Widać, jak grzech i żądza stały się obowiązującym właściwie niemal nakazem, a na pewno przedmiotem ochrony. Zakaz krytyki jest de facto nakazem akceptacji. Wraz z wolnością myśli umarła na Zachodzie wolność moralna. W niektórych krajach dzieci w szkołach są obowiązkowo uczone grzechów seksualnych. Gdy rozumiemy kosmiczne konsekwencje takich zachowań, zdajemy sobie sprawę, że świat nie może już istnieć w tym kształcie. Przemija jego postać, a właściwie ludzie sami go zniszczyli.
Grzech to problem, potrzebne jest zatem wyzwolenie od jego władzy, skutków i skłonności. Świętość, wyzwolenie to powrót do świętej pierwotnej natury samego siebie w harmonii z Bogiem. Wyzwolić ze spaczonych popędów, uspokoić psychikę, wyleczyć wewnętrzny ból, zreorientować się życiowo – to wszystko właśnie droga duchowa. Niewolnik żądz nie jest sobą, widzimy to bardzo wyraźnie u nałogowców, którzy już nie potrafią kierować swoim życiem, ale poddają się bezlitosnemu przewodnictwu grzechu. Wszyscy nosimy w sobie takie większe lub mniejsze zniewolenia, których skutkiem często jest po prostu grzech lub rozdarcie wewnętrzne prowadzące z kolei do apatii i bezczynności.
Wyzwolenie, świętość jako centrum uwagi i wrażliwości człowieka to już rzadkość, a tak naprawdę tylko to się w życiu liczy i ma jakieś pozytywne konsekwencje w wieczności. Rozwój duchowy dobrze rozumiany to droga, na której możemy to osiągnąć.
(12)
Asceza
Sposobem osiągnięcia wyzwolenia jest asceza. W Indiach i pochodzącym z nich buddyzmie mamy naprawdę wielu ascetów, w chrystianizmie powiedzielibyśmy – pokutników. Istotą ascezy jest opanowanie ciała przez powściąganie jego żądz i potrzeb, oczyszczanie duszy oraz znoszenie cierpienia. Jedno i drugie jest w religiach dharmicznych doskonale znane i praktykowane. Można powtórzyć to samo, co pisałem o rozwoju duchowym i wyzwoleniu, bo to wszystko stanowi jeden zespół zjawisk. W dyscyplinach ascetycznych Indie są z pewnością ostatnią kulturą, która nie ustaje w ich uprawianiu. Różne szkoły sadhu i podobnych ascetów liczą naprawdę wiele osób, zapewne należą do nich miliony ludzi. Na Zachodzie aktywna asceza praktycznie nie istnieje. Dlatego nie sposób spojrzeć na hinduistów i buddystów pod tym względem inaczej niż z szacunkiem. W chrześcijaństwie dogorywają właśnie ostatnie zgromadzenia ascetyczne w postaci zakonów kontemplacyjnych. Ich oddziaływanie jest jednak niezwykle skromne z uwagi na to, że są z definicji odcięte od świata.
Nic chyba tak nie przykuwa uwagi w Indiach jak różni sadhu, a w buddyzmie – skromność życia mnichów. Jeśli jest coś, co czyni te kultury silnymi, to właśnie to. Siłę w duchowości stanowi bowiem poświęcenie i ofiara. Jeśli chrześcijanie chcą się wzmocnić, muszą się tego uczyć na nowo.
Biedny Pan Jezus Chrystus wędrował po Judei i Galilei właśnie jako wędrowny żebrzący asceta. Sądząc po całunie turyńskim, był wręcz wychudzony; ponoć jakieś badanie krwi wykazało, że często nie jadał wystarczająco. Chodził od wsi do wsi, nauczał, błogosławił, uzdrawiał ludzi. Nie robił tego jednak dla siebie, jak to jest w zwyczaju u sadhu, tylko dla ludzi. Poświęcił siebie dla innych. Nocami modlił się na osobności. Żył z tego, co dostał. Dużo cierpiał, choć nie zadawał sobie bólu sam, jak to robią niektórzy sadhu. Po prostu żył najlepiej, jak potrafił, a to się spotykało z agresją otoczenia. Istotą duchowości jest bowiem miłość, która stanowi jednocześnie najlepszą pokutę i sens ascezy. Mamy się ogołocić wewnętrznie z tego, co cieleśnie i światowo grzeszne, obrzezać serca. Chrystusowym sadhu był Sundar Singh.
„Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący. Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadał wszelką wiedzę, i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał, byłbym niczym. I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją, a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał, byłbym niczym” (1 Kor 13, 1–3).
W Indiach bez trudu można spotkać postawy przezwyciężania materializmu i zmysłowości. Jest to inspiracją i wyzwaniem dla chrześcijaństwa, wyrzutem sumienia, że zapomnieliśmy o czymś najważniejszym. Pod tym względem Indie imponują dziś reszcie świata, gdyż tak surowej ascezy nigdzie indziej już się nie spotyka. Rację mają doktryny ascetyczne, twierdząc, że przywiązania do świata są zabójcze dla duszy. Ewangelia przedstawia to choćby w krótkim stwierdzeniu, pouczając, że zdobycie całego świata nie jest warte utraty duszy.
(13)
Pokora
Pokora prostych ludzi to coś, co jeszcze mogłem obserwować we własnym środowisku na dawnej polskiej wsi u mojej babci. Wówczas to ludzie mieli w sobie tę podstawową zgodę na życie. Zmienne koleje losu w trudnej i dosyć biednej rzeczywistości przyjmowali spokojnie. Ta pierwotna apatheia, wewnętrzny pokój pozwalały im przetrwać niełatwe czasy. Coś takiego jest udziałem ludzi stosunkowo ubogich. Dotyczy to także Indii, gdzie tej biedy widać wyjątkowo dużo. Ludzie żyjący bardzo skromnie są przyzwyczajeni do rezygnacji ze swoich ambicji, potrzeb, ponieważ walczą o to, żeby zachować godność w niesprzyjających temu warunkach. Nie są wyniośli, mają w sobie nieraz o wiele więcej radosnej wolności wewnętrznej niż przejedzeni bogacze, stale goniący za czymś zupełnie niepotrzebnym, skwaszeni i pełni pretensji.
Pokora to też postawa tej szczególnej pasywności, odbiorczości. Są ludzie, którzy nieustannie próbują dyktować warunki, wszystko kontrolować, wszystkimi rządzić. Ten aktywizm i żądza władzy są typowe dla Zachodu, co prowadzi do narastania ogromnych pokładów frustracji i cierpienia wewnętrznego. Orient uczy nas spokojnej pasywności, zdania się na Opatrzność, umiejętności wsłuchania się w jej prowadzenie. Wszystko to jest zarówno rodzajem moralnej cnoty w ogólnoludzkim rozumieniu, jak i ukojeniem psychiki, pocieszeniem, ujęciem cierpienia. Wewnętrzna zgoda, postawa akceptacji to lek na ten wewnętrzny bunt, który stale towarzyszy ludziom Zachodu, wśród których panuje arogancja i nieustanny pęd do władzy nad innymi.
Taka odbiorcza postawa może być początkiem kontemplacji. W jakimś sensie można duchowo zobaczyć świat dopiero wtedy, kiedy przestaje się go samemu kreować, rządzić nim i wywracać go do góry nogami. Trzeba chcieć się nim zachwycić.
(14)
Samorealizacja
To pojęcie związane z rozwojem duchowym jest jego treścią. Pewnie w ogóle nie myślelibyśmy tymi kategoriami, gdyby nie wpływy indyjskie. To dzięki tej inspiracji wykopałem z dorobku chrześcijańskiego pouczenia o talentach, o życiowych potencjałach, o duszy jako esencji, do której wzrasta niekształtna z początku egzystencja. Samo pojęcie jest wspaniałe, ale zdecydowanie w jego chrześcijańskim rozumieniu. Realizacja jogiczna kojarzy mi się bowiem z rozwojem ezoterycznym i okultystycznym, a te do niczego dobrego nie prowadzą, raczej sprowadzają nas na manowce. Spełnienie człowieka to wypełnienie danego przez Boga powołania, wykonywanie swoich ról społecznych, a przede wszystkim dążenie do świętości.
(15)
Ahinsa
Mahatma Gandhi uczynił nieszkodzenie (ahinsa) centralną ideą swojego nauczania. Bierny opór, pokojowe manifestacje dały efekt, gdy chodziło o rozumiejących tę ideę chrześcijan z Anglii. Na tej drodze Indie odzyskały niepodległość, a nawet zjednoczyły się po raz pierwszy w historii w jedno państwo. Gdy zabrakło Brytyjczyków, ahinsa jakby przestała obowiązywać. Rozpoczęła się krwawa rzeź muzułmanów i hinduistów zakończona secesją Pakistanu. Wreszcie sam Gandhi został zamordowany przecież nie przez obcych, tylko przez bramina przypisującego mu skłonności islamskie z powodu głoszenia egalitaryzmu społecznego.
Dźiniści, którzy w sposób szczególny pielęgnują ahinsę, są jak na Indie grupą stosunkowo nieliczną. Jak czytałem, ma ona u nich wymiar zbliżony do chrześcijańskiego – prospołeczny, przez co chętnie pomagają innym.
Ahinsa może być uprawiana także w inny sposób, czyli jako rodzaj obojętności na innych. W myśl tej zasady nie należy im szkodzić, ale nie trzeba też pomagać. Wydaje mi się, że takie rozumowanie jest w Indiach powszechniejsze. Każdy ma swoją karmę, więc nie należy się wtrącać w cudze życie.
Chrześcijaństwo zawsze głosiło coś więcej, aktywną życzliwość (miłość), zanoszenie pomocy potrzebującym, wspieranie słabszych. Szpitale, szkolnictwo, domy dla sierot, zapewnienie środków do przeżycia dla biednych to podstawy cywilizacji Zachodu zupełnie naturalne dla chrześcijan. Mam czasem wrażenie, że M. Gandhiego lepiej rozumieli chrześcijanie niż rodacy. Jego spuścizna w postaci podstaw ustrojowych Indii, postulat zniesienia warn, dążenie do sprawiedliwości społecznej w rozumieniu chrześcijańskim zostały już dziś w zasadzie zapomniane, jak to czytałem w książkach o Indiach. Miłość drugiego człowieka jest czymś, czego ten kraj nie znał. Żeby rozwinęło się w nim naprawdę wielkie społeczeństwo, tamtejsi ludzie muszą się nauczyć tej rzadkiej u nich postawy.
(16)
Tolerancja religijna
W kraju, gdzie władzy państwowej silnie nie legitymizowano sakralnie, a religie były wspólne dla wieluset funkcjonujących pomniejszych organizmów państwowych pod władzą maharadżów, nie doszło do unifikacji religijnej. Coś podobnego miało miejsce w Grecji, gdzie w jednym kręgu kulturowym nigdy nie wytworzyło się duże silne państwo (do czasów Aleksandra). To stworzyło doskonałe warunki do rozwoju wolnej myśli religijnej i teologicznej, która nie była instrumentalnie wykorzystywana przez władze państwowe, jak to miało miejsce w typowych monarchiach kosmologicznych.
Indie funkcjonowały de facto przez tysiąclecia w izolacji od reszty świata. Nie mając punktów odniesienia, nie wytworzyły bardzo długo jednolitej samoidentyfikacji. Właściwie dopiero podboje muzułmanów postawiły Hindusów wobec innej kultury. Wytworzona gnostycka wersja islamu, sufizm, upodobniła go nieco do hinduskiego sposobu myślenia. Zmaganie z islamem przez wieki stworzyło renesans hinduizmu (Ćaitania). Późniejsze drugie odrodzenia miało miejsce, gdy rządy sprawowała trzecia siła, Brytyjczycy. Wtedy wyrósł neohinduizm kaszmirski. Później powstały ruchy z kręgu hindutwy, agresywnie zwalczające wpływy niehinduskie. W chwili obecnej można powiedzieć, że tradycyjna tolerancja religijna w Indiach jest już przeszłością. Wraz z wybraniem rządu wspierającego hindutwę nastał w Indiach czas prześladowań religijnych.
Obecnie tolerancja została zamieniona na zakaz nawracania m.in. na chrześcijaństwo. Faktem jest, że Indusi nie przywykli do misjonarstwa – w ich kręgu to raczej uczeń poszukuje nauczyciela, gdy chce się rozwijać religijnie. Z drugiej strony to właśnie hinduiści i buddyści są niezwykle aktywni misjonarsko w krajach Zachodu, aż do tego stopnia, że cała popkultura zachodnia nabrała orientalnego kolorytu (New Age). Można powiedzieć, że hinduiści głoszą tolerancję religijną, ale jej nie praktykują, chyba że wobec różnych odmian Sanatany Dharmy. Wewnątrz hinduizmu panuje wolność religijna, ale tylko wewnątrz. Już dawno temu buddyzm został starannie wykorzeniony w samych Indiach. Sikhowie mieli aż tak poważne problemy, że zamienili się w ugrupowanie dość wojownicze. Z drugiej strony właśnie w Indiach znajdują schronienie prześladowani gdzie indziej Parsowie czy ostatnio buddyści tybetańscy.
Sytuacja jest więc w tym zakresie nieprosta. Poszukując raczej pozytywów, trzeba stwierdzić, że różnorodność tradycji indyjskich nauczyła Indusów cywilizowanej postaci prowadzenia sporów poprzez publiczne dyskusje różnych nauczycieli. Ta zdolność do spotkania z oponentami i zmaganie przy pomocy słów, siły osobowości, umiejętności przekonywania jest czymś bardzo cennym w historii indyjskiej. Coś podobnego działo się niegdyś w Atenach, gdzie dyskutowano na placach i pod portykami nad najtrudniejszymi zagadnieniami filozoficznymi. Nie toczono jednak „pojedynków”, raczej wymieniano po prostu poglądy. Współczesny Zachód w zasadzie nie jest zdolny do tego typu debat. Sporadycznie organizowane spotkania wybitnych ateistów i wierzących to tylko podwójne monologi. Nie zmienia to faktu, że na Zachodzie jeszcze trwa gasnąca już epoka wolności myśli traktowanej jako wartości. Wydaje się, że coś takiego kończy się już niestety na całym świecie. Brutalna dyktatura nowej lewicy w postaci absurdalnych lewicowych ideologii, takich jak gender, coraz bezczelniej atakuje każdego, kto się ośmiela mieć jakiekolwiek własne myśli. Świat pogrąża się w niewoli umysłów i sumień.
(17)
Filozofia świadomości
Istnieją różne sposoby myślenia. Na Zachodzie przyzwyczajeni jesteśmy do suchego opisu, jaki stosuje nauka. To nowy wynalazek z czasów, kiedy na siłę nagięto myślenie filozoficzne do maniery naukowej. Karol Marks pisał, że jego poglądy to „światopogląd naukowy”, podobnie czynili naziści, którzy nawet wytworzyli pewną liczbę niby-naukowców na poparcie swoich zbrodniczych teorii. Ludzie jednak potrafią myśleć nie tylko w taki opisowy sposób.
Biblia promuje rozumowanie zmierzające do ukształtowania naszego życia. Jest to język właściwy dla pierwszych mądrych mitów, będących nośnikami kultury duchowej. Zachód przemawia filozofią bytu, drążenia charakteru substancji, pochodzenia materii itp. Zdaje się, że Chiny są ojczyzną myślenia procesualnego, w którym każdy stan to tylko stadium przemian. Indie posługują się filozofią świadomości, jaźni. W tej kulturze wszystko może być jaźnią. To podejście okazuje się bardzo bliskie animizmowi, który twierdzi, że wszystko ma swoją duszę. Dusza i jaźń są w zasadzie tym samym. Pokazuje to, jak pradawna jest filozofia indyjska, która ociera się charakterem o najwcześniejsze ludzkie usiłowania duchowe. Także Absolut jest Wszechjaźnią, Ćit. Takie stwierdzenia są dosyć obce dla dzisiejszego Zachodu, chociaż chrześcijaństwu oczywiście mniej, gdyż uznajemy Boga za tego, który poznaje swoje stworzenie, co widzimy w Genesis, gdzie Bóg uważnie ogląda każde swoje dzieło, zachwyca się nim, a my wzajemnie zachwycamy się Bogiem. To poznanie jest jakby ostatnim aktem stworzenia. Powstawanie jawi się więc jako tożsame z byciem poznawanym, a to ostatnie jest działaniem świadomości.
Ezoterycy z New Age chętnie tropią wpływ jaźni na rzeczywistość. Na Zachodzie wyrazilibyśmy to raczej jako wpływ myśli, intencji, wiary. Z pewnością jakieś oddziaływanie istnieje, co przyznał nawet Chrystus, zwracając się do Alicji Lenczewskiej, przypominając jej, że myśli mają wielką moc. Nie należy jednak tego interpretować w ten sposób, że trzeba używać magii, zaklęć (nazywanych ostatnio dla niepoznaki „afirmacjami”) i tym podobnych „boskich zabiegów”. Po prostu trzeba wierzyć w to, co się robi, a wiara i praca przynoszą efekty.
