CZĘŚĆ II · ROZDZIAŁ 30

Dusza

KONRAD TOMASZ

1. Duchowy pierwiastek człowieka

(1)

Dusza w chrześcijaństwie

Żyjący człowiek jest jednością zasadniczo niepodzielną. Składa się z substratu materialnego i metafizycznego. Szczegółowe opisy tej jedności, usiłujące wyznaczyć jego części składowe lub aspekty, w najrozmaitszy sposób nas „kawałkują”, a sposobów, na jakie to czynią, było na Zachodzie całkiem sporo.

W historii objawienia to pierwotnie Tora (najstarsza część Biblii) wspomina o stworzeniu człowieka z materii i ducha (ruach), czyli z oddechu tchniętego przez Boga w materię, dzięki czemu ta ożyła. Wiąże się to z tą prostą obserwacją, zgodnie z którą martwy już nie oddycha. Izraelici znali także pojęcie „nefesz” – duszy jakby zwierzęcej, która umierała wraz z ciałem, a posiadały ją też zwierzęta. Nefesz czyniła istotę ożywioną.

Okolicznym ludom semickim znana była wiara w Krainę Umarłych, smutne i posępne miejsce, gdzie przebywają wiecznie głodne i cierpiące duchy zmarłych, żywiące się jedynie ofiarami składanymi na ich rzecz przez żyjących. Izraelici uznawali podobne wierzenia, a krainę tę nazywali Szeolem, czyli Otchłanią. Według dzisiejszej terminologii było to Piekło zasiedlane w zasadzie przez wszystkich zmarłych. W młodszych księgach biblijnych z rezygnacją mówi się o losie człowieka skazanego na Szeol. Wiąże się to z koncepcją nieśmiertelności człowieka i posiadania przez niego odpowiedniego nieginącego substratu, czyli duszy. Chrystus potwierdza tę wiarę w przypowieści o bogaczu i biednym Łazarzu. Szeol był tak podobny do greckiego Hadesu, że nazwy te stosowano zamiennie. Grecy znali też Tartar, jako ciężkie Piekło dla szczególnie złych ludzi oraz Pola Elizejskie dla wyjątkowo dobrych. Daje się to pogodzić z wizją biblijną, gdzie najlepsze jednostki są niekiedy nawet z ciałem zabierane ze świata wprost do obcowania z Bogiem. Z kolei wieczny ogień Gehenny przypomina Tartar.

Na Bliskim Wschodzie przez 300 lat przed czasami Chrystusa dominowała kul tura hellenistyczna, której elementy były przyjmowane przez Judejczyków, także w idei duszy nieśmiertelnej. Koncepcje te powodowały spory między stronnictwami – zachowawczym środowiskiem kapłanów (saduceusze) obstających przy poglądzie zawartym w Torze i szerzej patrzących uczonymi ludowymi, tzw. rabinami (faryzeusze). Chrystus wchodzi w te rozważania i potwierdza faryzejski pogląd o nieśmiertelności duszy. Grecy wyznawali nieśmiertelność duszy, ale w swoich poglądach reprezentowali nierzadko wiarę w metempsychozę, czyli wędrówkę dusz z ciała do ciała. Faryzeusze nie podzielali tej koncepcji, nie wyznawali jej też Chrystus i apostołowie. Święty Paweł jako uczony Żyd używa trójpodziału człowieka (ciało–duch–dusza). Dziś judaiści opisują niekiedy ruach i nefesz jako aspekty duszy duchowej, tym samym godząc biblijny trójpodział z popularnym dwupodziałem na ciało i duszę. Chrześcijanie zazwyczaj stosują najprostsze rozróżnienie na duszę i ciało.

(2)

Podziały wewnętrzne lub po prostu funkcje duszy bywają różnie opisywane. Niektóre kultury, np. chińska i egipska, wyróżniały wiele dusz. Z kolei indyjska myśl ezoteryczna opisywała ciała metafizyczne człowieka odpowiadające filozoficznie różnym funkcjom duszy. Antropologia na różne sposoby próbowała ukazać jednolitość, a zarazem złożoność człowieka. Pierwotna myśl hebrajska obok ciała wskazywała co najmniej na nefesz i ruach. Niektórzy odrębnie traktują jeszcze neszamę jako element odnoszący się do świadomości. Z kolei dzisiejsza antropologia usiłuje analizować ludzką świadomość na swój sposób, np. dzielić umysł na id, ego i superego. Wyróżnianie elementów lub funkcji duszy jest o tyle zasadne, o ile pozwala nam lepiej zrozumieć samych siebie. Z punktu widzenia chrześcijaństwa najważniejszy pozostaje jednak prosty podział człowieka na dwa elementy – ciało i duszę.

(3)

Kultury, które odkrywały duszę, zauważały jej niezwykłe właściwości. Jest ona duchowa, czyli pozbawiona ograniczeń materii, a także bezkresna. „Choćbyś wszystkie drogi przeszedł, nie dotrzesz do granic duszy; tak głęboki jest jej logos” – pisał Heraklit.

W Indiach pojawiła się koncepcja dźiwy jako duszy konkretnego człowieka oraz Atmana jako wiecznej jaźni. Jak czytałem u Wiwekanandy, Atmana uznano za boskiego, gdyż nie może być dwu nieskończoności, a Bóg jest nieskończony. Niezupełnie tak to jednak wygląda. Istnieje wiele bytów w jakiś sposób nieskończonych, należą do nich dusze, wszystkie one nie podlegają ograniczeniom czasu i przestrzeni właściwym materii. Duchów jest wiele, ich nieskończoności wzajemnie się nie wykluczają.

Posiadanie przez duszę cech boskich lub analogicznych do boskich było znane wielu kulturom. Nieskończoność, wieczność, świadomość i rozumność, zdolność do kochania są to cechy boskie. Najświeższa z religii, czyli ruch Nowej Ery, nazywa swoją duszę Wyższym Ja i oddaje jej boską cześć. W takim ujęciu dochodzi do pomylenia Boga z Jego odbiciem. Człowiek, owszem, posiada wymiar duchowy, którego odkrywanie stanowi pasjonującą przygodę. Nie jesteśmy jednak jak bogowie, czyli nie można nas uznać za najwyższe istoty wszechrzeczy, władzę ostateczną, choć nosimy do niej podobieństwo.

(4)

Wydaje się, że podejmowanym w Grecji poszukiwaniom ezoterycznym, a później filozoficznym zawdzięczamy naukę o duszy i jej doskonaleniu. W misteriach orfickich człowiek nabierał boskiej natury. Wzniosłość tego procesu pozostaje w silnym związku z obecnością w człowieku pierwiastka wiecznego na podobieństwo bogów. Jest nim dusza w rozumieniu, jakie przejęliśmy właśnie od Greków. Izraelici pierwotnie nie wiedzieli o istnieniu duszy, a życie ludzkie postrzegali tylko na tym świecie, co prawda z perspektywą zmartwychwstania, ale bez obecności wiecznej duszy. Dopiero chyba pod wpływem helleńskim zrozumieli (z wyjątkiem klasy kapłańskiej, tzw. saduceuszy), że człowiek posiada nieśmiertelną duszę. W Księdze Mądrości przytoczono platońskie cnoty duszy, więc coś w tym musi być. Wcześniej Izraelici zetknęli się z nauką egipską i mezopotamską o krainie zmarłych, które to tradycje traktowały także o wieczności duszy zmarłego.