Świat stanowi narzędzie działania różnych jaźni. Wszechświat jest wręcz przepełniony duchowymi, dosyć potężnymi świadomościami – są to różne duchy. Większość z tych, które na nas działają, okazuje się zła. Dlatego nie można wchodzić w jedność z każdym duchem, który to oferuje. Tylko chrześcijaństwo wytoczyło wojnę złym jaźniom kosmicznym; religie naturalne raczej je przyjmują i czczą. Dotyczy to też ezoteryzmu indyjskiego. Wejście w takie kulty przymnaża pracy kapłanom Chrystusowym, którzy muszą mierzyć się z wyrzucaniem tych duchów z jaźni ludzkiej. Należy dodać, że te moce potrafią nią zawładnąć, gdy są tam mile widziane. Nikt nie jest wolny od ich wpływów, od kiedy pierwsi rodzice oddali im siebie i swoich potomków. Dlatego chrześcijanie uważnie badają, z jaką jaźnią duchową mają do czynienia. Nie każdy duch ogarniający Wszechświat jest potężny na tyle, żeby zmieniać sytuacje i wpływać na materię, ale z punktu widzenia człowieka, kiedy jest wieczny i nieskończony, może stać się bogiem w rozumieniu religii naturalnych. Wiele z nich uzurpuje sobie taki status. Te najpotężniejsze często trudno odróżnić w działaniu od prawdziwego Boga.
Materia na poziomie kwantowym nie jest deterministyczna. Nie można nas uznawać za prostą maszynerię, jak to dzieje się do dziś w myśleniu zachodnim z czasów tzw. oświecenia. Wszechświat jest tylko narzędziem Boga, w którego pracę, niestety, wtrąciły się złe moce wpuszczone przez ludzi, gdy ci ostatni mieli częściowo wyręczyć Boga w stwarzaniu. Im więcej wiemy od strony nauki o Wszechświecie, tym bardziej zmierzamy do ujmowania go w kategoriach informacji czy nagich praw, a te są zawartością czyjejś jaźni. Ogólnie filozofia nakierowana na świadomość musi zostać oczyszczona z naleciałości okultystycznych i gnostyckich, a wtedy może być ciekawym nowym polem do przemyśleń, także tych łączących się z teologią. Na pewno jest to ważny kierunek badań, który mógłby zbliżyć myśl indyjską (zaliczam tu też pierwotny buddyzm) z chrystianizmem.
Świadomość indyjska jest czymś znacznie szerszym i pierwotniejszym niż redukcyjne myślenie Zachodu o człowieku. Bazuje się tam w dużej mierze na intuicji, wglądach, wrażeniach wewnętrznych. Coś takiego próbował odświeżyć na Zachodzie H. Bergson, ale jego dzieła są już tylko zabytkami literatury. Wielka szkoda, że chrześcijanie nie oczyścili jego spuścizny z panteizmu (który jest jej zarzucany). Także dorobek G.W. Hegla daje pewne nadzieje na zbliżenie z Orientem, ale wymagałoby to bardzo solidnego przesiania i pewnie wiele by z niego nie zostało. Wspomniany niemiecki filozof przedstawiał historię świata jako ewolucję myśli. Chrześcijanin mógłby powiedzieć, że ewolucja świata jest materializacją myśli w historii, urzeczywistnieniem Logosu jako zawierającego esencję Kosmosu. W każdym razie da się opowiedzieć chrześcijaństwo kategoriami jaźni, myśli, percepcji, co daje nawet bardzo owocne rezultaty dla naszego życia.
W filozofii indyjskiej rozważa się świadomość jako taką jako przymiot boski i tylko Bogu właściwy. Jest to perspektywa nie tyle bytowa, co mistyczna. Zdaje się, że dla mistyków świadomość zlewa się z myśleniem, postrzeganiem i rozumieniem samego Boga. Wydaje mi się, że próbując analizować dorobek indyjski, trzeba przede wszystkich porzucić swoje zachodnie przyzwyczajenia i nauczyć się myślenia mistycznego, które posługuje się nie suchymi opisami, ale symbolami, analogiami. Można je dobrze zrozumieć, o ile człowiek przynajmniej ociera się o podobne doświadczenia jak te, które próbuje przekazać mistyk. Mistyka naturalna, kosmiczna dostępna jest każdemu, o ile zechce jej poświęcić trochę swojego życia. Niestety, można zauważyć, że powszechne jest interpretowanie myśli Indii w oparciu o paradygmat Zachodu i wtłaczanie jej na siłę w typowo europejskie pojęcia takie jak: panteizm, monizm, panenteizm. Dla mistyków istotne są odczucia i to, co wnoszą do ich życia, a nie pseudonaukowe analizy. Mistyk, który całym sobą przylgnie do Boga, święty wyzbyty egocentryzmu, zanurzony wrażliwością w Jego sercu, może przemawiać pojęciami monizmu, dualizmu czy czegokolwiek innego, ale czytając jego przemyślenia, trzeba patrzeć przede wszystkim do jego serca i tego, co tam się dzieje, a nie tworzyć wykłady o jedności lub dwoistości substancji rzeczywistości. Dla człowieka ekstatycznie kochającego Boga, zatracającego się w tej miłości, zanikającego jak płomyczek w wielkim ogniu, takie „racjonalizacje” mogą być co najmniej niesmaczne i nie na miejscu. Gdy on przekazuje swoją miłość, swoją duchową śmierć dla Boga, jakiś quasi-uczony tworzy na tym tle jakieś do niczego niepotrzebne niby-fizyki. To tak, jakby poeta napisał o swojej ukochanej, że zanurza się w jej oczach, a uczony akademik wykładał to, że dokonało się pomniejszenie podmiotu lirycznego, który zmieścił się w kanalikach łzowych swojej narzeczonej. Niestety, bardzo wiele współczesnych wyjaśnień myśli mistycznej ma taki nonsensowny charakter.
(18)
Uwarunkowanie świata
Filozofia Orientu często podkreśla, że rzeczy świata są wzajemnie uwarunkowane, dlatego żadna z nich nie jest czymś samodzielnie istniejącym, a zatem wartym uwagi. Jabłko jest jabłkiem, a nie kamieniem, to jasne. Aby jednak zrozumieć, czym jest jabłko porównujemy jego cechy z innymi rzeczami i rozpoznajemy podobieństwa oraz różnice. W ten sposób powstaje także klasyczna definicja, czyli identyfikacji danych rzeczy, np. żartobliwie rzecz ujmując: jabłko to owoc (czyli ma podobieństwa do innych owoców) służący do produkcji m.in. cydru (inne nie są do tego zdatne, element różnicy). Patrząc na jabłko, rozpatrujemy jego relacje i nieustannie się nimi posługujemy w myśleniu. Także myśl Zachodu posługiwała się podobnymi konkluzjami w antyku.
Dla myślicieli Orientu oznacza to, że cały świat (jako ogół rzeczy) jest tylko wielką siecią relacji, a wszystko, co istnieje, to tylko pewien układ odniesień. To czyni świat iluzją, bo istnieją tylko te odniesienia. Ludzkie zmysły odbierają te relacje, a myślenie przetwarza je na pojęcia i definicje. Nic jednak nie posiada samodzielności istnienia, bo zależy od innych rzeczy. Dlatego nic tak naprawdę nie istnieje, a to, co odbieramy jako świat materialny, jest zasłoną oddzielającą naszą świadomość od jedynej rzeczywistości nieuwarunkowanej, samoistnej i nieposiadającej żadnych odniesień ani relacji, jaką jest Bóg.
Na Zachodzie były podobne konstatacje, zwłaszcza w myśli platońskiej. Zachód zauważał raczej relatywność istnienia rzeczy w czasie niż w układzie relacji z innymi rzeczami. Zauważano, że skoro najpierw jest kwiat, który potem usycha, w jego miejsce na drzewie pomału rośnie jabłko, które ktoś wczoraj zerwał, a jutro zostanie zjedzone lub zgnije, to jak można stwierdzić, że to jabłko jest, a szczególnie jest jakieś konkretne. Jego bycie jawi się jako tak przelotne, że wprost niezauważalne. Patrząc na nie mówimy jednak, że jest. Grecję nurtowała zwłaszcza zagadka bycia i zmienności jednocześnie.
Dobrze znany był również problem rozumienia rzeczy poprzez relacje z innymi i istnienia samodzielnego. Kierunki mistyczne i gnostyckie filozofii dostrzegały te zagadnienia i – podobnie jak w Oriencie – poszukiwały głębszych i stałych pokładów istnienia, wynikowo odnajdując podobnie jak tam samoistne Jedno.
Jest to myślenie właściwe dla filozofii świadomości. W tym ujęciu istnienie rzeczy i myślenie o niej zlewają się w jeden stan. Definiowanie rzeczy staje się procesem jej wytwarzania. Jest to wrażenie, jakiemu ulega podmiot myślący i poznający. Czy jednak rzecz nie istnieje bez człowieka, który ją poznaje, czy nie ma własnej wewnętrznej mocy istnienia?
Na Zachodzie przeciwnie do Orientu ustalono, że, owszem, rzecz posiada taką wewnętrzną własną podstawę istnienia. Kwestia definiowania rzeczy poprzez relacje jest problemem, ale właściwym myśleniu człowieka, a nie istnieniu rzeczywistości. Jeśli pomylimy i zmieszamy te ujęcia, powstaje orientalny problem samodzielnego nieistnienia rzeczy świata. Gdy zrozumiemy, że ten problem wynika jedynie z własności naszych umysłów, na powrót stajemy wobec rzeczy jako takiej. Owszem, posiada ona własności, które możemy opisywać jedynie relacyjnie, ale nie wynika to z jej istoty, tylko z ograniczeń ludzkiego myślenia. Tak powstała na Zachodzie, dość niedawno zresztą, filozofia realizmu. Jej autorem jest Tomasz z Akwinu. Nieco ją upraszczam w tym opisie i wyjmuję z niej jedynie sensy przydatne do dyskusji z Orientem. Wynik jednak jest zrozumiały: rzeczy, owszem, mają konstytutywne dla nich własności w relacji do innych rzeczy, ale nie stanowią one o całości ich istnienia. Jest coś jeszcze, co je czyni samodzielnie istniejącymi. Tomasz dodaje, że ta samodzielność nie pochodzi jednak z nich samych, ma zewnętrzne pochodzenie, ale w obrębie danej rzeczy jest ona dla nas filozoficznie uchwytna. To czyni jabłko jabłkiem w mojej dłoni, a nie pustką ubraną w chwilową przelotną formę. To sprawia, że nawet filozofując, mogę je z radością zjeść.
Trzeba dodać, że Zachód wytworzył też myślenie filozoficzne kwestionujące rozważania odrywające się od rzeczywistości. Chociażby kynicy wyśmiewali po prostu wszelkie niemożliwe dla rozstrzygnięcia dylematy myślicielskie. Gdy arystokratyczni eleaci udowadniali pozorność świata w aspekcie jego zmienności i błyskotliwie dowodzili, że w wieczności żaden ruch, żadna zmiana nie są możliwe, to kynicy po prostu wstawali i się przechadzali. Ten trzeźwiący antyintelektualizm także wiele dał Zachodowi. Kynicy źle przyjmowali ludzkie nadmierne komplikowanie myślenia i żądali powrotu do pierwotnej natury świata i człowieka. Odrzucali w tym celu ludzką kulturę i odwoływali się do natury. Był to kierunek zarazem ascetyczny, jak i naturalistyczny, nieco korespondujący z klasycznym taoizmem, ale nie tak wyrafinowany i szlachetny. Odcisnął on trwały ślad na myśli Zachodu związany z antyintelektualistyczną kontestacją. Zachód poświęcał wiele uwagi też tzw. zdrowemu rozsądkowi, czyli bezpośredniej intuicji dobra i prawdy w myśleniu. Myśl orientalna bywa w skrajny sposób przesadnie intelektualistyczna i antymaterialna. Zachód poradził sobie z takimi pokusami, przede wszystkim dzięki Akwinacie.
(19)
Miłość do przyrody
Hindusi są szczególnie wrażliwi na przyrodę. Oddają cześć boską rzekom. Zwierzę – krowa, małpa – doznaje u nich szczególnej czci w myśl pradawnej tradycji, różnie religijnie uzasadnianej. Przedmiotem kultu są też kamienie w postaci kamiennych idoli lingajoni i innych. Co ciekawe, także człowiek jako szczytowy przejaw przyrody doznaje czci boskiej w ubóstwionych bohaterach takich jak Rama oraz aktualnie w osobach guru itp. Według prastarych wierzeń, pochodzących wprost z epoki animizmu, tylko nieco przetworzonego, poszczególne elementy przyrody mają swoje duchowe aspekty na równi z człowiekiem. W całej naturze widzi się żywe istoty zdolne do posiadania świadomości.
To, co w Indiach bardzo pierwotne, podobne do kultur opartych na jedności kosmicznej, jest interesujące i kształcące. Spirytualność wszystkiego bywa niezwykle ujmująca. Wymaga to pewnego dystansu i oczyszczenia z codziennych praktyk typu magicznego. Także wrażliwość na ład społeczny, będący częścią ładu kosmicznego, dziś już zapomniana w reszcie świata, budzi zainteresowanie i inspiruje.
Niestety, Zachód odnosi się do przyrody zupełnie bez sentymentu, rabunkowo, bezdusznie, czego efekty widzimy dookoła nas. Świat zamienił się w kloakę zanieczyszczeń, trujących wyziewów, toksyn w wodzie. Dla mnie to horror. Gdy byłem mały, mogłem bez niepokoju pić wodę ze strumieni – dziś to niemożliwe. Ludzie chorują na alergie, nowotwory, podobno psuje się od mikroplastyku nasza gospodarka hormonalna. Głupota i zaślepienie ludzkie pochodzą z tego, że zapomniano o czci dla przyrody. Owszem, chrześcijaństwo ją odczarowało, gdy uświadomiło ludziom, że za kamieniami i lasami nie stoją żadni bogowie, jak to wierzono wcześniej. Umożliwiło to rozwój nauk przyrodniczych i techniki. Niemniej sama gospodarka rabunkowa nie stanowi dzieła chrześcijaństwa; ludzka chciwość jest tak stara jak ludzkość. Legendarne cedry Libanu zostały wycięte, widzimy je już tylko na fladze tego kraju. Podobnie Grecy wycięli u siebie lasy. Modelowa jest wręcz historia Wyspy Wielkanocnej, gdzie wycięto drzewa i ludność podupadła. Ekologia ma dziś często podbudowę ezoteryczną – mówi się o Gai jako bogini. To sprawia, że wielu źle patrzy na ochronę środowiska. To błąd, ekologię trzeba rozpatrywać w duchu Genesis i przypomnieć sobie, że Bóg ustanowił nas ogrodnikami Jego ogrodu. Jak on teraz wygląda? Klęska przyrodnicza to coś, za co odpowiadamy przed Bogiem.
W Europie naturalna miłość do przyrody trwała do średniowiecza, kiedy to ludzie wciąż czuli się jej częścią. Później niestety „uczoność”, a może raczej perfidia sprawiła, że porzucono te uczucia. Katolicy pamiętają Franciszka z Asyżu, jednego z największych świętych, który był ucieleśnieniem miłości do Boga i Kosmosu, a właściwie wspólnej z całym stworzeniem adoracji Pana. Dla niego człowiek – Kosmos (przyroda) – Bóg to wspólnota istnienia połączona miłością, zdrowa jedynie, gdy zjednoczona. Niestety, jego spuścizna nie udzieliła się ogółowi ludzi naszej kultury i dziś stanowi jedynie przyjemny motyw dla opowieści, np. filmowych. Naszym zadaniem jest powrót dla szacunku dla przyrody. Nie truje się konia, na którym się jedzie; nie czyni się z winnicy śmietniska, gdy nakazano nam o nią dbać. Potrzeba więcej głębszych uczuć, a uczucia w ogóle to wyzwanie dla ludzkości, która coraz chętniej wybiera cynizm i perfidię myślenia na służbie chciwości i pychy.
(20)
Uważność i psychologia praktyczna
Z filozofią świadomości związany jest postulat pełnej uważności. Jest ona efektem pracy nad sobą, harmonii wewnętrznej, postawy odbiorczej, receptywnej.
Spotkałem się z poglądem z kręgów ezoterycznych, że umysł ma być jak zwierciadło, które w absolutnie niezaburzony sposób odbija całą dostępną zmysłami rzeczywistość. Według tego ujęcia umysł powinien zostać zupełnie pozbawiony samoświadomości na rzecz świetlistej wręcz percepcji otaczającego świata. Ego ma nie istnieć, aby człowiek mógł czuć się częścią wszechświata doskonale zintegrowaną z resztą wszechbytu. Ma nie być żadnej separacji przedmiotu poznania i podmiotu poznania, tylko poczucie bycia cząstką wszechrzeczy pokornie przyjmującą każde doświadczenie. Umysł miałby zostać pozbawiony najmniejszych nawet form samoświadomości. Wypełniać ma go czysta radość istnienia o świetlistym poranku. Żadne pojęcie nie może mącić czystego jeziora umysłu, a żadna myśl nie powinna zakłócać doskonałego złączenia z wszechświatem. Ten ideał kojarzy mi się raczej z umysłem zwierzęcia. Przesada jest złem; zupełna depersonalizacja, utrata podmiotowości to też nie jest najlepszy pomysł. Tak będziemy kiedyś kontemplować Boga całymi sobą, a mistyk może tego doznać już na ziemi. Jednak w codziennym życiu winniśmy ogarniać świadomością siebie i umieć siebie kontrolować. Chwile takiego wszechogarniającego zachwytu rzeczywistością są czymś pięknym, budującym wspólnotę kosmiczną. Zatracić się w pięknie na chwilę to nic złego.
Chrystus nazywa siebie Prawdą, a prawda jest niezaburzonym odbiciem rzeczywistości w umyśle, co możemy przekazać za pomocą języka. Realizm myślenia to wielka zdobycz intelektualna chrześcijańskiej filozofii. Wydaje się czymś naturalnym, ale wcale nie jest powszechny, przeciwnie – ludzie generalnie żyją w przestrzeni własnych marzeń, fantazji, lęków, chęci. Zachód pogrążył się w idealizmie, który praktycznie oznacza zdanie się właśnie na swoje wyobrażenia i wizje zamiast twardych realiów. Niemiecka filozofia tego nurtu wytworzyła zarówno marksizm, jak i nazizm. Rzutuje ona do dziś na coraz silniejszy irrealizm Zachodu przejawiający się myśleniem ideologicznym, życzeniowym (woluntaryzm). Jakąś próbą powrotu do realizmu na Zachodzie była fenomenologia E. Husserla, która jednak nie przyjęła się powszechnie, a niektórzy uprawiający ją akademicy zostali ludźmi religijnymi. Środowisko to dało nam św. Edytę Stein.
Porządkowanie emocji i ćwiczenie się w jak najlepszym postrzeganiu świata wzięte z psychologii buddyjskiej, a w zasadzie – jak rozumiem – z jogi, to ważny wkład Orientu w kulturę globalną. Nie jest to niczym nowym dla chrześcijańskiej teorii, ale stanowi zupełnie zapomnianą sprawę w praktyce. Opracowano świecką wersję ćwiczeń pogłębiających uważność w postaci mindfullnes, ale nie znam tego tematu bliżej i nie wiem, na ile jest to nadal buddyzm, a na ile akademicka psychologia.
Uważność, skupienie są warunkiem sukcesu w każdej pracy, w życiu w ogóle. Wewnętrzne rozproszenie pochodzi z naszego wewnętrznego chaosu. Praktyka tego typu głębokiej relaksacji może mieć zbawienne skutki dla naszych skołatanych umysłów. Nie należy jednak przypisywać temu nadmiernego znaczenia. Nie jest to jeszcze duchowość, tylko rozprężanie psychiki. To dobrze służy ćwiczeniom duchowym, ale samo w sobie do nich nie należy. Gdy jednak zaprowadzamy pokój w sobie, robimy miejsce dla wpływów duchowych. Może ono wypełnić się światłem Ducha Świętego i kontemplacji Boga, może też zostać użyte przez moce kosmiczne wchodzące nieprawnie na miejsce przeznaczone dla Boga. Zależy to od tego, czego dana osoba poszukuje sercem.
Ludzie Orientu zwracają uwagę na to, co się dzieje z emocjami i percepcją. Mają długą tradycję tego, co współcześnie nazywamy psychologią, choć jest to pomieszane z ezoteryzmem (czyli poszukiwaniem doświadczeń metafizycznych bez ich rozeznawania). W ostatnich stuleciach Zachód wytworzył akademicką empiryczną psychologię, ale też ideologiczne nurty za nią się podające. Większość ludzi nie potrafi ich od siebie odróżniać, ponieważ w powszechnym odczuciu stanowią jeden kompleks zjawisk. Oddziaływanie kultury orientalnej poprzez New Age dotyczy niestety przede wszystkim nurtów quasi-psychologicznych, takich jak psychoanaliza jungowska, NLP, gestalt i wiele innych. Niestety w publicznie łatwo dostępnym przekazie brakuje – przynajmniej według mojej wiedzy – publikacji różnicujących te nurty. Skutkiem tego bywają złamane życiorysy źle prowadzonych pacjentów zwłaszcza przez „terapeutów” z kręgu psychoanalizy i podobnych nurtów nastawionych bardziej na apoteozę swojej wydumanej metody zamiast na empatyczną troskę o pacjenta. Na dodatek w wielu metodach najnormalniejsza magia jest stosowana obok lub zamiast terapii, np. w ostatnio popularnych tzw. ustawieniach w oparciu o teorię pola morfogenetycznego (lub morficznego). Na marginesie należy dodać, że wspomniane pole morficzne to inna nazwa Logosu, ale rzeczywistości metafizyczne obecne w tych praktykach bynajmniej od Boga nie pochodzą, choć niewątpliwie mają zasięg pankosmiczny. Udają Boga, żeby wykorzystywać ludzi.
Zachód nie miał rozwiniętej psychologii. Naprawa duchowa opiera się w ginącej duchowości chrześcijańskiej na dość nieudolnym woluntaryzmie bez znajomości mechanizmów życia wewnętrznego. To jedna z płaszczyzn spotkania chrystianizmu po stosownym przesianiu kultury świeckiej oraz praktyk orientalnych.
(21)
Autorytety
Zakwestionowanie własnej kultury przez ludzi Zachodu związane jest z odwróceniem się od własnych autorytetów. Ludzie nieinteresujący się niczym poza swoimi przyjemnościami nie potrzebują mądrości ani pouczeń. Osoby, które chciałyby czegoś więcej poza materializmem i hedonizmem, poszukują wiarygodnej nauki opartej na własnym doświadczeniu. Można powiedzieć, że dla mnie autorytet stanowił Jan Paweł II, ale jego nauczanie było tak rozległe i często abstrakcyjnie wyrażane, że trudno w nim znaleźć te najwłaściwsze odpowiedzi dla swojego życia. Tu mają ogromną przewagę kultury duchowe Orientu, szczególnie Indii, gdzie instytucja autorytetu duchowego stanowi część tożsamości hinduizmu. Guru jest traktowany jako bóstwo, co jest jednak przesadą. Chrześcijanin nie ma innego nauczyciela o sprawach Bożych poza Chrystusem, stąd ludzcy pośrednicy mają tylko o tyle jakąś wartość, o ile odsłaniają przed innymi Chrystusa. Z jednej strony przestrzega On przed uznawaniem kogokolwiek poza Nim za swojego mistrza, a jednocześnie posyła swoich uczniów, żeby głosili dobrą nowinę o Nim i Jego Królestwie. Jest w tym pewna coincidentia oppositorum, która wymaga od nas rozważania, abyśmy mogli ją zrozumieć.
3. Nieprzekraczalne rozbieżności
(1)
Niestety, w kulturze pochodzącej z Indii elementy wyjątkowo piękne są pomieszane ze sprawami mniej ciekawymi. Zwrócenie się z czcią boską ku Absolutowi w wymiarze filozoficznym i mistycznym realnie miesza się z obcowaniem z potęgami, mocami kosmicznymi, które choć przedstawiają się jako elementy bytowe wszechświata, są w nim agresorami i uzurpatorami. Czerpanie z nich sił i doznań ezoterycznych (iluminacji) oraz okultystycznych (siddhi, moce magiczne) czyni z praktyków siedlisko mocy wrogich ludziom i Bogu Stwórcy.
(2)
Różne religie
Chrześcijanom nie wolno uprawiać praktyk z innych religii. To Pierwsze Przykazanie. Religia jest ekspresją wiary. Nie wolno uprawiać jogi jako praktyki duchowej ani żadnych pochodnych od niej technik służących rozwojowi duchowemu. Ich początkiem są inicjacje zaczerpnięte z religii Indii i Chin i to zwłaszcza one są absolutnie zakazane. To, co dla urodzonego i wychowanego hinduisty lub buddysty jest czymś naturalnym, to dla chrześcijanina okazuje się wyrokiem dla duszy. Zdrada wiary w Jezusa Chrystusa jest jedną z najgłębszych win.
Obserwowałem zmianę osobowości wcześniejszego chrześcijanina, który zaangażował się bardzo silnie w hathajogę. Niestety, wystąpiła u niego potężna przemiana, odrzucenie chrześcijaństwa z wielką agresją skierowaną do wszystkiego, co Boże. To nie jest jedynie przykład anegdotyczny, tylko ilustrujący znaną prawidłowość. W jodze uznaje się siebie za boga. W sposób jawny tak traktowani są jej nauczyciele, których wprost nazywa się awatarami i tytułuje jako „wasza boskość” (niektórych). Wszechświat nie może mieć więcej niż jednego Boga, dlatego ta perspektywa sprawia, że prawdziwy Bóg w sercu ubóstwiającego samego siebie człowieka staje się najgorszym wrogiem, niejako konkurentem do godności boskiej. Jest w tym ten sam grzech wyniosłości, od którego wszystko się zaczęło. Wąż obiecał, że będziemy jak bogowie, będziemy mogli tak się traktować i czuć. Wystarczy zapałać agresją do prawdziwego Boga. To jest kwintesencja zła. Nie ma żadnego znaczenia, jakie inne mądrości i moralność, ascezę i umartwienia ktoś prezentuje ani ile lat spędził, siedząc na ziemi, poszcząc, milcząc itp. Jeśli ma siebie za boga, już przepadł.
Możemy brać z tradycji innowierczych wyłącznie elementy filozoficzne, psychologiczne i podobne. Możemy podziwiać, jak tamtejsi wyznawcy czasem naprawdę w wymyślonych bogach swoich mitów sytuują uczucia, jakie należne są Stwórcy. Bóg osądza każdego z osobna, poszczególni ludzie traktowani są przez Niego inaczej, w zależności od ich historii. Nie do mnie należy ocenianie przedstawicieli innych wyznań. Wiem jednak, że wiara w Jezusa Chrystusa nie może być łączona z kultem mocy natury (energii okultystycznej), mitycznych bogów religii naturalnych ani tym bardziej ubóstwianych ludzi (guru). Wszystko to jest fundamentalną zdradą.
Przeżyłem to na sobie. Wychowałem się w kulturze katolickiej, która mnie jednak nie obchodziła. Jako młody człowiek przystałem do New Age, a po stosownych inicjacjach posługiwałem się mocami okultystycznymi, medytowałem na sposób ezoteryczny i miałem pewne doświadczenia wglądowe. Myślałem, że pochodzą one od Boga. Powoli przyjrzałem się swoim towarzyszom dłużej będącym na tej drodze i zobaczyłem ludzi wypaczonych w jakiejś podstawowej pysze, odrealnionych. Nie mieli takiego radosnego życia, jakie głosili, cierpieli psychicznie, fizycznie, a ich rodziny się rozpadały. Obraz tego środowiska od wewnątrz był zupełnie różny od głoszonej propagandy szczęśliwości i bombardowania miłości, co było uprawiane na spotkaniach. Dzięki dostępnym publikacjom chrześcijańskim zrozumiałem, w czym uczestniczę. Teraz już wiem, że był to nierząd duchowy. Zamiast doświadczać zjednoczenia z Chrystusem, łączyłem się z potęgami kosmicznymi zastępującymi Go w ludzkich sercach i w sferze metafizycznej. Mówiąc prosto, nabywanie mocy jogicznych i im podobnych to pozwolenie na bycie przenikniętym przez obecność duchową, która różnie się przedstawia (np. jako energia, duchowy przewodnik, jako „Bóg”). Siły te są demoniczne, odbierają swoim ofiarom zdolność zbliżenia się do prawdziwego Boga. To niewyobrażalnie inteligentne stworzenia, które potrafią biegle zarządzać swoimi wyznawcami. Wybierają swój sposób oddziaływania. Niektórych dla reklamy czynią bogatymi, szczęśliwymi, oddają im świat. Mniej ważnych utrzymują wizjami i doświadczeniami w przeświadczeniu zgodnym z doktrynami, jakie podały im do wierzenia. Całkiem wielu mniej eksponowanych jest niszczonych życiowo, sprowadzanych do stanu ludzkiego wraku.
Chrześcijaństwo to kosmiczna wojna z tymi potęgami, świadomymi, zakłamanymi, doskonale perfidnymi. Potrafią one nawet ukazywać się niektórym pod postaciami Chrystusa i Marii, byle ich zjednać dla siebie, omotać i oddalić od zdrowej wiary. Nie atakują one chrześcijaństwa otwarcie. Przeciwnie, przyciągają do siebie wraz z noszoną w sobie wiarą chrześcijańską, jeśli taki właśnie człowiek im się przytrafi. Na ołtarzykach New Age stoją pomieszane obrazki i figurki tak chrześcijańskie, jak i pochodzące ze wszystkich wiar na ziemi. Taka jest strategia tych mocy – przedstawić chrześcijaństwo jako jedną z wielu naturalnych religii, równie dobrą jak wszystkie inne. Na tym właśnie polega choroba naszych czasów, na uprawianiu naraz dwu wiar – w Chrystusa i w inne siły duchowe oraz inne postaci boskie. Taka kumulacja wystarczy, żeby zniszczyć chrystianizm i przekształcić go w nierząd duchowy. Nawet papież katolicki ostatnio wprowadził do najważniejszego kościoła świata w Rzymie figurkę indiańskiej bogini. Okazał się wyznawcą takiej skumulowanej wiary, która zaprzecza wyjątkowości Chrystusa. Poparło go wielu księży. Nie wolno jeść naraz ze stołu Boga i stołu demonów, korzystać z dobrodziejstw tych dwu dróg duchowych. Sam brak rozróżnienia między nimi jest dla chrześcijanina fundamentalną winą.
Rdzenni indyjscy chrześcijanie z Kerali cieszą się wielką siłą wiary, jest tam wiele powołań kapłańskich, nawet apostołują w imieniu Chrystusa po świecie. Mają zasadę nie uczestniczyć w procesjach hinduistycznych połączonych np. z przebijaniem ust bądź wchodzeniem w ogień. Nie stosują też jogi. Ich wiara ukształtowana w kontraście do praktyk naturalnych wyrasta na naprawdę silną. Chrześcijanin w kosmicznej walce potęg – mocy Boga i złych władców tego świata – musi się jasno opowiedzieć po jednej ze stron, nie można stać po obu stronach wojny. Ktoś taki wykazuje brak charakteru i wynikowo będzie w pogardzie u obu stron. Stając wobec Chrystusa, można być radykalnie z Nim. Kto nie jest z Nim, ten jest przeciwko Niemu. Kto nie zbiera, ten rozprasza. Chrystus jest kimś, kto polaryzuje postawy. Tak jak półprawda jest całym kłamstwem, tak półchrześcijanin to w całości zdrajca.
(3)
Joga
Joga to indyjska duchowość indywidualna typu gnostyckiego, praktykowana pod kierunkiem guru. Jest wielka mnogość szkół i linii przekazu. Joga została niegdyś eksportowana poza Indie przez buddystów, którzy także stosują jej metody. W ostatnich dziesięcioleciach rozeszła się na cały świat za sprawą samych Indusów, buddystów oraz przez kręgi teozoficzne (gnostyckie) i im zbliżone.
Jogini chętnie wyznają Śiwę, który jest bóstwem jogi. Ta forma duchowości prowadzi do wyzwolenia w człowieku boskiej (metafizycznej) mocy, dlatego jest dyscypliną łączącą się z Śakti, czyli aspektem żeńskim związanym z ową mocą. Generalnie jogini najczęściej wyznają obecnie adwaita wedantę, czyli filozofię niedualną wiążącą Absolut i człowieka w jedno, utożsamiającą Atmana (najgłębszą duszę człowieka) z Brahmanem (Absolutem). Joga w węższym znaczeniu definiowana jest w Jogasutrach Patandźalego, w szerszym – w Bhagawadgicie. Joga to przede wszystkim trzy dyscypliny: joga klasyczna (zwłaszcza Jogasutry Patandźalego), bardziej fizyczna i okultystyczna wyrosła z tantryzmu hatha joga, bhakti joga oznaczająca praktyki kultowe wobec bóstwa (jej manifestem jest Bhagawadgita).
W jodze, jak w każdej gnozie i ezoteryzmie, nie ma trwałego elementu rozeznania duchowego, właściwie każda manifestacja duchowa uznawana jest za dobrą. Co szlachetniejsze nauki nakazują wystrzegać się mocy siddhi, ale oczywiste, że one się pojawiają. W popularnym rozumieniu jest tak, że joga ma na celu właśnie nabywanie mocy jogicznych (magicznych, okultystycznych). Doświadczeni guru potrafią ustrzec swoich uczniów od wpływów niepożądanych w danej tradycji, jednak opieka takich nauczycieli w obecnej praktyce globalnej jest wyjątkiem, nie zasadą.