Obecnie naukę o istnieniu duszy w człowieku traktujemy dość lekko, a jest to odkrycie rewolucyjne wręcz w skutkach. Uznanie, że każdy człowiek ma podobną duszę, stanowi przepustkę do egalitaryzmu i demokracji. Ten duchowy składnik człowieka niweluje różnice, jakie są między ludźmi w przestrzeni materialnej. Król i żebrak okazują się takimi samymi ludźmi. Do dziś skutki doktryny o istnieniu duszy nie zostały w świecie Zachodu właściwie zrozumiane, choć konsumujemy wiele owoców tej koncepcji. Hasła wolności, równości i braterstwa mają sens ogólnoludzki tylko wtedy, gdy uznajemy istnienie duszy. W przeciwnym razie różnice międzyludzkie zaczynają przeważać.

Dusza nie jest boska, ale to ta część człowieka, która w największym stopniu stanowi boskie odbicie. Jest wieczna, niezniszczalna, duchowa. Jeśli nawet uznamy, że gnostyckie przypisywanie jej boskości okazuje się przesadą, to samo podkreślanie jej znaczenia ponad wartość ciała to coś niesłychanie rewolucyjnego i ważnego. Na Zachodzie, jeśli chodzi o jakąś spójną doktrynę filozoficzną, odkrycie to zawdzięczamy najprawdopodobniej gnostykom. Wygląda na to, że w tym kręgu kulturowym to orficy, niejako pragnostycy, odkryli duszę. Obok tego funkcjonowały mityczne wierzenia o krainach umarłych i trójpodział świata na ziemski, niebieski i podziemny, były one bardzo popularne i wskazywały na powszechną wiarę w jakieś życie pośmiertne. Jak się zdaje, w rozwoju objawienia historycznego narodu izraelskiego dopiero spotkanie z filozofią helleńską przyniosło właściwe rozeznanie tych spraw.

Od doktryny duszy już bardzo blisko do nieznanej poza Europą doktryny osoby. Koncepcja ta do dziś nie jest znana poza Zachodem, a i tutaj stopniowo ginie. Człowiek, dopiero posiadając duszę, staje osobiście przed Bogiem, bez otaczającego go społeczeństwa, kapłanów, bez władzy publicznej. Może być sam na sam ze sobą, a potem sam na sam z Bogiem. Bez tej doktryny jest tylko jednostką bez indywidualnej wartości wśród milionów podobnych, zaledwie trybikiem w społeczeństwie, dominuje wówczas kolektywizm i dyktat społeczności. Wówczas nie ma osoby, ale rozpuszczona w masie społecznej jednostka, przypominająca ziarnko piasku na plaży. W Biblii dokończeniem stworzenia człowieka jest nadanie mu imienia, uczynienie jedynym i unikalnym – to właśnie początek wykładu personalizmu.

(5)

Dusza jest sensorium Boga, co znaczy, że posiada zdolność do postrzegania Go i poznawania.

„– Jak to jest, Ojcze, że jesteś w każdym z nas, ludzi, w każdej Hostii konsekrowanej – wszędzie jednocześnie i w całości?

+ Jako człowiek nie masz takiego aparatu umysłowego, aby to zrozumieć.

Żadne porównanie ze świata materialnego nie jest odpowiednie.

Możesz to odczuwać duszą, o ile dam ci taką łaskę i o ile twoja dusza jednoczy się ze Mną” (Jezus Chrystus [+] do Alicji Lenczewskiej [–], A. Lenczewska, Świadectwo, 183, wt. 26 VIII 86, g. 9:00).

(6)

Wiara w jakieś życie po śmierci była od zawsze wśród ludzi. Pierwotnie rzucano na grzebane ciała zmarłych kwiaty. Zresztą także i my składamy kwiaty na grobach. U podstaw kultury Zachodu obecna była reinkarnacja – tak wierzyli orficy, a za nimi Platon, Pitagoras, Empedokles i wielki nurt ezoteryzmu zachodniego, łącznie z żydowską kabałą. W Europie jednak uporano się z tym błędem. Biblia jasno mówi, że pozwolono żyć człowiekowi raz, a potem nastąpi sąd. Przyczyniło się do tego też odkrycie relacji duszy i ciała, które nie jest ukształtowane przypadkowo, tylko według esencji zapisanej w duszy. Dlatego reinkarnacja staje się możliwa dopiero po zmartwychwstaniu, ale w takim samym ciele jak w pierwszym życiu.

(7)

W Grecji odkrywanie duszy było nieproste i odbywało się stopniowo. Z jednej strony doświadczenie nieśmiertelności człowieka przynajmniej w jakiś zaczątkowy sposób wydawało się powszechne wśród ludzi, a z pewnością właściwe Grekom.

„W archaicznej myśli greckiej ludzie są śmiertelni, bogowie – nieśmiertelni; jeżeli człowiek staje się nieśmiertelny, to osiąga to dzięki temu, co jest w nim boskie. W przypisywaniu duszy atrybutów boskości i nieśmiertelności nie należy się dopatrywać próżnego ulegania «pragnieniu nieśmiertelności» czy «racjonalizacji» w znaczeniu współczesnej zideologizowanej psychologii. Doświadczenie nieśmiertelności to fundamentalne doświadczenie ludzkie, które historycznie poprzedza odkrycie duszy jako źródła takiej wiedzy. Nieśmiertelność przypisuje się bogom na długo przedtem, zanim dochodzi do zróżnicowania duszy jako podmiotu” (E. Voegelin, Świat polis).

W czasach Homera wierzono, że psyche to siła ożywiająca ciało, która po śmierci je opuszcza i staje się rodzajem cienia człowieka. Obok tego funkcjonowała tradycja orficka, pitagorejska i platońska traktująca duszę jako najważniejszy element człowieka, który zostaje uwięziony w ciele, wierzono przy tym w reinkarnację.

Jak czytamy w Świecie polis E. Voegelina, duszę nazywano też terminem „daimon”, który był stosowany przede wszystkim do pomniejszych bogów. U Empedoklesa możemy wręcz przeczytać, że ten daimon w człowieku to rodzaj boskiej istoty, którą za karę skazano na wcielanie się w różne istoty i dzielenie ich śmiertelności.

Z kolei Heraklit zauważył, że charakter człowieka (zbiór cech – to kolejne określenie duszy) jest daimonem, czyli bogiem. Mędrzec z Efezu zauważył jednak, że ten charakter nie ma takiej zdolności poznania jak bogowie. To rozgraniczenie jest bardzo znamienne, a dodatkowo porządkuje naukę o duszy. Ma ona podobieństwo do bogów (daimonów), ale też zasadniczo się od nich różni. Heraklit twierdzi, że dusza ludzka ma swój logos. Koncepcja ta jest bliska myśli chińskiej mówiącej o tym, że każdy człowiek ma swoje tao. Dorobek Heraklita wykazuje ogromne podobieństwa do klasycznego taoizmu, z którym ma zapewne wspólne azjatyckie pochodzenie, na co wskazują choćby obecne w Azji Mniejszej symbole wiary w dwoistość świata. Przechowanie tej myśli stanowi zresztą zasługę całej Azji, także Indii. Heraklit w wielu sprawach może też być łącznikiem filozofii naturalnych z Ewangelią, a dodatkowo jego myśl przyczyniła się do nadania Dobrej Nowinie filozoficznego wyrazu (Logos). Także obserwacje filozofa z Efezu dotyczące duszy miały kardynalne znaczenie dla rozwoju myśli w tym zakresie.