O jodze pisze się różne rzeczy. Jedni podkreślają, że jest ona powiązana z śaktyzmem, bo powoduje rozwój mocy. Historycy sytuują ją w nurcie tantryzmu w opozycji do braminizmu jako praktykę indywidualną, bardziej egalitarną niż ryty braminów. Jeszcze inni podkreślają jej wymiar iluministyczny, gnostycki, wskazując, że w pojęciach indyjskich jej efektem jest dźnana. Figurka jogina sprzed tysięcy lat poświadcza, że te praktyki są bardzo stare, sprzed przybycia Ariów. Joga może być traktowana jako samodzielna filozofia (zarazem religia), jedna z sześciu tradycji hinduizmu (darśan), blisko powiązana z sankhją. W praktyce kultury duchowej Indii we wszystkich jej nurtach może być stosowana część praktyk jogi (i tantry) jako forma indywidualnej pracy nad sobą. Słowo joga zwykle bywa wywodzone od pojęcia „jarzmo”, co sugeruje, że jest to dyscyplina ujarzmienia siebie.
W różnych formach jogi są pomieszane:
• praktyki ascetyczne,
• wymagania moralne i pobożnościowe (jamy i nijamy),
• kontemplacja Absolutu,
• praktyki ezoteryczne z elementami okultystycznymi rodem z pierwotnego szamanizmu – wiara w szczególne działanie prany i pranajama prowadząca do zakwaszenia krwi i zaburzeń świadomości, wiara w siłę magiczną gestów dłoni i pozycji ciała, uzyskiwanie mocy (siddhi) okultystycznych,
• mantra – modlitwa do mocy i bogów; często podkreśla się aspekty energetyczne związane z wibracją mantry, która może być traktowana jako po prostu wibracja, kiedy indziej jako modlitwa do bogów, a także jako zaklęcie magiczne,
• inicjacje wprowadzające w łączność z mocami metafizycznymi właściwymi dla danej szkoły,
• ubóstwienie guru,
• kult bogów religii naturalnych,
• samadhi i moksza, czyli enstaza, trans, rodzaj zapadnięcia się w siebie, połączone z utratą percepcji otoczenia; są różne rodzaje samadhi; stanowi ona najwyższą formę kontemplacji (dhjany); może obejmować różne wizje i doświadczenia udzielane przez rzeczywistości metafizyczne.
Trans jest praktyką znaną chyba we wszystkich kultach animistycznych i szamańskich. W jego trakcie praktyk łączy się z bytami duchowymi i czerpie z tego jakieś korzyści: uzyskuje wpływ na materię, jasnowidzi, poznaje metafizycznie, przepowiada przyszłość, zyskuje nadnaturalne wglądy i doświadczenia. Trans może być formą po prostu zaburzenia świadomości wywołanego manipulacjami psychofizycznymi czy narkotykami. Ostatnio stosuje się ogólny termin „odmienne stany świadomości”.
Pierwsze trzy wyżej wymienione elementy znane są chrześcijanom; były one praktykowane też w świecie helleńskim, z którego chrześcijanie uczyli się ascetyki i po części duchowości. Reszta w żaden sposób nie daje się pogodzić z chrześcijaństwem, gdyż jest to po prostu zupełnie inny system wierzeń, należący do ezoteryzmu i okultyzmu obecnych na całym świecie jako spuścizna praktyk ani mistycznych.
Duch kosmosu wziął Chrystusa na górę, skąd pokazał mu cały świat. On też potrafi objawić człowiekowi, jak wypełnia sobą kosmos, i przekonać go, że jest jego władcą. Ukazuje swoje mroczne siły, będące przeciwieństwami mocy Boga. Te moce, władze i widzenia są udzielane ludziom praktykującym zjednoczenie z nim poprzez jogę, tantrę i podobne praktyki z całego świata. Ludzkość poddana władcy świata wytworzyła wiele tego typu gnostyckich metod, akcentujących przeświadczenie o wyższości nad innymi ich adepta oraz zmierzającymi do nabycia szczególnych mocy lub statusu boskiego. Niemal zawsze jest to pomieszane z autentyczną kontemplacją Kosmosu i Absolutu, co prowadzi do pokory i dobroci. Nie da się tych czytelnych dla chrześcijanina dwu różnych postaw w praktyce jogicznej łatwo odróżnić. Można powiedzieć, że chyba tylko Bóg jako widzący serca i dusze ludzkie potrafi odczytać, co który z jogów nosi w sobie i do czego zmierza. Tak jest zresztą ze wszystkimi ludźmi, że nasze zewnętrzne dostępne innym osobom zachowania nie mówią o nas zbyt wiele. W Indiach i u buddystów sporo się mówi o zaniku ego, ale wydaje się, że w praktyce wielu ascetów i guru właśnie wzmacnia swoje ego, podkreślając swój wyższy duchowy status nad resztą ludzi.
To pomieszanie dobrych elementów ascetycznych i pobożnych ze złą gnozą powoduje, że chrześcijanie generalnie stronią od jogi i pochodnych praktyk. Joga jest religią sama w sobie, polega na uznaniu za rzeczywistości ostateczne energii kosmicznych i mocy magicznych, bogów religii naturalnej, własnej duszy (Atman) itp. Dla chrześcijanina oznacza to, że jest ona praktyką innej religii, a zdradą własnej. Możemy obserwować i uczyć się – jak niegdyś od neoplatoników – ascezy, poświęcenia, elementów głębokiej relaksacji, ćwiczenia uważności, niektórych aspektów filozofii. Nie powinno się jednak praktykować jogi ani pochodnych jej praktyk buddyjskich jako takich w całości i bez stosownego rozeznania.
Joga została uproszczona dla ludzi Zachodu do postaci tzw. Transcendentalnej Medytacji, która tak naprawdę jest bardzo niewymagającą postacią mantra jogi. Są tu główne definicyjne elementy jogi: guru, mantra przez niego nadana, sama praktyka mantrowania, inicjacja. Rozwinięci adepci tej medytacji mogą kontynuować naukę jogi w pełnej postaci.
Pomieszanie widoczne w jodze przypomina nam ostrzeżenie biblijne, że nie można jeść ze stołu Boga i ze stołu demonów. Nie wolno głosić cnoty, pobożności, akcentować kontemplacji Absolutu, a na co dzień ćwiczyć się w złej gnozie, ezoteryzmie i stosowaniu mocy okultystycznych. Ostrzeżono nas, że choćby anioł z nieba głosił nam inną naukę o zbawieniu, nie mamy mu wierzyć. Joga jest dyscypliną samozbawczą, człowiek uzyskuje uwolnienie i przebóstwienie własnymi siłami. To niemożliwe, nasz grzech i zepsucie to są długi zaciągnięte u Boga i żaden człowiek o własnych siłach nie jest w stanie ich spłacić. Mógł to zrobić tylko Bóg.
Niestety w doświadczeniu europejskim i chrześcijańskim osoby, które praktykują jogę na sposób ezoteryczny i doświadczają jej mocy, bardzo często okazują się związane z nieczystymi siłami duchowymi. Chrześcijańscy kapłani egzorcyści mają pełne ręce roboty przy ludziach obcujących z tymi potęgami duchowymi, którzy weszli w praktyki ezoteryczne i okultystyczne, także te jogiczne. Jedyną mocą większą od nich we Wszechświecie jest tylko Bóg. Kto Go nie poznał w chrześcijaństwie, po prostu nie ma porównania. Wszystkie duchy jogi, tantry itp. pierzchają wyrzucane Imieniem Jezusa Chrystusa. Wszystkie moce nabyte przez jogę i podobne ćwiczenia znikają po modlitwie uwolnienia chrześcijan, zwłaszcza odmawianej przez kapłanów egzorcystów.
(4)
Trans i depersonifikacja
Odmienne stany świadomości znane w różnego rodzaju gnozach także na Zachodzie, ostatnio w neognozie Nowej Ery, nie budzą zainteresowania chrześcijan. Niezależnie od tego, czy zostały wywołane długą deprywacją sensoryczną, monotonnymi i długotrwałymi praktykami „medytacyjnymi”, zmierzającymi do uśmiercenia umysłu, czy narkotykami, w ten sam sposób są niepożądane dla chrześcijanina. W niektórych kulturach naturalnych podobne stany transowe wywołuje się przez rytm bębnów i monotonny taniec, specyficzną muzykę odpowiednio stymulującą mózg bądź odpowiedni nastrój tłumu itp. Całe to pozbawianie siebie świadomości jest rodzajem samobójstwa. Chrześcijanin ma kochać Boga całym swoim umysłem, a nie pozbawiać się go poprzez rozsadzanie mantrą, koanem czy zakwaszanie krwi przez techniki oddechowe. Wszystko to nie prowadzi nas do świętości tylko do wewnętrznej martwoty. Takie „wydrenowanie” wewnętrzne może uczynić człowieka spokojniejszym, pasywnym, wycofanym, co zresztą się dzieje, ale nie jest to w pełni tego słowa postęp w cnocie. Cnota bowiem oznacza bycie w pełni sobą, bogactwo i siłę osobowości, dążenie do realizacji wszystkich esencjalnych potencjałów, a nie przesiadywanie na podłodze w dziwnych pozycjach, sapanie, stukanie zębami (są i takie techniki), marnowanie życia w zagłębianiu się w sobie. Skoro nie ma w tym miłości, wszystko to jest nic niewarte. Po prostu strata czasu, który można poświęcić na coś lepszego.
To są skomplikowane tematy. W Indiach towarzyszy temu wszystkiemu głęboka asceza, mająca nieraz wymiar ekspiacyjny, wynagradzający zło. Bóg widzi serca ludzkie, także ascetów. Docenia, gdy jest w nich autentyczne duchowe dobro, pokuta, ofiarowanie siebie, ale dostrzega też, gdy pojawia się tam zabieganie o podziw innych, poszukiwanie okultystycznych mocy czy budowanie poczucia wyniosłości. Nie da się więc z zewnątrz ocenić, jaki kto jest, będąc nawet ascetą. Bóg jednak widzi wszystko i nic się przed nim nie skryje.
W ramach tej książki nie jestem w stanie napisać wszystkiego o relacji jogi i chrześcijaństwa, ponieważ to zagadnienie wymaga bardzo starannego przesiania i wskazania, co jest wartościowego w podejściu indyjskim, a co stanowi złą gnozę i magię. Generalnie techniki zmierzające do wywołania odmiennych stanów świadomości importowane są do New Age ze wszystkich kultów naturalnych i tradycji szamańskich z całego świata. Animiści wszędzie na świecie znają sposoby zespolenia się z duchami wypełniającymi Wszechświat, więc nie jest to jedynie indyjską specyfiką. W tradycjach pochodzących z Indii są te rzeczy niejako najbardziej dopracowane i objęte niezwykłym wyrafinowaniem. Dziś zachodnia młodzież w swoich eskapicznych ciągotach potrafi się narkotyzować nawet odpowiednio modulowanym dźwiękiem ze słuchawek. Technika ta skraca drogę do doświadczeń transowych i depersonalizacji. Hippisi szybko zastąpili jogę psychodelikami, zauważając ich pokrewieństwo. Podobnie czyni nurt psychodeliczny New Age. Wielką karierę na świecie zrobiły też konopie indyjskie. Wszystkie te rzeczy pozostają w głębokiej sprzeczności z Ewangelią.
To w sumie dziwne, że religie odnoszące się do świadomości praktykują jej pozbawianie siebie w transie. Chrześcijaństwo nie uznaje żadnego rodzaju ubezświadomienia, dlatego jest religią świadomości w pełni tego słowa znaczeniu. Świadomość to percepcja i wolność. Z kolei percepcja to obecność. Wolność to zdolność kierowania sobą. Te dwie dyspozycje muszą być stale zachowane, chociaż ta druga jest ważniejsza. Głęboka modlitwa czy mistyczne porwania (ekstazy) mogą powodować chwilowe odcięcie od otaczających nas bodźców. Nigdy w życiu duchowym chrześcijanina nie dochodzi do utraty wolności, czyli świadomości siebie. Ekstatyczne doświadczenia chrześcijan różnią się przede wszystkim skutkami dla życia, otwierają wiernego na Boga, świat, ludzi, budzi się w nim miłość duchowa i potrzeba niesienia ratunku wszystkim duszom. Wówczas centrum wrażliwości staje się jedyny Pan i Zbawiciel, Jezus Chrystus. Wszystkie Jego podróbki, namiastki, surogaty tracą wartość i przestają być interesujące. Duchowość chrześcijańska wypełnia Chrystusem serca i dusze. Niektóre doświadczenia Absolutu i Kosmosu mogą być zbliżone we wszystkich religiach i duchowościach, bo wszyscy jesteśmy ludźmi i uczestnikami jednego i drugiego. Nie oznacza to, że wszystkie religie są w istocie jedną religią, bo różnią się innymi ważnymi elementami. Znaczy to, że każda ludzka dusza zdolna jest postrzegać Absolut, ale nie każda tradycja prowadzi do Boga Ojca – Stwórcy oraz Chrystusa – Logosu i Zbawiciela.
(5)
Spirytualizm
Spirytualizm to typowe dla ezoteryków przeświadczenie, że wszystko, co duchowe, jest jednakowo dobre, bo właśnie duchowe. W założeniach tego myślenia znajdziemy wiele błędów, takich jak uznanie sfery materialnej za gorszą, a pozamaterialnej z definicji za lepszą. Zwykle kojarzone jest to z jakąś odmianą panteizmu lub monizmu, które implikują w tych doktrynach uznanie rzeczywistości duchowych za oczywiście dobre. Tak niestety nie jest, istnieje bowiem wiele mocy duchowych tylko z pozoru dobrych. Teorie ezoteryczne o jednolitym charakterze doświadczeń powstają kosztem przemilczenia zjawisk do nich niepasujących i są podejściem fałszywie redukcyjnym.
Indyjskie uduchowienie potrafi być totalne, to imponuje. Asceta sadhu czasem nieomal wyniszcza samego siebie. To naprawdę robi wrażenie. Takiej skali pobożności trudno szukać już dziś gdziekolwiek indziej.
Powstaje jednak problem, gdyż uduchowienie indyjskie jest silnie związane z zaprzeczeniem wartości życia obecnego i materialnego, przez co okazuje się destruktywne. W Indiach, trochę jak kiedyś w gnostycyzmie, odbiera się wartość materii i normalnemu życiu. Najwyższe stadium duchowości przychodzi, gdy człowiek dojrzały opuszcza dom i staje się sannjasinem wyrzekającym się jakichkolwiek więzi z zastaną rzeczywistością, rzeczami (własnością), rodziną itp. Jako osobiste wyrzeczenie imponuje niejednej osobie. Samo zjawisko pustelnictwa oraz ascetyzmu jest chrześcijanom dobrze znane, ale jako dogmat, który stwierdza, że świat materialny to coś złego, okazuje się wysoce szkodliwe. Chrześcijanin może być święty na różne sposoby, także żyjąc pobożnie przeznaczonym mu życiem społecznym. Nie ma jednej ścieżki duchowej, a uduchowienie nie oznacza zawsze wyzbycia się spraw doczesnych. To Bóg daje człowiekowi życie i jego postać. Bywało paradoksalnie, że święty chciał pozostać na uboczu świata i kontemplować Boga, ale Kościół i jego potrzeby, a był w tym Bóg, przyzywały go do powrotu między ludzi. Tak było choćby z wielkim Świętym, Augustynem, biskupem Hippony, a kilka wieków później z innym wielkim ascetą, św. Bernardem. Ten ostatni Święty był zresztą zakonnikiem z bardzo surowego zakonu, którego charyzmat stanowiła praca na rzecz społeczności i krzewienie kultury agrarnej oraz przemysłowej na miarę swoich czasów. Ostatecznie Bernard został wciągnięty w wielką politykę swojej epoki, co sprawiło, że wniósł w nią swoją świętość.
Dla chrześcijanina „duchowość” oznacza życie według prowadzenia Ducha Bożego. Nie musi to wcale pociągać za sobą oderwania od świata społecznego, rodzinnego i materialnego. Oznacza to skupienie uwagi na Bogu i Jego prowadzeniu. Jest to znacznie trudniejsze niż prosta ucieczka od społecznego życia na ubocze świata.
Kultura Indii jawi się jako bardziej duchowa, spirytualistyczna. Azja jest jednak pozbawiona umiaru w duchowej ascezie aż do wyniszczenia czy w używaniu życia (przez bogaczy, nababów, szejków, sułtanów, maharadżów). Azjatyckie uduchowienie bywa wspaniałe, ale też straszne, gdy pogardza się sprawami materialnymi, a wraz z nimi drugim człowiekiem.
(6)
Okultyzm
W Indiach i w ogóle w Azji żywe są pochodne animizmu i szamanizmu zapewniające moce i wiedzę nadnaturalną. Są to praktyki jogiczne, śaktyjskie, tantryczne, wprost okultystyczne, takie jak otwarta magia, astrologia, wróżbiarstwo, uzdrawianie magiczne i energetyczne. Polegają one na czerpaniu z mocy kosmicznych wrogich Stwórcy i są absolutnie zakazane dla chrześcijanina. Nie można zarówno ich uprawiać, jak i korzystać z cudzej praktyki, np. przyjmując uzdrowienia bioenergią. Moce te w związku z człowiekiem jako panem świata materialnego zdolne są nawet przemieniać materię i wpływać na ciała ludzkie.
(7)
Reinkarnacja
Nie jest ona niczym odkrywczym na Zachodzie. Nawet teraz po tysiącu lat chrześcijaństwa w Polsce ok. 30% ludności dopuszcza wiarę w wędrówkę dusz. Reinkarnacja nie jest wynalazkiem typowo indyjskim. Orfizm to starożytna religia grecka, która zupełnie śmiało mogłaby być uprawiana w Indiach. Łączyła wiarę w nieśmiertelność duszy z jej migracją do kolejnych wcieleń w ludzi i zwierzęta, co miało dotyczyć dusz nieoczyszczonych. Dusze zupełnie upadłe strącane były do piekła, a dusze oczyszczone wyrywały się z kołowrotu wcieleń do nieba. Orficy byli wegetarianami, którzy nawet ubrania robili bez użycia wełny zwierzęcej. Orfizm stał się podbudową dla europejskiej filozofii, a jej wielcy przedstawiciele, np. Pitagoras i Platon, przenieśli główne ustalenia orfickie do filozofii.
Wiele już pisałem o duszy. Nie jest ona jedynie duchową percepcją (świadomością), jak to się ujmuje w hinduizmie. Ma o wiele więcej funkcji, m.in. jest zapisem esencji człowieka, konkretnego, jednego, niepowtarzalnego. Dusza wciela się tylko dwa razy – w pierwszym życiu do chwili śmierci i potem po zmartwychwstaniu w Nowej Erze Chrystusa. Drugie wcielenie dotyczy tego samego człowieka, odnowionego do swojej najdoskonalszej postaci właśnie na podstawie duszy. Chrystianizm jednoznacznie i bez wyjątków głosi za św. Pawłem, że człowiekowi dano raz żyć, a potem nastąpi sąd. Funkcjonowanie wczesnego chrześcijaństwa wśród wyznawców wędrówki dusz z kręgów filozofii i gnostycyzmu było radykalnym odrzuceniem teorii o wielu wcieleniach.
Wyznawcy reinkarnacji żyją nadzieją na zbawienie (uwolnienie), czego jednak w większości nie realizują. Skoro uznają wiele wcieleń, to uważają, że zdążą się uświęcić kiedy indziej. Nie wymagają od siebie zbyt wiele w swojej masie. To złe podejście, dano nam bowiem tylko jedno życie na uświęcenie i nie potrzeba ich więcej. Jest ono możliwe dla każdego.
(8)
Ubóstwienie ludzi
W Indiach są guru i podobni nauczyciele. Zdarza się, że bywają traktowani jako wcieleni bogowie. Niektórzy z nich nazywani są „wasza boskość”, a dodatkowo stosuje się zwroty, takie jak „awatar”, oznaczające cześć boską. Indyjskie wspólnoty religijne cechują się, co widzimy wyraźnie, gdy mają swoje ośrodki na Zachodzie, niezrozumiałym kultem jednostki, przywódcy, nauczyciela. Kult jednostki obserwujemy też w parareligijnych ideologiach, takich jak bolszewizm z jego odmianami. Wcześniej bywał uprawiany przez władców państw kultur kosmologicznych. Wcielenie bóstwa na ziemi – tak można w skrócie określić tę ideę.
Dla chrześcijanina to jest wielki grzech idolatrii. Nikogo nie wolno czcić, wszyscy ludzie są grzesznikami. Cześć boska należna jest wyłącznie Bogu Stwórcy i Zbawcy. Dodatkowo Chrystus zakazuje mieć swoich mistrzów duchowych. Z jednej strony jest to zupełnie normalne, że człowiek upodabnia się do najpierw do swojego ojca, a potem znajduje kolejne wzorce zachowań, także w duchowości. Chrystus jednak przestrzega przed taką relacją. Sam był rabbim, a rolę rabbiego wobec jego uczniów pełnił właśnie mistrz – nauczyciel. Relacje ucznia z guru lub rabbim w tamtych czasach były bardzo ścisłe, uczeń naśladował swojego mistrza dość starannie. Jeśli człowieka traktujemy jako ostateczny, niewątpliwy autorytet, ma to zawsze wyraz mniej lub bardziej ubóstwienia. Tego nam robić nie wolno, bo Bóg jest w niebie, a nie w przywódcy religijnym ani nauczycielu.
Indyjski kult jednostki, znany też gdzie indziej, w praktyce okazuje się bardzo niebezpieczny. Na Zachodzie widzimy wielu zwierzchników organizacji religijnych, którzy nakazują czcić siebie jako ostateczną władzę, wykorzystują posłusznych wiernych, nawet działają na nich niszcząco w zakresie psychiki i egzystencji. Taki kult zawsze należy demaskować i mu zapobiegać. Nie ma znaczenia, czy dotyczy to jakiegoś magika rzucającego na kolana swoimi mocami (częsty przypadek przywódców sekt), guru oczekującego ubóstwienia od swoich wyznawców, czy zarozumiałego proboszcza zapominającego, że nie jest bogiem. Ewangelia jednoznacznie przekreśla wszystkie te nadużycia.
Człowiek żyjący na ziemi nigdy nie staje się bogiem. Może zjednoczyć się z Bogiem w duchowości, czyli zostać świętym. Tacy ludzie samą swoją obecnością odsłaniają światło Boga, które niejako poprzez nich prześwieca. Są jak czysta szyba, przez którą widać Boga. Ludzie rozpoznają takie osoby i instynktownie okazują im cześć. Nie należy tego robić, a te jednostki, jeśli faktycznie są święte, nie powinny takich zachowań do siebie przyjmować. Ciekawe, że dwu świętych na pytania o uniżone zachowania ludzkie wobec nich powiedziało dokładnie to samo – chodzi mi tu o Sadhu Sundara Singh i Emiliena Tardif. Mawiali oni, że za duchowe dobro ludzie oddają cześć Bogu, odruchowo odnosząc ją wobec przynoszących te dobra, ale ci wiedzą, że są tylko osiołkami, na których Jezus jedzie w Niedzielę Palmową. Prawdziwa świętość i skromność zawsze idą w parze.
Katolicy czczą świętych ze swojej historii, ale nie jako bogów czy półbogów, tylko jako zwykłe osoby, które stoją przed Bogiem i mogą być pośrednikami modlitw, gdyż ich zasługi sprawiają, że Bóg ich wysłuchuje chętniej niż nas grzesznych. Nie adorujemy i nie uwielbiamy ich, możemy ich po ludzku podziwiać i naśladować. Trzeba stanowczo odróżniać boskość od świętości, która stanowi cechę dobrego chrześcijanina. Różnica jest poważna. Zakazany jest bowiem kult jednostki za życia oraz jej uwielbienie, jakie może odbierać wyłącznie sam Bóg.
Inna sprawa, że katolicy przez wieki wyznawali de facto kult papieży i księży. Obecnie Kościół rzymski przechodzi oczyszczenie z tego nadużycia. Okazuje się, że ani papiestwo, ani duchowieństwo nie są samym dobrem; mało tego, towarzyszyło im wiele grzechów i zła. Dla mnie jest to jak kuracja oczyszczająca z grzechu idolatrii i w jakiś sposób dar Boży. Podobnie żaden duchowny innych religii nie powinien być traktowany jako esencja dobra nieskażona jakimkolwiek złem, bo po prostu takich ludzi nie ma. Bóg jako jedyne dobro, piękno i potęga jest w niebie, a my tu, na ziemi, wszyscy pozostajemy mniej lub bardziej biedni, słabi i grzeszni.
(9)
Narkotyki
Skłonność do transów od niepamiętnych czasów kieruje nas do szukania dróg na skróty. W Wedach występuje soma, jako napój o skutkach zapewne odurzających. Szamani na całym świecie odurzają się różnymi substancjami. W Indiach marihuana i haszysz towarzyszyły ludziom szukającym intensywniejszych wrażeń w tamtejszej odmianie medytacji. Jak już pisałem, żadne odmienne stany świadomości ani transy nie mają miejsca w chrystianizmie. Nie może mieć miejsca żadne odurzanie się, skoro zasadą jest uważność i czujność, abyśmy nie grzeszyli. Chrystus nie przyjął podanej mu na gąbce mikstury z ziół i octu winnego, która miała go w jakiś sposób znieczulić, znarkotyzować w najgorszych chwilach konania. Odmówił tego. Chrześcijanin ma być świadomy, żadne zabiegi ograniczające świadomość ani ją wyłączające nie są dopuszczalne. Człowieczeństwo jest tylko o tyle w człowieku, o ile zachowuje samoświadomość. Tym się różni od zwierząt.
Jakoś tak jest, że wszystkie zabiegi ubezświadamiania mogą być furtką dla złych mocy. Ludzie próbują się otumaniać na wiele sposobów, przecież nie potrzeba dużo:
• zmiana oddechu z naturalnego na wymuszony zmienia kwasowość krwi, a to wpływa na mózg i percepcję,
• deprywacja sensoryczna w wyniku długiego patrzenia w jeden punkt (lub na inne sposoby),
• monotonny rytm bębnów i tańca,
• narkotyki,
• modulowane dźwięki o niewielkim przesunięciu częstotliwości między kanałami stereo na słuchawkach,
• zatopienie w transach medytacyjnych,
• długie liczenie w myślach (metoda Silvy).
Wszystko to może być początkiem doświadczeń natury ezoterycznej, jakichś niespodziewanych iluminacji, a nawet wprost odczuwanych kontaktów z postaciami z drugiej strony rzeczywistości. Odmienne stany świadomości czy raczej stany utraty świadomości częściowo lub całkiem stanowią nieraz otwarcie się na spotkanie ze złem. Nie wiemy, dlaczego tak się dzieje, ale jest to bardzo niebezpieczne.
Człowiek ma obowiązek dbać o swoją świadomość, jasność spojrzenia, uważność, percepcję. To jest podstawa człowieczeństwa. Kto się wyrzeka swojego człowieczeństwa, manipulując jaźnią, ten zamiast być podmiotem, staje się czymś jak rzecz, przedmiotem, niejako oddaje władzę nad sobą. Są rzeczywistości duchowe, które chętnie taką porzuconą władzę przejmują.
Chrześcijanie mają modlitwy powtarzane, które jednak nigdy nie cechują się rytmicznie skandowaną strukturą, aby ich powtarzanie nie powodowało zaburzeń świadomości.
4. Inne zagadnienia dotyczące Indii
(1)
Bhakti
Metoda wiary, jaką jest bhakti, czyli radosne uwielbienie Boga w postaci śpiewu, tańca, nabożeństw, oddania serca, posiada wyraźne analogie z chrześcijaństwem. W istocie miło byłoby widzieć chrześcijan tak oddanych Panu, jak to czynią bhaktowie. Filozofia bhakti, w której zbliżenie się z adoracją do Boga jest najważniejszą rzeczą na świecie, nie wydaje się odległa od wielu nurtów chrześcijaństwa, choćby franciszkanizmu. Bhakti wisznuickie bądź śiwaickie w czystej postaci jest oczywiście inną religią, wyznaniem wiary odpowiednio w Wisznu lub Śiwę, i nie wolno go utożsamiać z religią chrześcijańską. Jednak natura ludzka, która instynktownie wyraża się w wierze w postaci miłosnej zażyłości z Bogiem, jest wszędzie taka sama. Religia uprawiana poprzez miłość do Boga to coś bardzo bliskiego chrześcijanom.
(2)
Warny
Segregacja ludzi o różnym kolorze skóry i przynależności stanowej nie jest niestety czymś niezwykłym na świecie. Wystarczy stwierdzić, że w Polsce jeszcze całkiem niedawno istniał rodzaj niewolnictwa chłopów poddanych szlachcie, a sam stan szlachecki zniesiono raptem sto lat temu. Najróżniejsze formy uzależnienia i wyzysku mniej lub bardziej oficjalnie obecne są stale i w każdej kulturze. Indie nie stanowią tu wyjątku. Trzeba pamiętać, że bez względu na to, skąd się wzięła w społeczeństwie zależność – czy z przyczyny urodzenia, majętności, systemu politycznego – w myśl Ewangelii obowiązkiem tego, kto jawi się jako ważniejszy, jest troska o podległych sobie. Jeśli jakaś grupa społeczna znajduje się wyżej w hierarchii społecznej, to ma możliwość wykazać się dobrem, zadbać, aby ci niżej nie cierpieli krzywdy, i dzielić się swoim dobrobytem. W ten sposób wśród chrześcijan powstawały najróżniejsze fundacje dobroczynne, takie jak szkoły, szpitale, rozdawnictwo jedzenia głodnym. Współczesne państwa oparte na tym modelu kultywują opiekę społeczną wobec tych, którzy nie są w stanie sami o siebie zadbać: starszych, sieroty, wdowy, inwalidów. Dzięki temu właśnie te społeczeństwa stają się potężne, bo każdy człowiek jest skarbem, który owocuje na różne sposoby dla całej wspólnoty. Ubodzy też nie są bezradni, bo mogą swoją modlitwą, która okazuje się cenniejsza niż wszystkie pieniądze świata, wstawiać się za zamożnymi, często słabo pilnującymi spraw duchowych. Wreszcie Bóg patrzy na świat i wynagradza dobrym za ich dobro, zwłaszcza wobec słabszych i biedniejszych.
Największym problemem w przypadku zróżnicowania społecznego nie jest samo jego istnienie, tylko samolubstwo, egoizm. W Indiach poczucie ważności poszczególnych warn i kast (dźati) jest tak ugruntowane, że trudno sobie wyobrazić nagłe zmiany w tym schemacie. Nawet M. Gandhi zginął z rąk bramina za to, że zdaniem integrystów hinduskich przyjmował wzorce egalitarne od muzułmanów. Chrześcijaństwo w swojej naturze jest niewyobrażalną z początku dla wielu rewolucją miłości, życzliwości i dobroci. To są przecież rzeczy dla człowieka absolutnie naturalne, gdy nie narzucamy sobie skłonności do zła i egoizmu. W każdej kulturze znajdziemy wielu ludzi, którzy odwołują się do tych zasad, ale tylko Ewangelia czyni z nich centrum swojego nauczania, swoją istotę. Dobroczynność nie jest niczym nieznanym także w Indiach, jednak potrzeba jej wciąż o wiele więcej. Indusi mają prawo chronić swoją tożsamość przed naporem obcych kultur, jak to się dzieje od pół tysiąca lat. Niemniej, owa indyjskość nie musi oznaczać eskalacji postaw wzajemnej pogardy w imię segregacji stanowej. Indie są tak bogatą kulturą, że można znaleźć o wiele więcej zjawisk i symboli odróżniających ją od reszty świata. Przykładowo, krzyż św. Tomasza używany przez chrześcijan malabarskich ma lotos na znak więzi z Indiami. Takich wyznaczników indyjskości można znaleźć setki, nie musi to być wierność systemowi warn. Ostatnia święta faza życia sannjasina związana jest właśnie z wyzbyciem się przynależności do warny, do życia na tej ziemi. Tym samym stanowi ona początek całkowitego życia dla Boga. Czymś podobnym w swojej istocie jest chrześcijaństwo, jakie przekazał nam Chrystus, które także głosi zerwanie więzi duchowych ze światem i życie dla Królestwa Niebieskiego.
(3)
Wedy
Święte księgi antycznych Greków, czyli Iliada i Odyseja, oraz dzieła Hezjoda zachwycają dziś cały świat. Chrześcijaństwo nie odrzuciło ich znaczenia historycznego i kulturowego, przeciwnie – rozniosło je wśród wszystkich narodów. Podobnie stało się z pismami Platona, Arystotelesa i innych antycznych niechrześcijańskich myślicieli i mistyków. Dzisiejsi Grecy mają prawo być dumni z tego, co dali kultu rze chrześcijańskiej i w ogóle ludzkości. Podobnie rzecz ma się z dorobkiem wielu innych kultur, które przechowano, lub tych, które na powrót są odkrywane. Wedy w swojej wartości kulturowej i filozoficznej stanowią jeszcze jeden przejaw naturalnej religijności i myślicielstwa. O ich wyjątkowości świadczy szacunek, jakim są otaczane w Indiach, co widać chociażby przez ich stałe odśpiewywanie. Kraj ten poddany jest naporowi laicyzacji i amerykanizacji życia codziennego, a dodatkowo swój wpływ wywiera na niego dynamiczna kultura muzułmańska; czas nie stoi tam w miejscu. Postępy chrześcijaństwa w Indiach, czynione w poczuciu odpowiedzialności za tę najstarszą na Ziemi nieprzerwanie funkcjonującą cywilizację, paradoksalnie na dłuższą metę mogą się okazać ratunkiem dla tamtejszej kultury.