Inni myśliciele greccy kontynuowali rozważania o duszy, coraz bardziej je poszerzając. Zauważono, że dusza posiada rozumność, także w sensie rozumu wyższego postrzegającego porządki metafizyczne. Nie było jedności w jej postrzeganiu i wielu myślicieli wnosiło coraz nowe uwagi do nauki na jej temat. Platon dokonał syntezy myśli greckiej, w zasadzie powtarzając naukę orficką, ale także ją rozbudowując. Nieśmiertelna dusza została opisana niejako wewnętrznie, a jej poszczególne władze zostały połączone z możliwymi cnotami. Platon kontynuował też ten kierunek myśli greckiej, który wartościował dusze na lepsze i gorsze, bardziej i mniej doskonałe (czyli posiadające cnoty). Zgodnie z podstawowym wnioskiem płynącym z nauki tego filozofa, należy w większym stopniu troszczyć się o duszę niż o ciało. Dusza jest świadoma i rządzi ciałem. Człowiek musi się zatem starać, aby rosły jej cnoty. Do natury duszy należy to, że potrafi wprowadzać ciało w ruch. Z czasem Platon napisał, że dusza pochodzi ze świata metafizycznych idei, esencji rzeczywistości. Przyznał jej pewien zasób wiedzy wrodzonej, dostępnej poprzez anamnezę, czyli odpamiętanie. Na koniec dodał, że duszę stworzył Stwórca i to z jego woli jest nieśmiertelna. Przy stworzeniu zostały jej ukazane prawa dobrego życia. W ciele zapomina ona tę wiedzę, ale dzięki odpowiedniej praktyce duchowej wraca do tej świadomości i związanego z tym dobrego stanu. Rozumność duszy jest w niej jakby boskim pierwiastkiem. Poza tym mamy duszę tzw. gniewliwą (wolę) i część emocjonalną. Ta antropologia jest tak rozbudowana i dopracowana, że w Grecji i obszarze hellenistycznym staje się jedną z najważniejszych. Dociera także do Judei. Potwierdzenie tego otrzymujemy w Księdze Mądrości, gdzie znajdziemy wyliczenie cnót duszy bazujące na jej platońskim obrazie.

Arystoteles wprowadził zupełną nowość w myśleniu o duszy. Nie był zainteresowany mistyką swojego nauczyciela Platona. Późniejsza filozofia, bazując na dorobku Arystotelesa, ukuła tzw. hylemorfizm i akcentowała, że dusza i ciało to forma i materia. Dusza jest dla ciała formą. Także rośliny i zwierzęta posiadają odpowiednie sobie dusze – formy. Takie przyrodnicze ujęcie stało się opozycją dla uduchowienia i idealizmu platońskiego. Spór tych podejść w dużej mierze ukształtował historię myśli Zachodu.

(8)

Współcześnie Zachód w swoim upadku zapomniał o istnieniu duszy. Termin „psyche” stosuje się wyłącznie do emocjonalności. Można powiedzieć, że z trzech platońskich obszarów duszy badaniami obejmuje się tylko ten najbardziej zwierzęcy i bezmyślny. O tym, czym jest wola i rozum (zwłaszcza wyższy, mistyczny), dzisiaj nie sposób się dowiedzieć. Nawet księża katoliccy w dużej mierze ulegli modzie psychologizmu i zamienili duchowość w psychologię. Jest to obraz głupoty Zachodu skupionego na zwierzęcych aspektach człowieka.

(9)

Chrześcijaństwo, co może wydawać się dziwne, nie posiada jednolitej filozofii duszy. To nie człowiek jest najważniejszą treścią religii, ale Bóg i taki sposób życia, który do Niego prowadzi. Kwestie budowy fizycznego świata lub konstrukcja człowieka nie są specjalnie istotne. W samym Nowym Testamencie dość swobodnie stosuje się np. trójpodział hebrajski (ciało, dusza, duch) z dwupodziałem (ciało, dusza). Wynikowo popularna katechetyczna myśl chrześcijańska posługuje się zazwyczaj dwupodziałem i odróżnia substraty materialny oraz duchowy człowieka podobnie do tego, jak w opisie stworzenia wyróżniono dwie sfery – niebo i ziemię. W przypadku większości rozważań okazuje się to wystarczające. Przyjmuje się, że dusza jest nieśmiertelna i duchowa, czyli nieograniczona. W praktyce chrześcijaństwo zadziwiająco dużo powtarza za Platonem, oczywiście z wyjątkiem reinkarnacji. Pogląd, że dusza jest zasadą ciała i określa jego formę oraz naturę (esencję), należy do centralnych dla chrystianizmu. Można powiedzieć, że w swojej filozofii człowieka wybrał on elementy pochodzące od różnych myślicieli, które najlepiej opisywały objawione rzeczywistości duchowe.

Dusze czynią nas równymi. Nie mają ani wyglądu, ani pozycji społecznej, majątku bądź płci. Ich powołaniem jest oglądać i uwielbiać Boga. W tym pozostajemy jednakowi i od nas samych zależy, jak to powołanie zrealizujemy. Stan duszy jest różny w zależności od jej poczynań w ciele. Pobożna i rozwinięta w swoich zaletach staje się podobna świetlistym aniołom. Zajęta dogadzaniem żądzom zatraca się i przyjmuje kondycję właściwą demonom, a czasem nawet gorszą.

(10)

Przyjęcie zobowiązań zapisanych w duszy powinno generować właściwe intencje w życiu oraz ich wypełnienie.

(11)

Bóg, patrząc na człowieka, nie zwraca większej uwagi na to, jakie są jego cechy ziemskie, na jego pozycję społeczną, zawód, majątek czy też znajomości. Stwórca cały czas widzi duszę i tylko ona ma dla Niego jakieś znaczenie. Gdy jaśnieje czystością światła Bożego, zyskuje szanse na dobre przyjęcie na sądzie Boga. Brudna, ciemna i porwana oddala od tego, a może nawet to uniemożliwić. Współcześni ludzie obsesyjnie dbają o ciała, podczas gdy powinni z daleko większą desperacją zadbać o swoją wieczność, czyli o swoje dusze.

W Biblii i nauce duchowej nierzadko w ogóle nie stosuje się słowa „człowiek”, zamiast tego mówiąc po prostu „dusza”.

2. Dusza nośnikiem esencji

(1)

Człowiek został zobowiązany, żeby samemu dokończyć własnego stworzenia – to wielkie wyróżnienie. Kiedy realizujemy siebie, swoje potencjały zapisane w duszy, towarzyszy temu niekiedy silne uczucie, niemal ekstatyczne, które ma w sobie coś z umierania. Jest to poczucie ogromnej ulgi, uwolnienia. Umiera jakaś potencjalność, bo stała się realnością. Jednocześnie zostaje zdjęty jakiś dług.

Skoro dusza jest esencją człowieka, to zawiera w sobie wiele składających się na nią zasad. Ogólnie sama jest wielką zasadą, logosem dla człowieka, tak jak Logos stanowi zasadę stworzenia. Także w tym wymiarze jesteśmy mikrokosmosem.