Wedy nie są jedynymi świętymi księgami na świecie – każda religia ma takie pisma. Muzułmanie otaczają czcią Koran, Żydzi – Torę. Chrześcijaństwo jednak nie jest religią księgi, nie opiera się na spisanych martwych literach. Biblia to zapis najważniejszej w dziejach historii samoobjawienia Boskiego. Ono jednak jeszcze się nie zakończyło i trwa nadal. Polega na kontakcie z żywym Bogiem na różne sposoby, a Pismo stanowi jeden z nich. Z tego względu nie ubóstwia się książki, nawet tak ważnej jak Biblia, bo ona sama jest tylko świadectwem o Bogu, a nie Nim samym. Bóg znajduje się w niebie i każdy wierny ma do Niego bezpośredni duchowy dostęp. Od nas samych zależy, jak go realizujemy. Biblijny przekaz to bardziej kryterium poprawności wiary. Z tego powodu wiele rzeczy wyklucza, np. reinkarnację. Chrześcijanin ma zatem wchodzić w żywą egzystencjalną relację z Bogiem poprzez Biblię, a nie z samym Pismem. Ubóstwienie ksiąg, spisanych w końcu przez ludzi, jest problemem wielu religii. Stanowi to część pewnego szerszego problemu, który pojawia się, kiedy religia ze swoimi atrybutami (księgi, organizacje, kapłani, obrządki) zaczyna zastępować i zasłaniać Boga, staje się celem samym w sobie, ostateczną rzeczywistością, ponad którą nie potrzeba niczego więcej. Religia i jej atrybuty są zawsze wytworami ludzkimi służącymi lepszemu kontaktowi z Bogiem, ale celem tego wszystkiego zawsze ma być Bóg, do którego docieramy, transcendendując religię na drodze osobistej wiary.
(4)
Krowy
Hindusi chronią krowy i nie jedzą ich mięsa (także świń, a wielu w ogóle żadnego). Taka jest ich tradycja. Chrześcijanom dozwolono jeść każde mięso, co nie znaczy, że musimy to robić. Żydzi i muzułmanie nie jedzą świń. Polacy tradycyjnie nie spożywają koniny, bo przecież koń był przyjacielem, a przyjaciół się nie je. Z kolei Chińczycy chętnie przyrządzają chyba wszystko, co się rusza. Jadłospisy mamy różne. W istocie nie ma to większego znaczenia.
Przy okazji warto zaznaczyć, że zbyt ograniczony jadłospis wiąże się z niekorzystnymi skutkami dla organizmu i psychiki. Ludzie pozbawieni właściwej ilości białka cierpią wewnętrznie, co może wpływać niekorzystnie na integrację osobowości. W skrajnej postaci obserwujemy to w niektórych sektach, gdzie przez manipulacje posiłkami, zbyt ścisłe i jednostajne diety niezaspokajające potrzeb organizmu osłabia się wolę członków, znosi ich opór i siły obronne psychiki.
W życiu wiary trzeba pamiętać po prostu, że żadna dieta nie zbawia. Dawni asceci chrześcijańscy umartwiali się nie mniej srogo niż sadhu hinduscy. Dlatego nie można tych spraw łatwo oceniać. Znajdziemy środowiska chrześcijan, którzy są wegetarianami. Tradycyjne chrześcijaństwo znało naprawdę dużo postnych, bezmięsnych dni, w sumie zajmowały one nawet około jednej trzeciej roku. Wszystko to są jednak tradycje ludzkie, relatywne wartości, uzależnione od szczerości intencji ich przestrzegania. Post jako część życia religijnego nie ma znaczenia sam w sobie, w katolicyzmie zniesiono niemal jego obowiązek, pozostawiono jedynie bezmięsne piątki i bodaj dwa dni w roku, kiedy to należy przestrzegać postu ścisłego ograniczonego do trzech posiłków na dzień. Może właśnie dlatego świadomie i szczerze wybierany post – pomimo braku takiego obowiązku – paradoksalnie nabiera wartości, gdy wynika z dobrej woli ofiarowania swojego wyrzeczenia Bogu, a nie z przymusu. Dlatego narzucanie innym cierpień z powodu niedożywienia w sektach jest czymś nagannym, a samodzielne poszczenie może bardzo ubogacać duchowo. Dałoby się pewnie napisać o tym kilka ciekawych książek.
(5)
Hindusi czczą święte rzeki i stąd obmycie w Gangesie traktują jak czynność oczyszczającą duszę. Chrześcijaństwo przyjmuje się poprzez inicjacyjne zanurzenie, które pierwotnie odbywało się także w rzece (w Jordanie), gdyż taka była tradycja żydowska. Dziś jest to tylko symboliczne obmycie wodą, ale skutek następuje właśnie taki, o jakim marzy się w Indiach – dusza uzyskuje nowe życie, wolne od przeszłych błędów.
(6)
Hinduiści chętnie mantrują, zwłaszcza mantrą Gajatri. Przyzywają w ten sposób bogów, aby wyleczyć swoją duchową przeszłość. Chrystus pozostawił nam modlitwę powtarzaną w postaci Koronki do Miłosierdzia Bożego, a pobożność ludzka wytworzyła wiele innych modlitw tego typu. Modlitwa do Boga stopniowo oczyszcza duszę, serce i umysł. Jest aktualizacją więzi z Bogiem, który przychodzi, żeby nas zbawić. Całe życie człowieka może być poświęcone modlitwie, zwłaszcza tego rodzaju, prostej i szczerej.
(7)
Wcielenie Boga
W Indiach słynna jest Bhagawadgita, w której Kriszna w postaci człowieka poucza rodzaj ludzki za pośrednictwem Ardżuny. Wisznuici wierzą w wiele awatarów, wcieleń Wisznu.
Chrystus naprawdę był wcieleniem Boga i pouczał zwłaszcza swoich uczniów, a poprzez nich wszystkich ludzi. Efektem tego są Ewangelie. Nie była to jednak krótka inkarnacja w na chwilę uczynione ciało. Tak objawił się Bóg Abrahamowi w Mamre poprzez aniołów spożywających z nim posiłek. Jezus Chrystus nie jest tego typu inkarnacją. To prawdziwy człowiek z duszą i ciałem, który przeżył życie od poczęcia do śmierci na Krzyżu. Realny człowiek i Bóg w jednej osobie. Wcielenie to zdecydowanie za małe słowo, wręcz mylące, ponieważ w Chrystusie Bóg się „wczłowieczył”. Jest to fenomen, którego nie przewidziały nawet żadne mity, mimo wielu rozsianych po całym świecie baśniowych opowieści o bogach chadzających wśród ludzi. Chrystus to człowiek, który przeszedł całą trudną drogę człowieczeństwa do nieba, a jednocześnie Druga Osoba Boska. Człowiek nie wymyśliłby czegoś tak niepojętego. Tajemnice chrystologii nurtują samych chrześcijan. W historii były jak oścień wbity w ciało, dręczyły i pobudzały do starania, aby się z nimi zmierzyć i je poprawnie zrozumieć. W tej sferze uczyniono wiele pomyłek, odrzucono mnóstwo prostych, niewystarczających twierdzeń. Jest to tak trudne do pojęcia, że cała historia teologii obraca się wokół Chrystusa. Także dziś podaje się ludziom do wierzenia nietrafne, proste i wygodne poglądy o Chrystusie. Wielu buduje obraz Jezusa według własnej fantazji i chęci, powstaje o Nim mnóstwo kłamliwych książek. W erze kontaktu z Indiami próbuje się Go sytuować w jakichś bajecznych historyjkach o Jego przebywaniu w Indiach. Funkcjonuje wiele podobnych kłamstw i wymysłów, księgarnie zalewane są „bujdami” o tym, że pochodził z jakiejś innej planety, że nie umarł, miał żonę. Ludzie mają skłonność do wierzenia we wszystko i widzą Jezusa wszędzie, tylko nie tam, gdzie powinni, czyli w Ewangelii i we własnych sercach. Ostrzeżono nas, że przy końcu czasów różni kłamcy będą ogłaszać Jezusa to tu, to tam. Jak się okazuje ponoć widziano Go w Indiach, w UFO i nie wiadomo, w czym jeszcze. W tym przedmiocie powstają tysiące książek, filmy; jest ich nawet jakby coraz więcej. Upór upiorów, żeby odwrócić uwagę od prawdy o Jezusie, jest zaiste w naszych czasach znamienny.
(8)
Bóg czy bogowie
Czy starożytni Grecy wierzyli w Boga? Na to pytanie nie ma jednej odpowiedzi. W religiach naturalnych występują aspekty wiary w autentyczny Absolut, czasem też w Stwórcę czy Pana nieba. Obok tego, ale nie w sprzeczności z tym, wyznawanych jest wielu bogów, półbogów, duchy, legendarne istoty i postaci, siły, energie itp. Nie da się w łatwy sposób oddzielić zdrowej wiary w Boga od wiar prowadzących do kultu sił nierzadko nieczystych. Doświadczył tego Abraham, gdy wędrował przez Bliski Wschód wśród ludów wierzących w najrozmaitszych bogów i siły. Nagle jednak spotkał się z Melchizedekiem, który był kapłanem co prawda religii naturalnej, ale takiej, która najwyraźniej potrafiła rozpoznać i oddzielić od innych kult Najwyższego Boga. Ten kapłan, bądź co bądź, religii naturalnej stał się modelem kapłaństwa w chrześcijaństwie.
Można złośliwie zapytać, czy nominalni chrześcijanie wierzą w Boga? Też różnie z tym bywa. Wielu w sercu składa najwyższą cześć dla Mamony. Inni maczo czczą swoją samczą siłę jak w kulcie Baala. Rozwiąźli czczą najwyżej sprośną Wenus – Aszerę. Trzydzieści procent katolików wyznaje reinkarnację. Procent takich, którzy w Polsce chodzą do wróżek, magów, jasnowidzów, uzdrowicieli magicznych, astrologów, zapewne nie odbiega od podobnego parametru w Indiach. Znam wielu katolików, którzy czczą kapłanów niemal tak gorliwie, jak wielu Indusów swoich guru, wobec czego prawie już nie potrzebują Boga. Sam Kościół rzymski jako organizacja potrafi przypisywać sobie godność niemal boską. Papieży jeszcze niedawno obnoszono na rękach dokładnie tak samo, jak choćby bhaktowie w procesjach obwożą na specjalnych ceremonialnych wozach swoich guru. Protestanci bodaj najwyższą czcią obdarzają Lutra lub innego swojego doktora, których nie wolno w żaden sposób krytykować, co jest oznaką ubóstwienia.
Broń Boże, nie chcę relatywizować tak fundamentalnych spraw jak wiara. Wyznanie wiary w Chrystusa ma kardynalne znaczenie dla duchowej egzystencji i przynależności do Królestwa Bożego. Problem w tym, że gdy schodzimy na ziemię, to widzimy sytuację, która w ujęciu statystycznym jest daleko bardziej skomplikowana, niż byśmy tego sobie życzyli. Zdecydowanie każdy chrześcijanin winien mieć szacunek dla tych wyznawców innych religii, którzy mają tak czyste serca i dusze, że pod imionami swoich bogów tak naprawdę czczą Absolut lub Stwórcę jako Boga dobra, prawdy i miłości. Tacy ludzie, choć nie są może liczni, stanowią swoisty wyrzut sumienia dla tych chrześcijan, którym podano gotową do przyjęcia wiarę doskonałą, a oni ją odrzucają albo otwierają się na nią tylko w niewielkim stopniu. Nie pozwolono człowiekowi osądzać drugiego także w zakresie tego, w co i jak wierzy. Łatwo to zrozumieć w społecznościach, gdzie zgodnie żyją obok siebie rodziny różnych wyznań. Swojemu bliskiemu nikt nie próbuje narzucać choćby według siebie najlepszej religii, ale szanuje jego sposób życia. To samo powinno cechować chrześcijan, wśród których musi w końcu zagościć elegancja i szacunek. Nie zaprzecza to obowiązkowi dawania świadectwa swojej wiary przede wszystkim swoim świętym życiem i idącymi za tym wypowiedziami.
Chrześcijaństwo samo w sobie przyciąga do siebie, kiedy jest naprawdę z siłą praktykowane. „Spójrzcie, jak oni się kochają!” – mówiono kiedyś. Dziś, gdy w jednej okolicy zejdą się misje dwu wyznań chrześcijańskich, natychmiast zaczyna się modelowa wręcz niechęć. Czy może być coś bardziej diabelskiego? Czytałem u jakiegoś luteranina, że nie trzeba namawiać do wiary, tylko żyć tak, aby każdy był ciekaw, skąd się bierze takie piękne i godne życie. Mamy głosić Chrystusa aż po krańce Ziemi, ale to nie polega na okładaniu pięścią inaczej wierzących ani terroryzowaniu przez megafon czy przekupywaniu za chrzest. Chrześcijanie mają być przede wszystkim najpierw autentycznymi chrześcijanami, bo to oni są znakiem Chrystusa, a nie to, co mówią. Jeśli Bóg cię uczynił szewcem, a ty jesteś Jemu posłuszny, to będziesz się starał zostać najlepszym szewcem, jak to tylko możliwe. W ten sposób więcej świadczysz o Bogu niż jakiekolwiek nauki. O Bogu daje się świadectwo przede wszystkim życiem, tego uczy Chrystus. Warto przyjrzeć się zielonoświątkowcom. Ich liczba niedługo przekroczy liczbę katolików. Nie martwią się oni niuansami złożoności swoich doktryn, tylko w biednych krajach zakładają sierocińce itp. oraz radośnie głoszą Chrystusa, na nic się nie oglądając. Ich siłą jest autentyczna, podejmowana z poświęceniem działalność dla ludzi, połączona z bezpretensjonalnym głoszeniem Chrystusa. Żyją Chrystusem i to życie (a nie tylko słowa) przekazują reszcie świata.
(9)
Zagrożenie fundamentalistycznym islamem
Tym, co łączy Indie i Zachód, jest także zagrożenie fundamentalnym islamem. Religia ta pochodzi od bytu duchowego, który nazwał sam siebie Archaniołem. Jest to religia abrahamowa, oparta na niektórych chrześcijańskich prawdach wiary, odwołująca się do wydarzeń biblijnych oraz objawienia Mahometa. Stanowi ona jednak zaprzeczenie chrześcijaństwa, gdyż Chrystus głosił miłość Boga i miłość między ludźmi. Islam w praktyce propaguje wojnę człowieka z samym sobą oraz wojnę religijną i przemoc między ludźmi (dżihad w dwu znaczeniach). Jest tam obecny fundamentalizm, który biegunowo różni się od Ewangelii. Islam odciął Indie od Europy, zniszczył szlaki handlowe łączące Azję z Zachodem. To właśnie postępy tej wojowniczej religii nawracającej ludzkość mieczem zmusiły Europejczyków do opłynięcia świata – żeglarze poszukiwali właśnie Indii, z którymi chcieli kontynuować handel przyprawami. Tak indyjski pieprz i islamska wrogość przyczyniły się do globalizacji rozpoczętej wyprawami Vasco da Gamy, Kolumba i Magellana.
Są różne odmiany islamu. W Indiach spotkamy wielu gnostyckich sufich, bardzo podobnych w swojej wierze do ezoterycznych hinduistów. Obecni są także asceci, nie mniej wytrwali niż hinduscy. Znany święty mąż Indii, Shirdi Sai Baba, był zarówno muzułmaninem, jak i hinduistą. Niestety, w ostatnich latach widzimy wzrost nastrojów fundamentalistycznych w wielu religiach. Przybywa radykałów wśród protestantów w USA i katolików w Europie, w Indiach narasta agresja ze strony hindutwy, a szczególne nasilenie fanatyzmu jest u muzułmanów. Organizacje terrorystyczne zastraszają cały świat; bojówki mordują po równo innych muzułmanów, jak i innowierców; z ledwością zwalczono ISIS; talibowie nadal stanowią siłę w Afganistanie. Powstała potężna międzynarodówka wahabitów i pokrewnych nurtów, która dyszy żądzą mordu wobec ludzkości, a nierzadko tę żądzę realizuje. Wydaje się, jakby sami muzułmanie nie robili w swoim gronie niczego, żeby ograniczyć rozwój zbrodniczych odłamów. Problem wrogości na podbudowie różnic religijnych narasta w skali globalnej. Większość wyznawców islamu przejawia postawy umiarkowane, niektórzy poszukiwacze duchowości nawet wybierają tę religię i dokonują konwersji, głównie ze względu na stosunkowo nieskomplikowaną teologię, którą łatwo zrozumieć. Nie jestem znawcą islamu; tę religię wyznają setki milionów ludzi i zapewne przeżywają ją na wiele różnych sposobów. Istnieje przecież przepaść między dzikim wahabityzmem a sufizmem. Niemniej wydarzenia ostatnich lat, kiedy rewolucja islamskich terrorystów i morderców w najgorszym możliwym wymiarze odczłowieczenia pochłania kolejne środowiska i terytoria, budzą trwogę każdego wrażliwego człowieka, bez względu na religię.
5. Pozytywne myślenie a błogosławieństwo
„Pozytywne myślenie” to, o ile dobrze kojarzę sprzed parunastu lat, jedna z technik New Age, która tylko częściowo ma coś wspólnego z potocznym rozumieniem tego pojęcia. Oto nakłania się adeptów, aby powtarzali sobie pozytywnie programujące frazy, np. „Jesteś świetny”, „Dasz radę” itp. Nie ma w tym niczego złego, przecież wszyscy tak czasem się wzajemnie pocieszamy, podnosimy na duchu, motywujemy. Problem w tym, że to tylko część zjawiska pod tytułem „pozytywne myślenie” (celowo używam cudzysłowu). Adepci ci jednocześnie bywają uczeni, że ich pozytywne myśli potrafią zmieniać także rzeczywistość poza nimi. Przykładowo (wzięte z literatury przedmiotu), kiedy pani niechcący kupi przyciasną sukienkę, poleca jej się, żeby powtarzała wielokrotnie w myślach, że ta sukienka będzie w sam raz. Ma to po paru dniach zadziałać. Jak? Oczywiście magicznie! Technikę werbalną nazywa się w tej metodzie afirmacją i zaleca się wielokrotne afirmowanie.
Druga technika, o ile dobrze kojarzę, to wizualizacja, tzn. wyobrażanie sobie pożądanych przyszłych zdarzeń, celem ich wywołania. Tego typu afirmacje i wizualizacje pochodzą, jak się twierdzi, z tradycji orientalnych, także indyjskich.
Nie są to wcale takie niewinne sprawy, gdyż jest to odwoływanie się do idei ludzkiej wszechmocy, czasem wiązanej z ideą tzw. Wyższego Ja (pisanego właśnie wielkimi literami). Owo „Wyższe Ja” posiada wszelkie atrybuty boskie i ma być boską wszechmocną częścią każdego człowieka, która tylko oczekuje na odkrycie i wykorzystanie.
Zbiega się w tej metodzie wiele błędów:
• magia – te afirmacje kierowane, czy poza siebie, czy w ogóle w imię człowieczej wszechmocy, to nic innego, jak pradawne zaklęcia, zaklinanie rzeczywistości słowem i wolą człowieka,
• egotyzm – bardzo silny, deifikacja siebie,
• w podtekście tego wszystkiego jest zazwyczaj po prostu monizm lub namiastka gnozy, które mają wyjaśnić ową boskość w człowieku (boska cząstka ukryta w człowieku lub po prostu cały człowiek jako oderwany fragment jakiejś boskiej kosmicznej Jedni, która zapewnia mu „boskie” moce).
Wielokrotne powtarzanie tych samych afirmujących fraz zbliża się jakoś do modlitw powtarzanych. Przeradza się to niekiedy w chorobliwe parareligijne zachowania i postawy. Bywa też wykorzystywane w praniu mózgów, np. w parasekciarskiej firmie, gdzie zalecano ponoć notoryczne mantrowanie po kilkadziesiąt razy dziennie „I love Herbalife!’’, czy innych „pozytywnych’’ haseł.
Podobnie działają wizualizacje. Swego rodzaju trening wyobrażeniowy własnych zachowań, wyobrażanie sobie przyszłych sytuacji i swojego w nich uczestnictwa potrafią być bardzo skutecznym sposobem pracy nad sobą. Czymś innym są wizualizacje, których przedmiotem jest kształtowanie świata poza nami – zachowań innych ludzi, przebiegu zdarzeń itp. To jest już magia, w której wyobrażony obraz służy za symbol, za pomocą którego zmieniamy stan desygnatu. W afirmacjach, zaklęciach takim symbolem jest słowo. Sam miałem w swojej niedługiej aktywności okultystycznej pewien incydent. Byłem kiedyś na zajęciach, które prowadziła pani wykładowca. Bawiła się jakąś nicią, która wyszła z tapicerki krzesła, a ja byłem na niej skupiony, bo słuchałem wykładu. Nagle doznałem w sobie silnej woli związanej z wyobrażeniem tego, jak ta pani siłą wyszarpuje tę nić, czyniąc dziurę w obiciu krzesła. W tej samej chwili poczułem także z nią jakby więź. Potem faktycznie ona to zrobiła, patrząc mi w oczy. Ja tymczasem czułem, że ta wola wyszła ode mnie. Niedługo później odrzuciłem okultyzm i ezoteryzm. Rzecz w tym, że to nie była moja wola, tylko spoza mnie, wykorzystująca moją ówczesną otwartość do małych z początku rzeczy. Do czego bym doszedł, gdybym tego nie odrzucił? Jest na świecie wielu ludzi totalnie opanowanych przez takie moce i służących destrukcji oraz złu poprzez aktywność w ich kanałowaniu.
Jak widać, „pozytywne myślenie” miesza zachowania zupełnie niewinne z chorobliwymi czy bałwochwalczymi, a nawet sekciarskimi. To jest typowa strategia zła, że miesza się z dobrymi, a nieraz nawet odkrywczymi i świeżymi zjawiskami. Tak jest i tutaj, pozytywna aktywna wiara w siebie, wyrażana w prawdziwym pozytywnym myśleniu, powiązana jest z zaklęciami i magią. Sztuka polega na rozdzielaniu od siebie złych idei od dobrych, za którymi te pierwsze często się ukrywają.
Słowo stwarza, kształtuje rzeczywistość. Bene dicere – dobre mówienie jest przeciwstawiane maleficium, złemu mówieniu, przekleństwu w tradycji chrześcijańskiej. Pierwsze życzy dobra, programuje je poprzez sam jego słowny przekaz i moc Bożą, drugie przeciwnie – zmierza do zła. Jedno i drugie ma jakąś moc. Zupełnie inne jest wyjaśnienie źródła tej siły niż w New Age. Dobre mówienie to błogosławienie, akt wiary w Boga i Jego opiekę i wsparcie. Zwykłe, codzienne, dobre życzenie sobie czy drugiej osobie jest po prostu wyrazem miłości, pozytywnego nastawienia do siebie czy drugiej osoby. Przekleństwo z kolei (maleficium) ściąga działanie zła, programuje je w człowieku, w tym źle życzącym, czy źle określającym, potępiającym.
Uroczyste błogosławieństwo jest w Kościele świętym znakiem, mniejszym tylko od samych sakramentów (sakramentalium). Rodzic, kapłan (przykładowo) mogą czynić sakramentalium błogosławieństwa przez znak krzyża nad błogosławionym i formułę trynitarną. To forma uroczysta, niemniej błogosławić komuś możemy także w sposób powszechny, zwyczajnie dobrze mówiąc, możemy też przeklinać. W szerszym znaczeniu błogosławić komuś to dobrze o kimś mówić i dobrze mu życzyć.
Skupmy się na błogosławieniu. Dziś psychologia obserwacyjnie potwierdza siłę dobrego mówienia o kimś, zwłaszcza gdy ten ktoś jest pod nasza władzą i wpływem, np. nauczyciel–dzieci, rodzic–dzieci, przełożony–podwładny, głos ludu (np. lokalna opinia publiczna)–jednostka. Słowa mają znaczenie i moc.
Wiele z tego, co dziś mozolnie jest odkrywane w naukach o człowieku, zawiera się w starej dobrej katolickiej nauce. Święci to błogosławieni, co dzień błogosławimy Matce Boże w modlitwie. Błogosławimy (wychwalamy) Boga, bo jest dobry. Do dobrego mówienia wielokrotnie odnosi się Biblia. W chrześcijaństwie znajdziemy wiele niewykorzystanego potencjału dobra, szkoda, że tak mało z niego czerpiemy. W istocie błogosławieństwo i chwała to bliskie sobie pojęcia. Człowiek błogosławi Bogu, czyli głosi Jego chwałę. Bóg z kolei błogosławi dobremu człowiekowi (nazywa go dobrym na sądzie), czyli wprowadza go do swojej chwały.
6. Nieczystość religijna
Religie z czasów przed Chrystusem często korzystają z koncepcji nieczystości religijnej, z której człowiek musi się oczyszczać poprzez rytuał religijny (np. ofiarny) lub ascezę. Taki model religijności odnajdujemy zarówno w Starym Testamencie, jak i w islamie czy religiach indyjskich.
W Indiach panują niezwykle skomplikowane zasady nieczystości i czystości. Bramini ponoć nie powinni zjeść jedzenia, na które padł cień Dalita (pariasa). Pariasi uchodzą za tak nieczystych, że nie można ich dotykać, żeby nie zaciągnąć nieczystości. W tej kulturze problemem jest samo gotowanie posiłków, bo te ponoć łatwo stają się nieczyste. Dlatego kucharzami bywają bramini, którzy nie zanieczyszczają pożywienia. Taka nieczystość ma w Indiach charakter ściśle magiczny, powiązany z wiarą w energie (wibracje).
Wzorując się na Indiach, New Age zna także różne zabobony związane z tzw. oczyszczeniem energii, co ma tutaj z kolei związek ze „złymi emocjami”, traktowanymi jako złe energie.
W tych wierzeniach tę magiczną nieczystość można nabyć od innych. Taki system wierzeń zawsze jest mocno zabobonny, a nierzadko wręcz niebezpieczny. Religia mojżeszowa znała pojęcie nieczystości zbliżonej, choć nie tak rozbudowanej, jaka występuje w religiach naturalnych. Przykład Starego Testamentu mówi nam, że taka forma religijności jest w historii ludzi w jakiś sposób nieodzowna, bo i Bóg taką właśnie religijność zalecił swojemu ludowi. Opiera się ona na usiłowaniu samodzielnego wydźwignięcia się ze stanu upadku duchowego, którego przejaw stanowi właśnie nieczystość. Nieczysty to znaczy niezgodny z naturą, zmieszany z obcymi szkodliwymi naleciałościami, czyli skłonnościami, przywiązaniami, skierowany ku samozniszczeniu. To okoliczność, zasada, siła determinująca los, a nawet postępowanie człowieka, który jej podlega i w prosty sposób nie jest w stanie jej się przeciwstawić. To duchowa niewola, związanie woli i losu i ukierunkowanie w stronę zatracenia. Coś podobnego unaocznia Stary Testament. Jest to powiązane z nieczystością rytualną, niekiedy mającą zdroworozsądkowe podstawy i przypominającą tabu religijności pierwotnej, np. traktowanie chorych zakaźnie jako nieczystych i nakaz odłączenia ich od społeczności.
Sam stan zaciągnięcia nieczystości jest interesujący, bo wiele mówi o naszej naturze. Nie mniej ciekawy jest jednak sposób ucieczki od niej. W religiach przedchrystusowych nieczystość można było zwalczyć samodzielnie. Po pierwsze należało unikać jej źródeł. Po drugie nieczystość i wina mogły zostać zmyte przez rytuały (np. ofiary), względnie przez ascezę, w której przecież mówimy o oczyszczeniu jako pierwszym obowiązku życia duchowego. Rozbudowane oczyszczenia rytualne, a także oczyszczenie ascetyczne znane są religiom naturalnym. Ich istotą jest niejako zbawienie (oczyszczenie, uwolnienie) płynące z uczynków posłusznych danej religii. W tej religijności człowiek sam jest swoim zbawicielem. Tak dzieje się w Indiach i ich tradycjach, które dziś często stanowią podstawy przeżyć „duchowych” Nowej Ery. Właściwie myślenie starostestamentowe specjalnie się nie różni od indyjskiego – w obu bowiem przypadkach zbawienie należy sobie zapewnić stosownymi uczynkami oczyszczającymi duszę.
Chrystus czyni w tym absolutną rewolucję. Ukazuje nam prawdę, zgodnie z którą człowiek nie jest w stanie tak naprawdę sam siebie zbawić ani nawet naprawić. Po pierwsze nie ma bezgrzesznych, wszyscy upadli. Rodzimy się już ze zmazą potępienia z dala od Boga, którego nasi przodkowie na drodze grzechu wyrzucili poza nawias swojej rzeczywistości. Owo „z dala” samo w sobie jest właśnie rzeczywistością potępienia, rozdzielenia od Boga. Po drugie żadne nasze starania nie są w stanie nas uduchowić i udoskonalić. Mimo najszczerszych chęci człowiek nie wdrapie się do nieba, wszystkie te wizyjne drabiny to tylko metafory. To Bóg przychodzi do nas w duchowości. Człowiek jest ze wszech miar bezsilny w relacji z Nim. Nie może też sam zmyć swoich win, gdyż są to ciosy zadane Bogu. Boską odpowiedź na te winy może przyjąć na siebie tylko Bóg, co zresztą robi Jezus Chrystus jako Zbawca. Nie będzie zbawienia z uczynków Prawa, tych wszystkich ofiar, wyrzeczeń, oczyszczeń itd. Człowiek jest bezsilny.
Chrystus przynosi nowe oczyszczenie i ascezę – wyrzeczenie się siebie. Mówi o zaparciu się siebie, o braniu krzyży, o wygaszeniu pomsty i przebaczeniu. Jest to niezwykły wzorzec ascezy, sięgający do głębi osoby, zmuszający do kwestionowania zła noszonego nawet w swoich głębiach. Pojawia się tu szlachetna nieczułość na koleje ziemskiego losu, która opiera się na podstawowej zasadzie – absolutnej miłości Boga. Kiedy jesteśmy zapatrzeni w Boga, zapominamy o własnych radościach, a nawet strapieniach. To nas ratuje od nas samych. Już nie wierzymy w siebie jako we własnych wybawicieli, tylko w Niego. Nasza nadzieja na przyszłe szczęście nie wynika z własnej potęgi, ale z Jego łaski. Nasza miłość nie jest miłością własną i kręceniem się wokół własnego ogonka, ale miłością i zakochaniem w Nim.
To jest ostateczna asceza – asceza duszy. Skoro mamy Zbawcę, niewiele znaczą zarówno nasze zasługi, jak i winy. On zupełnie zmienia rachunki. Jednoczymy się z Nim poprzez współpracę z Jego dziełem tworzenia i zbawienia świata. Zespalamy się tak blisko w tym działaniu, że stajemy się jednym. U szczególnie zatracających siebie w Jego uwielbieniu zanika poczucie separacji, a nawet odróżnienia. Działamy jak jedno ciało, jeden mechanizm, który służy przymnażaniu Jemu radości i zaspokajaniu Jego pragnień (mówiąc inaczej – wypełnianiu Jego woli). Usuwając na bok własne ego poprzez zapomnienie o sobie w miłości, krzyżujemy je, a wraz z nim swoje zepsucie i grzeszność. Krzyż nie jest symbolem jałowej śmierci, tylko śmierci dawnego zarozumiałego człowieka, pełnego poczucia własnej wartości i ważności. To wyzbycie się tej wersji natury, a następnie odrodzenie do życia w Chrystusie.
Czy to znosi zachowania religijności przedchrystusowej? Bynajmniej. One są tak zrośnięte z człowieczeństwem, że nie da się ich wyeliminować. Zmieniają się, wysubtelniają, racjonalizują, ale sama aktywność człowieka w kierunku swojego wybawienia nie znika. Chrystus bowiem wypełnił Prawo, ale go nie zniósł. Napełnił je sensem, jego dobrym rozumieniem. Uzasadnił, wytłumaczył, doprecyzował. Co najważniejsze, dodał ten najpiękniejszy z uczynków religii, jakim jest miłość. Wypełnił Prawo duchem, czyli określił jego ostateczny cel i sens. W ten sposób je poprawił, oczyścił z zabobonu i prymitywnego ludzkiego odczytania (tzw. martwej litery). Przydając sensu, pomnożył je z chęci do ascezy, duchowości. Otwarł dla nich nowy horyzont – to już nie jest obracanie się w kręgu ludzkim, ale relacja z Bogiem. Jezus wypełnił Prawo też w ten sposób, że wziął na siebie całe płynące z niego na nas potępienie. Człowiek już nie musi na różne niezdarne sposoby oczyszczać duszy, co przynosi niewielkie skutki, ale to sam Wcielony Bóg może nas uwolnić, oczyścić, uleczyć. Dla chrześcijanina oczyścić się to być posłusznym Chrystusowi, oczyszczać Bogu drogę do siebie, aby mógł przyjść ze zbawieniem. To nowe oczyszczenie polega na wyzbyciu się grzechu, wszystkiego, co do niego prowadzi, i Szatana.
Nasze prymitywnie hedonistyczne czasy nie znają dobrej ascezy i bardzo jej potrzebują. Dlatego warto pisać, że jest asceza duszy, dość prosta, bo zaczynająca się od naszych myśli, decyzji, postanowień. Miłość, zabieganie o potrzeby drugiego, wyrzeczenie się siebie, swojego ego to najpiękniejsza asceza, najlepsze oczyszczenie. Wszak miłość zmazuje wiele grzechów. Objawienie ujawnia nam obraz Boga ascety. Każda z Osób Boskich wychwala inną, nigdy nie jest zapatrzona w siebie. Ten cudowny krąg miłości, wzajemnego zachwytu i aktywnego nieustannego przymnażania Jeden Drugiemu to jest świat Bożych Osób, który nas do siebie zaprasza. Wchodzimy doń, akceptując i naśladując jego zwyczaje.