(2)

Istota życia ludzkiego polega na realizacji wewnętrznego logosu (natury) w ramach ekspresji poprzez uczynki. Życie to egzystencja czynna, składa się z aktów człowieka, którymi są wszelakie uczynki, myśli i słowa. Każda myśl, każdy świadomy akt woli, słowo, uczynek mogą i powinny być zgodne z esencją zapisaną w duszy. Egzystencja to owej esencji urzeczywistnienie.

(3)

Ekspresja duszy odczuwana jest jako najgłębsza satysfakcja, często raczej jako ulga niż euforia. Nakazy zawarte w duszy stanowią rodzaj nałożonego człowiekowi zobowiązania, długu. Dano nam życie, ale nie dowolne, tylko wraz z obowiązkiem jego poświęcenia na samorozwój i wzrost ukierunkowany naturą człowieka jako dziecka Bożego. Gdy mówimy, że dusza jest zasadą, to znaczy, że w intuicji moralnej oraz sumieniu wewnętrznie przeżywamy jej składowe (czyli nakazy i zakazy). Dusza to dłużne obciążenie. Nie jest to jednak ciężki dług, skoro jego spłata polega na uczynieniu siebie doskonałym.

Owe składowe zasady to potencjalności, które nam powierzono. Człowiek nie może żyć dowolnie, według własnego uznania. Kto się urodził księgowym, będzie księgowym, a nie przykładowo treserem lwów. Mamy pewne opcje, ale nie są one nieograniczone.

(4)

Pradawny nakaz poznania siebie oznacza przede wszystkim poznanie swojej duszy i jej relacji do świata oraz Boga. Te dwie rzeczy są w życiu najważniejsze – chodzi o to, by poznać Boga i siebie oraz żyć według tego poznania.

(5)

Dusza należy do metafizyki. Z tego względu poznawanie jej spraw i w ogóle obcowanie z nią ma w sobie coś mistycznego. Jest to przekraczanie typowego ziemskiego doświadczenia i wejście w obszar duchowy, gdzie niepewnie się poruszamy na zasadzie wiary. Musimy wielokrotnie badać swoje poznania i poddawać je w wątpliwość, co jest krytycznym korelatem wiary.

Pojawia się też pewnego rodzaju zagrożenie, czyli mistyka wyłącznie duszewna, która za swój cel stawia tylko poznanie duszy, a nie interesuje się Bogiem.

(6)

Czasem stan duszy symbolicznie jest opisywany jako suknia, trochę jak suknia panny młodej szykującej się na zaślubiny z Bogiem. Zło i grzech stanowią odpowiednik brudu lub dziury, a dusza grzesznika staje się brudną szmatą. Z kolei dusza świętego przeniknięta jest jasnością pochodzącą od Boga, promienieje. Ludzie lubią się stroić w swojej fizyczności, co jakoś pokracznie koresponduje z tą pierwotną symboliką. W Ewangelii mówi się o gościach, których nie wpuszczono na ucztę, bo nie mieli stosownego stroju. Kiedy indziej znajdziemy pouczenie, że grzech czyni duszę czerwoną, a zbawienie sprawi, że nad śnieg wybieleje.

(7)

Pojawia się pytanie także o to, jak rozwijać swoją duszę, poprawić jej stan. Najważniejsza jest wiara, gdyż ten stan duszy to jakość relacji z Bogiem. Rozwój wiary stanowi nasze podstawowe powołanie i przeznaczenie, reszta ma charakter pomocniczy.

Dusza czuje swego rodzaju głody, potrzeby, które powinniśmy w życiu zaspokajać i to daleko chętniej i więcej niż wszystkie nawet usprawiedliwione chęci ciała. Dusza jest rozumna, co znaczy, że ma dostęp do idei, wiedzy, zrozumienia, przede wszystkim posiada zdolność do kontemplacji. Pomocą dla duszy jest usuwanie niewiedzy, dokarmianie jej dobrą wiedzą. Skoro sama jest ideą, to nabywanie idei dobrze jej służy. Zdrowa nauka stanowi jej pokarm. Nie przypadkiem Słowo Boże objawia się w symbolu chleba.

Duszę należy dokarmiać odpowiednimi słowami – ideami, gdyż sama jest przecież ideą i jakimś malutkim odbiciem fragmentu wielkiego Słowa. Posilana właściwym namysłem, poznaniem i nazwaniem rośnie i pięknieje, a jej wdzięczne oddziaływanie na całego człowieka i jego postępowanie zwiększa się. Karmienie duszy odbywa się na wiele sposobów, a wskazany powyżej należy uznać za jeden z ważniejszych. Właściwe słowo w przedziwny sposób łączy człowieka z jego światem, a że sam jest jego częścią, to także z samym sobą. Pamiętamy, że człowiek z nakazu Bożego powitał się ze światem, nazywając wszystkie stworzenia z wyjątkiem siebie. W ten sposób przyjął je pod władanie i wziął w opiekę, zaprzyjaźnił się z nimi, ale i nimi zawładnął. Kto nie rozważa, nie namyśla się i nie medytuje ze słowami, pozwala, aby ten porządek upadł i był zastępowany antyporządkiem, gdzie świat panuje nad bezradnym bez odpowiednich słów człowiekiem i czyni go swoim niewolnikiem.

Dusza ma zdolność do miłości (agape, filia), więc miłość bardzo dobrze jej służy. Potrzebujemy kochać i być kochanymi. To daje ogromną satysfakcję ze strony nasycenia duszy.

Nauka zmierzająca do rozumienia rzeczywistości polega na przyswajaniu jej zasad, o których już wiemy, że są substancją wszechrzeczy. Gdy dusza poznaje zasady świata i dobrego życia, rośnie i pięknieje. Dla wielu ludzi dobra filozofia wyjaśniająca świat jest ogromnym pocieszeniem, potężną duchową radością. Dusza łaknie poznawania zasad, dzięki temu może lepiej kierować ciałem, staje się silniejsza.

(8)

Rozwojowi duszy dobrze służy asceza, której sensem jest poskramianie żądz ciała. Dzięki temu ciało przestaje w chorobliwy sposób rządzić człowiekiem i oddaje funkcję „woźnicy” duszy. Asceza uwydatnia władze duszy, takie jak rozumność, dobroć, miłość. Kto nie przykłada się dobrowolnie do ascezy, może ściągnąć na siebie jakiś rodzaj cierpienia, które jest jakby narzuconą ascezą. Dlatego trzeba przyjmować swoje krzyże, gdyż dusza odsłania się w akceptowanym cierpieniu i dochodzi w nim do głosu. Każdy z nas tak czy inaczej zostanie postawiony wobec konieczności poskromienia ciała i powrotu do świadomości spraw wyższych. Lepiej to robić dobrowolnie, niż czekać na to, że świat zafunduje nam szokową pobudkę z cielesnego upojenia.

3. Cnota

(1)

Cnota to utrwalona postawa dobrego postępowania. Z kolei postawa to pewien wzorzec reakcji emocjonalnej i uczynkowej. Człowiek cnotliwy to taki, który pomimo możności przeżywania zła i jego czynienia wybiera dobro. Wiąże się z tym przezwyciężanie wynikającej z upadku ludzkiej natury skłonności do grzechu. Istotę cnoty stanowi dobre postępowanie w praktyce. Dobro jest satysfakcjonujące dla człowieka je czyniącego, więc cnotliwe życie ma wymiar samobudujący. Zaprzeczenie cnoty to wada, która jest trwałą dyspozycją, a nawet niewolą grzechu.

(2)

Istnienie świata opiera się na Boskim nakazie, który wybrzmiewa we wszechświecie: „Niech się stanie…!”. Wszystko wciąż się staje i gdy tylko może, potwierdza tę Bożą Prazasadę. Co ma choćby odrobinę życia, z całej siły dąży, żeby powiększać swoje istnienie. Skoro stworzenie wciąż trwa, a przecież Siódmy Dzień jeszcze nie nastąpił, właściwie chyba powinniśmy tę Prazasadę wyrażać poprzez: „Niech się staje!”. Najlepiej to widać w człowieku, stworzeniu, któremu umożliwiono ukształtowanie samego siebie poprzez rozwijanie w sobie człowieczeństwa. Mamy też możliwość degeneracji poprzez naśladowanie demona, zwierzęcia lub apatyczną śmierć za życia. Wciąż czegoś sobie przymnażamy, po coś pędzimy lub za czymś gonimy. W tym procesie instynktownie i atawistycznie konkurujemy między sobą, robiąc to stale i stale. Chcemy bardziej być! Istnieje wiele pułapek, fałszywych wyścigów. Nie jestem bardziej, gdy naskładam złota, sprzętów, posiadłości. Własność to władza nad rzeczami, ale one nie stają się częścią mnie. Pomnażanie własności może okazać się żądzą władzy. Posiadanie (choćby na chwilę) wielu kobiet w akcie cielesnym czy pożądaniu oczu też nie czyni mężczyzny bardziej człowiekiem. Podobnie działa obżarstwo, choć przecież powiększa nas cieleśnie. Pycha to właśnie fałszywe postrzeganie siebie większymi, niż jesteśmy w istocie.

Mawiamy czasem o kimś, że to dobry człowiek. Dobry, czyli jakoś bliższy pełni człowieczeństwa, bliższy definicji człowieka. Czasem mówimy też „ludzki człowiek”, „ludzki szef” – to w pewnym sensie podobne myśli. Tym sposobem odnajdujemy ten wzorzec, kierunek stawania się – trzeba być bardziej człowiekiem.

Nauka duchowości podpowiada, że wzrastanie człowieczeństwa prowadzi paradoksalnie przez umniejszanie siebie, pozbywanie się narostów złych zwyczajów, wzorców, schematów zachowań, myśli i przeżyć, jakimi przesiąkliśmy wśród ludzi. Kiedy oddajemy Bogu nasze wady i wycofujemy się ze złych schematów, odsłaniana naturalna dobroć ma miejsce do wzrostu. Chrystus przynosi radykalne przesłanie, w którym paradoksalnie (jak to zwykle w chrystianizmie) pojawia się potrzeba zaparcia się samego siebie dla zyskania najdoskonalszego człowieczeństwa. Rozwarte na krzyżu ramiona ogarniają cały świat, a zmasakrowane Ciało staje się pokarmem i pocieszeniem dla każdej duszy. Stwórca wyrzucił w próżnię swoje: „Niech się stanie…!”. Zmasakrowany i konający Chrystus dopowiada: „Wykonało się”. „Ecce homo” – to On jest doskonałym, idealnym człowiekiem. Wypełnił wszelkie nakazy. Spełnił wszelkie wymagania. Człowieczeństwo zostało wykonane w pełni tylko w Nim. Szósty Dzień skończył swoją pracę i nic już nie można dodać. Czekamy na początek Siódmego Dnia.

Musimy więc sami siebie spytać, co czyni człowiekiem w kontekście życia Chrystusa. Są to adoracja Ojca: „Święć się Imię Twoje”, uległość Jego woli: „Bądź wola Twoja”, złożenie wszelkich swoich potrzeb w Jego opiekę: „chleba naszego”, trzydzieści lat cichej, spokojnej pracy w Nazarecie w dobrej opinii u Boga i ludzi, a potem głoszenie Dobrej Nowiny. Naszym celem jest wchodzenie we wspólnotę z Bogiem po śmierci – pójście do nieba. Dlatego uczłowieczenie samego siebie to właśnie budowanie tej wspólnoty już na ziemi. To współpraca z Nim w dwu dziełach – stworzenia świata przez pracę i twórczość oraz zbawiania go na drodze wiary, głoszenia Królestwa Bożego i poświęcenia. W ten sposób wypełniamy to najpierwsze Przykazanie, którego wszystkie inne są tylko rozwinięciem. Na „Niech się stanie!” odpowiadamy „Amen”. Chrystus jest wielkim AMEN.

Zapomniane pojęcie cnoty historycznie odnosiło się do tego, że praktykujący ją człowiek staje się bardziej człowieczy. Cnota homerycka dotyczyła wojownika do końca walczącego ofiarnie z honorem. Inny rodzaj cnoty to cnota rolnika i pracownika czerpiącego satysfakcję z dobrej, solidnej pracy. Są jeszcze cnoty kardynalne, wzięte od Platona, a zapisane w Księdze Mądrości, związane z naturą człowieka. W końcu znamy cnoty duszy: wiarę, nadzieję, miłość.

Zło z kolei to zatracanie siebie i skłanianie do zatracenia innych. Wtedy z człowieka zdegenerowanego pozostaje istota demoniczna (zwalczająca sprawy Boże i cnoty), zwierzę (zajęte wyłącznie nasycaniem siebie i rozpłodem) lub trup (apatia, bezruch, bezmyślność, chemiczne upojenie się itp.). Co ciekawe, te trzy stany korespondują z cnotami duszy: demon to zła wiara, zwierzę to antymiłość (absolutne samolubstwo), a trup to antynadzieja (nie warto nic robić, żyć, ruszać się bądź zmieniać).

W innych kulturach często spotkamy się z podobnymi ujęciami. Chińska De (Te) to cnota uległości wobec harmonii kosmicznej Tao. Z kolei konfucjańska cnota ren obejmuje humanitarne człowieczeństwo. W Egipcie człowiek żył w zgodzie z ma’at – porządkiem wszechświata. Grecy mówili o arete. Z kolei współczesny Europejczyk nieraz słyszał, żeby bardziej być, niż mieć. Dziś mało kto łączy pojęcie cnoty ze wzrostem człowieczeństwa – zapomniano o tym słowie i jego rozumieniu.

(3)

Arete

„Arete – w antycznej grece określenie maksimum zdolności i możności działania (optimum potentiae); efektywności, sprawności człowieka w dobroci. W języku pol. jako odpowiednik przyjęto staropolski termin «cnota» lub «dzielność». Problem a. był jednym z kluczowych zagadnień etyczno-pedagogicznych starożytności (Jaeger); jest traktowany jako podstawa ontologii platońskiej (Kraemer); etymologicznie rzeczownik odprzymiotnikowy: pochodzi od słowa áristos – stopnia najwyższego od agathós – dobry, można go najwierniej przełożyć słowem «najlepszość»” (Powszechna encyklopedia filozofii).

„W poszukiwanie Arete zaangażowali się helleńscy poeci i myśliciele, a to, co odkryli, nie było jedyną prawdziwą Arete, lecz całą serią Aretai. Końcowy etap systematycznego, porządkującego przeglądu Aretai osiągnął w swoim dziele Platon, zwłaszcza w Państwie, w którym uporządkował hierarchicznie cnoty – od mądrości po powściągliwość.