Nie trzeba być wielkim ascetą jak sadhu czy derwisz. Nie trzeba siedzieć nagim na zimnie, ranić ciało, odrzucać wszelkie dobra i obnosić się ze swoją ascezą przed ludźmi czy wręcz czynić specyficzne publiczne przedstawienie ze swojej religijności. Bóg każe poszczącym wystroić się i nikomu tego nie rozgłaszać. Zbawiony może być każdy człowiek bez względu na swoje powołanie, i pokutnik, i król. Ważne jest, żeby miał autentycznie oczyszczone serce. Chrystus stanowczo krytykuje wiarę w nieczystość rytualną i czynności oczyszczające, takie jak obmywanie kubków u Judejczyków. Wyraża On nową naukę, że czyste ma być serce każdego człowieka, bo z niego pochodzi zło. Tylko ono – grzech – może czynić nas nieczystymi. Nie istnieje żadna inna nieczystość duszy.
Ascezę serca można zacząć od uśmiechu bez powodu, podarowanego za darmo drugiemu człowiekowi, od miłego słowa czy życzliwego gestu bez oglądania się na wzajemność. Potem można przejść do kromki chleba czy większego datku. Nierzadko też mamy sposobność okazać spokój wobec chwilowych krzywd, jakich doznajemy – to też asceza, wyrzeczenie się pomsty, odgrywania się. Cokolwiek dając drugiemu, wyrzekam się tego czegoś w sposób najradykalniejszy. Będąc życzliwym innemu, nie oglądam się na swoje dobro, ale myślę o szczęściu tego człowieka, zapominam o sobie.
Miłość to najpiękniejsza asceza i oczyszczenie, twarde jądro naszej religii, zmazuje wiele grzechów. Inne formy oczyszczeń także znajdują swoje miejsce, ale pod warunkiem, że nie naruszają tego najważniejszego prawa. Dlatego surowo poszczący człowiek przyjmuje nieraz poczęstunek od drugiego, choćby ciastko, bo inaczej musiałby robić wokół siebie zamieszanie i zwracać na siebie przesadną uwagę. Już lepiej zjeść to niewiele znaczące ciastko i być za nie wdzięcznym. Nie ma w tym żadnego przedstawienia wokół siebie, wywoływania niepotrzebnego zamieszania. Kierując życzliwość i uwagę na Drugiego i drugiego, wkraczamy w obszar ostatecznej i totalnej ascezy. Czynimy bowiem na tej biednej ziemi kawałek nieba, w którym Ojciec wywyższa Syna, Syn wywyższa i wychwala Ojca, a Duch nie ustaje w zanoszeniu tej miłości pomiędzy Nimi.
U Jezusa zebrali się faryzeusze i kilku uczonych w Piśmie, którzy przybyli z Jerozolimy. Zauważyli, że niektórzy z Jego uczniów brali posiłek nieczystymi, to znaczy nieobmytymi rękami. Faryzeusze i w ogóle Żydzi, trzymając się tradycji starszych, nie jedzą, jeśli nie obmyją sobie rąk, rozluźniając pięść. Gdy wrócą z rynku, także nie jedzą, dopóki się nie obmyją. Jest jeszcze wiele innych zwyczajów, które przejęli i których przestrzegają, takich jak obmywanie kubków, dzbanków czy naczyń miedzianych. Faryzeusze i uczeni w Piśmie zapytali więc Jezusa: „Dlaczego Twoi uczniowie nie postępują według tradycji starszych, lecz jedzą nieczystymi rękami?”. Odpowiedział im: „Słusznie prorok Izajasz powiedział o was, obłudnikach, jak jest napisane: «Ten lud czci Mnie wargami, lecz sercem swym daleko jest ode Mnie. Ale czci Mnie na próżno, ucząc zasad podanych przez ludzi». Uchyliliście przykazanie Boże, a trzymacie się ludzkiej tradycji”. Potem przywołał znowu tłum do siebie i rzekł do niego: „Słuchajcie Mnie, wszyscy, i zrozumcie! Nic nie wchodzi z zewnątrz w człowieka, co mogłoby uczynić go nieczystym; lecz to, co wychodzi z człowieka, to czyni człowieka nieczystym. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym” (Mk 7, 1–8a, 14–15, 21–23).
Gdzieś po drugiej stronie nieczystości duszy i serca jest szlachetność, czyli brak skaz i zniekształceń. Cnota to wizja człowieka, jak to się mawia, krystalicznego, nieskażonego, nieskazitelnego. Obraz duszy świętego jako wewnętrznego diamentu (czy raczej brylantu) znany jest różnym kulturom.
Kwestie czystości i przejrzystości duszy oraz jej zanieczyszczeń, splamień stanowią pewien duchowy archetyp, symbolikę zawartą w samej naturze człowieczeństwa. Chrystus nadaje tym intuicjom ostateczny sens, gdy przenosi w totalny sposób ich rozumienie z wymiaru zewnętrznego na wewnętrzny i uczynkowy. Pozbawia nas też złudzeń co do zdolności samodzielnego powrotu do pierwotnej czystości. Hinduiści, odwołując się do zbawienia, z kpiną czasem mówią, że nie można wyprać cudzej duszy. Fakt jest taki, że tylko Bóg jest w stanie oczyścić nasze dusze i zdjąć z nas duchowe balasty. Człowiek sam z siebie może się co najwyżej splamić.
7. Perspektywy wymiany idei
(1)
Wymiana idei między Zachodem i Indiami trwa. Koncepcje indyjskie są od dwu stuleci dostosowywane do kultury globalnej, nadawany im jest walor humanistyczny, zbliżają się nieco do chrystianizmu. Pełna jest tego spuścizna M. Gandhiego i innych egalitarnych nauczycieli. Elementy chrześcijańskie w neohinduizmie, które miały wpływ na kształtowanie ustroju politycznego Indii, obecnie kwestionowane są przez hindutwę. Indie tak czy inaczej będą przejmować egalitarne wzorce z reszty świata, bo są ostatnim społeczeństwem tak silnie opartym na segregacji.
(2)
Nie jestem w stanie opisać wszystkich ciekawych pomysłów, jakie chrześcijanin czy człowiek Zachodu może mieć, gdy spotyka indyjskie idee. Ciągle jest prowadzony, choć wciąż niezbyt sensownie, proces adaptacji dorobku indyjskiego do użytku w reszcie świata. Niestety, pułapkę stanowi New Age i podobne postawy oparte na przyjęciu paradygmatu (sposobu myślenia) hinduistycznego lub buddyjskiego. Chodzi raczej o to, żeby pozostając w pełni w chrześcijaństwie, umieć przyjąć dobra filozoficzne ofiarowane nam przez Indie.
Można spotkać np. będące na pograniczu magii i psychologii interpretacje kundalini jogi u C. Junga. Ma on wielu naśladowców, w istocie jest właściwie zachodnim ojcem New Age. Gdyby zupełnie odrzucić magię i odczytać chociażby działanie czakramów jako pewnych poziomów emocjonalności ludzkiej bez odniesień do energii, to zapewne psychologia mogłaby się czegoś nauczyć. W myśli indyjskiej pomieszana jest realna wiedza o ludziach i świecie z teoriami magicznymi i ezoterycznymi. Jeśli odczytamy ją bardziej symbolicznie, tak jak interpretuje się stare mity, możemy dokonać ciekawych odkryć natury filozoficznej, antropologicznej. Niestety, nie znalazłem autora, który potrafił do tej pory przeprowadzić takie przesianie ziarna od plew. Ewidentnie wiele motywów orientalnych znajdziemy w myśli P. Tillicha, ale jego ascetyczny w wyrazie wykład teologii systematycznej nie zawiera dróg dochodzenia do zebranych w nim przekonań. Trzeba się tego domyślać, przykładowo widoczny u niego duży nacisk na zjednoczenie przeciwieństw wskazuje na inspiracje wschodnie. Z pewnością jednak poszukiwanie łączności filozoficznej chrześcijaństwa i innych kultur najlepiej zacząć właśnie od niego, bo potrafił on z niespotykaną lekkością syntezować chrystianizm z filozofiami z całego świata.
(3)
Czy jest możliwa chrześcijańska „joga” bądź asceza oparta na wzorcach hinduskich? Oczywiście tak, takim joginem Chrystusa był Sadhu Sundar Singh, który wytrwale głosił Zbawiciela, studiował Pismo, wiele się modlił i żył, wyrzekając się przywiązań światowych. Myślę, że był on najjaśniejszą postacią zbliżenia chrystianizmu z Indiami. Chrześcijanin z kolei nie powinien stosować praktyk jogicznych, takich jak mantra do bóstw hinduskich, pranajama, asana, mudra itp., które realizują typowo gnostycką wizję świata, czyli stanowią część innej religii.
Trzeba pamiętać, że asceza chrześcijańska nie powinna polegać na popisach typu przebijanie sobie ciała kolcami czy chodzenia po ogniu, jak to ma miejsce u hinduistów. Tak czcili Baala jego wyznawcy za czasów Eliasza. Choć i brutalne formy umartwienia musimy traktować nieco inaczej w rzeczywistości i mentalności azjatyckiej, jednak innej od reszty świata, gdzie wszystko potrafi być totalne. Istnieją przecież krwawe święta powiązane z prawdziwym przybijaniem chrześcijan do krzyży i biczownictwo na Filipinach. Także muzułmanie w Indiach uprawiają krwawe biczowania. Europejczyk nie zrozumie Azji. Pewne jest to, że katolik ze swoimi praktykami odnajduje wiele analogii w obyczajowości religijnego życia indyjskiego.
(4)
Na stronie ośrodka dla trędowatych w Jeevodaya znalazłem coś takiego:
„Diwali to święto światła, niosące ze sobą przesłanie zwycięstwa: dobra nad złem, światła nad ciemnością, prawdy nad kłamstwem. Dla chrześcijańskich członków społeczności Jeevodaya to nic innego, jak przypomnienie prawdy o zmartwychwstaniu Chrystusa, który pokonał śmierć i przyniósł światu nadzieję. W dniu Diwali ks. Abraham, opiekun duchowy, a jednocześnie dyrektor Ośrodka, odprawia Mszę św. w indyjskim rycie, siedząc na podłodze obok niskiego ołtarza. Diwali to również czas spotkań, a więc szansa na pojednanie – dla skłóconych przyjaciół, krewnych, sąsiadów, podobnie jak ma to miejsce podczas chrześcijańskich Świąt Bożego Narodzenia”.
To ciekawe, że Judejczycy w czasach Chrystusa obchodzili nieco podobne do Diwali święto świateł (dzisiejsza Chanuka). Było ono radosne, w jego trakcie palono specjalne płomieniste lampy, a ludzie wylegali na ulice. Właśnie wtedy, jak czytałem, Jezus wygłosił swoje słynne zdanie, że to On jest światłem dla świata. Chrześcijanie tradycyjnie palą świece lub lampki oliwne w czasie modlitwy i obrządków; światło ognia ma też wielkie znaczenie w Indiach. Takich punktów zbliżenia jest naprawdę dużo i czas najwyższy, żeby je zacząć porządkować i systematyzować, czyniąc w ten sposób podbudowę dla szerszej ewangelizacji Indii.
(5)
Ktoś mnie kiedyś zapytał całkiem serio, dlaczego w chrześcijanach nie widać tego blasku istnienia, jaki można obserwować w oczach i sercach wielu prostych ludzi wśród hinduistów bądź buddystów. No właśnie… Gdzie zagubiliśmy naturalną dobroć, poczucie obecności w nas Boga i płynącą z tego radość? Chrześcijanie z Zachodu wiele mogą się nauczyć od mieszkańców Orientu, a za to dać im można najcenniejsze – Jezusa Chrystusa.
Ludzie Orientu umieją patrzeć na Boga, nie wszyscy oczywiście, ale ci pobożni i dobrzy. Zachód jest kulturą słowa (i Słowa). Wydaje mi się, że ostateczna synteza różnych szkół świętości powinna objąć zespolenie umiejętności adoracji Boga duchowym wzrokiem oraz słuchania Jego bezpośredniego pouczenia w Ewangelii.
8. Nowa era chrześcijaństwa
Emanacją kultury indyjskiej na cały świat jest ruch Nowej Ery. New Age głosi koniec chrześcijaństwa i nową erę bez niego. Czy era chrześcijańska rzeczywiście się kończy? Oczywiście, że tak. Nadchodzi bowiem Era Chrystusa, Jego powrót na ziemię. Chrześcijanin musi przekraczać własne przyzwyczajenia religijne, a nawet zrozumieć, że mogą one przeszkadzać w rozumieniu Boga. Dana konkretna wspólnota doprowadza nas tylko do pewnego miejsca. Trzeba umieć z niej wyjść psychicznie, emocjonalnie i stanąć samodzielnie, ale i samotnie wobec Boga. W obu przypadkach chrześcijanin musi niekiedy zaprzeczyć własnym ograniczeniom światowym i stanąć bezpośrednio wobec Chrystusa. Do tego zawsze wzywali prorocy izraelscy, silnie podkreślający opozycję pomiędzy zwyczajami ludu formalnie Bożego a faktycznym kultem Boga. Chrystus nie był chrześcijaninem, ale Chrystusem. Chrześcijaństwo o tyle ma wartość, o ile jest spotkaniem z Żywym Bogiem, jasnym płomieniem istnienia.
Każdy prąd duchowy może prowadzić do dobra, także New Age. Warunkiem jest to, aby jego adepci umieli przekraczać ograniczenia, a to znaczy – umieć go zakwestionować. Przekraczanie siebie jest uniwersalną zasadą dobrej duchowości. W tym przypadku uczestnicy New Age musieliby odrzucić programową niechęć do chrześcijaństwa oraz większość swoich praktyk związanych z energiami, ezoteryzmem i okultyzmem.
Możliwe są hippisowskie wspólnoty religijne, podobnie nowoerowe. Można sobie wyobrazić takie grupy chrześcijańskie, które cechuje:
• przyjazna braterska i siostrzana atmosfera, nasycenie relacji miłością i akceptacją, wzajemna przychylność,
• nastawienie na kontemplację filozoficzną i chrześcijańską,
• wykłady z filozofii i teologii na wysokim poziomie,
• arystokratyzm duchowy, lekka asceza (np. zdrowa dieta, bez słodyczy, używek),
• skupienie na sprawach duszy, łączności z Bogiem,
• kultura pogodna i optymistyczna oparta na nadziei zbawienia,
• duchowe przebudzenie, akcentowany wymiar wertykalny człowieka,
• łagodne nastawienie, głęboka relaksacja i uporządkowanie wewnętrzne, przykładowo hasło: „Przynajmniej dziś się nie gniewaj!” powtarzają reikowcy, a proponował je kiedyś papież Jan XXIII,
• grzech postrzegany jako krzywda czyniona Bogu i sobie samemu, rodzaj samobójstwa,
• miłość siebie i innych,
• założenie, że zło u innych budzi raczej współczucie niż gniew, gdyż brak im świadomości (buddyzm),
• cichość,
• czystość serca,
• powrót do natury rozumianej jako wspólnota z Bogiem, Kosmosem, przyrodą,
• duchowość uczuciowa, wypełniona wrażliwością na Boga i ludzi,
• dziecięctwo przy Ojcu Niebieskim, proste dziecięce oddanie i dobroć,
• radość duchowa przekraczająca logikę codzienności, trudnych czasów, skupienie na nadziei.
Prawdziwa Nowa Era Chrystusa to bycie ucieleśnionymi niebianami, czystymi i dobrymi jak anioły. Tak naprawdę New Age jest wykrzywionym demonicznym obrazem społeczności Nowego Stworzenia. Chrześcijaństwa jako wiary w Chrystusa już nie będzie, bo wszyscy zobaczą Syna Bożego i bezpośrednio oddadzą Mu cześć. Budując w sobie dobroć, przygotowujemy się na Jego powrót i ostatnią erę świata, Siódmy Dzień.
To zadziwiające, że C.S. Lewis w swojej apokalipsie spisanej w formie baśni, pt. Ostatnia bitwa, umieszcza jako znak odkupienia i odrodzenia świata radosny pochód na wzór nieco bachiczny. Radość powinna być znakiem szczególnym ludzi ostatnich chwil oczekiwania na powrót prawdziwego Władcy. „When the Saints Go Marching In” – to znakomita ilustracja tego, o czym piszę. Na ostatek wesoły pierwiastek donizyjski odsuwa prymat mądrościowego, poważnego pierwiastka apollińskiego. To nie szkodzi, że w tym czasie na świecie zapadają mroki duchowe, na ich tle wyraźniej widać światło Jutrzenki.