Poszukiwanie prawdziwej Arete kończy się odkryciem, że Aretai są nawykami duszy, które zestrajają życie człowieka z rzeczywistością transcendentną. Pełnemu zróżnicowaniu obszaru Aretai towarzyszy wyłonienie się «prawdziwego ja» człowieka, centrum, w którym żyje on w otwartości na transcendentalne dobro najwyższe, platoński Agathon. Przejście do porządkującego przeglądu Aretai oznacza, że odkryto Agathon jako zasadę porządku w duszy.

W platońskim porządku doskonałości odwadze Tyrtajosa [waleczność w bitwie] zostanie przyznane dopiero czwarte miejsce, za mądrością, sprawiedliwością i powściągliwością.

Jej przedmiotem była historyczna różnorodność Aretai. Pytano: czy cnota jest ostatecznie jedna, czy też istnieje nieredukowalna wielość cnót? Jeżeli zaś jest ich wiele, to rodzi kolejne pytanie: czy ich liczba jest nieskończona, czy też – ograniczona? Pokłosiem tej debaty były próby sformułowania wyczerpującego katalogu cnót, obejmującego na przykład sprawiedliwość, mądrość, odwagę i umiar, którą to czwórkę znajdujemy w Państwie Platona” (E. Voegelina, Świat polis).

(4)

Grecy rozważali problem arete. Pojęcie to później przekładano jako „cnotę”. Warto się przyjrzeć historii tego terminu. Trzeba zwrócić uwagę, że ma ona walor dzielności i waleczności. Obecnie słowo „mężczyzna” z niczym nam się nie kojarzy, bo żyjemy nijako. Dawniej określenie „mąż” oznaczało kogoś dzielnego, który potrafi przeciwstawić się złu, szczególnie w sobie. Inaczej była to dzielność. Mąż jest też ostoją, bierze na siebie odpowiedzialność za dom, rodzinę. Jawi się również jako obrońca, który potrafi ochronić swój dom i kraj przed napaścią. Mówiąc „męstwo”, wszystkie te przymioty powinniśmy traktować razem. Dają one bowiem obraz męża jak skały. Jego przeciwieństwem jest arogant – człowiek wewnętrznie słaby, nachalnie próbujący kompensować (wynagradzać sobie) swoją wewnętrzną bylejakość na zewnątrz wobec innych osób. Trzeba przyznać, że to trudna nauka dla dzisiejszego mężczyzny i chłopca.

Dzielność (arete) to niezwykle ważne pojęcie. Spotkałem się z jakże prostym stwierdzeniem, że życie człowieka to próba dzielności. Zło próbuje nas złamać, skłonić do udziału w nim. Tymczasem dzielność to odpór, jaki mu dajemy.

(5)

Cnota, dzielność to jednocześnie wierność sobie, swojej naturze. Bóg jest nieodmiennie wierny sobie nawet wobec przeciwieństw, co widzimy w życiu Chrystusa.

(6)

Wierność i dzielność mają swojego wroga w postaci acedii, zwykle tłumaczonej jako lenistwo w służbie Bożej. Jest to poczucie bezsensu dobra, niechęć do dobrego wysiłku, bezwolność, bezruch. Dzielność pokonuje ten rodzaj śmierci i rozkładu dzięki nadziei, która nadaje sens dobru.

(7)

Arete (cnota) to też doskonałość życia. Żołnierz miał doskonale walczyć, rolnik w najlepszy możliwy sposób uprawiać ziemię, szewc najświetniej robić buty. To ważne, że cnota ma wymiar indywidualny. Można powiedzieć, że polega na byciu sobą w najlepszy z możliwych sposobów. To doskonała realizacja swojej esencji, swojego potencjału, bez lenistwa, oszczędzania siebie i odmowy dobrego życia. Jest to bardzo bliskie chińskiemu Te, które oznacza, że człowiek realizuje swoje tao, swoją kosmiczną naturę, swój logos. Żeby żyć według arete, należy odnaleźć siebie w świecie, rozpoznać swoją rolę i zadania, poznać siebie. Związana z tym jest również skuteczność działania. Gdy naprawdę czynimy najlepiej, jak się da, to mamy też duże efekty. Przypomina to Chrystusowe stwierdzenie, że drzewo poznaje się po owocach.

Jesteśmy ludźmi, więc wiele doskonałości mamy wspólnych, czyli istnieje coś takiego, jak ludzka uniwersalna cnota.

(8)

Arete była istotną częścią wychowania młodych Greków, przechodzenia chłopca do etapu bycia mężczyzną. Kształcono ją przez trening fizyczny na wojownika w gimnazjonach. Do tego dochodziła nauka i rozwój umiejętności, np. retorycznych. Uzupełnieniem było kształtowanie emocji i uczuć dzięki sztukom (ogólnie nazywanych muzyką). Wielka szkoda, że dziś nie ma wychowania opartego na kształtowaniu człowieka do dzielności i doskonałości. Przeciwnie, promuje się lenistwo, hedonizm i wynaturzenie.

(9)

W Rzymie na arete mówiono virtus, od vir – „mężczyzna”. Widać w tym ujęciu potrzebę wyrobienia w sobie siły, aby żyć dobrze. Cnota to odporność na zły, niszczący wpływ świata. Jest to również czystość, jednorodność, niepomieszanie. Te ostatnie cechy z kolei nazywamy szlachetnością.

Już w przytoczonej wyżej definicji encyklopedycznej widzimy związek cnoty z arystokratyzmem duchowym, szlachetnością, byciem elitą wybijającą się ponad niską pospolitość unurzaną w żądzach i w bezruchu. Opisana wcześniej szlachetność człowieka i życie według cnoty stanowią w istocie to samo.

(10)

Dikaiosyne

„I jeśli kto miłuje sprawiedliwość – jej to dziełem są cnoty: uczy bowiem umiarkowania i roztropności, sprawiedliwości i męstwa, od których nie ma dla ludzi nic lepszego w życiu” (Mdr 8, 7).

Powyższy cytat z Księgi Mądrości streszcza pracę, jaką wykonał nad analizą cnoty Platon, co zyskało odbicie nawet w Biblii. Ten myśliciel domagał się od ludzi życia w cnocie. Zauważył, że arete można przedstawiać jako jednolitą rzeczywistość, a także wyznaczać niejako składowe, szczegółowe aretai. Dla poszczególnych stanów społeczeństwa miały one różny charakter. Żołnierz miał być przede wszystkich mężny. Od władcy i filozofa oczekiwano roztropności, umiejętności trafnego przewidywania przyszłych skutków podejmowanych działań. Z kolei rolnik i rzemieślnik winni cechować się umiarkowaniem, powściągliwością, żeby nie popaść w przesadną konsumpcję i nie kierować się żądzami. Spoiwem wszystkich cnót jest dikaiosyne – sprawiedliwość, która stała się uniwersalną najwyższą cnotą. Platon zauważył, że wyliczone cnoty mają znaczenie także w pojedynczym człowieku, który posiada w duszy wolę potrzebującą męstwa, dobrze działający dzięki roztropności rozum i emocje wymagające umiarkowania. Stosunki społeczne i wewnętrzne człowieka wykazują między sobą daleko posunięte analogie – w końcu jesteśmy mikrokosmosem.

W ten sposób dikaiosyne stała się cnotą spajającą wszystkie inne. Jest to jedno z najważniejszych pojęć chrystianizmu, powtarzane w Biblii niezwykle często. Pamiętamy, że kultura hebrajczyków była oparta na Prawie (Tora) i miała walor silnie legalistyczny. Dlatego grecka dikaiosyne trafiła tam na szczególnie podatny grunt. W Nowym Testamencie, spisanym w języku greckim, termin ten jest stosowany bardzo często. Ma on niejako dwa znaczenia. Pierwsze – węższe, legalistyczne – oznacza przestrzeganie Prawa Bożego, w szczególności Przykazań. Drugie znaczenie jest już szersze i znajduje zastosowanie choćby w pouczeniu Chrystusa: „Szukajcie wpierw Królestwa Bożego i jego sprawiedliwości”, co koresponduje z pierwotnym rozumieniem greckim tego terminu.

„Dikaiosyne” w Grecji pochodzi od Dike, czyli właściwego kosmicznego porządku świata. Terminami odpowiadającymi temu pojęciu w innych kulturach będzie Rta w Wedach, Ma’at w Egipcie, Tao w Chinach i w pewnym stopniu Dharma w Indiach. Ten Porządek to zarazem Prawa Kosmosu, dlatego znaczenie dikaiosyne jest bardzo szerokie. W niniejszej książce używam zwykle tłumaczenia tego terminu jako „prawość” lub – bardziej tradycyjnie – „sprawiedliwość” rozumiana w pierwotnym znaczeniu jako coś, co pochodzi z prawa. W języku angielskim znane jest określenie righteousness, które może być słabo rozumiane, chociaż okazuje się etymologicznie bliskie pierwowzorowi. Prawość to właściwe postępowanie, czyli zgodne z dobrym Porządkiem i naturą rzeczy. Pamiętamy, że ład kosmiczny, państwowy i wewnętrzny człowieka stanowią swoje analogie, dlatego prawość powinna przenikać wszystkie te sfery. W powszechnym odczuciu oznacza ona po prostu słuszność postępowania człowieka, także tą intuicyjnie wyczuwaną. Gdy postępujemy właściwie, wypełniamy prawość. Nie jest to więc coś narzuconego i zewnętrznego człowiekowi. Przeciwnie, w prawości znajduje zjednoczenie wewnętrzna intuicja dobra, szacunek dla praw społeczeństwa i Kosmosu. Żyć według prawości to postępować zgodnie ze swoją naturą, zmierzać do realizacji swojej esencji zapisanej w duszy. W praktyce człowiek żyjący według dikaiosyne kieruje się poczuciem powinności, szanuje zasady i wypełnia swoje obowiązki. Zaprzeczenie dikaiosyne stanowi anomia, bezprawie, nieprawość postępowania człowieka.

Stosowanie greckiego pojęcia „dikaiosyne” w Biblii bardzo zbliża kulturę hebrajską z uniwersalną w tamtym czasie kulturą hellenistyczną. Okazuje się, że możliwe jest ubogacenie legalistycznego myślenia izraelskiego sensami z naturalnego, ale trzeźwego myślicielstwa odnoszącego się do Porządku Kosmosu. Chrystus, mówiąc o dikaiosyne Królestwa Bożego, każe nam odnosić się nawet dalej, bo do Nowego Świata, dziś obecnego w niebie, którego porządek zapanuje na ziemi wraz z przyjściem Mesjasza w paruzji. Już teraz mamy uczestniczyć w Jego Królestwie i Prawie. Prawość ta koresponduje więc z porządkiem Kosmosu, jaki dostrzegamy poprzez naturalne sumienie oraz wiarę w Chrystusa, co jest ze sobą zbieżne. Dzięki prawości Bóg, Kosmos i człowiek odnajdują się w jednym doskonałym ładzie i harmonii. Pamiętamy, że prawdziwą Dike jest Logos, czyli Słowo Boga wcielone w Jezusa.

Historia ludzkości nie jest jednak wypełnieniem prawości, wszak na ziemi króluje nieprawość. Ludzie grzeszą i jako tacy stają się wyłączeni od obcowania z Bogiem, które wymaga przecież nieskazitelnej prawości. Chrystus przyszedł, żeby naprawić ten stan i przywrócić ludziom możność życia w Jego porządku, a co za tym idzie – bliskości Boga. Brak tej bliskości to piekło. Z kolei naprawa sytuacji, uwolnienie z piekła to zbawienie. Polega ono na usprawiedliwieniu człowieka. Usprawiedliwić to znaczy przywrócić do porządku prawości. Bycie wewnątrz niego daje nam ochronę płynącą z prawa. Człowiek, który grzechem wyrzucił się poza obręb świętej społeczności, której granice wyznaczają wspólne zasady, staje się wyrzutkiem (outlaw), banitą pozbawionym ochrony prawa. Widzimy to w historii Kaina wygnanego na wieczną tułaczkę. Ktoś taki staje się podobnym zwierzętom dzikusem.

Zbawienie jest czymś niesamowitym. Oznacza ono wpisanie historii człowieka, nawet tej złej i szkodliwej, w większą historię Chrystusa jako zbawcy. Człowiek sam nie może się zbawić, bo nie jest w stanie cofnąć czasu i naprawić zła, które już się wydarzyło. Chrystus jednak sprawia, że nawet grzech nabiera sensu jako okazja dla Syna Bożego do ofiary i płynącej z tego zasługi. Felix culpa – pisze Paweł. Szczęśliwa wina, która znalazła takiego Odkupiciela. Jak widać, usprawiedliwienie człowieka nie polega na naiwnym kłamstwie w stosunku do grzechu, tłumaczeniu, że nic się nie stało, że nie szkodzi, jak to się mówi małym dzieciom. To zanik znaczenia człowieka razem z jego złem, a apoteoza Jezusa Chrystusa jako jedynego, który zdolny był oprzeć się złu i stanąć przed Bogiem po odbiór zasłużonej nagrody – w tym przypadku ludzkości, nad którą został Królem.

(11)

Obok naturalnych i dostępnych każdemu cnót duszy (kardynalnych) Chrystus pozostawił nadnaturalne cnoty, których człowiek sam z siebie nie może zyskać. Są to cnoty: wiara, nadzieja i miłość (agape), które pochodzą od Boga i do Niego się odwołują. Wierzymy w Boga i Mu ufamy, naszą nadzieją jest z kolei Chrystus, a kochać mamy Boga całymi sobą. Jak widać te cnoty nadnaturalne mają wymiar wspólnotowy, można je zatem praktykować we wspólnocie (komunii) z Bogiem. Są to dary od Boga, których nie da się samodzielnie wypracować ani zdobyć. Bóg udziela ich na ścieżce duchowej. Człowiek ma za zadanie oczyszczać samego siebie z tego, co jest im przeszkodą, oraz modlić się o większą wiarę, nadzieję i miłość.

(12)

Heroizm cnoty

W wielu przejawach kultury greckiej człowiek był jedynie zabawką w rękach fatum, które rzuca nim od nieszczęścia do nieszczęścia, od próby do próby. Podstawowy bohater Greków, uosabiający grecką przemyślność i spryt, to Odys. Jak postać z filmu drogi przemierza coraz nowe zasadzki i przezwycięża nadludzkie problemy, żeby wrócić do domu, żony, syna, by zaznać odrobiny normalnego życia. Jednocześnie kształtuje się jego osobista wielkość jako człowieka, któremu udało się pomimo wszystko. Podobnie postrzegany był Herakles, tyle że to krzepki Dor, a nie sprytny Achaj. Druga strona tego samego tragicznego medalu ciągłych prób i doświadczeń, żeby odnaleźć swój Olimp lub przynajmniej spokojną Itakę.

Ich przeciwieństwem byli znani z mitów upadli bohaterowie, których hybris pozbawiła rozsądku i świadomości. Greckie podania mówią niezwykle wiele o ludziach i życiu. Przełożone potem na język filozofii nierzadko stawały się podłożem skomplikowanych przemyśleń.

Opierający się niszczącej sile historii, fatum, nieprzyjaznego, chaotycznego świata Grek stawał się postacią naznaczoną wielkością. Gdzieś na końcu skali tego zmagania się z wolą kapryśnych bożków i nieludzkiego chaosu jawiła się perspektywa przebóstwienia, bycia zaproszonym na Olimp.

Jakimś chyba nawiązaniem do greczyzny poprzez poglądy F. Nietzschego jest współczesna filozofia popularna oparta na egzystencjalizmie. Zgodnie z nią człowiek dowolnie kształtuje siebie, to, co robi, czym się staje, a jednocześnie uzbraja się w poczucie własnej nadludzkiej wielkości – bycia jakby człowiekobogiem (termin P. Tillicha). Czasem używa się określenia „tytan”, czyli olbrzym walczący z bogami, z dobrem. Nietzscheański tytanizm przeniósł się w egzystencjalistyczną dowolność rozwoju człowieka, który ma sam siebie określić, zastąpić esencjalny pomysł i plan Boga przygotowany dla życia człowieka własnymi pomysłami w oparciu o chwilowe odruchy, instynkty, wolę mocy czy cokolwiek innego, co mu przyjdzie do głowy. Z tego powodu obecnie tak łatwo szerzy się gender i cały transhumanizm – są to dzieci egzystencjalizmu, filozofii samowoli ludzkiej. Współczesny tytanizm jest więc całkowitym zaprzeczeniem zdrowego heroizmu, który oznacza wytrwanie w dobru na przekór właśnie tym mocom, które kierują ludźmi tytanicznymi. Heros patrzy na Boga i chce Mu w jakiś sposób dorównać poprzez upodobnienie się do Niego, dzięki czemu sięga nieba. Tytan zwalcza Boga i sam pragnie zająć Jego miejsce, wzorem w tym jest Demon.

Heros dobra i cnoty musi być wielki, nie może nurzać się w niskości i miałkości, powszechnej bylejakości i bezmyślności innych ludzi, którymi rządzą wpływy otoczenia, mód, ludzkiej tyranii politycznej czy umysłowej. Tacy ludzie niewiele różnią się od zwierząt spętanych genami i zwyczajami swojego gatunku, adaptujących się sprawnie do otoczenia. Karmią swoje brzuchy i płodzą, a potem kształtują swoje klony, nurzając się w obu czynnościach niemal bez reszty. Gardzą przy tym tymi, którzy chcą czegoś więcej.

Model człowieka ponad resztą ludzi powtarza się we wszystkich kulturach: mędrzec w Chinach jest synem niebios, filozof z Akademii czy Stoi winien odznaczać się najwyższą godnością. Świadomość bylejakości i nonsensu wielu ludzkich zabiegów, potocznie i wulgarnie wychwalanych, towarzyszy każdej szlachetnej myśli i doktrynie. Heroizm i arystokratyzm duchowy cnoty są w istocie właściwie tym samym. Trzeba szczególnej wewnętrznej mocy, żeby wydźwignąć się ponad potoczną szarzyznę i nijakość. To czyni szlachetnym i heroicznym. Heros to ktoś, kto przekracza zwykłe miary ludzkości, staje się ponadludzki, wkracza na drogę do przebóstwienia.

Heroizm ma swoje zaprzeczenia. Pierwszym jest pycha, czyli nieuprawnione poczucie bycia lepszym od innych, nawet od Boga. Człowiek cnotliwy nie potrzebuje takich przeżyć. Patrzy przede wszystkim na to, jaki sam powinien być, i widzi swoje własne niedomagania, a to czyni go pokornym, nawet jeśli obiektywnie jest wysoko ponad innymi. Pyszałek widzi jedynie błędy i niedomagania innych, z kolei człowiek dzielny patrzy na siebie, a innym próbuje pomóc.

Drugim zaprzeczeniem jest inwersja wartości obecna w niektórych gnozach i innych doktrynach. Oznacza ogłaszanie dobrem zła, a złem – dobra. Jest to programowa nieprawość oparta na kłamstwie, że jest jakaś znosząca prawa dobrego życia „wyższa wiedza” i obecne w niej oświecenie. To niezwykle głębokie zaburzenie. Tacy ludzie przypisują sobie status elity, która nie musi pospolitować się w cnotliwym życiu. Tymczasem jest dokładnie na odwrót. To nieprawość i nieszlechetność są pospolite i wulgarne, a prawdziwa cnota realnie stanowi coś rzadkiego i wyjątkowego.

Trzeci problem to nadmierna introspekcja, zapadanie się w sobie, zamykanie w transach. Niestety indyjski ezoteryzm opiera się w dużej mierze na tego typu poszukiwaniach. Takie przeżycia nazywane są enstazą, a jej eskalacją jest samadhi (trans) i moksa (depersonalizacja metafizyczna). W cnotliwym życiu nie chodzi o zapadanie się w siebie, tylko o dobrą aktywność z pożytkiem dla siebie i świata. Mamy być w kontakcie z własną duszą, Bogiem i Logosem, a w nim ze sferą powinności, ale nie po to, żeby bezczynnie tkwić i wyłączać się z rzeczywistości. Z tego nie ma żadnej korzyści. Oczyszczamy się moralnie i duchowo nie po to, żeby podziwiać siebie i żeby nas podziwiano, jak to ma miejsce niekiedy w Indiach. Dobre drzewo poznaje się po dobrych owocach, czyli uczynkach, które przynoszą korzyść, ujmują cierpienia, ostatecznie kierują w stronę Boga. Postępy w cnocie powodują też wzrost pokory i skromności, które są jej składowymi. Cnota na pokaz nie jest cnotą, co Chrystus zaznacza bardzo wyraźnie.

Heroizm duchowy i moralny to wyrastanie świadomością ponad świat, to wielki rozwój jaźni. Obcowanie z Bogiem daje możliwość spojrzenia na świat i siebie niejako z zewnątrz, obiektywnie, krytycznie. W lesie nie widać lasu, tylko drzewa. Trzeba z niego wyjść, żeby go zobaczyć. Heros tego rodzaju staje się nadczłowiekiem w tym sensie, że o wiele lepiej zdaje sobie sprawę ze swojej przeszłej i dzisiejszej nędzy i niezdolności do tego, żeby samodzielnie dobrze żyć. Bardzo jasno widzi swoją zależność od Boga, to, jak jesteśmy zawieszeni na Jego woli ponad otchłanią nieistnienia. To ogromny wzrost świadomości, a wraz z nią pokory i uniżenia.

Prawy chrześcijanin to człowiek nieco obok reszty świata, ale nie przeciw niemu, nie ponad, niezapadnięty w sobie. Cały czas widzi świat i stara się z nim łączyć (kochać go), co nie zawsze okazuje się możliwe. Naśladuje Boga, który odrzucony przez ludzi utrzyma pewien dystans, nie popadając jednak w obcość. Stale szuka dróg dla spotkania z drugim człowiekiem i okazuje mu życzliwość jako towarzyszowi podróży do nieba.